POLE / 2 (5) / 2024

JUWENILIUM

Adam Wiedemann


Iuvenilia

[Poznań]

 

Boli mnie coś, czego nigdy nie miałem i co nie jest częścią mnie. Bo przecież w Poznaniu było cudownie. Było tak, że wiem dużo nawet bez Kuźmy – a przy tym chwilami niezwykła atmosfera jedności, radości – ale tylko przez śmiech i przyjemność. W pewnej chwili zauważyłem szczególnie wstrętnego faceta i pomyślałem, co by się stało, gdyby chciał mnie zabić. Krzyknąłbym może: „Tury, ratujcie” albo bym umarł w szczególnie nędzny i głupi sposób. Obym nie „uszedł z życiem”! Bo – autobus spóźniony. Czytam w nim „Albatrosa” Baudelaire’a – i myślę sobie: to muszę pokazać Kuźmie i przypilnować, żeby PRZECZYTAŁ. Aż tu nagle autobus staje i poprawia sobie lusterko. Rzucałem weń najgorszymi harcerskimi przekleństwami. Jedzie. Staje przed torami. Kilka miłych i śmiesznych słów z Bogusią. Wyskakuję. Lecę. Są. Maciej kupuje mnie, zdyszanemu, bilet. 174 złote. Druga klasa. Na peronie Piotrek oświadcza: „Wiedziałem, że przyjedziesz”. Odpowiadam: „Przecież ci powiedziałem, że przyjadę”. Piotrek: „A Il nie przyszedł. A przecież wiem, że udawał”. Jacek: „Kto to tak jeszcze udawał?” Piotrek: „I Kuźma też. Te osoby, na które najwięcej liczyłem, na których opierałem nasz zastęp, zawiodły mnie teraz”. (To było patetycznie.) „Jakby były dziewczyny, to by Il pojechał”. Jacek: „Następnym razem, jak będą, to Ila nie weźmiemy”. Piotrek: „Będą mieli naganę w Księdze Zastępu. Będzie kara dla Roberta Ilskiego”.

Teraz dialog:

– A Arek mi mówił, że mu się w ogóle nie chce i że nie pojedzie.

– A przecież mógł u mnie spać.

– To przez ten teatr pewnie. On nie lubi.

– Mama to mi się nawet pytała.

– A przecież mógł po niego ojciec przyjechać.

– No ale mógł przecież spać u mnie.

– Jakbyśmy co innego robili, to by jechał.

– A co nam szkodzi iść do kina po teatrze.

– Dobrze, że Adam przyjechał, bo przynajmniej wie, gdzie jest ten teatr.

– Mówił, że do mnie zadzwoni, ale nie rano, i o siódmej też nie, bo mówi, że musi używać dnia do ostatniej kropli słońca.

– On tam wstaje o piątej, nie?

– No, o czwartej-piątej, a kładzie się o drugiej.

– Człowiek nie może tyle spać.

– I co on tam wtedy robi.

– Mówi, że słucha muzyki, radia, uczy się też.

– On wtedy czyta.

– Mówił, że biega.

– I potem nie wie, o czym było.

– To są tylko takie jego opowieści.

– Raz mu się udało, to potem zawsze.

– Też potem trudno mu się dziwić, jak przychodzi do szkoły.

– No, taki…

Przyjeżdża pociąg, my wsiadamy, stajemy w koniuszku korytarza, bo nie ma dużo miejsca. Rozmowy o dziadku tym i tym. Rozmowy o jeździe pociągiem. No – rozmowy o Czaplinku.

Najpierw Piotr jeszcze mi opowiadał, jak wygląda „obleśny” węgorz, Maciej opowiadał, jak było pod wodą, Piotrek opowiadał, jak się bał, Jacek opowiadał, co myślał o Piotrku, kiedy mu mówił, co o nim myśli. Potem jak było przyjemnie pod kasztanem i jak niedobrze było na bagnie. I jak to w rzeczywistości było blisko. Mała kłótnia. Piotrek zakrywa się przed słońcem brązową firanką. Mówi, że ma cień. Potem jak się budzili, jak się nie budzili, jak chodzili na ryby nocą, jak się je łowi, jak to Piotrek nie spał, jak to się budził, jak to Maciej wyglądał jak wodnik, jak to Piotrek oglądał dobranocki z wodnikiem, jak to z Ilem było niedobrze, jak to on nic nie robił, jak to nic nie chciał, jak to Piotrek nie może się z nim dogadać, jak to teraz udaje, jak to teraz wypożyczą trzyosobowy namiot, jak wypożyczą torbę na kółkach, która się Maciejowi bardzo podoba, jak to Ila nie wezmą, jak fajnie bez niego już będzie. Jak to będzie fajnie. Jak to było fajnie. Potępienie obozu harcerskiego. Jedzie tam tylko Il i Kuźma. Ten cząstkowy sąd nad Ilem był rzeczywiście bardzo gustownie zrobiony, tym bardziej, że był również peryfrazą informacji, iż ja do Czaplinka w ogóle nie mogę jechać, a tu jedynie powoduję, iż nie mogą rozmawiać wyłącznie o Czaplinku. Ale to było chwilowe wrażenie. Później – rozmowy śmieszne. Mało brakowało, a byłbym poczuł solidarność z Ilem. Jedziemy (jadą) do Zakopca (z dziewczynami, bez Ila). Jedziemy (jadą) jeszcze gdzie indziej.

W Poznaniu. Jedziemy autobusem. A raczej ważniejsze: czekamy na autobus. Jacek podważa moją wiarygodność. Mam mu to wtedy za złe i próbuję się odszczeknąć. Kultura. Nie potrafię otworzyć drzwi Teatru. Robi to Maciej. Pani sprzedaje nam 4 bilety. Piotrowi się przypomniało, płacimy mniej. Ja biorę bilety. Mam ich nie zgubić. „O rany, zginęły!” – mówię. Denerwuję tym wszystkich. Piotr idzie do Okrąglaka. Czekamy na niego, wyrzekając. Wraca. Mała kłócienka. Oni jedzą dobre rzeczy, a my chodzimy z Piotrem bez celu, a raczej z celem, który nagle zniknął. Rozmawiam z Maciejem trochę o Piotrze, o jego zaślepieniu. Tylko trochę Jacek czeka. Maciej daje mi troszkę frytek, bo dla mnie zabrakło. Potem bezczelnie zagarnia je Piotrek. Jemu nie pasuje to, że jestem wywiadowcą, a on nie. Na razie chce, żeby wszyscy byli równi i każe mi się uczyć na bieg. Uważam, że to bez sensu. To harcerstwo coraz bardziej mi doskwiera. Maciej nie kupuje nawet munduru. Ma rację. Do teatru szybko. Jedziemy trochę tramwajem. Jacek sprawdza, czy kasowałem, uczę Piotra obsługiwać karnet. W teatrze pani mi mówi, gdzie mam kupić program. Jacek ją naśladuje. W mojej torbie latają jabłka. Pani z szatni się wystraszyła. Siadamy. Przed nami para zakochana. Piotrek i Jacek ją naśladują troszkę. Maciej mi mówi: „Tamci nie wzbudzą sensacji, ale na tych wszyscy by patrzyli”. Wszyscy czytają mój program. Koniec. Już przedstawienie.

Patrzyłem na Macieja – skupiony jak na jednym koncercie, nie wiadomo, co myśli. Jacek i Piotr nieraz hihihi, mniej więcej wiadomo z czego, właściwie inteligentnie.

Może i o sztuce napiszę, ale ona skończyła się i wyszliśmy. Byłem pewien, że trudno mi będzie wstać. Powiedziałem to nawet Maciejowi, ale on spytał: „Czemu?” – więc wstałem. Ale czułem się źle i nagle, wykorzystując odpowiedni kierunek rozmowy, wykrzyknąłem: „W ogonie pawia ukryta ciemna maszynerio” – i odetchnąłem. Już było dobrze. Zaraz zeżarłem jabłko, wyśmiewałem się z rasowej suki – i atmosfera między nami stała się śliczna.

Wtedy czułem, że można śmiać się z wszystkiego, z przyjemnością produkować śmiech. Co tylko zauważyłem, okazywało się śmieszne. W tym momencie byliśmy zgrani.

Piszę z taką euforią, ale po ostatnich zajściach odczuwałem to jak cud – takie delikatne, inteligentne i wszechogarniające.

Żeby dopłacić do I klasy. Pan nie ma druków. (Oczywiście dał dzieciom na Zajączka.) Normalnie ryliśmy się, dopłacając. Przedział jest. Trochę felerny, ale od czegóż nasza pomysłowość zastępowa! Picie na mnie padło. Jednak myślałem: „Czy aby chłopcy będą zadowoleni?” Po drodze widziałem punka – całkiem mu mądrze oczami patrzało. Był żółty i pomarańczowy. Wypili. Zjedliśmy z Maciejem od Piotra po pół. Moje jabłko zostało. Piotrek „z uporem maniaka”. Zaczynam wątpić, iż mu na tym rzeczywiście zależy. W WC było troszkę nieprzyjemnie. W przedziale troszkę rozmowy. Jakieś strzępy. Szepty. Leżenia. Spania. Zabolało mnie to, że mnie chyba Maciej nie zaprosi na urodziny. Uświadomiłem to sobie i mnie zabolało. Nie będzie mógł – tak widzę. Jeśli bym sam poszedł – to jak staruszek, który wyszedł z trumny, żeby jeszcze sobie trochę pożyć. Myślę. Chyba śpię. Wszyscy śpimy. Wchodzi konduktor. Krzyczy na nas, a osobliwie na mnie. „Jacek oczywiście nie wytrzymał” – jak Piotr rzecze. Wyrzekamy. Wprowadził nam do przedziału Panią. Pani chyba nie było z nami przyjemnie. Ale my nie zwracamy uwagi. Już niedługo Ostrzeszów. Jacki wyskakują, Maciej za mną czeka trochę. Smutek napełnia mnie, kawałkami. Od nóg Piotra poprzez nerki do mózgu. Lampa, która się dla nas zapala (oczywiście w chwili, w której pomyślałem, że się nie zapali) i gaśnie. Osiedle. Rozdzielamy się. Piotra mama czeka. Kuchnia przedziwna. Ogień w gazie żółty i wysoki, osmalone naczynia, mama Piotra, która bardzo szybko wciąż wyciera, przerzuca, przelewa, próbuje i soli, soli – i coś do mnie mówi. Z Piotrem nie mogę się dogadać. Chyba nie mam siły ani woli, ani nastroju, ani rzeczywistych pretensji. Jem kurę o pierwszej w nocy. Palę światło w pokoju, chcę już to pisać, ale rzeczywiście jestem zmęczony. Czytam Stachurę bez zrozumienia. Piotr patrzy, czy mnie nie wzięło. Trochę siada w piżamie. (W łazience oni mają ogień.) W ogóle go nudzę. Z ryb nici. Jacek jest atrakcyjniejszy. Rano patrzę: Piotr w kolczykach. Nie, to Ela.

Śniło mi się, że włączam radio, a tam Ostrowska śpiewa bardzo ładną piosenkę (która na pewno w rzeczywistości nie istnieje). Mam zazdrość. Ja też bym chciał. Ale nie mogę. W radiu o Witkacym. Porównuję go z Arkiem (rozmowa o Arku dosyć karkołomna). Piotrek chyba mówi mamie swojej o wielu rzeczach. Rozmowa o harcerstwie. Wielka nuda. Udawanie. Mam brzydy do tego harcerstwa. Piotr chce być (z zastępem) najlepszy. Było przedtem tak:

PIOTR: A tak myślałem, że ci dwaj nie pojadą.

JACEK: Też miałeś o czym myśleć. Po co w ogóle myśleć o tym.

Ileż by człowiek więcej zrobił, gdyby nie konwencje! Konwencje ratują człowieka przed całkowitym wyczerpaniem.

Przyznam się: ja też myślałem, że Kuźma nie pojedzie. Wbrew swojej woli uznałem, że to chyba dobrze (bo moja wola jest za nim). Wyobraziłem sobie „wyjściową” kurtkę, głowę obciętą bez gustu, pomarszczone skarpetki, ostre buty i „ryczenie” wymieszane z „myśleniem”. Niestety. Konwencja.


 

* * *

 

Ten wiersz jest porośnięty lawendami
Ten wiersz jest przetrawiony przez wielbłąda
W tym wierszu rodzą się małe owady
W tym wierszu nurzają się hipopotamy

Głowa jest ciężka jak trup brata
Zestalone ze światem martwym ciała
Przez głowę kroczy tłum ogromnych ludzi
Czyniących sztuki – do fok bezrozumnych podobni

W głowie się trą prążkowane ścięgna
W głowie są filmy co mówią o spaniu
Ten wiersz mi skraca okres świadomości
Choć nie przetrawią go miliony głów tłustych

19-20.4.85

 


 

Pierwsze opowiadanie

 

Wszedłem do budynku (w rodzaju dworca), który z zewnątrz miał futryny podobne do kolumienek i ładne okrągłe okna, a wewnątrz był wielki. Było również wielu ludzi. Odniosłem wrażenie, jakby byli tu zawsze – a jednak nie spotkałem dwa razy tego samego. Jak zauważyłem, najważniejsze (oprócz kilku wejść) było okienko osłaniające dość tęgą panią, do której przeciskało się między sobą stosunkowo wielu ludzi. Postanowiłem pójść tam – co stawało się tym trudniejsze, im bliżej pani się znajdowałem; gdy ujrzałem dokładnie wnętrze okienka, dojście doń okazało się zupełnie niemożliwe. Ale ujrzałem dwie sterty karteczek, które leżały przed panią – i z których zdejmowała ona odpowiednią, podając ją odpowiedniemu klientowi. Nic nie mówiła, a pytań jej zadawanych (czy próśb) nie rozumiałem.

Na wpół uduszony (pani, ani nikt z ludzi zdawał się nie widzieć mojej męki) ujrzałem drugie okienko z identyczną panią, z identycznymi kupkami karteczek – tylko bez ludzi. Rzuciłem się tam – i spytałem panią, jakiej (przy pomocy karteczek) udziela informacji. Pani po prostu podała mi jedną z tych karteczek. Odszedłem od okienka. Cichutko patrzę: na karteczce znak. Poraziło mnie leciutko przerażenie – ale nic. Idę jednak do drugiej pani. Spotęgowana strachem moja wola dotarcia pozwoliła mi jakoś przemóc ścisk. Ale przed panią nie wiedziałem, o co spytać. Pani też nie kwapiła się do obdarowania mnie karteczką. Więc – oniemiały – pokazuję jej tę otrzymaną od poprzedniej pani. Oczy pani wyraziły coś w rodzaju zdumienia (zapewne nie były do tego wprawione i nie miały nigdy nic wyrażać), a następnie dość powolnym ruchem, ze wstrętnym głuchym pomrukiem wzięła w garść połowę karteczek z jednej sterty i cisnęła we mnie. Na wszystkich był znak.

Ludzie przebiegli gwałtem do drugiego okienka, a w tym pani (co wydawało się rzeczą niemal niemożliwą) wstała i zasłoniła szybę. Nagle zapragnąłem wrócić do domu i płakać albo zasnąć.

 


Napisałem te utwory jako szesnastolatek, pod koniec drugiej klasy liceum. Znalezione w kołonotatniku, który służył mi jako pierwszy dziennik.