POLE / 2 (5) / 2024

JUWENILIUM

Paweł Kluszczyński


Indygo

Jesień stała na progu, mimo że był to jeszcze sierpień. Któryś z ostatnich jego dni. Po wyjątkowo upalnym lecie pojawiły się pierwsze chłodne poranki. Czas, kiedy o tej porze dnia świat jest pokryty rześką rosą, gałązki żywopłotu powleczone są delikatną pajęczą siecią. Prawdziwe, liryczne i polskie babie lato. Na otaczających drzewach czas rozpoczął malowanie kolory zwiastującej jesieni, mieszając delikatnie czerwienie i pomarańcz ze zmęczoną zielenią minionych dni. Lekki wietrzyk poruszał sennie długie brzozowe witki, widocznie znużone przedłużającymi się upałami. To właśnie te drzewa zdawały się najbardziej cierpieć z powodu tropikalnej pogody, jaka panowała nieugięcie i despotycznie nad wszystkimi dniami lipca i kończącego się sierpnia. Sędziwe kasztanowce przybrały już kolory iście jesienne, ale one zawsze lubią wychodzić przed szereg, tak już mają. Są niczym powtarzane przez średniowiecznych mnichów memento mori, przypominające śmiertelnikom na wakacjach, że wszystko ma swój kres, nawet to dopiero co rozpoczęte lato.

Nawet Słońce dobrało już sobie jesienny blask, zwykle niepostrzeżenie w tych dniach zachowuje się jak kamerzysta zmieniający filtr przesłony. Światło tego poranka było jakby prześwietlone przez miękki i ciepły filtr kamery nagrywającej pełne dziwacznej magii sceny z życia Amelii Poulain. Podkreślało jeszcze bardziej, powolutku i póki co z lekkimi oporami, złocące się liście. Cała natura idealnie kontrastowała z błękitnym niebem, na którym gdzieniegdzie kłębiły się niewinne obłoczki, przynoszące tylko skrawek chwilowego cienia. Nie było co się zapatrywać na najmniejszą kroplę deszczu, która by przebiła się przez lekkie powietrze sierpniowego poranka. Wszystko było świeże, czyste, jakby oczekujące na nadejście jesieni. Niczym nie zmącony poranek zapowiadający piękny koniec wyjątkowo udanego lata.

Na pewnym przystanku autobusowym w nie za wielkim mieście stała mała grupka ludzi. Każdy przyszedł osobno ze swojego osobistego wszechświata dnia codziennego. Lecz w tym momencie wszyscy stali się jednym organizmem oczekującym autobusu. Niektórzy byli jeszcze ubrani, jakby na dworze panowała bardzo wysoka temperatura. Mieli na sobie szorty i koszulki z krótkimi rękawami. Bardziej przypominali plażowiczów niż ludzi udających się co rano do swojej karmicielki – pracy powszechnej. Oczywiście nie wszyscy pasażerowie autobusu linii przyspieszonej do większego miasta, byli odziani iście wakacyjnie. Ci, co już dawno pochowali letnie stroje głęboko w szafach, gdzie panowała odwieczna wojna światów moli i naftaliny, tego co za ciasne z tym co już niemodne, czy ubrań na pogrzeb z krawatem weselnym, byli ubrani, jakby na zewnątrz panowała już głęboka i mroczna jesienna słota. Długie rękawy kurtek przysłoniły dokładnie opalone ramiona, a nogawki sięgające do chodnika – nie zawsze proste nogi. Spoglądali oni z ukosa na tych ubranych jeszcze po sierpniowemu. Z nieukrywanym oburzeniem zerkali spod zwałów szalików, wijących się na ich szyjach przypominających bardziej drzewa obwieszone monstrualnymi boa niż przeciętnych i szarych pasażerów linii autobusowej, na letnio odzianych współoczekujących. Ich zdegustowaniu letnią swawolą ubioru towarzyszyła monotonna kolorystyka odzieży. Przygotowani na nadejście prawdziwej, przenikającej chłodem i wilgocią szarej jesieni, mieli ubrania we wszelkich odcieniach szarości. Może z wyjątkiem jednej dziewczyny. Miała ona wyróżniający się żółty beret, ale poza nim nic z wesołych barw.

Oczywiście wśród tej gromady zmierzającej o poranku do wodopoju zarobkowego byli też i tacy przeciętni, nit to jeszcze letni, ni to już jesienni. Można by powiedzieć, ubrani stosownie do warunków atmosferycznych, panujących tego lirycznego poranka, pełnego jesiennego spokoju i melancholii. Zawsze znajdzie się taka mała grupka przygotowanych odpowiednio do życia osobników. Jak widać, nawet w pełnej nostalgii i rozpoetyzowanej atmosferze znajdzie się miejsce dla pozbawionego uczuć doboru naturalnego. Właśnie w tej grupie stał pewien chłopak. Był tam, ale tylko ciałem. Dusza już dawno odkleiła się od niego i fruwała gdzieś po okolicy. Jedynym elementem, jaki trzymał ją jeszcze przy nim, były jego błękitne oczy o spojrzeniu przypominającym głębie odległego oceanu. To w nich odbijało się całe piękno panującej tutaj i teraz aury. Błękit nieba, miękkie światło słońca, malujące się w złotawe barwy liście, delikatnie, ospale tańczące na wietrze gałązki brzóz i gołębie. Ich spojrzenie to coś znacznie bardziej prostego, otchłań wiecznego głodowego obłędu w poszukiwaniu najmniejszych okruszków. U niego było znacznie więcej, pokryty baśniową patyną dach pobliskiego kościoła, żółty beret przygotowanej już na jesień dziewczyny obok, rude liście kasztanowców, przerażająca czerń sutanny przechodzącego nieopodal księdza, niespodziewanie witalna zieleń mchu wyrastającego wytrwale spomiędzy kostek brukowych chodnika, soczysta czerwień przydrożnej kawiarni, feeria barw kwiatów w przykościelnym ogródku. Miał w tym odbiciu całe piękno, ale i brzydotę świata. On sam nie dostrzegał głębi swoich oczu. Nie lubił ich. To przez nie czasem spotykał się z krzywymi spojrzeniami mijających go osób. Niektórzy zrażali się do niego tylko z powodu tego spojrzenia, które było inne, miało w sobie coś nieziemskiego. Ludzie mają to w naturze, że spotykając się z czymś nietypowym, podświadomie się tego boją. Podobnie, jak młody człowiek lęka się śmierci. Kiedy zaczyna ją akceptować, wówczas staje się w pełni dorosły. Chłopaka z przystanku woleli przekreślić na wstępie, niż spotkać się z tym przenikającym spojrzeniem. Bali się, że w pewnym momencie i ich pochłonie, jak każdy szczegół świata lub co gorsza będą musieli zmierzyć się ze swoim odbitym obliczem. Byli jednak tacy, którzy się nie bali takiego zetknięcia, tylko nieliczni i zazwyczaj podobni do niego.

Wolna dusza chłopaka przyniosła go dzisiaj w to miejsce. Niemal o świcie umieściła na przystanku, skąd odjeżdża autobus przyśpieszonej linii międzymiastowej. Z wolną duszą już tak jest, że ciągnie za sobą człowieka z jednej części świata na drugą, nie wiadomo nawet dlaczego. Czasem pod płaszczykiem kupna papierosów wywleka nosiciela na trzy lata i smaga wiatrem bezczasu, tylko po to aby później wrócił nie pamiętając, po co właściwe wyszedł. Tak i ta dusza postanowiła się wybrać do miasta nieopodal w celu wiadomym tylko jej. Być może zawlecze chłopaka na spotkanie ze swymi pobratymcami, duszami równie wolnymi. Takie poza ciałami nosicieli zwykle zamieszkują kamienice starzejące się poetycko, acz widocznie. Mogła również zapragnąć porozglądać się trochę i poszukać interesujących miejsc. Takie byty szybko się nudzą, szczególnie w mieście niezbyt dużym. Oczywiście miasto to nie jest złe. Sprowadziło ono na ten świat, gdzie tak pięknie brzmi i pachnie uwertura jesieni, wiele takich dusz. Nie wiadomo, dlaczego nie potrafiło ich zatrzymać tu na dłużej. Kiedy tylko nosiciel duszy jest w stanie poruszać się samodzielnie koleją, wywiewa go na żaglu wrodzonej ciekawości w szczęśliwie panujący świat. Potem taka dusza wraca na chwilę lub dwie, nigdy na dłużej. Wówczas zamyśli się troszeczkę, powspomina, ale tylko to co dobre, weźmie kilka oddechów powietrza pełnego aromatów swojego początku i wyjedzie prędko uroniwszy jedną łezkę w ukryciu.

W tym przypadku dusza dopiero ćwiczy swojego nosiciela, który jej ćwiczeniom się nie poddaje. To przez te oczy, myśli bezradne dusza. Już wcześniej chciała go wyciągnąć i wyrwać do innego miasta, jak to tak silne dusze mają w zwyczaju. On jednak nieugięty pozostał tam, gdzie był i żył wcześniej. Teraz znów próbowała go namówić na wyjazd, choćby niedaleko, tylko do miasta sąsiedniego. Chłopak w ostatnim czasie je polubił, choć wcześniej mogłoby dla niego nie istnieć. Zbyt dużo dobrych rzeczy go w nim spotkało w ostatnimi czasy. Być może przez to na jeden ulotny moment sam sobie spojrzał głęboko w oczy i wpadł we własne sidła. Był jednak silniejszy i potrafił z nich wyjść, jak pająk, który wie, po której nici ma stąpać. Dzięki sprytowi potrafił się wywinąć z nieracjonalnych zakusów swojej własnej duszy. Tym razem jednak gdzieś jechał, posłuszny jej kurczowym namowom. Mimo, że kochał lato i wszystko co z nim związane, ucieszyła go poranna rześkość powietrza. Po raz pierwszy od dłuższego czasu mógł poczuć, jak każdy oddech lekko łaskocze i wypełnia chłodnym orzeźwieniem całe płuca. Zdziwiło go to uczucie chłodu, już tak dawno zamieszkało gdzieś na brzegu niepamięci. Prócz szeleszczących pod stopami liści lubił w jesieni najbardziej tę rześkość. Mimo że jesień miała dopiero nadejść.

Stojąc i przynależąc do nietrwałego organizmu oczekującego autobusu rozglądał się po współoczekujących. Zarówno przekrój wiekowy jak i ekonomiczny przyszłych pasażerów autobusu był olbrzymi. Zadziwiające, jak w około dwudziestoosobowej, a nawet mniejszej grupie przypadkowo zgrupowanych ludzi można zobaczyć zwierciadlane odbicie całego społeczeństwa. Chłopak stał wśród swoich, ale nie był swój. Wiedział to już od dziecka. Odkąd pamięta, czuł więcej, dostrzegał mnogość szczegółów nawet w najprostszej czynności i przeżywał wszystkie emocje kilka razy mocniej niż przeciętny szary mieszkaniec swojej okolicy. Tak było również i tym razem. Na twarzach wszystkich monotonia codzienności malowała zaspane jeszcze oblicze pracy powszedniej zarobkowej. Zdaje się, że nikt nie dostrzegał mnogości barw, jakimi zaczynał malować otaczające zewsząd rośliny przemijający czas. Tylko pełne szafirowego blasku oczy chłopaka dostrzegały całe piękno świata.

Podczas tego krótkiego oczekiwania na autobus wzrok chłopaka padał to na pobliski kościół, to w stronę, skąd zwykle nadjeżdża autobus, to znów na pozostałych oczekujących. Spośród otoczenia, które już nie raz tak obserwował, zwrócił uwagę na zdezorientowaną parę staruszków. Nie wiadomo dokładnie, czy to sam z siebie zaczął się przyglądać tym dwojgu, czy to jego głębokie spojrzenie, czy latająca w pobliżu dusza dostrzegła w nich swoich braci. Było w nich coś wyjątkowo spokojnego i cichego. Mimo że rozmawiali za głośno, jak na towarzystwo milczącego tłumku oczekujących. Cóż, jest to nieodłącznym defektem starości. Pozorny rozgardiasz, który wywołali, nie spowodował, że przestała emanować od nich blask dostojnej jesieni życia.

Byli być może parą, ale z ich rozmowy nie dało się tego jednoznacznie ocenić. Ona mówiła do niego kochany. To słowo w ustach tej uroczej starszej pani brzmiało tak ciepło i dźwięcznie, niemal jak promień sennie świecącego słońca w ponury dzień. W tym krótkim słowie można było usłyszeć cały bagaż lat, jaki przebyli ze sobą. Mogli przecież być tylko rodzeństwem albo dopiero co poznaną parą na niemodnym już dziś wieczorku zapoznawczym.

Za to starszy pan zwracał się do niej bezosobowo, ale z równie ogromną troską i ciepłem. Był to ten rodzaj tembru głosu, jaki bardzo często występuje u starszych osób, kiedy zwracają się do kogoś dla siebie ważnego. Stali oni z dwiema walizeczkami na kółkach. Tak jak reszta, czekali na autobus. Jednak w przeciwieństwie do reszty, nie jechali do pracy. W ich wieku już dawno przerzuca się na garnuszek państwa, na które oni sami kiedyś ciężko i bez modnych dziś benefitów pracowali. Udało się je odbudować je po wojennej zawierusze, co wielu z nich przypłaciło zdrowiem lub wygodną kwaterą na cmentarzu. Z ich żywiołowej rozmowy można było dosłyszeć pojedyncze słowa, coś o pociągu i o tym, że szybciej jest jechać na dworzec do sąsiedniego miasta tym spóźniającym się autobusem niż właśnie pociągiem.

Może bijące od nich ciepło dojrzałego życia, a może coś innego zwróciło uwagę chłopaka. Na chwilę skupił się tylko nich. Przypominali mu trochę nadchodzącą nieśmiało jesień. Ciepły poranek z chłodem i wizję zbliżającego się końca lata. Mieli w sobie coś z tej schyłkowej aury. Kiedy tak chłopak zatrzymał się na ułamek sekundy, a wraz z nim jego spojrzenie i dusza, staruszkowie byli niezwykle poruszeni. Musieli kupić bilety w automacie, bo to tańsze niż kiosk. Nieporadnie i z iście dziecięcym zagubieniem poradzili sobie w ostatnim momencie, odebrali bilety, kiedy nadjechał autobus.

Ten widok przypominał drzewa, które na jesieni obsypane już złotymi liśćmi, nagle targa gwałtowny, przerażająco zimny wiatr. Zbiera on wówczas obfite żniwo, zdzierając całą strojną suknię jesieni, tkaną pieczołowicie przez pierwsze jej miesiące, delikatnymi łuskami barwnych liści. Tak i teraz wszyscy zerwali się nagle dostrzegając zbliżający się pojazd. Widok pojawiającego się zza oddalonego zakrętu autobusu każdego z obecnych wyrwał z sennego oczekiwania, które tłumaczyła pora dnia oraz błoga aura. Cisza ich oczekiwania została przerwana. Chłopak przestał obserwować parę staruszków, zbliżył się do zatoczki, tak żeby jak większość zająć wygodne miejsce. Z jednej strony wyróżniający się z współoczekujących, jednak w tym momencie jego zachowanie było podobne reszcie. Po bezwiednym poruszeniu jego spojrzenie znów zaczęło wędrować po otaczającym go świecie. Wydawałoby się, że nagłe poruszenie przyszłych pasażerów jest odczuwalne przez cały świat. Jednoczesne poderwanie kilkunastu zaspanych ludzi, każdego z osobna i bez wyjątku. Taki widok mógłby zrobić wrażenie na człowieku stojącym obok. Mimo nerwowego poruszenia tej grupy, trwającego ułamek sekundy, cały świat nadal żył swoim tempem. Obłoczki sennie wędrowały po błękitnym niebie, słońce świeciło ospałym blaskiem, liście bez pośpiechu złociły się na gałęziach brzóz, a patyna w jedynie sobie znanym tempie pokrywała dach kościoła, milimetr za milimetrem. Tylko gdzieś w oddali zerwało się stado gołębi wiedzionych jakimś okruchem wyrzuconym pod okolicznym sklepem. Wierne odzwierciedlenie oczekujących autobusu.

Im bardziej autobus zbliżał się do przystanku, tym tłumek przy zatoczce bardziej gęstniał. Każdy chciał być pierwszy, zająć miejsce do siedzenia, uniknąć nudnego i uciążliwego stania podczas jazdy. Napięcie rosło z każdą sekundą, które wydawały się trwać lata, a prędkość autobusu z każdym metrem jeszcze się ślimaczyła. Przypominało ono to będące w cicho pomrukującej chmurze burzowej, która lada chwila ma wybuchnąć z całą siłą.

Kiedy autobus nadjechał i otworzył swe wrota do lepszego życia po wypłacie za mozolnie wykonywaną pracę, mozaika różnie ubranych ludzi wlała się do środka. Byli niczym fala na przerwanej tamie, czy niespodziewane tsunami lub herbata wylewająca się z pękniętej szklanki. Wcześniejszemu zaspaniu miejsca odebrało prymat nagłe pobudzenie, które po pierwszych sekundach jazdy ustąpiło. Kiedy pojazd ruszył, znów wszystkich opadło znużenie, podobne szanującym się niciom babiego lata. Znów wśród pasażerów zapanowała przyjemna cisza i melancholia, podobne tej za oknem.

Za sprawą zbiegu okoliczności, a może specjalnie, chłopak o przenikliwym spojrzeniu i para staruszków usiedli obok siebie. Znaleźli się w części autobusu, gdzie są po cztery siedzenia. Teraz mógł całą drogę ich obserwować. Podobało mu się to, z jakim szacunkiem się do siebie zwracali. Było coś uroczego w nieporadności dziecka, kiedy starszy pana zmagał się z kasownikiem. Najpierw próbował skasować bilet przy pomocy przycisku do otwierania drzwi, potem szukał odpowiedniego urządzenia, a kiedy je znalazł, to skasował oba bilety po obu stronach. Myślał, że tak należy, przecież trasa biegła przez dwa miasta. Swoim zachowaniem rozśmieszył nie tylko swoją towarzyszkę, ale i kilkoro spośród pozostałych pasażerów. Było tym coś w rodzaju wesołego promienia słońca na jesiennym niebie szczelnie zapełnionym sinymi i smutnymi chmurami zapowiadającymi rychłą ulewę. Taka właśnie była ta para staruszków. Swoim głośniejszym niż reszta zachowaniem wyróżniali się na tle zaspanych pasażerów. Tym samym rozjaśniali swoim pogodnym nastawieniem całą jeszcze senną przestrzeń dookoła.

Przez całą drogę chłopak obserwował głównie ich. Zaczął nawet podziwiać tę parę w duchu, bo rzadko na tej trasie spotykał tak pozytywnie emanujących ludzi. Jego uczucia względem staruszków można to było odczytać z jego spojrzenia. Nie było najmniejszego momentu, żeby jego głębokie i pełne intensywnego, niebieskiego blasku oczy nie były zwrócone w innym kierunku. Nie podróżował, jak jego dusza go nauczyła. Zazwyczaj jadąc gdzieś autobusem był bez kontaktu z otoczeniem wewnątrz, skupiając całą swoją uwagę na tym co za oknem. Jego dusza zawsze była po przeciwnej stronie szyby. Podążała nieustannie za spojrzeniem. Przeskakiwała mijane znaki drogowe, wiaty przystanków, billboardy, drzewa i ustawione w nie pasującym do naturalnego porządku równe rzędy latarni drogowych. Tym razem dusza została w środku. Jeden z nielicznych razów podróżowała po wewnętrznej stronie szyby. Zapatrzyła się w tę parę staruszków i na chwilę zapomniała o celu swej podróży. Było w nich coś, co ją wyciszyło, czego taka dusza szuka w życiu swojego nosiciela.

Mimo panującej we wnętrzu autobusu złudnej ciszy i senności, on z pełną werwą przemierzał codzienną trasę. Podobny do mrówki, która musi przenieść zadany jej ładunek, tylko po to żeby cała jej mrówcza społeczność mogła przetrwać, żwawo zatrzymywał się na kolejnych przystankach i zgarniał kolejne porcje ospałych karmicieli swoich rodzin. Ta powtarzalna czynność ogrodnika, który jesienią zamiata kolorowy dywan liści z jeszcze chcącego być zielonym trawnika, w końcu wyprowadziła go na peryferie mniejszego miasteczka, kierując zgrabnie na szybką trasę, łączącą oba bastiony miejskiej egzystencji i spraw. Wjeżdżając na nią, jeszcze minął dopiero zaczynające się złocić jesiony, które mimo swojej pospolitości, każdej jesieni, nawet tej, która dopiero nieśmiało stuka do drzwi, zachwycają oko każdego swym ciepłym żółtym kolorem. Kolorem słońca mijającego lata.

Za szybą autobusu cały czas staruszkowie podziwiali zmiany, jakie się dokonały. Z ich rozmowy wynikało, że nie podróżowali tędy od pięciu czy sześciu lat. Jeśli jednak wcześniej jeździli tędy, to tylko samochodem. Był to zapewne powód, dlaczego starszy pan nie wiedział, jak i gdzie ma skasować bilet. Był wyjątkowo aktywny, kiedy mijali nie widziane od dawna zabudowania. Szczególnie zwrócił jego uwagę opuszczony tartak. Wspominał towarzyszce, że kiedyś kupował tam drewno na schody. Teraz budynek stał sam i niczyj pomiędzy dwoma miastami. Zniszczony i bez śladu odwiedzin człowieka powoli umierał. Kiedy już go minęli, to z pełnym przekonaniem stwierdził, że budynek musiał się spalić. Chłopak, który cały czas rozkoszował się ich ni to starczymi, ni dziecięcymi rozmowami wiedział, że było inaczej. Przecież często mijał to miejsce i wiedział, że tartak zwyczajnie splajtował. Podobnie jak większość dawnych nierentownych przedsiębiorstw w tej okolicy. Takie firmy są jak stare rośliny w ogrodzie, które po przesadzeniu w nowe miejsce, albo się przyjmą i zakwitną nowym blaskiem albo nie przetrwają szoku i tracą wszystkie liście i wolę życia. Jednak chłopaka też zastanawiało, dlaczego tartak w tak szybkim czasie zaczął wyglądać, jakby przebył pożar.

Kiedy znaleźli się już w sąsiednim mieście, dotychczas przeciążony pasażerami autobus zaczął się powoli wyludniać. Wyczuwalne było rozluźnienie atmosfery panującej w jego wnętrzu. Ten jeszcze nie bardzo zużyty pojazd wyraźnie odczuwał ulgę z każdym opuszczającym jego pokład człowiekiem. Mimo to, tutaj nie było już tak przyjemnie. Permanentnie nagrzewające się przez mijające powoli lato chodniki, wybetonowane ulice i brak najmniejszego skrawka zieleni podnosiły znacząco temperaturę. Rzeka, której próżno szukać na powierzchni, zaniedbana i brudna, płynęła cicho pochowana w milczącym sarkofagu pod marmurową płytą rynku, nie była w stanie zapewnić ochłody. Nawet powietrze nie było tu tak malownicze i rześkie. Przypominało pustynne, pełne kurzu i niewyobrażalnego gorąca, a był jeszcze ranek. Przez co nigdzie nie dało się dostrzec goszczącego już na dobre w mieście oczekiwania na autobus babiego lata.

Może to właśnie przyciągnęło dotychczas zapatrzoną w parę staruszków duszę chłopaka. Tak to jest z duszami, że czasem ciężko im dostrzec piękno tego, co mają na co dzień. Wolą szukać ideału, tam gdzie go nie ma. Nawet para staruszków, mimo że z pozoru idealna i pełna wypracowanej przez lata harmonii, przez sędziwy wiek odbiegała od ideału. Chłopak był wciąż tak zapatrzony, że zapomniał o tym, że ma właśnie wysiąść. Dopiero w ostatniej chwili spostrzegł, że autobus zatrzymuje się na jego docelowym przystanku. Zerwał się błyskawicznie, podobny do pierwszego jesiennego podmuchu, który targa złoty ład na drzewach i rozwiewa zagrabione kępy liści w parku. Wysiadł szybko i zaczął podążać w znanym tylko sobie kierunku, poganiany silniejszym, jak zawsze, żaglem sentymentalnej duszy, spoglądając, zza ramienia, na staruszków jadących dalej, swymi oczyma w kolorze nieba. A autobus jechał dalej, nie bacząc na stojącą na progu jesień.

 

 


„Indygo” napisałem będąc studentem, był to rok 2013 lub 2014, czyli miałem wówczas 22 lub 23. Pamiętam, że była to moja próba zapisania wspomnień z codziennie pokonywanej drogi dom-uczelnia.