Kącik Wiesi (16)
Początki giną w mroku dziejów. Jakiś czas po ustąpieniu lodów spiętrzone zwały ziemi ogarnęła mocnymi korzeniami puszcza. Potem przybyli osadnicy z zachodu, wybrali i ociosali co okazalsze pnie, pobudowali zagrody, i tak już zostało. Na stropowych belkach w paradnych izbach przypieczętowali swoją obecność datą. Nikt nie zaprzeczy. Po nich przybyli osadnicy ze wschodu, zajęli porzucone gospodarstwa i tak już pozostali. Sosny i brzozy, od pewnego czasu sadzone w leśnym rygorze, szybko pięły się ku słońcu, przysłaniając pagórki i ślady siedlisk wraz z płowymi lipami i dzikimi bzami.
W miejscu, do którego dobił lodowiec, łagodne wzgórki urywają się półkolistą skarpą, z której przez lata osypywał się żółty piasek. W porze letniej dzieci z okolic w czasie wolnym od grabienia siana, zbierania jagód, rozrzucania kupek gnoju, ustawiania mendli ze snopków, zrywania ogórków i fasoli, przewiązywania krów urządzały na piaszczystej górce zawody sportowe i występy artystyczne.
Widownia znajdowała się u podnóża moreny, pod akacjami, a na iglastym pagórku, pod sosnami była scena. Na ogół spontaniczne występy solowe przeplatano uzgodnionymi scenkami, po czym następowała zmiana ról: artyści stawali się widzami, a widzowie artystami. Nikt specjalnie nie narzekał. Można było odejść, ale jakoś nikomu nie spieszyło się do domu. Dobrze biegało się boso, nawet po lesie, choć szyszki stanowiły pewne wyzwanie dla stóp. Najlepszą zabawą były skoki z górki. Brało się długi rozbieg, potem mocne odbicie na skraju skarpy, i fru… leciało się w powietrzu, by bez obaw wylądować w miałkim piasku. W tych zawodach ważniejsza od odległości była sama radość z oderwania się na chwilę od ziemi.
Pofałdowana górka była też dobrym miejscem do budowania domków w lesie. Przypadkowy kij służył do wyznaczenia granic, potem miotłą z gałęzi omiatało się obejście z igliwia, kleciło piecyk z kamieni i siedziska z mchu. W stołowym wystawiano skarby – kolorowe szkiełka wyobrażające zastawę, z zachwytem oglądane pod słońce. Pamiętano, a jakże, i o zagródkach, w których trzymano krowy – dłuższe patyki i świnie – krótsze. Pewnego razu trójka dzieci postanowiła spędzić całą noc w małym zagajniku za górką. Chłopcy skrzyżowali żerdzie i wspólnie z dziewczynką obstawili stelaż gałęziami. Za posłanie posłużyły liście i mech. Po szarudze nastały ciemności, w których to leśne stworzenia lubią wychodzić z ukrycia. Do szałasu wpełzała wilgoć, a igliwie niemiłosiernie kłuło w plecy, tak że wszyscy kręcili się, nie mogąc zmrużyć oka.
– Ja tam wracam do domu.
– Jak to, już masz cykora? Przecież była sztama! Zresztą, rób co chcesz, my się stąd nie ruszymy. Pohukiwania puszczyka i odgłos łamanych gałęzi zdopingowały dezerterkę do szaleńczego sprintu. Można powiedzieć, że w konkurencji bieg przez górkę po omacku prześcignęła samą siebie.
Mijały lata. Leśnictwo wyznaczało coraz to nowe kwartały lasu do zrębu, w miejsce którego sadzono nowe drzewka, aż przyszła pora na las na górce. Tak się złożyło, że w tym czasie grupka dzieci – a były to dzieci tamtych dzieci sprzed ćwierć wieku – założyła Klub Ochrony Przyrody „Zespół P” i postanowiła oprotestować decyzję o wycince, śląc stosowne pisma do Nadleśnictwa. Ku zaskoczeniu wielu, leśnicy zachowali się profesjonalnie, wyznaczyli spotkanie z protestującymi, aby wyjaśnić im w jak sposób prowadzi się gospodarkę leśną. Dzieciom w wieku szkolnym i przedszkolnym z dużym transparentem w obronie pokoleniowego lasu cierpliwie tłumaczono, że wycinkę prowadzi się co kilkadziesiąt lat, gdyż zbyt stare drzewa tracą wartość rynkową. I choć sprawa zrębu wydawała się przesądzona… z jakiś niezrozumiałych przyczyn popadła w zapomnienie.
Po upływie kolejnych dekad głowy starych sosen, z tapirami czarcich mioteł, chylą się niebezpiecznie nawet przy drobnym wietrze. Przybywa powalonych suszek, które natychmiast przejmują we władanie drobne żyjątka. Samosiejki rosną bez żadnego porządku, wypełniając wolne przestrzenie. U podnóża niegdyś piaszczystej górki wyrosły nowe sosny i akacje.
Dzieci nie spotyka się wcale.