Faetony (4)
Po trwającej dwa miesiące obserwacji lodówki stwierdzam, co następuje: czynnik chłodzący najwyraźniej wciąż z niej wycieka. Pierogi w zamrażalniku, z początku zamarznięte na kość, teraz z lekka tylko oszronione, stały się miękkie. Przyszedł czas na drugie przyjście fachowca. Wykonałem więc telefon do producenta, po czym przeszedłem przez wyboisty proces składania reklamacji. Przypominało to trochę rozmowę Di Caprio z recepcjonistą komórki rewolucyjnej w „Jednej bitwie po drugiej”, ale byłem trochę grzeczniejszy od niego, przez co byłem też skuteczniejszy – tuż po rozłączeniu się przyszło potwierdzenie złożenia reklamacji oraz informacja, że niedługo skontaktuje się ze mną serwisant. Na kontakt czekam trzy dni, pierogi w zamrażalniku stają się w tym czasie ciepłe, a ja zastanawiam się czy zjedzenie ich (niektóre są z mięsem) nie narazi mnie na nieprzyjemności. Gotuję na próbę pięć, zjadam i nic mi nie jest, czyli jest dobrze, ale nie wiadomo czy jutro wciąż będzie tak samo, tak to już przecież jest z rozmrożonymi pierogami i ze wszystkim innym. Serwisant kontaktuje się ze mną po trzech dniach i jest obrażony. Nie musiałby przyjeżdżać, wystarczyłoby, że przesłałbym mu dokument zakupu lodówki, a tak – marnuje czas. Zoomer w okolicach trzydziestki, gardzi mailami, dlatego kopię faktury wysyłam mu whatsupem i czekam. Mijają dni…
Podczas obserwacji lodówki zaprzestałem jazdy taksówką, ale nie poszedłem na bezrobocie, tylko rozpocząłem nową pracę, o której jednak nie mogę wiele powiedzieć, gdyż jest objęta klauzulą poufności.
Wracając do wagonu Wars…
Tajemniczy gość z walizką uniósł głowę znad żurku, zlustrował mnie jasnoniebieskimi, rybimi oczami, po czym się przedstawił.
–Cześć, jestem Robert.
–Cześć, Marcin – uścisnąłem mu dłoń.
–Spora waliza… – Zauważyłem. – Praca, urlop?
–Praca. – Sprecyzował Robert, nachylił się nad stolikiem i ściszonym głosem dodał: – Czasami spotykam człowieka, tak jak ciebie, i wiem, że już nigdy więcej go nie spotkam, w przypadkowej sytuacji, tak jak tutaj, w pociągu, i opowiadam takiej osobie o sobie, kim jestem i co robię, żeby nie zwariować. Chcesz to usłyszeć?
– Mogę…? Ale dlaczego akurat ja?
– Bo też jesteś skończony.
– Jak to? Skąd…?
– Widzę to w twoich oczach, masz to spojrzenie. Można ci powiedzieć dowolną rzecz.
– Okay, załóżmy, zresztą nieważne. No to kim jesteś?
– Jestem najemnikiem, płatnym zabójcą, wracam z Mariupola.
Słuchałem tych słów a pociąg tymczasem przechylał się jak statek morski, raz w jedną, raz w drugą stronę, przez co czarna waliza na kółkach przemierzała przestrzeń Warsu od stolika po prawej do stolika po lewej, aż w końcu uderzyła o burtę baru, co ewidentnie wkurwiło barmana, który od dłuższej chwili się jej przyglądał, tymczasem Robert najspokojniej kończył jeść żurek i w ogóle nie przejmował się losami walizy, prawdopodobnie dlatego, że czuł z nią energetyczną wspólnotę. Barman wyszedł zza baru i podszedł do naszego stolika.
– Tak nie można! Proszę wziąć walizkę! Jest zakaz przewożenia bagażu w wagonie restauracyjnym! – krzyknął w stronę Roberta, ale też było to zawołanie na wskroś demonstracyjne, przeznaczone dla uszu wszystkich obecnych. W reakcji barmana słychać było też wyraźny akcent wschodni, rosyjski albo ukraiński, czego nie potrafiłem (i nie potrafię) ocenić (poza tym, że ukraiński wydaje się bliższy polskiemu?). Robert w pierwszej chwili nie zareagował, po czym się podniósł, podszedł do walizki, przesunął ją do swojego (naszego) stolika, przytrzymując ją za uchwyt, i zwrócił się do wzburzonego barmana.
– Oczywiście. A czy teraz mógłbym zamówić piwo?
– Jest samoobsługa! – wykrzyknął barman. – Jak pan weźmie walizkę, to można podejść do baru! Tylko żeby znowu nie odjechała, bo będzie mandat! – zakomenderował barman. Wciąż wzburzony wrócił za bar i stanął przy lodówce z napojami. Robert wstał od stolika, był raczej niski, nie więcej niż metr siedemdziesiąt, nie więcej, jego ruchy były precyzyjne, ale powolne, wyglądał jak osoba dźwigająca na barkach jakiś ciężar. Chwilę później wracał już do stolika ściskając w dłoni butelkę piwa kraftowego. Kiedy był już przy stoliku, spojrzał mi w oczy, wykonał nieznaczny ruch głową w stronę pracownika Warsu i rzucił porozumiewawczo: – Czasami mam ochotę popracować za darmo.