POLE / 2 (5) / 2024

Edward Winiarczyk


WSPOMNIENIA

spisała Renata Bożek

Ja urodziłem się w dwudziestym siódmym roku, ale dwa dni po świętach, to mnie zapisały w styczniu, 8 stycznia jak mnie chrzcili.

Ja pamiętam Ginka Królowa, godają baby: „Królicha dziecko urodziła”, a ja już spory chłopak byłem i mówię: „Mamo, co ty pleciesz, Królicha przyszła do studni, dwa wiadra wyciągnęła i do domu zaniosła”. To musiało być zaraz po tym, jak urodziła. I nie trza było doktora, tylko baba przychodziła, Krzysztonka, tej Koszołczyny Oli babka, gdzie Mikuła teraz mieszko.

Krzysztoń, Wojtka ojciec, Olki dziadek, to jemu pierwszo kobita umarła, a późni to się ożenił z taką, co była za Łazem w Zakrzówku i jeszcze miał z nią dzieci: Olka, Franka i jeszcze jakieś. Jak ona przyszła do tego dziadka Krzysztonia, to z sobą przyprowadziła dziewuchę, córkę, po pierwszym mężu. No to syn Krzysztonia Wojtek, ojciec Olki, już nie szukał, tylko się z tą dziewucha ożenił.

Krzysztoń był bogaty, a Janoski Jasiek to był drań, złodziej od korony polskiej. Chodził do Krzysztonowy, ty co miał z pierwszą żoną. Matka moja, tam była bida cholerna, gdzieś zarobiła, kupiła sobie materiału i spódnicę uszyła. Pobrudziła się, to matka uprała i powiesiła na gałęzi, tam taka gruszka duża była. Ten skurczysyn szedł do Krzysztonia na randkę i zerznął całą spódnicę w paski, ze złości.

Miałem kuzynów bardzo muzykalnych, nazywały się Tomiły, jeden zęby wstawiał, drugi grał na skrzypkach. Gdy mnie ochrzciły, zrobił ojciec chrzciny, Janoski szedł, całe okno wywalił w styczniu, Bolek nie miał co złapać, więc złapał baniok i w łeb Janoskiemu. Ale to mu nie pomogło, bo jak dokuczał innym, tak dokuczał.

I na koniec zabił ojca. Ojciec też był co dobrego, raz im pole zapisywał, raz odbierał. A potem, jak już stary był, babę sobie przyprowadził z Kaczeńca. Chałupę postawiły tam, gdzie teraz Kosidłowie i to była jego druga baba, przepisał na nią kawał pola. To im się nie podobało.

To było w niedzielę, z rana, może koło dziewiątej. Jak zabił ojca, przyleciał do Pyzika, bo tu jego syn Edek był żonaty, i skoczył do studni. Ale oparł się nogami o futrynę i choć się poździeroł po nogach, to się nie zabił. Jak Gina Świądrowa, Władka Świądry siostra co skoczyła, to od razu się zabiła, może pięćdziesiąty rok był, a może trochę wcześniej. To była taka sprawa, że to Reszków Olek do niej chodził, w ciąży była, a on się ożenił ze Stachyry siostrą. A Gina jego sobie umyślała, do studni skoczyła i się zabiła. To myśmy ją nieśli z domu na cmentarz w Kraśniku, dwa tygodnie mnie plecy bolały.

 

Jak Janoski siedział w studni, to Wacek miał kuźnie, i Janek mówi do Wacka: „Wacek, idź otwieraj kuźnie, przynieś młotek, walimy studnie, bo się zesrał tak czy tak, to nie będziesz takiej wody pił”. A ten krzyczy: „chłopy nie walta, chłopy nie walta”.

Poszedł do więzienia, a po jakimś czasie my z ojcem mieliśmy jechać koniem po kafle do Łążka, godzina może druga w nocy, kiedy z nizów od Szastarki, za stodołą słychać, że ktoś się głośno rozmawia. Janowska szła z mężem, bo go puściły na przepustkę. Następnym razem już nie pojechał z powrotem do więzienia. Znalazły go na Kopaninach pod Sulowem, porąbany był, już lisy się dobrały do niego, zepsuty już był. W stodole na pobojowisko wdowa wprowadziła krowę, najprawdopodobniej była taka mowa, że Świąder razem z nią go załatwiły, wywiozły na pola, niby pierzyna koło niego była, sto złoty. Przyjechała jakaś ekipa, zebrały w skrzynię, wywiezły i tyle po nim było. Był pozbawiony praw obywatelskich i nawet grobu nie miał.

On zaczął mówić do ludzi, że żona go namówiła, żeby zabił ojca, to go zabiła.

 

A u nas to tak było: przychodził do mojej matki jakiś z Zakrzówka chłopok, jak jeszcze babka żyła, tylko chcioł 300 rubli posagu od matki, a babka tam miała pod poduszką, ale babka nie dała i ten chłop się nie ożenił. To przyszedł wdowiec z Szastarki i ożenił się z moją matką. Robić to robił dzieci, ale czy ony będo żyły dobrze czy nie, to pies się ganioł. I my tak wychowane były. Ojciec był po froncie, po pierwszy wojnie. Czynnej służby dwa lata i zamiast do dom, to wypadła wojna. Po rusku to dobrze umioł i czytać, i gadać, a lepiej niż po polsku. I on miał 15 lat był w wojsku, służby dwa lata i na wojnę dostał się do niewoli austriackiej i siedział, taki głód był, że korzonki zbierały i gotowały, tak opowiadał, to nic dziwnego, że żołądek miał zepsuty. Dzisiaj to może by go i wyratowały, a wtedy to nie było ratunku, umarł w grudniu, miał lat pięćdziesiąt kilka, a w jesieni Niemce napadły na Polskę, to prawie drugiej wojny dożył.

U nas w domu było nas dużo: Janka, Stach, jo, Jasiek i Maniek. Z pierwszego małżeństwa mioł Bronka, tego partyzanta, co go jendeki zabiły, Stefana, co Helka za nim, i Bolka.

Bida była, dzisiaj przychodzę do sklepu i kurom biere bułki. Mój ty Boże, kiedyś to się bułki pragnęło. Bida u nas była, bo ojciec nigdzie nie robił, gospodarki duży ni mioł, 4 morgi pola aby. Jak matka pojechała do Kraśnika, kupiła jedną parówkę, taką długą, to rwaliśmy to w miga. 

 

Najbogatszy był Kania Antek, bo jak Balawender ojciec żył to było nie bardzo, był tkaczem, robił płótno, to on wziął kilo słoniny, chleb, to czekały dwa dni, bo ich było ośmioro, nie były przelewki. Ludwik był dobrym szewcem, co go Niemce zabrały.

A Kanicha to była pierwsze za Sową, Jankę zrobił i pojechał do Ameryki, tam robił przy sprzątaniach przy szosach, jak mi opowiadała siostra mojej matki, co też pojechała do Ameryki, i Pawła Rzeczyckiego ojciec. Ale ten Rzeczycki to był pijaczyna, po każdej wypłacie przyszedł pijany, kieszenie powywalane, bo mu zabrały dolary.

Jak Sowa umarł to się dopiero dobrze Kanisze zrobiło. Jedne dolary przyszły jej, a druga kupa dolarów przyszło Sowce, córce. Ale one sobie umyślały: Mazur Felek i Krzysztoń Stach były opiekuny, jak by chciały, to by wybrały Jance dolary. Ale Kanicha tak to załatwiła, opowiadała mi, jak u nich robiółem, „a Sowka jeszcze teraz młodo, dorośnie i weźmie sobie z Warszawy z banku i będzie miała majątek”. A kto tam wiedział, że wojna wybuchnie. Wojna wybuchnęła, Kania dolary pobrał Lewandrzyszyne, znaczy żony, a Sowcyne zostały. Kania zaro kupił od Pączka dwanaście morg, i las, i łąkę, od Lisa z Sulowa kupił sześć morg i Kopaniny dwie morgi, to się Kani zrobiło trzydzieści trzy morgi pola. Jedną stodołę miał, drugą trza było postawić, bo się nie mieściło. Ludwik był tylko przy domu jako pomoc i szewcem był. A Jaś tylko koni pilnował, ale piękne konie miały. A Balawander Wojciech to krowy miał, sześć, siedem, dziesięć krów miał. Bogate były. Kania chodził jak panisko, a szwagry robiły.

 

Król chodziuł do twoi babki, siostry Kanichy, ale stare Króle nie były zadowolone, bo za bidno. Jak przyszły dolary, to i pozwoliły, bo w rodzinie bogactwo już było. A i drugo siostra szybko się wydała za mąż.

Matka zaniosła do Ludwika kamasze, to poszedłem żeby odebrać. Patrzę, a tam leży na całej patelni piróg, myślę, że bym cholera zjadł, wlazł Balawander, przyszedł do stołu, ukrajał kawał i krzyczy do Kanichy: „Eee, psiakrew, coś wom się nie zdarzył dzisiaj ten pirożyna”. Przychodzę i opowiadom moi mamie, „a bo tero to mo po uszy wszystkiego”, mówi, „jak mioł dzieci małe to nie powiedzioł, że to byle jaki pirożyna”.

 

Balawandry to nie wiem, skąd się wzięły. Wojciech i Jakub to były bracia. Jak się kłóciły, to Lawendrzycha (tak się mówiło na wsi na Balawendrzychę – RB) wrzeszczała na Balawendra: „Ty Galicyjonie”, a on do niej: „Ty szwedzki łbie”, bo z domu była Szwedo.

 

Balawendra Jakuba zabił pociąg przed wojną, zima była ciężko, a on szedł od ordynackiego lasu no Szastarkę, sprawdzał tory czy popękały, okręcony był od zimna, to i nie słyszał, jak pociąg jechał. Przywiozły do chałupy kupę śniegu. To w wojnę było, ale przed akcją, czterdziesty lub czterdziesty pirszy. Staśka była najmłodsza. Jaś był ode mnie rok starszy, zginął w akcję, Stefka go miała dziewczycą, ale to Jasiek Balawender go zrobił, jak chodził do Stefki, a potem się ożenił. Wszyscy do niej mówili: Stefka, Stefka. I ten chłopok nie wołoł „mamo”, tylko: Stefka, Stefka. Śmialiśmy się.

Potem Gienek, Władek, Jerzyk i Staśka. One się bardzo dobrze uczyły, Władek był inżynier, Jerzyk też.

 

Z początku to Niemce były łagodne.

Jak Maryśka Mazurowa żeniła się z Kuliną, to Mazur się bał młodych nieproszonych chłopoków, że przyjdą bić się, to zaprosił dwóch Niemców, pamiętam jak dziś, porozbierały się z mundurów, a ja potem myślałem: „ale człowiek głupi, nie trza było trzasnąć im brauningów?”. Zaprosił po to, żeby nie przyszły w nocy w wesele i nie zrobiły głupot, nie obrały go. Co będę gadał, u Ciuleńskich żeniły się i z komory do chałupy niosły dwie butelki wódki i nasze chłopaki z ręki mu wyrwały, uciekły i szybko wypiły.

 

Żydowskie budynki były naprost Żaby, drugie Żydy naprost Plichciny miały chałupę drugą, miały konia, kozy i raz jeden Icek wlazł na brzozę dla kóz urwać gałązek, a my mówimy: „I tu Icek, tu wlaź”, wzięła się gałąź połamała, spadł, nie mógł wstać, żeśmy się bali Żyda i pouciekali. Pola nie miały, handlem się zajmowały: szmaty kupowały, jajka. Icek to był w moim wieku, bawiliśmy się, przychodziły do nas, normalnie się bawiliśmy. Dużo przed wojną wyjechały.

Kowalik na Słodkowie przetrzymał Żydów i Sikora. Stacha ojciec by nie przeżył, gdyby doniosły. Mówił do mnie, już po wojnie: „Wiesz Edward, już niedługo, a mój Stasiek całą Karpiówkę zakasuje”.

 

Miałem dziesięć lat jak ojciec umarł, na służbę trzeba było iść. W akcję służyłem u Gryty Mietka, tam koło Pudła. Na tygodniówkę jak pojechał w poniedziałek, to nie przyjechał wcześniej niż w sobotę wieczorem. A tu i koń został, świń sporo, krów trzy, Wanda nie mogła dać sobie rady. U nas nie było co robić, to poszedłem tam służyć. Przed akcją poszedłem za stodołę w pole i słuchom, przychodze do domu i mówię: „Mietek chodź, chyba Niemce jadą”. Leci Kawęcki, ojciec Janka i Wacka, i krzyczy: „Niemce jado”.

Wywłóczyliśmy z chałupy tych partyzancinów Cholerków, pijane były, bo wieczór popiły, dopiro jak pysk w śnieg wsadził, to się otrzeźwił, wymęczone i pijane spało jak cholera. Było musi czterdzieści Ruskich wśród nich.

Partyzanty dwadzieścia furmanek miały, sań, bo to zima, było ich do cholery. Niemce gnały ich z daleka, u nas się zatrzymały. Plichta Leon jak żył, to mówił: „Jeduta chłopy dali, bo tu blisko Kraśnika, to Niemce się dowiedzo i przyjado”. Ale że to było w nocy, to już się ostały.

 

Gdyby Niemca nie zabiły, to może akcji by nie było. Partyzanty chciały się przedrzeć do lasu, no i zastrzeliły Niemca, który stał na drodze na Przymiarek. Gdy Niemiec fiknął, jego kolegi zaczęły krzyczeć: Leon zabit, Leon zabit, bo to nie Niemce były, tylko Ukraińce. Polaki nie służyły Niemcowi, ani inne, ale Ukraińce tak, Ruskie nie.

W nizie na Balawendrowym to dużo tych partyzantów było, ja z nimi uciekałem. Jedni mówili: walczyć, ale choć każdy jeden miał karabin, to co oni tej amunicji mieli, garstkę. Jeden dał mi karabin, żebym poniósł, trochę poniosłem, potem rzuciłem, to wziął i sam niósł.

Samolot chodził nisko.

Uciekała Plichcino, przy gościńcu rzuciła kożuch, bo gorąco jej było, to kożuch wyglądał jak człowiek, jak szurnął z samolotu z automatu, to dziur narobił do diabła. Kilku uciekło, a Machulcyn Franek już był na gościńcu, ale się wrócił, a po co? Dzieci, konie zostawił w domu, to i się wrócił. No i zginął.

A dużo poszło z partyzantami. Nasza matka mówiła: „Stachu uciekaj, idź”. A on mówił: „ja to nie należę do partyzantki, to uciekać nie będę”. Nie poszedł, wygnały, zabiły. Stach się nie dał zabić, gdy podeszły pod Lawendrzychę, to Stach Stachyrów uciekał w górę, a nasz Stach za nim, zastrzeliły obu. Tyle do niego wystrzelały, że jakbyśmy go ubierali do trumny, to za skóra kulki były. 

Bolek Stachyra u Wieprzka w Rzeczycy się uczył grać, co tylko usłyszał, to grał. Zabiły go Niemce. Dobrze też grał Michał Pyzik, Henryka brat, też zginął, razem z Henrykiem, on był niemowa, i też go zabiły.

W czasie akcji sześć najładniejszych dziewczyn wybrały, rozebrały do naga, badały, czy ich partyzanty nie używały, i jeszcze cholera wygnały na oborę, w śniegu tarzały. Matka widziała to oknem. A potem po kolei wyganiały na błonie. To mi matka opowiadała.

 

Partyzantów tutaj było sporo takich, co kury kradły. Mówiło się: „A kura, a kaczka, a kożuch”. Ale tak prawdziwych partyzantów to tutaj nie było wcale. Był partyzant, póki Szmulów Mair miał dolary, Surmów, Kazika brat. To rozumisz tak było: „kiedy mnie weźmieta do lasu, do ty partyzantki? – pytał się”. A ony trzymały go w piwnicy, dopóki miał dolary. I Leon Plichta wzioł jego płaszcz i w tym płaszczu go Niemce zabiły. Pieniądze wybrały, a potem zabiły. Józek Surma go sprzątnął. I to był partyzant, po wojnie do ZBOWiD-u należał. Po wojnie przyjechała Szmulowo, siostra Maira: „No gdzie ten Surma jest? To by pojechał na białe niedźwiedzie”. Surma lubił baby, poszedł do Mazurki na randkę, był w niemiecki mundur ubrany. Taki był pijany, że myślał, że to nie Niemce, tylko kolegi. Zabrały go i tyle po nim było. Józek Surma by przeżył, ale on się nie krył, gdzie jaka wdowa była, to się tam zabierał, a i wypić lubił.

Kazik Koszałka to taki był odważny, że niemiecki transport stał w Kraśniku, on wziął taczkę i niby tam robi na kolei. Niemiec poszedł w las załatwić się i do wagonu przyszedł tylko w kalesonach, i już Kazik miał ubranie. Poszedł w cholerę w las i tyle było. I z tego miały partyzanty ubrania.   

 

Partyzantów prawdziwych to w Karpiówce nie było żadnego. Kawęckie? Wacka to nawet pies na liście był, duży, ładny, Dunaj się nazywał, z Kawęckimi chodził. Niemce na liście go miały. Romański wszystko wiedział, co było, i donosił wszystko Niemcom. Kazik Koszałka sprzątnął go koło młyna, i jeszcze pantofle mu zdjął.

Kawęcki Wacek był w tych naszych partyzantach, a Jasiek był w AK. U nas to głównie BCh i GL były. Jak Jasiekj robił wódkę w lesie, to milicja przyjeżdżała. Po wojnie ścigały.

 

W wojnę Niemce kazały robić, bo jak się ludzie upiły, to plotły. Za Niemca u Wilkołazkiego Bronka, co nogę jedną drewnianą miał, bo pociąg mu uciął, jeden bimber żeśmy wyrabiali, drugi rozczyniali. Z jednego parnika wychodziło pół litra bimbru i żeśmy sprzedawali. Bronek niedużego psa miał i dał mu dwie łyżek, no i upił tego psa, a potem kota tak samo, latały po oborze i się przewracały. Wilkołazkiego Bronka też zabiły w akcji.

 

Dwór w Blinowie to nasz Bronek parcelował, po dwa, trzy hektary. I ja tak myślałem: „człowieku, trzeba sobie było trochę zapisać”, ale on za uczciwy był. Po wojnie zabiły go kolegi, z zazdrości, bo był uczony, on nie chodził z partyzantami. On aby w nocy przyszedł, rozdzioł się, zjadł, napolił w kuchni, ogrzoł się, jak mu przemokły buty, to se osuszył i rano czwarta godzina wychodził. On nie chodził w grupie, on chodził pojedynczo.

Przyjeżdżają Niemce do Gutowskiego do Kraśnika, a on tam robił. Pytają się: czy jest taki, a taki. Panowie – Gutowski mówi. – Dwa lata temu jak u mnie robił, jak poszedł, tak go nie ma. A Bronek rowerem do domu i z tymi Niemcami się minął.

Po wojnie szedł z III Słodkowa na gościńcu, tu gdzie Pudły są, tam go postrzelili. Gdyby pojechał do Lublina do szpitala, to by żył, kulka mu przeszła przez ramię. Ale pojechały do szpitala w Kraśniku te pierony, co go postrzeliły i załatwiły, żeby go nie leczyć, to i umarł.

Ty jesteś Winiarczyk, Bronka brat? – pyta jakiś chłop z Blinowa. – Chodź na wódkę, bo mi twój brat dał cztery hektary pola.

 

Bartyska, ojciec Jasia wynajął się za Surmę Stacha – był w niewoli Surma, puścili go i mógł zostać, jak ktoś pojedzie za niego. Bartyska dostał jakieś pieniądze i zgodził się pojechać za niego i już nie wrócił.

 

Niemiec był mądry, bo tych niewolników nie trzymał w więzieniach, tylko na wieś do bauera i do roboty. Janek Surma i Józek Surma to przeżyli, jak kto trafił do dobrego bauera to dobrze było. Jak Janka nasza, siostra, była w lagrze, to łupiny surowe jadły, taki głód był. Jak się tam znalazła?

Plichta Jasiek z ojcem i braćmi Leonem i Edkiem wadziły się, on jeździł do Kraśnika i skarżył, że mu dokuczają czy nie chcą coś dać. A Niemiec na to: My tam przyjedziemy kiedyś, to was pogodzimy. No i tak było, przyjechały, to tylko Leona nie było w domu. I tak starego Augustyna zabiły, Jaśka zabiły i Edka zabiły. Poskładały ich na poddaszu na słomie i pojechały. Pochować tylko kazały. I tak ich Niemiec pogodził.

Żonę jego, naszą Jankę też zabrały i zabrały Plichciną Edkową do Lublina. Tam transportem trafiły do lagru. Edkową wypuściły, bo w ciąży była. Prawie stu lat dożyła.

 

 

Edward Winiarczyk (1928-2014) – urodził się, żył i umarł w Karpiówce. Pracował prywatnie jako pomocnik hydraulika i hydraulik, gospodarował na czterohektarowym gospodarstwie. Ożeniony z Heleną z domu Wnuk (również z Karpiówki), ojciec czworga dzieci: Andrzeja, Marii, Józefa i Jana.