POLE / 2 (5) / 2024

Tamara Bołdak-Janowska / Antoni Janowski


JAK NIE WIEM CO

Dialog Tamary BeJot i Tola Sza

pt.:

Dialog jak nie wiem co

lub:

kot domniemany

 

BeJot

Śniły mi się wąsy kota.

 

Tolo

Z kotem?

 

BeJot

Bez kota. Idź tym tropem, rozwijaj mi sen.

 

Tolo

Jeśli jeszcze powiesz, że te wąsy poruszały się jak klamka bez drzwi, to już mamy ważną sprawę.

 

BeJot

Bo to ważna sprawa. Jeśli snu nie weźmiemy za jawę, to co jest jawą? Orzekniemy, że cała ta nasza jawa to tylko sen? Tak właśnie głoszą wtajemniczeni, pozanurzani w pramedytacje i prapragnozy. Jeśli sen weźmiemy za jawę, to jest to jawa – jako przeżycie. Przeżycie to jawa najjawsza. A te wąsy kota płynęły w powietrzu, podskoczyły, zastygły, znowu płyną, czarne, połyskliwe. Prawdziwie kocie. Kocie na pewno. Fachowa nazwa to: wibrysy. Kot ma ich mniej więcej po dwanaście lewych i prawych. W pewnym momencie te wibrysy poruszały się tak, jakby kot coś jadł, a w innym, jakby obserwował niebo, dwojgiem głębokich ślipi, a nie płaskim jednym jak jaka kura czy kogut. No wiesz, jak kot coś je, to mu się wąsy nieco trzęsą, a jak patrzy w niebo, to one jak kaligrafowane pagony z  niego wyjrzą, chcąc spłynąć na ramiona, a on nie ma generalskich ramion. Powietrzne pagony, nieosiadłe, miłe dla oka. Wiązka wolnych pagonów.

 

Tolo

No to mamy klamkę, która porusza się sama z siebie, nie należąc do drzwi. Nieważne, czy one były, czy nie. Wyobraź sobie: uwięziony w murze kamień nagle się odezwał, że mu ciasno i pragnie się rozruszać. W duszy ten ruch. Widzisz tę rysę światopoglądową? Żadne jarstwo i żadna zdeklarowana empatia do jakiejś ślicznej rdzy, w stopie czy gdzieś tam, czy do nowiutkiej dechy nie rozwiązują sprawy. I jak z tym żyć, z wyalienowanymi wąsami, które nie mogą się upagonić, bo ramion brak, a oko tną hiczkokowo, i z tym egzystencjalnym kamieniem? Jakieś stoickie pomiędzy? Bo chyba nie puścisz mnie tropem ogłupionej ciągłym pogłaskiwaniem kici, która orzekła: Odrzuciłam łowne wąsy, to moja ofiara, pragnę się całkowicie upokoić?

 

BeJot

Trop sam znajdź. Znajdziesz. Żyj, przez chwilę widząc wyalienowane wąsy kota i gadający kamień w murze. Te kocie wąsy były piękne, sprężyste. Stuprocentowo kocie. Szkoda byłoby zapomnieć taki sen. Ostatecznie kot może stać się w naszej rozmowie kotem domniemanym. Taki kot jest wszystkim, co się porusza, płynie, skacze, wskakuje, także wszelką sprawą. No więc mamy kota domniemanego. I mamy następną sprawę: kaptur z kamienia. Też płynie sobie tu i tam. Kaptur ten dokończ.

 

Tolo

Rzeźbiarz N wykuł sobie kaptur z kamienia. Gdyby go tylko, nieszczęsny, nie zaczął nosić. Ale.

N: Mój kaptur jest wprawdzie ciężki, ale nie ciąży mi tak, jak królowi korona.

Inne kamienie też zapragnęły być kapturami, to je wyrzeźbił, a one ożyły. Różne kaptury, jedne ostre w gotycki szpic, drugie w szpic łagodniejszy, i w nachylony, albo jak rączka dzwonka, wreszcie uchwyt rozdwojony – ni to uszy, ni to skrzydła – i każdy kaptur zaczął latać. Od tego poszedł po powietrzu charakterystyczny turkot. Lecz wkrótce nastąpiła cisza. Agenci władzy wyzbierali w państwie wszelkie kamienie, a imię rzeźbiarza okryto milczeniem. Od tej pory wszystko, co lata, musiało się rejestrować.

Czasem jakiś kamień w murze czy zabytkowym bruku poruszy się, a wtedy zjawia się ekipa specjalna w spec-uniformach i ogłusza, waląc po głowie niecierpliwego śmiałka, a usta uszczelnia specjalnym kitem.

 

BeJot

Czym wali?

 

Tolo

Spec-młotem. Tajny i ciężki. Z czego, to nie wiadomo. Tajniacy też nie wiadomo, z czego zrobieni.

 

BeJot

To teraz weź czajnik słońca. Opowiedz go najściślej.

 

Tolo

Tytuł: NAWIEDZONY, krócej: NAW/ 1, nosiciel:

(Postać o jednym rękawie ukaże się jeszcze tu i tam; bliższych danych brak).

NAW (Robiąc ni to pokłony, ni to co): Było się, śniło, czy z  innego przestrachu. Mój rękaw oderwał się i odpłynął za ptakami. Tak zostałem.

I rozdziawiłem się jak moje buty, i umysł butów przeszedł na mój umysł, i usłyszałem: „Czajnik słońca wylewa złoto wrzące”. Czy Bóg to powiedział, czy się tylko zaśmiał obrazem.

Porzućcie wiarę rzeczy w grawitację i wrodzone skłonności ciała. Spójrzcie, jak ptaki chłoną krajobraz. Jak latająca bibuła.

W głowie mam taniec duszy: powolny krok (NAW tu rozpuszcza w powietrzu długą białą wstęgę i ostrym ruchem powoduje jej falowanie), żeby dusza miała czas rozciągnąć się w długi całun, głaszcząc pożegnalnie wszystko, co się jeszcze szarpie i zostaje. Jeden pantofel odleciał sobie. Wąsów kocich bez kota dostał. A wąsy te płynąć, płynąć po powietrzu chciały. I  płynęły. A jak złapać tak samowolny pantofel? Wąsy kocie stały się grubsze od sznurowadła, bo się splotły. Moc. A pantofel, co został na nodze, skurczył się z samotności.

Tak zostaję: w jednym ciasnym przykrym pantoflu.

UPU (Wręcz wykrzykuje): To ten, ten sam z mojego snu! Jednak wypłynął.

ALPI: Nic nie rozumiem.

UPU: Bo cię przy tym nie było. „Brezentuj proń!” przejęzyczyłem się we śnie (trzeźwemu umysłowi nie daję takiej wolności). BP – jednak nie przerywałem sobie serii tego przejęzyczenia. Bo miłe i coraz milsze wezwanie to było. BP. Brezentowana proń.

Anioły, czy kto, chciały wykraść ramię zwichniętego człowieka, żeby je naprawić. Ale że ramię nie puszczało, i ambitne jestestwa doraźnie zadowoliły się urwanym rękawem. „Na nim poćwiczymy”. I dawaj zginać w łokciu w drugą stronę. A jeden anioł, co się był nie dopchał, zadowolił się modelowaniem pantofla ofiary, który według własnej stopy wydał mu się platfusowaty.

Z niecierpliwości obudziłem się, i widzisz, co dalej: NAPROMIENIOWANY DOTYKIEM. Z takim hasłem się obudziłem.

 

BeJot

Sen to taka jawa, jakiej poprawić nie można. Nikt poza tym nie ma prawa poprawiać czyichś snów. I maszyna nie ma prawa poprawiać snu. Maszyna miewa zwidy. Zwidzi jej się, że kocie wąsy bez kota nie mogą istnieć, no i zechce dodać naszego kota domniemanego. Ba. Nawet uzna, że nie ma kotów domniemanych, więc należy dodać jawnie zwykłego. Głupia maszyna. Sztuczna inteligencja może być tylko głupia. Nie ma w niej procesu mądrzenia, starzenia się, zdolności do rozmowy, a jest sama technika, która obywa się bez uczuć i kotów domniemanych, a już na pewno bez wolnych wibrysów, bez kota. To bezduszny monolog dla jakiejś tam masy. Człowiek to nie masa. Maszyna o tym nie wie i nigdy się nie dowie. Bo to nie człowiek, który ma sny, których nie da się poprawić, które są, jak same chcą w pojedynczej mojej mojości, która to moja mojość wyskakuje do rzeczywistości i komentuje ją obrazem mojościowo moim, a nie masy. Wąsy kota ukryły się na chwilę w twoim samotnym rękawie, zwisły kilkoma nitkami o barwie przypalonego dna emaliowanego garnka, i wyrysowały się nawet w twoim kamiennym kapturze, i lekko go wgięły tam, gdzie się w ogóle nie wginał, i w-ciach, zadziałały jednocześnie lewe i prawe. Kamień omdlał. Nad uchem czy też do ucha. Chyba bardziej do ucha omdlał, bo to była najbliższa mu ciepła jama, a nie chciał runąć w przepaść, która zawsze jest zimna. Teraz kontynuuj mój sen o tym, co nie ma dupy.

 

Tolo

Dobra, wjeżdżam z NAW/2

Pierwszy Nauczyciel spotkał na swojej drodze człowieka Starej Opowieści. Zobaczywszy, jak ten przydeptał sobie za długi but drugiej nogi i nie mógł ruszyć z miejsca, zaśmiał się serdecznie.

I rzecze mu: Nie oglądaj się i wsuń się w sandały jak ja. I mówiąc: śmiech cię wyzwoli – połaskotał go.

Tak się zaczęła Nowa Opowieść. A łaskotki rozbiegły się po całej Ziemi.

Stwórca światów lubi się śmiać, bo skąd człowiek miałby taką przyjemność w śmiechu, toż on na podobieństwo Stwórcy zrobiony był. Dla przykładu i ośmielenia Pierwszy Nauczyciel powiedział: Jednak stworzyłem jestestwo bez dupy: kwiaty! Powiedział to i zajaśniał jak słonecznik.

Żeby śmiech człowieka nigdy nie był ponadto, usta skrócił mu do kreski, rozciągliwej według jego planu, i ani milimetra szerzej, bo się twarz przepołowi. I góra dołowi ucieknie, i kto potem dopasuje.

 

BeJot

A teraz opowiedz miejsce.

 

Tolo

NAW/3:

(Już mignęła obnażona ręka, już prawie przywykliśmy)

 

BeJot

Co to za ręka?

 

Tolo

To sur-didaskalia. Jest sobie, bo tak się jej chce. Znowu przemówi NAW.

NAW: Odkopani starzy bogowie nie rozpoznali swoich pagórków i nie zechcieli żyć.

Co jawa, a co sen…  Zła wola duchów lubi podejść w najciemniejszym miejscu… i zapach bliźniego napawa trwogą…

Oto wynurza się twój były brat i mówi: Jestem w takim miejscu, że wcale nie muszę być dobry.

A śmiech, pytam, częstując go truskawkami, czy dochodzi cię czasem śmiech?

Podobno są tacy, którzy słyszą, ale oni trzymają się bliżej powierzchni.

A jak rzeczy są urządzone wśród pagórków, każdy wie.

 

BeJot

Opowiedz o wyrywaczu pośladków. Taki poeta zaistniał w cząsteczkach snu.

 

Tolo

Tytuł: DUPNE WIERSZE O EPOCE. W nasz dialog włożę kolejny dialog mniejszy.

UPU: Opowiem coś, obrazek, bo mi coś niewygodnie, chyba ciśnie ten obrazek, ale głośno się nie śmiej, bo to może być tylko sen. Nie budź go. Niech sobie sen śpi.

Poeta chodził po mieście, zatopiony we własnych myślach jak gwóźdź w wielkiej rdzy, i zbierał cudze pośladki jak grzyby, i robił z tego wiersze. Ktoś go zapytał „Jak pan to robi?”, a on gestem pokazał wyrywanie, i wydął policzki, to znaczy wyrwał je poprzez wciągnięcie, dodając wyrywający ruch palców, a tak wciągnął, że miał zrośnięte ustnikami megafony w miejscu uprzedniego wydęcia, czarność, czarność, głębia, i miał w obu dłoniach po misce, a miski te były pośladkami, to znaczy każda ta miska była wymyślona jako pośladek. jakby kapelusze olbrzymich kani, ale leciutkie, z samego tchnienia „O, tak. Tak u mnie ciało staje się słowem”.

Skoro tak, to pomyślenie musiało stawać się ciałem – tak stwórcuje poezja, jeśli znajdzie gąbkę o czynnych zmysłach. I ona to się napełnia, to wciąga, i w napełnieniu nie poczeka, tylko się rozdębi, żeby się co najmniej skrzewić, i znaleźć ujście dla mocy rozdębienia, i znajdzie.

Pomyślenie staje się ciałem.

Ja ci patrzę, a ludzie trzymają się za tyłki skrywanym chwytem, i chodzą jakby bokiem.

ALPI: Brrr. To mnie uraczyłeś.

UPU: Wszystkim nam to się śni.

ALPI: Ja to wszystkim?

UPU: Nooo, jak poecie, to chyba wszystkim.