POLE / 2 (5) / 2024

Renata Bożek


młodość na Karpiówce.
Komentarz do wspomnień z czasów ii wojny światowej

CZĘŚĆ PIERWSZA

Karpiówka to moja wieś rodzinna. Rodzice, dziadkowie i pradziadkowie urodzili się tutaj, żyli i umarli (dziadkowie i pradziadkowie, bo rodzice wciąż żyją). Jestem drugim pokoleniem powojennym, wychowanym w cieniu wojennej traumy: pacyfikacji Karpiówki w sylwestra 1943 roku, podczas której zginęło pięćdziesiąt troje mieszkańców, z czego znaczna część została zastrzelona lub spalona żywcem w stodole. „W cieniu traumy” – wyrażenie tyleż banalne, co prawdziwe, bo „akcja” (jak się u nas mówiło/mówi o tym wydarzeniu) trwała dalej w postaci rodzinnych opowieści, cmentarza na końcu wsi, gdzie co roku, w Święto Zmarłych cała wieś i przyjezdni krewni pomordowanych zbierała się o godzinie 15.00 na mszę. Jakie cienie nawiedzały rodziców urodzonych tuż po wojnie, wychowanych przez rodziców patrzących na płonącą stodołę, słyszących krzyki palonych i długo jeszcze po Nowym Roku wąchającym swąd spalenizny? Co przeszło na moje pokolenie? Kim byliby nasi rodzice, kim bylibyśmy my bez tej tragedii?   

Z rodziny mojej mamy w czasie akcji zginęło pięć osób: jej dziadkowie, córka ciotki Kaniowej, siostry babci (spaleni) oraz dwóch braci babci, wywiezionych i prawdopodobnie spalonych w obozie koncentracyjnym na Majdanku. Opowiadana przez babcię i mamę historia tamtego sylwestra dał się zamknąć w kilkunastu zdaniach. Same fakty: dziadek Król (ojciec mamy) wrócił przeziębiony z robót, miał się ukryć na strychu, ale bał się, że zdradzi go kaszel i zaczną strzelać, więc wyszedł z babcią i dziećmi na mróz, pod Lenartową sadzawkę, po sąsiedzku, gdzie Niemcy gromadzili ludzi; babcia owinięta chustą, trzymała na rękach 3-letniego syna Janka, a starsza córka Helka trzymała się jej spódnicy; najstarszy, 10-letni Wacek schował się w stodole; Niemiec wyczytał z listy nazwiska ludzi współpracujących z partyzantami, przygotowane przez Romańskiego z Kolonii, współpracownika gestapo; córka ciotki Kanichy – Jasia miała osiemnaście lat i chciała jechać na sylwestra do rodziny narzeczonego z Kraśnika, ale ciotka jej nie pozwoliła; zginęła razem z piątką najładniejszych dziewczyn we wsi, wcześniej torturowana, na końcu spalona, został po niej złoty łańcuszek od narzeczonego, po tym rozpoznano zwęglone szczątki; nieżywe dziecko leżało w stodole.

Jest w tej rodzinnej historii to, co typowe dla opowieści ocaleńców: fakty pozbawione emocji, opowiadane głosem bezbarwnym, jedynie odrobinę zabarwionym trwogą (mama) lub smutkiem (babcia), opowiadane za każdym razem tym samym tonem głosu, tymi samymi słowami. Pewnie dlatego nie dopytywałam. A może i dopytywałam, ale szybko nauczyłam się, że pytać o więcej nie można, że trzeba to trzymać zamknięte, nie interesować się.

 

Odważyłam się zainteresować wojną i rodzinną historią dobrze po czterdziestce. Był rok 2013. Za późno na rozmowę z dziadkami, od dawna leżeli na cmentarzu parafialnym w Stróży. Wciąż jednak żyli na wsi świadkowie akcji i wojennego koszmaru, który przeżyli będąc nastolatkami i dziećmi. Pamiętam entuzjazm mamy, kiedy zdradziłam, że pracuję nad książką o akcji (czy raczej o Akcji, bo to wydarzenie, które przeorało naszą wieś i jej mieszkańców co najmniej na kilka pokoleń). Wypychała mnie z domu: Przy chlebie powiedziałam Stachyrze, że przyjdziesz dzisiaj porozmawiać. W tamtych czasach „przy chlebie” oznaczało samochód z piekarni, który przyjeżdżał co rano i w naszym końcu zatrzymywał się koło Winiarczyka, w połowie drogi między naszym domem a Stachyrą. Dobrze, że mnie wypychała, bo sama bym się pewnie zbierała do tych rozmów miesiącami.

Stachyrę oczywiście znałam, to niedaleki sąsiad. Rozmawiałam z nim jednak po raz pierwszy. Miał wtedy 85 lat, mocny, głęboki głos (nie dałabym temu głosowi więcej niż sześćdziesiąt lat), postawną sylwetkę i „rasową” twarz, można było o nim powiedzieć „piękny, dystyngowany mężczyzna”, po którym nie widać wieku, wyglądał raczej na lekarza czy adwokata niż na chłoporobotnika; patrząc na niego zrozumiałam młode kobiety zakochujące się w facetach starszych o lat czterdzieści. Proszę mi nie paniać, zna mnie pan od małego, Renata Bożkowa jestem, powiedziałam na początek i spędziłam u niego ze dwie godziny, zachwycona nie tylko rozmówcą, ale też językiem, którym opowiadał o swojej młodości i wojnie. Gwary używał nie za wiele, jak to mają w zwyczaju bardziej obyci ludzie ze wsi w rozmowie z miastowymi czy kształconymi. Nie byłam pierwszą osobą, której opowiadał o Akcji. Ale po raz pierwszy jego wspomnienia ukazują się w ogólnopolskim piśmie, powszechnie dostępne dla tych, którzy chcą zobaczyć, jaka była młodość urodzonego przed wojną chłopca z małorolnej rodziny oraz poznać język, którego nigdzie indziej nie uświadczy. Dla mnie bardzo piękny i niezwykły, nawet teraz, po dziesięciu latach, kiedy już nie pamiętam głosu Stachyry, który swoje wspomnienia zaczyna słowami: W akcje piętnaście i pół roku miołem, dwudziesty ósmy rocznik jestem. Jakby to zacząć…

Kolejnego rozmówcę mama również zaprosiła „przy chlebie”, a ojciec ugościł. Edka Winiarczyka, bliskiego sąsiada znałam od dziecka, czasami przywoził nam kartofle swoją furmanką i czasami zachodził do ojca na kielicha. Teraz też nie pogardził kieliszkiem bimbru, choć zarzekał się, że w jego wieku dużo wypić nie może, jeden, dwa kieliszki najwyżej, żeby baba (tj. żona) się nie darła, że chodzi po sąsiadach i pije. Ogorzały, nieduży, żylasty też się trzymał nadspodziewanie dobrze jak na swoje osiemdziesiąt pięć lat, a trochę rozczłapane trampki i znoszona marynarka dodawały mu młodzieńczego sznytu. Wigoru i pamięci można mu tylko pozazdrościć, myślałam słuchając opowieści pełnych nazwisk, szczegółów i anegdot. Bo Winiarczyk język miał cięty i żywy, bliźnich i siebie nie oszczędzał ani nie wybielał. Czy nie mówił bardziej gwarą niż to jest zapisane? Możliwe, że w zapisie komputer zmieniał mi te wszystkie „zapisywoł” i „łodbieroł” na „zapisywał” i „odbierał”, a mnie wtedy bardziej zależało na historiach niż oryginalnym języku. Nie mogę teraz sprawdzić, bo stary dyktafon przestał działać i trzeba cudów techniki, by odsłuchać ponownie te rozmowy (spisane wówczas dosłownie, klnę się na moje zdrowie). Dla osób czytających te jedyne spisane wspomnienia Edwarda Winiarczyka brak gwary to spore ułatwienie.  Sięgnąć po nie warto, bo jego anegdoty o sąsiadach są wręcz filmowe, świetnie pokazują życie na wsi przed  i w czasie wojny, są zabawne, groteskowe i przejmujące grozą.

 

Cdn.