Zaułek bez-troski (17)


AROMAT CZY SMRÓD?


 

Oglądałam ostatnio dość przeciętny serial angielski, który uraczył mnie następującą sceną: 

Piękna pani detektyw przed pracą, by zebrać siły na pogoń za bezwzględnym mordercą, uprawia jogging. 

Skończyła bieg, stoi i dyszy, gdy nagle pojawia się jej mąż. Obejmuje ją, całuje i mówi: 

– Spociłaś się. 

– Przepraszam – odpowiada ona. 

Jego słowa zabrzmiały jak proste stwierdzenie faktu. Tym niemniej, ona uznała za stosowne go przeprosić. Jakby śmierdziała.  

I tu mamy do wyboru: 

1. Nasza pani detektyw nie używa dezodorantu. 

2. Nasza pani detektyw używa dezodorantu, który nie wystarcza, by stłumić zapach jej ciała.

3. Mąż naszej pani detektyw jest bucem, który znęca się nad żoną.

Nie wiem, doprawdy nie wiem, co o tym myśleć! Jestem w rozterce.  

Czy woń świeżego potu jest odrażająca? W nozdrzach mam zapach blondyna w podkoszulku, który latem w tramwaju pewnego europejskiego miasta, podniósł rękę, by uchwycić się poręczy. Miałam to szczęście, że stałam obok. Prawie wlazłam mu pod pachę, żeby lepiej niuchać te niebiańskie wonie. Moim zdaniem to był właśnie świeży pot. Upajający. 

I pani detektyw miałaby za to przepraszać? 

No chyba, że w jej przypadku było inaczej. 

Wieczorem, po powrocie z pogoni za mordercą, nie wzięła prysznica, rano przed joggingiem też sobie darowała, więc rozsiewała zapach nie tylko dzisiejszych, ale i wczorajszych wysiłków. Nie widzę w tym jeszcze nic strasznego. Chyba, że poci się intensywnie i obficie wydzielając aromat cebuli i sera. To może być dyskusyjne. W mojej podstawówce była dziewczyna, z którą nikt nie chciał siedzieć w jednej ławce. Biło od niej czymś nie do zdefiniowania, ale tak silnym, że człowiek się cofał. Czy zdawała sobie z tego sprawę? Nie wiem, nikt z nią na ten temat nie rozmawiał, w ogóle nikt z nią nie rozmawiał. 

Była przedmiotem ogólnego ostracyzmu, za co należy winić jej rodziców, gdyż tego typu już nie zapach ale odór, musiał być objawem nieleczonej choroby,  

To przypadek skrajny, raczej nie dotyczy naszej pani detektyw. Przypuśćmy jednak, że nasza bohaterka poci się tak obficie, że dezodorant nie zawsze pomaga. Mąż musi znać tę przypadłość, a mimo to nie omieszkał jej tego wytknąć. No, nieładnie. Najprawdopodobniej charakteryzuje ją jednak przeciętna potliwość, używa dezodorantów, ale i tak obawia się, że jej zapach może być odstręczający. Chyba że w ogóle z nich zrezygnowała. Ta alternatywa wydaje mi się nieżyciowa. Większość kobiet ma na amen wbite do głowy przekonanie, że ciało jest z natury podejrzane jako producent aspołecznych woni. A pani detektyw nie może ryzykować, że wyciągnie broń i spudłuje, bo spod pachy powiało jej cebulą.  

Nadal snując przypuszczenia, przyjmijmy, że tego ranka, w sytuacji prywatnej a nie oficjalnej,  wyjątkowo nie użyła dezodorantu i pachniała sobą. 

Krótkie „Spociłaś się” jej męża brzmi jak zarzut. Zamiast tego mógł powiedzieć na przykład: „Lubię twój zapach” lub wymruczeć znacząco coś o wspólnej nocy, uśmiechnąć się, zażartować. Jakoś dać do zrozumienia, że woń jej ciała nie jest mu przykra. Albo po prostu przemilczeć. 

On wolał w sposób emocjonalnie neutralny stwierdzić fakt. 

Dlaczego? 

Bo jest bucem i z jakichś powodów chciał wpędzić naszą piękną panią detektyw w poczucie winy. 

Pewnie się rozwiodą. Czego z głębi serca jej życzę.

 

 

Irena Wiszniewska