Straszny Dziadunio (17)
W sennym miasteczku na końcu świata,
Tonącym w słońcu, liściach i kwiatach,
Miało raz miejsce dziwne zdarzenie,
Które wprawiło je w przerażenie.
Do biblioteki opodal rynku,
Umiejscowionej w starym budynku,
Przez komin albo przez inny otwór
Zakradł się w nocy okrutny potwór.
Była to bestia wręcz z piekła rodem,
Zionąca z paszczy okropnym smrodem,
Szczerzyła groźnie wielkie zębiska,
Których nikt nie chciałby widzieć z bliska.
Swoim spojrzeniem zaś przeszywała,
Jak śmiercionośna świszcząca strzała.
Każdy, kto zetknąłby się z tym monstrum,
W mig by wyzionął ducha po prostu.
Gdy monstrum weszło między regały,
Tknięte przeczuciem książki zadrżały,
Bohaterowie baśni, powieści
Chcieli w tej chwili uciec z ich treści.
Dokoła trwała złowieszcza cisza
I tylko potwór chrapliwie dyszał.
Milczący chodził po pomieszczeniu
I gniew narastał w jego spojrzeniu.
Kiedy po książkach wzrokiem przebiegał,
To cały truchlał pełen ksiąg regał…
A kiedy zaczął książki kartkować,
Nie mogły one łez opanować.
Gdy w końcu wydał ryk wniebogłosy,
Postaciom w książkach stanęły włosy
I w lot pojęły, że są tu w matni
I że to będzie ich dzień ostatni…
Gdy rano przyszły bibliotekarki,
To im po plecach przebiegły ciarki,
Bo gdy ujrzały to, co zastały,
Ledwie na nogach się utrzymały.
Dokoła istne pobojowisko,
Od krwi aż było dosłownie ślisko,
Krew na podłodze, krew na suficie,
Wszystko skąpane we krwi obficie.
Wszędzie walały się ludzkie kości,
Jedne w kawałkach, inne w całości,
Bebechy, czaszki i kręgosłupy,
Które nie sposób złożyć do kupy.
Kiedy po mieście wieść się rozeszła,
Stanęły dęba stoły i krzesła,
Ławki w kościele, konfesjonały,
Co o niejednej zbrodni słyszały…
Kim był ten potwór, nie dowiedziono,
Budynek wkrótce doszczętnie spłonął,
Została tylko mroczna opowieść,
Co próżno prawdy próbuje dowieść.