POLE / 2 (5) / 2024

JUWENILIUM

Rainer Maria Rilke


tajemnica

To już chyba prawie trzydzieści lat, odkąd każdy mieszkaniec Karbach mówiąc Pelagia musi powiedzieć Klotylda – i na odwrót. To było tak: Klotylda i Pelagia mieszkały w Karbach razem od tak zwanych niepamiętnych czasów i każdy porządny obywatel miasta, przechodząc pod oknami tych starszych pań, mniej byłby zdziwiony, gdyby stary kościół, symbol miasteczka, stracił nagle jedną ze swoich wież, niż gdyby za czerwonymi krzakami pelargonii obok białej, pośpiesznie uczesanej głowy Pelasi zabrakło starannie ulizanej i dziwnie czarnej głowy Klotyldy. Traktowano je jak jedną osobę, co dla pań plotkujących nad filiżanką kawy było ofiarą wcale niemałą, bo na skutek tej sesostryzacji Klotyldzi i Pelasi był przecież o jeden temat mniej do omówienia. Ale w końcu było już rzeczywiście trudno oddzielić plany rodzące się w białej główce od myśli drzemiących w główce czarnej i pocieszano się nieśmiało, że z tej ich wzajemnej relacji będzie może kiedyś przy kawie większy pożytek, niż gdyby każda ze starych panien gasła w samotności niczym zapomniana świeca.

Sąsiedzi wiedzieli, że za czerwonymi pelargoniami nie zawsze jest pogoda i że podczas szalejących tam nieraz burz panna Pelagia odgrywa zazwyczaj rolę błyskawicy, a panna Klotylda rolę grzmotu, bez których to żadna prawdziwie krzepiąca burza obejść się nie może. Wiedzieli też, że burz tych było o wiele więcej, niż odważyłby się wyprorokować najzłośliwszy przepowiadacz pogody, i kręcili tylko od prawie trzydziestu lat głowami, a niejedna głowa blond pokryła się przez ten czas siwizną. Dziwili się, co też właściwie skłoniło dwie kobiety, które właściwie nie były ze sobą ani spokrewnione ani szczególnie związane, by ze stolicy, gdzie z pewnością mieszkały oddzielnie, przenieść się do Karbach i w ciągu niemal trzydziestoletniej wojny dać dowód, że istotnie mogą nazywać się – przyjaciółkami.

Zagadka była trudna do rozwiązania. Bo zajrzeć za pelargonie miało szansę tylko bardzo niewielu, a oglądali wtedy wyłącznie sceny idylliczne. Poza domem duet widywano jedynie na rynku i w kościele. I podczas gdy czarnowłosa Klotylda świetnie znała się na kościach drobiu, Pelasia miała duże upodobanie do kościołów i przy każdym „dominus vobiscum” wymieniała porozumiewawcze spojrzenie ze spoconym z nabożnego wysiłku proboszczem. I jak u Pelasi rozwinęło się zbyt niemal doskonałe wyczucie paciorków różańca, tak Klotylda potrafiła dokładnie ocenić dojrzałość groszku wyłącznie na podstawie sposobu, w jaki przesypywał się jej między palcami.

Lekkomyślny czytelnik dojdzie zapewne do wniosku, że jest o wiele mądrzejszy niż wszyscy mieszkańcy Karbach razem wzięci; potrafi bowiem bez trudu małym palcem rozłupać zagadkę, nad którą dobrzy i nieposzlakowani mieszkańcy tak długo już męczą się ze swymi tłuczkami. Bo mianowicie duchowe i materialne, religijno-teoretyczne i codzienno-praktyczne talenty obu kobiet uzupełniają się tak szczęśliwie, że ich wspólne życie nie tylko nie było niczym zadziwiającym, ale stało się wręcz czymś koniecznym i dojść musiało do skutku wbrew wszelkim przeszkodom, tak że Pelasia musiałaby spotkać się z Klotyldzią nawet gdyby jedna pochodziła z Grenlandii, druga zaś z jakiejś tropikalnej ultima Thule; czy do ich spotkania musiałoby wtedy dojść akurat w Karbach, tego jednak nawet nasz mądry czytelnik nie potrafiłby rozstrzygnąć.

Gdyby jednak któryś z niewielu mężów zaufania wprowadził czytelnika za czerwone pelargonie, to wprawdzie miałby on wrażenie, że pośród starych odziedziczonych po przodkach sprzętów panuje najdoskonalsza zgoda, czułby jednak, że jest tam coś jeszcze, coś nieodgadnionego, co mimo wysiłków uwijającej się ze ścierką Klotyldy niczym zasłona ciemnieje na mahoniowych szafkach i na stole z drzewa orzechowego. I tę to właśnie zasłonę całe Karbach rozciąga niczym strażacką płachtę wyczekując, jaka też plotka wyskoczy na nią z płonącej ciekawości.

I wyskakuje ich wiele.

Lecz żadnej z nich nie udaje się rozerwać zasłony.

I to jest właśnie to. Właśnie przez to mieszkańcy Karbach mówiąc Pelagia muszą jednocześnie powiedzieć Klotylda i na odwrót.

Tajemnica.

A gdzie też gnieździ się ten czarny owad, ten niezmordowany robak, pod czarną czy pod białą czupryną? U Pelasi nie miał szans długo się utrzymać. Jeśli z uroczystą miną przysięgała komuś „milczeć aż po grób” (a robiła to często, bo było w tym coś romantycznego, i kojarzyło jej się to z książkami w kolorowych okładkach, które czytała potajemnie w wieku dziewczęcym) – jeśli więc zapewniała kogoś w ten sposób i przysięgała romantyczne milczenie, to można było być pewnym, że rozpowie wszystko po niecałej półgodzinie, co zresztą zrobiłaby również i bez tak solennych zapewnień. –

Klotylda i Pelagia przyjaźniły się ze sobą jako dzieci. W wieku dziewczęcym rozdzieliła je pensja, rozstanie to z różnych powodów się przedłużało, aż w końcu odnalazły się znowu w stolicy w czasie, gdy obie zaczynał już ogarniać staropanieński pesymizm. Spotkały się niczym dwie osoby na opuszczonej stacji, które spóźniły się na połączenie i które mają teraz obowiązek skracać sobie wzajemnie czas oczekiwania. Zdarza się czasem, że takie dwie osoby czekają i czekają i że w końcu, gdy żaden pociąg nie przychodzi, z zapomnianego dworca udają się do najbliższej wsi i osiedlają się w niej.

A w pewnym bardzo szczególnym przypadku wieś ta nazywa się Karbach.

W pierwszej chwili obie cieszyły się bardzo z ponownego spotkania, nie myślały jednak zupełnie o tym, by razem zamieszkać. Pelasia miała do opowiedzenia tyle „tajemnic”, że nie wiedziała, od której zacząć, i bardzo była dumna z faktu, że w jej życiorysie pojawia się pewien „On”, w sposób niejasny i mistyczny, zawsze bez imienia, jak Latający Holender, wprawdzie nie jako główny bohater, ale jako ważny element scenografii; to, że się nim w tym czy innym miejscu posługiwała, świadczyło niewątpliwie o jej dekoratorskich uzdolnieniach. – Była przy tym wprawdzie trochę jak ta drobnomieszczańska rodzina posiadająca jedno srebrne naczynie i nosząca je za ewentualnym gościem z pokoju do pokoju, by wywołać w ten sposób wrażenie bajecznego przepychu. Naczynie jest wszędzie. Raz wypełnia je cukier, innym razem kwiaty, jeszcze innym owoce, a w ostateczności zawierać może również karty wizytowe.

Klotylda z wielkim zrozumieniem i rzadką cierpliwością wysłuchiwała tajemnic Pelasi i nie omieszkała też w końcu z podziwem wyrazić się o tym, jak bohatersko znosiła ona swój męczeński los, oraz docenić faktu, że mimo niewierności płci przeciwnej potrafiła żywić dla jej przedstawicieli coś więcej niż tylko pogardę za ich występki. Pelasia mówiąc o „mężczyznach” potrafiła mianowicie ciągle jeszcze ujawniać w głosie resztki dziewczęcej nieśmiałości, zakładała też wtedy oczy podlotka i przyglądała się przez nie światu jak przez zbyt słabe już okulary, których noszenie sprawiało jej też, jak się zdaje, pewien ból. Noszona nad głową aureola niezawinionego cierpienia pozwalała jej zapomnieć o wszystkich tych niedogodnościach; bo Pelagia była w głębi duszy przekonana, że przyczyną wszystkich nieszczęść jest jej imię. Są osoby, którym rodzice nadają imię jak z encyklopedii, tacy ludzie bez względu na wszystko stają się sławni. Jeśli skręcają sobie kark jako dzieci, to sławni stają się właśnie dlatego. A jej nieszczęśni, nieświadomi rzeczy rodzice w złą godzinę nadali jej imię, z którym musiała zostać starą panną, choćby nawet obdarzona była pięknością indyjskiej królowej i wdziękiem Otéro[1]. – Jako główna bohaterka tej przerażającej tragedii losu czuła się oczywiście równie ważna co godna pożałowania. Nie uszło jednak przy tym jej uwagi współczucie, z jakim odnosiła się do niej Klotylda. I wprawdzie na początku czuła z powodu tej serdeczności tylko radość, jednak już po kilku dniach od ponownego spotkania zaczęła żywić skryte podejrzenie, że tak głębokie współczucie Klotylda mogła okazywać jej tylko dlatego, że sama doświadczyła podobnych cierpień.

Takie podejrzenie jest jak reumatyzm. Pojawia się raz tu, raz tam. Wydaje się, że w końcu udało się go pozbyć, a ono odzywa się znowu w zupełnie innym miejscu. – Pelasi nie dawało ono spokoju. Straciła apetyt, a wieczorami zapominała czasem nakręcić loki. – Rozważała wszystkie możliwości i w końcu wychodziło jej zawsze: że Klotylda z pewnością pod żadnym względem jej nie dorównuje. Zawsze było jednak możliwe, że posiadała jakąś tajemnicę – miała przecież jeden niezaprzeczalny atut: nie nazywała się Pelagia.

I gdy tak mijał dzień za dniem, a Klotylda coraz częściej mówiła o przenosinach do Karbach, Pelagię ogarnął nagle nieopisany strach, że ta wielka tajemnica na zawsze już pozostanie przed nią zakryta. Bo wiedziała już, że jakaś tajemnica istnieje. Wiedziała, że Klotylda przechowuje w szafie dobrze zabezpieczoną kasetkę zwaną „Wertheimerką”. Pelagia zaśmiała się gorzko. „Wertheimerka”. Co za obłuda! Jakby trzymała tam jakieś papiery wartościowe![2] Rzeczywiście – listy w niej są albo nawet portret – jego portret.

Myśl ta nie dawała jej spokoju. Była coraz ufniejsza; bo mówiła sobie: ufność budzi ufność i kiedyś o zmierzchu Klotylda z pewnością wyciągnie swoją „Wertheimerkę”. Ale moment przenosin Klotyldy zbliżał się, a Pelasi zaczynało już brakować pomysłów na ufność; czuła się wyczerpana i bezradna jak dziecko.

Wtedy pewnej bezsennej nocy podjęła decyzję: musimy zamieszkać razem. I wyobrażała sobie: gdy dwie osoby żyją tak dzień po dniu obok siebie, ze sobą, piją do obiadu to samo wino, jedzą tę samą sól, czują ten sam głód, a nocą przeszkadzają sobie nawzajem w chrapaniu, to muszą w końcu stać się – nawet jeśli nie jednością, to w każdym razie symetryczną całością, której połówki niczym się od siebie nie różnią.

Pelasia zdawała sobie już wtedy sprawę z niedogodności takiego wspólnego życia. Znała surowość i dokładność Klotyldy, jej metodyczne zacięcie, i wiedziała, że przy swych skłonnościach nieraz będzie musiała toczyć z nią wojny. W takich momentach jasności wiedziała, że często spędza czas na bezczynnych marzeniach, że ciągle jeszcze królem tych marzeń jest Latający Holender i że przez cały dzień wyczerpującej krzątaniny po domu nie robi właściwie nic poza przesunięciem kilku krzeseł i zrzuceniem kilku drobiazgów z komody. Ale pocieszała się, że gdy tylko zamieszkają razem, tajemnica wkrótce zostanie odkryta i że najdalej po roku będzie mogła rozstać się z Klotyldą, a przy rozstaniu rzucić tryumfalne spojrzenie na otwartą „Wertheimerkę”, a spojrzenie pełne współczucia biednej Klotyldzie, która tak samo nie potrafiła dochować tajemnicy. W myślach od dawna już rzucała oba te spojrzenia. I zdobyła w tym nawet już pewną wprawę, dzięki której wymarzona scena mogła kiedyś zostać należycie skomponowana.

Z pewną nieśmiałością i z wymuszonym uśmiechem w oczach (nie miała bowiem czystego sumienia) przedstawiła swój plan Klotyldzie. Ta nie była ani zdziwiona ani niezdecydowana. Powiedziała po prostu: „Oczywiście, jeśli chcesz.” Prawie przy tym na nią nie spojrzała. Pelagii wydało się jednak, że przyjaciółka złośliwie się uśmiechnęła. I utwierdziła się tylko w swoim postanowieniu, bo pragnęła zemścić się również i za ten złośliwy uśmiech.

Nadszedł dzień przeprowadzki; Klotylda od samego świtu biegała z jednego pokoju do drugiego, spiżowym tonem wydawała rozkazy, pomagała, gdzie było potrzeba, a Pelasia duchowo ją we wszystkim wspierała. Zachowywała się jak dziecko, któremu prąd porywa statek, a które mimo to wyobraża sobie, że wiosłując może posuwać się naprzód. Biegając bez celu po korytarzu i schodach wielokrotnie wpadała na Klotyldę. Ta chwyciła ją w końcu i powiedziała prawie z oburzeniem: „stoisz tylko ludziom w drodze. Muszę im pomóc, a nie chcę spuszczać tego z oka. Potrzymaj to tymczasem.”

I już jej nie było. Pelasi wydawało się, że śni, czuła w prawej ręce coś dziwnie ciężkiego, co ciągnęło ją ku ziemi. Była to „Wertheimerka”. Z przerażenia i z podniecenia drżała na całym ciele. Z klejnotem na ręku schroniła się w ciemnym zakątku korytarza. Stało tam połamane krzesło, na którym delikatnie usiadła, by obserwować stamtąd stojącą u jej stóp czarną kasetkę. Chwilami wydawało jej się, że wieko jest niedomknięte. Schyliła się pośpiesznie, lecz zauważyła obecność zamka.

Niczym Hindus przed swoim bożkiem kucała przed czarną tajemnicą: układając ręce na kolanach i wpatrując się w nią wielkimi czujnymi oczyma. Wierzyła w znaki dawane przez los i posiadała głębokie romantyczne zrozumienie dla jego ukrytych zamiarów. Od chwili, gdy do jej rąk dostała się „Wertheimerka”, wiedziała: zadaniem jej było zbadać głębie tego kopalnianego szybu. I zadanie to wydawało jej się równie ważne, co dotarcie do źródeł Nilu albo zbadanie zwierzęcych form życia roślin zarodnikowych. Ogarnął ją święty zapał, bohaterskie uniesienie i postanowiła nie spocząć, póki nie złamie oporu tego zamka – nie miała przy tym zamiaru posługiwać się siłą, lecz sprytem i mądrością. Czuła, że dzięki temu zadaniu z minuty na minutę staje się ważniejsza i rośnie. Z tą właśnie pewnością i nadzieją dotarła do Karbach i nie wypuściła czarnej tajemnicy z rąk, dopóki w nowym mieszkaniu nie umieściła jej na jej stałym miejscu.

 

* * *

 

Pelasia należała do osób, które potrafią być bardzo miłe, jeśli im na czymś zależy. A do tego jeszcze była to w jej życiu sytuacja zupełnie nowa. Miała pewną tajemnicę, a tajemnicą tą była tajemnica. To samo było już prawie jak powieść, a przynajmniej jak jej przedostatni rozdział. Czuła się na swoim stanowisku niczym ambasador, który próbuje dowiedzieć się od dzikich czegoś, od czego zależy pomyślność wszystkich państw i światowy pokój. I zależnie od tego, jak sprytnie i gruntownie to wybada, potoczy się historia. – W pierwszych latach życie z Pelagią wydawało się tak jasne, jakby samo słońce mieszkało w jednym z pokojów. Nie zaprzątał jej obraz czarnej żelaznej skrzynki; Pelasia niejasno zdawała sobie tylko sprawę, że ma przed sobą jakiś bardzo ważny cel i że aby go osiągnąć, musi się cały czas uśmiechać. Nie było to w końcu wcale aż takie trudne.

Nabrała przy tym wielkiego mniemania o sobie, czemu zależnie od nastroju, stanu żołądka i pogody dawała wyraz dziwiąc się lub zachwycając własnym zachowaniem. – W interesie swego poważnego projektu udało jej się zdyscyplinować na tyle, by przez lata wspólnego mieszkania z Klotyldą nie zdradzić się nawet jednym spojrzeniem, nigdy nie okazać ciekawości i nie zadrżeć nawet, gdy przy jakiejś okazji „Wertheimerka” wydobywana była z kryjówki. Na początku spoglądała jeszcze trochę spoza rozpostartej gazety; ale potem było jej wstyd i znajdowała sobie w takich chwilach zazwyczaj coś do roboty w którymś odległym kącie albo w innym pokoju. Mój czas jeszcze kiedyś nadejdzie, mówiła sobie.

Ale pewnej burzliwej nocy, gdy za oknem koty piszczały niczym duszone dzieci, a krople deszczu stukały monotonnie jak kołatki w starej dębowej szafie, po raz pierwszy zaczęła wątpić w skuteczność swojej dotychczasowej strategii. Rankiem wstała blada i zmęczona, a pierś bolała ją tak, jakby przez całą noc leżała na niej „Wertheimerka”. Przy śniadaniu zaczęła się nieśmiało uskarżać. Klotylda, wobec której Pelagia w ten sposób nigdy wcześniej się nie zachowywała, była szczerze przejęta i swoim współczuciem bardzo przyjaciółce ułatwiła przyjęcie nowej taktyki wojennej, która na sztandarach wypisany miała szczególny rodzaj rozmarzonej melancholii. – Kilka tygodni później dawna Pelagia poszła całkowicie w odstawkę, a na jej miejsce pojawiła się nowa elegijna Pelagia, która szła przez pokoje tak, jakby bała się kogoś obudzić, i piła tak rozcieńczone wino, że miesięczny rachunek zdecydowanie się obniżył. Sama Pelasia tylko na tym zyskała. Współlokatorka zaniepokoiła się, że zbytnio wcześniej obciążała ją pracą i próbowała teraz jak najbardziej ją odciążyć. Pelasia miała dzięki temu od czasu do czasu wolną godzinkę do dyspozycji, a każda taka godzinka miała sekretne drzwi, do których klucz posiadał tylko „On”, Latający Holender. Przychodził teraz o wiele częściej, oczywiście w marzeniach. Myślała wtedy zawsze, że on zapewne równie starannie pielęgnuje wspomnienie o niej. Siedzi zapewne jako uczony albo wręcz jako człowiek sławny (trudno było jeszcze wtedy stwierdzić, czym właściwie w końcu zostanie) w swym ciemnym pokoju, którego ściany były jakby zbudowane z samych grubych książek i szukał kawałka różowej wstążki, jedynej pamiątki, jaką po niej zachował. I widziała, jak ją całuje, i uchwyciła w marzeniu wielką, drogocenną męską łzę, która niczym perła toczy się poprzez fale szerokiej brody. On płacze, płacze z jej powodu. I zawsze wtedy wzruszała się bardzo nim, sobą i Klotyldą, która wiedziała o wszystkim; tylko imienia jej nie zdradziła. – W ostateczności miała więc jeszcze coś do zwierzenia. Jeśli kiedyś w szarą godzinę zmierzchu wystąpi z tym świętym wyznaniem, wtedy Klotylda również nie będzie mogła niczego ukrywać i ze swej strony musiała będzie jednym i tym samym kluczem otworzyć serce i żelazną skrzynkę.

Pomysł ten jednak prędko został zarzucony; bo przyszło jej do głowy, że Klotylda go przecież znała, choć była to tylko powierzchowna znajomość i choć niczego nie przeczuwała. I czuła, że ukochany, którego przedstawiała często w sposób tak wspaniały, zacząłby się wtedy przyjaciółce wydawać zwyczajny i zdegradowany zostałby do rangi zwykłego wspomnienia. Wspomnienie to mogłoby przy tym wcale nie być Klotyldzie miłe, bowiem „On” swego czasu zdecydowanie ją zaniedbywał i mimo jej imienia wyraźnie faworyzował Pelagię. Na myśl o tym Pelagia ciągle jeszcze się uśmiechała. Poza tym był z „imieniem” jeszcze jeden szkopuł. Nazywał się on mianowicie wcale nie tak, jak by należało. Nazywał się: Jakub Gans[3]. To było prawdziwe nieszczęście; bo po pierwsze Jakub to imię dla kruków, a nie dla ludzi w przedostatnim rozdziale powieści, a po drugie Gans było wcale niepiękne i do tego błędne, bo właściwie powinno by brzmieć „Gänserich[4]”. Bo to, że Pelagia nazywała go zawsze Rolfem lub Robertem miało równie małe znaczenie, jak że sama w swoich marzeniach nazywała się „Theą”, czy też że kazała się tak w marzeniach nazywać swojemu Robertowi.

Cierpieli oboje z powodu tego samego nieszczęścia, co potwierdzało tylko, że byli dla siebie stworzeni.

Że Jakub Gans okazał się być potem innego zdania, to mu już Bóg zapewne wybaczył; bo Jakub Gans nadawał się w każdym razie bardziej na sławnego człowieka (jego nazwisko można by  napisać w razie czego po łacinie) niż straszne imię Pelagia na to, by pojąć je za żonę.

Pelasia była w tym okresie samą pobłażliwością i zgodliwością, próbowała sztywnymi palcami grać na rozstrojonym fortepianie kilka dawno zapomnianych pieśni Schumanna, czytała Heinego z książeczki do nabożeństwa i chodziła przed snem z rozpuszczonymi włosami po pokoju w tę i z powrotem.

Ale lata mijały mimo pieśni Schumanna i rozpuszczonych warkoczy. Gdy przyszło jej obchodzić imieniny po raz czterdziesty piąty, mimowolnie zrezygnowała ze wszystkiego: z grania Schumanna, czytania Heinego i rozplatania włosów. Czuła, że próbując rozwiązać zadanie, powoli się starzeje. Zauważyła, że nawet w ciemnym pokoju widzi już w lustrze swój przedziałek, było w nim bowiem coś jakby przychwycone światło księżyca. I z każdym dniem stawało się ono jaśniejsze i wyraźniejsze. Jej melancholia za sprawą ćwiczeń stała się całkiem odruchowa. Nie zdając sobie z tego sprawy Pelagia wchodziła coraz głębiej i głębiej w ciemność niczym w wielki las. W końcu, gdy była już w głębi lasu, nadeszła burza. Niebezpieczne są takie burze: nagle nie było w niej nic oprócz nienawiści. Nienawiści do bezlitosnego losu, który obarczył ją tym żmudnym i beznadziejnym zadaniem niczym żelaznym jarzmem, nienawiści do swej własnej bezczynności, nienawiści do pokoi, w których uwieziona na resztę życia czekała i powoli obumierała w służbie tajemnej sprawy, i przede wszystkim nienawiść do Klotyldy, której rzekome współczucie wydawało jej się brutalne i podłe.

Gdyby tylko mogła wtajemniczyć kogoś trzeciego. Szybko jednak zdała sobie sprawę, że to niemożliwe, choćby dlatego, że nie czuła się na siłach przekonać kogoś obcego o wielkości i wadze jej życiowego zadania. Byłoby to dla niej niemałą pociechą, gdyby gwałtowna walka tocząca się w jej duszy rozegrać się miała nie całkiem bez świadków, gdyby jej samotne bohaterstwo znalazło pełnego zrozumienia biografa, a jej wzruszająca gotowość do poświęceń natchnionego epika. Ale nie było na to nadziei i Pelagia płakała często, we dnie ze złości, a nocami ze wzruszenia, o jakie przyprawiała ją jej bezprzykładna bezinteresowność.

Od tych łez i wściekłości poważnie w końcu zachorowała.

Doktor przychodził codziennie odpocząć sobie kwadransik przy jej łóżku, podnosząc brwi wycierał swe okrągłe okulary i kiedyś zapytał, chyba nie bez ukrytych zamiarów, czy odwiedza ich czasem proboszcz. Można by kiedyś we trójkę zagrać w wista. Ku niemałemu zdziwieniu Pelagii Klotylda skinęła głową na znak zgody i proboszcz przyszedł, opowiadał o zbawieniu duszy i o tym, kiedy będzie następna msza ze śpiewem i że wieczorem pod „czerwonym wołem” będzie zabawa, na której w żadnym razie nie może go zabraknąć.

Następnej nocy Pelagia miała trzy sny. Jeden o zbawieniu duszy i o proboszczu. To był piękny sen. Jeden o zbawieniu duszy, o proboszczu i o organach, to również był piękny sen. I jeden o organach, którymi właściwie był sam proboszcz, i o zbawieniu duszy, które podobne było do zabawy. Nie był to sen chrześcijański, był jednak najpiękniejszy ze wszystkich trzech.

A gdy trzeci sen się skończył, Pelagia schowała wszystko łącznie ze zbawieniem i zabawa do upragnionej „Wertheimerki”, z którą chodziła potem po całym domu. Leżała przy tym w łóżku i oddychała ciężko. To był czwarty sen czyli gorączka.

Następnego dnia Pelagia nie miała już gorączki, ale za to była śmiertelnie smutna. Wiedziała, że proboszcz nie zaszedł do nich ani z powodu zabawy, ani muzyki kościelnej, ale wyłącznie z powodu zbawienia. I było jej z tym ciężko; wiedziała już bowiem, że umrze, umrze i nie doczeka spełnienia. Jak Mojżesz. Ogarnęło ją bezmierne zwątpienie. Przez cały dzień myślała tylko o jednym: zerwać się i wszystkim, co stoi, leży lub wisi w izbie próbować podważyć wieko „Wertheimerki”. Leżała przy tym pośród poduszek, członki miała jak z ołowiu i nie byłaby w stanie wstać, nawet gdyby firanki stanęły w ogniu. Cały czas czekała, że coś się stanie. Ale wieczór nadszedł całkiem mechanicznie, a z nim Klotylda, która postawiła na stole lampę z ciemnozielonym kloszem. – Potem zbliżyła się czułymi krokami.

„Lepiej ci?” usłyszała Pelagia.

Chora nie odpowiedziała. Kto mógł zmusić ją do odpowiedzi?

Klotylda myślała, że śpi i zaczęła się delikatnie wycofywać.

Ale wtedy Pelagia powstała. Nędznie wyglądająca postać w prążkowanej barchanowej koszuli nocnej uniosła się na poduszkach.

„A więc tak”, zachrypiała. „Pytasz o moje samopoczucie? – To wzruszające. Daj mi tylko jeszcze trochę czasu. Robię przecież, co mogę. Ale szybciej nie potrafię umierać.”

„Pelagio!” powiedziała przerażona Klotylda uspokajająco. Chciała położyć chorej dłoń na czole. Ale chora chwyciła ją i odrzuciła niczym jadowite zwierzę.

„Nie dotykaj mnie, okrutna. Wpędziłaś mnie do grobu. Ty, ty …” Zabrakło jej tchu. Zakaszlała gwałtownie i sucho, wstrząsnęły nią dreszcze. Gdy ponownie przyszła do siebie, była jak dziecko. Złożyła ręce i cicho, niewyraźnie błagała: „Klotyldo, jedyna, dobra Klotyldo, pokaż mi ‘Wertheimerkę’, pokaż mi tylko jeden jedyny raz ‘Wertheimerkę’ ”.

Klotylda przypisywała wszystko gorączce. Przysunęła zieloną lampę do łóżka, przyniosła czarną skrzynkę, nacisnęła delikatnie w pewnym miejscu i wieko odskoczyło. Pelagia pożądliwie zagłębiła w niej swe wychudzone palce, ręce jej chwytały zawartość z niecierpliwością, z jaką spragniony sięga po źródlaną wodę. Nic nie uchodziło jej uwagi: były tam stare losy, które wygrać mogły będą chyba dopiero na tamtym świecie, rozlatujące się listy pisane najdziwniejszym pismem i szeleszczące kwiaty i dziwnie pachnące obrazki świętych i blade fotografie. Na odwrocie jednej z nich napisane było: „pięknej Klotyldzie wiernie kochający wielbiciel Jakub Gans”. Pelagia przeczytała to cztery razy nie mając świadomości, że czyta, i potem jeszcze trzy razy, zanim zdała sobie sprawę, co właściwie przeczytała.

Ręce jej opadły, wszystko rozsypało się po podłodze, Klotylda zebrała szybko wszystkie błyskotki i wzięła jej z kolan szkatułkę. W tej chwili Pelagia miała uczucie, jakby życie uchodziło z jej członków. Było jej lekko, poczuła odurzający zawrót głowy. Odetchnęła głęboko. Ale chwilę po tym, jak Klotylda wyszła z pokoju, Pelagia podniosła głowę, pośpiesznie i trwożliwie rozejrzała się wokół i zaczęła płakać płaczem, który najpierw był cichy, stopniowo jednak wzbierał niczym dziki strumień, by w końcu chwycić, porwać i wstrząsnąć jej słabym ciałem. Była coraz dalej od brzegu. Czuła niejasno: przez trzydzieści lat próbowała dostać się do czarnej skrzynki, by w końcu odnaleźć w niej ruinę swego marzenia.

Płakała jak dziecko, a Klotylda stała bezradnie przy jej łóżku. Potem przyszedł lekarz. Kazał natychmiast prosić proboszcza i nie chodziło o wista. I przyszedł proboszcz i tym razem mówił tylko o zbawieniu. Bo był już czas. –

Pelasia odkryła tajemnicę. Nie miała już potrzeby mieszkać z Klotyldą za czerwonymi pelargoniami. Mogła zostać sama. Mieszkać miała na samym skraju miasteczka. Jej przeprowadzka była dość dziwna: jechała czwórką białych koni, towarzyszyli jej wszyscy dobrzy mieszkańcy Karbach, którzy od trzydziestu lat mówiąc Klotylda musieli powiedzieć Pelasia, a uczniowie śpiewali nabożną pieśń.

 

przełożył Tomasz Ososiński

 

 


Opowiadanie ukazało się drukiem w roku 1898.

 

[1]     Augustine Caroline Otero Iglesias (1868-1965) – hiszpańska tancerka i śpiewaczka.

[2]     Użytkownikowi języka niemieckiego nazwa „Wertheimer” kojarzy się z posiadaniem rzeczy wartościowych.

[3]     Gans (niem.) – gęś.

[4]     Gänserich (niem.) – gąsior.