Kącik Wiesi (18)


Ostatnie takie wesele na wsi


 

Zamiast długich namyślań i kalkulacji, szybka decyzja i gorączka przygotowań. Radość z pierwszego w rodzinie wesela uskrzydla wszystkich. Narzeczeni – piękni dwudziestoletni – nie mają nic „prócz dwojga rąk”, ale pragną sobie darować świat. Dopiero co spadli z ambony, a niech ludzie wiedzą, niech mają o czym gadać, oto panna ze wsi poślubi kawalera z miasta! Miastowy, a na wszystkim się zna i pojętny, i chętny do roboty. Do tego przystojny, gęste długie włosy i gwiazdorski uśmiech. Pozazdrościć. Ale i panna niczego sobie: śliczna i pracowita, gołębiego serca, dbająca o młodsze dzieci. Ojciec weselny nie będzie córce żałował – każe ubić utuczonego świniaka, a na rosół ze trzy kury, a jak i to będzie mało: poświęci i indyczki. Tyle jedzenia, bez ziemianki się nie obejdzie. Dziadek, niegdyś murarz i powstaniec, daje wskazówki, a rodzina, i ta ze wsi, i ta z miasta, struga żerdzie, zabezpiecza strop, sypie piasek. Rodzice, zaledwie po czterdziestce, ciągle młodzi i skorzy do żartów. Zabrałaś mi lato, nie dałaś nic za to…, krąży wujek wokół cioci w rytmie popularnej melodii. Dzieje się. Najwięcej za sprawą Narzeczonego, który ma wizję i zapał, żeby nie tylko łatać i maskować, jak było w zwyczaju do tej pory, ale gruntownie zmieniać i odnawiać. Z pomocą nieco osłupiałych domowników zabiera się do zrywania starych podłóg, zasypywania piwniczki, równania i dzielenia powierzchni z wykorzystaniem nabytych w geesie solidnych płyt wiórowych. W ferworze przygotowań naprawiono płoty, uprzątnięto i wygrabiono całe podwórko, a nawet postawiono nowy wychodek. Otwarte na przestrzał okna uwolnią zapachy farb kredowych i olejnych, dając przepustkę muchom, z których wiele przyklei się do świeżo pomalowanych ścian. 

Jak by nie obliczać i wymierzać, w dwóch niewielkich pokojach trudno będzie pomieścić weselników. A rodzina duża, rozgałęziona w trzech pokoleniach i wszyscy jeszcze żyją, od najmłodszego rodzeństwa, kuzynów i kuzynek, po rodziców i ich rodzeństwo oraz rodziców rodziców. Nie można pominąć najbliższych sąsiadów i przyjaciół Młodych. A gdzie tu jeszcze upchnąć orkiestrę: jednego z akordeonem, tego co gra na bębnie i tych dwóch saksofonistów. 

– Tańce będą na dworze! – wpada na pomysł Ojciec, który ma znajomości w gminie i załatwi drewnianą podłogę. Wokół parkietu postawi się ławki, a całość ozdobi zielonymi brzózkami. 

W przeddzień wesela Matka omiecie z pajęczyn stodołę i przygotuje kilka stanowisk do spania. 

Bo że nie wszyscy doczekają świtu, było jasne jak słońce. Ostatnie przymiarki, próbne fryzury, cukierki i drobne dla dzieci czatujących ze sznurkami na trasie przejazdu. Nie do końca wiadomo, kto tym wszystkim zarządza, ale jakoś się kręci, wzbiera i faluje niczym łany zbóż trącane wiatrem. 

A małe potknięcia – jak te, że ktoś nie domknął ziemnej piwnicy, kot przebiegł po tortach, poza wiedzą starosty ubyło kilka butelek – łatwo się załagodzi i wyrówna. Ale już grają! Z kolejnymi toastami wesele rozkręca się i nabiera rumieńców. Po zmroku, za opłotkami, przybywa ludzi ze wsi. 

 – Kawałek dla siennych! 

W pogodną sierpniową noc, pod gwiazdami, tańczą goście weselni i sąsiedzi, starzy i młodzi, a kto się nazbyt zachwieje, znika za wrotami stodoły i zapada w pachnącym sianie. Jedni odchodzą, drudzy przychodzą, bratają się i żegnają, wirują w parach i w kółeczkach aż po chłodny ranek. Ale nim zaczną znikać w welonach z mgieł, jeszcze za dnia, fotograf ustawi wszystkich do zdjęcia. Pośrodku Para Młoda, już na zawsze młodzi, dalej z dwóch stron rodzice i dziadkowie, powyżej drużba, ciocie i wujkowie, a na ziemi, na specjalnie rozłożonym kocu przykucną dzieci. 

Mgnienie za mgnieniem… i najmłodsi będą najstarszymi.

 

 

Wiesława Ptaszyk