Kącik Wiesi (17)
Panowały na każdym wiejskim podwórku. Może z wyglądu nie przypominały odległych przodków, za to ich wspólne miano jakimś cudem przetrwało.
– Ale ci się, sąsiadko, tego gadu nalęgło, i jak to lezą pod nogi… a sio! Ale tego skubania to ja ci już nie zazdroszczę.
– No ale zawsze jest co złapać i głodu nie ma.
Właśnie gospodyni, pośród syków, gulgotań i gdakań, ogarnia wzrokiem zwabione ziarnem ptactwo.
– Z indykami za dużo roboty i już przyobiecane na święta, kaczki za małe, trzeba by dwie na raz ciachnąć, gęsi potrzyma się do jesieni, no nic. Łap białego kokota! – zwraca się do męża, który akurat udaje, że ma coś ważniejszego do roboty.
Kobieta musi wyrobić się do południa z obiadem, więc nie pierwszy już raz bierze sprawy w swoje ręce. Ma w tym sporą wprawę. Wystarczy dobrze przymierzyć, a potem chwilę przytrzymać i ptak nawet się nie orientuje, kiedy traci głowę. Padło akurat na niego, bo po zeszłorocznych nasadzeniach kwok populacja kogutów nadmiernie się rozrosła, co prowadzi między nimi do częstych, nawet krwawych starć, nie wspominając o spłoszonych kurach.
Gady, jak to gady, lubią grzebać w odpadkach, tarzać się w piachu i popiele, toteż gospodyni, zanim przystąpi do skubania, musi ptaka dobrze oparzyć wrzątkiem. Nie pachnie pięknie, ale pióra łatwiej poddają się wyrywaniu. Najpierw okazalsze ze skrzydeł i ogona, potem drobniejsze z całej reszty, a najdrobniejszy puszek trzeba opalić nad ogniem. Ten ostatni proces zawsze przestrasza młodsze dzieci, bo płomień z podpalonego denaturatu potrafi buchnąć wysoko. Na koniec staranna kąpiel golasa i można przystąpić do patroszenia i ćwiartowania. Do tych czynności kluczowy jest ostry nóż, więc gospodyni rozgląda się za osełką, czy choćby kamienną krawędzią studni.
Na zewnątrz poruszenie. Ptaki podniosły alarm, głośno skrzecząc chowają się po kątach. Tylko jedno kurczątko kręci się w kółko żałośnie popiskując. Matka ukryta w krzakach bzu zgarnia pod skrzydła pozostałe dzieci. Czasem śmierć spada z nieba. Wysoko w chmurach krąży jastrząb.
– Aaa! – w porę podniesione krzyki i gwizdy odstraszają drapieżnika, który kołując znika za wierzchołkami sosen.
Trochę potrwa, nim pierwsi śmiałkowie wygrzebią się z kryjówek.
Tymczasem w kuchni roznosi się zapach duszonego w brytfannie koguta. Najpierw chwilę podpiekany z dodatkiem masła, dla ciemnego sosu i chrupiącej skórki, potem jakiś czas podlewany wodą, a na koniec zaklepany śmietaną. Jeśli osoba pilnująca mięsa się zagapi czy przyśnie, co nieraz zdarza się gospodarzowi pod nieobecność gospodyni, wówczas sos wychodzi bardzo ciemny, ale zdaniem domowników tylko zyskuje na smaku.
Wołają do stołu. Każdy zna swoje miejsce i swój przydział z kury czy koguta. Największe porcje należą się ojcu i najstarszemu synowi. Na ich talerzach lądują ptasie nogi. Grzbiet i kuperek – najsmaczniejsze króciutkie mięso – zarezerwowane jest dla najpilniejszej córki. Starsza córka zadowoli się nieco suchym bokiem. Pomiędzy młodszym rodzeństwem trwa spór o żołądek. Ostatecznie w rezerwie pozostaje jeszcze drugi bok. Delikatne mięsko ze skrzydełek przypada najmłodszemu dziecku. Matka nawet nie przysiada, na stojąco obgryza kosteczki z szyi i pazurków.
– Najadłam się dość próbowaniem – przekonuje.
Po obiedzie przycicha dom i cała zagroda. Zbite w grupki ptaki przeczekują w krzakach wysokie słońce. Po krótkiej drzemce czas na popołudniowy obchód. Gospodyni sprawdza wodę w każdym poidle, dolewa i wymienia na świeżą, podsypuje ptakom paszę, a dla piskląt przyrządza pożywną sałatkę z gotowanych jajek i świeżo zerwanych pokrzyw, które, jak się zdaje, nie parzą dłoni.
– A tylko dobrze pozamykaj kurniki na noc, żeby jaki robok nie podusił kur i kaczek! – przykazuje mężowi.
– A, i miej baczenie na indyki, bo jak obsiądą jabłonie, to już nikt ich nie zagoni po ciemku.
Z gadami nigdy nic nie wiadomo – dodaje już bardziej do siebie.