Faetony (5)
Miłość. Miłość kopie cię w głowę. Miłość. Miłość jest jak błogi cios.
Mallarmé mówi, że oto napisaliśmy wiersz, zatrzymując tym samym przypadek.
Badiou mówi, że wyznając miłość, uczyniliśmy to samo. Oto zatrzymaliśmy przypadek. Już nie pędzą chwile heterogeniczne, ameba ciągu zdarzeń została utrwalona w znakach. A ja mówię, że zostaliśmy kopnięci w głowę i że było to przyjemne. Tyle że odtąd wszystko się zmienia. Świat wygląda już inaczej. Nie wiadomo skąd… dochodzi bezgłośne wezwanie, zew. Vocation. Powołanie. Upływający od momentu inauguracyjnego czas staje się warkoczem komety. Każda chwila jest opatrzona sygnaturą. Kocham – ktoś zauważył u siebie miłość. Cię – ktoś napiął i wypuścił cięciwę, wycelował w jakiś punkt, w czyjeś serce, żądając tajnego przymierza. Wyznanie miłości to przekazana strzała amora. Amor wypuścił strzałę oczywiście wcześniej, w zachwycie, w zapatrzeniu, w przystępie wieczności. Kochający wyjmuje tę strzałę ze swojego serca i przekazuje ją dalej, w formie wyznania, a ono może sięgnąć celu lub spotkać się z obojętnością i zdziwieniem. Strzała może ugodzić ukochaną lub odbić się od kamienia. Sięga celu, kiedy wyznający słyszy w odpowiedzi: „Ja ciebie też kocham.”. Tylko wtedy. Ugodzony w serce wypuszcza strzałę wyznania – strzałę za strzałą. Odpowiedź powinna nadejść jak najszybciej, najlepiej od razu, najpóźniej w ciągu tygodnia. Niemożność jej udzielenia, z powodu utraty mowy lub z powodu głębokiej rozterki, wysubtelnia kwestię niezwłoczności, ale jej nie unieważnia. Po tygodniu ciszy wiadomo już – wyznający chybił. Zraniony, poniesie niezawinioną karę miłości nieodwzajemnionej i będzie musiał swoje wyznanie odcierpieć. Dlatego z wyznaniem wiąże się ryzyko, można je wysłać pod niewłaściwy adres, ale można też pod właściwy. Warto ryzykować. Dobrze jest być odpornym na grad zajadłych strzał losu, czyli także na chybione wyznania. Można jednak dobrze trafić.
Miłość to wtargnięcie boskości. Oto pojawiła się bogini, wywołując zachwyt. Oto pojawił się bóg. Jeśli zachwyt nie znika, jeśli się utrzymuje i prowadzi do zbliżenia fizycznego, do wielokrotnych zbliżeń i do potrzeby widzenia tej oto twarzy, wtedy już wiadomo. Kochający rozgląda się w sobie, widzi zmiany natężenia światła, którego jest nagle więcej i więcej – i jest to zachwyt.
Oboje zaczynają intensywnie myśleć o przyszłości. Kochający ma ukochaną jakby w tle pola doświadczenia. Kiedy się spotykają, ukochana pojawia się na pierwszym planie, a kiedy się rozstają, rozpędza się wyobraźnia. Jest już mocno rozpędzona. Zasadą ich wzajemnej relacji jest vice versa. Jednak w każdej prawdziwej miłości jest taka sytuacja, że ktoś musi ją wyznać jako pierwszy. W perspektywie rywalizacji to słabszy wyznaje miłość jako pierwszy. Z tej samej perspektywy można podnieść względem niego zarzut, że skoro szybciej się wychylił, skoro był do tego zdolny, skoro się na to szybko – szybciej od ukochanej – zdobył, to zapewne słabiej kocha, że jego miłość jest mniej doniosła. Nie przywiązywałbym się do tej perspektywy. Wyznanie prawie nigdy nie zdarza się jednocześnie u obu stron. Choć pewnie bywają zakochani wypowiadający te słowa jednocześnie, z dokładnością do nieskończoności. Jednoczesność jednak nie ma znaczenia. Znaczenie ma bliskość. Ktoś mówi „Kocham cię”. Realne pojawienie się boskości w bliskości, w tej a nie innej postaci, uruchamia wyobraźnię, która teraz wkracza w dziedzinę znaków. „Kocham Cię.” – oto znak znaków. Cierpieniem jest obecność niechcianego oraz nieobecność chcianego, mówi Asztawakra. W miłości nieobecność zostaje usunięta, co nie znaczy, że kochający przestaje być wystawiany na nieobecność. Wszelkie błędy w rozmowie, wszelkie ingerencje zazdrości, asymetrie w potrzebach związanych z legalizacją miłości, itd., różnice tego rodzaju sprawiają, że miłość staje się cierpieniem – wszędzie tam, gdzie na wyjściowej pełni pojawiają się rysy różnic w oczekiwaniach, kochający może poczuć, że kocha niestety być może bez wzajemności, tzn. miłość po drugiej stronie może nawet i jest, ale nie tak bardzo, albo nie taka, jak po jego stronie. Asymetria w miłości oznacza cierpienie i konieczność przeprowadzenia poważnych rozmów, których wynik może być traumatyczny. W zdarzającej się nader rzadko sytuacji zupełnej symetrii, wyobraźnia przejawia swoją rzeczywistą moc: ukochana jest obecna w tle pola doświadczenia. Ta obecność może być jednak uciążliwa, jeśli w grę wejdzie pożądanie. Pożądanie może wchodzić w grę, wraz z nim pojawia się psychofizyczna uciążliwość, głód spotkania, tęsknota. Kiedy na miłość, nawet zwierciadlaną, kładzie się cień pożądania, wtedy jest tęsknota. Miłość jednak przez cały czas świeci, jest słoneczną energią rozpraszającą cienie, jest silną, przeważnie niewypowiedzianą wolą, aby ukochana żyła wiecznie w stanie szczęśliwości. Dowodzą tego rozmowy kochających. Wiedząc, że spojrzenie i obecność kochającego przynosi jej szczęście, kochający więc, obdarowany dokładnie takim samym życzeniem szczęścia i szczęściem z powodu spojrzenia i obecności, ale także z powodu słów ukochanej, postrzega ten stan jako przebywanie w niebie, czyli jako zamieszkiwanie błogiej wieczności, poza czasem. Choć czas oczywiście wciąż płynie, albowiem miłość nie jest snem. Świadomość kochająca, w odróżnieniu od świadomości śniącej, zachowuje przytomność na obu biegunach – wieczności i czasu. Jest to struktura podobna do struktury sumienia u św. Tomasza z Akwinu, czyli do współ-wiedzy (con-scientia). Sumienie św. Tomasza to zdolność oceny własnych czynów jako dobrych albo złych. Inaczej mówiąc, wiem, że coś zrobiłem albo że czegoś nie zrobiłem i tej wiedzy towarzyszy wiedza o tym, czy było to dobre czy złe. Wiedzy pierwszego stopnia towarzyszy nieustannie etyczna wiedza drugiego stopnia – oto czym jest sumienie albo Sokratejski δαιμόνιον. Conscientia po łacinie to także świadomość, sumienie można więc określić jako zdolność uświadamiania sobie, że jakiś czyn jest dobry lub zły. Z kolei kochający wiedzą, że czas płynie, ale miłość jest zdolnością do jednoczesnego wglądu w wieczność. Jeżeli jest to miłość odwzajemniona, każdej z następujących po sobie chwil towarzyszy świadomość wiecznej szczęśliwości. A jeżeli jest nieodwzajemniona, następstwu chwil towarzyszy świadomość wiecznego nieszczęścia. Nic dziwnego, że kochający bez wzajemności doświadczają stanów depresyjnych i są zagrożeni samobójstwem. Miłość jest więc świadomością wieczności, czy też współwiedzą o wieczności. Św. Tomasz powiedziałby: conscientia de aeternitate. Kochający z wzajemnością wiedzą, że ich czas upływa, ale posiadają też niejako „wiedzę z boku”, że czas właśnie nie płynie, że świat się zatrzymał, że zatrzymał się przypadek. Wiedzą, że tęsknią i jednocześnie też wiedzą, że to ich uszczęśliwia. Nie jest to raczej intelektualne wnioskowanie: tęsknię, a zatem kocham. Jest to poczucie (któremu wnioskowanie towarzyszyć może, ale nie musi), że pomimo tęsknoty przenika mnie wieczna szczęśliwość.