
Wśród licznych taksonomii porządkujących gatunek ludzki znajduje się i ta, która dzieli ludzi na 1. znających Jakuba Wojciechowskiego, autora „Życiorysu własnego robotnika” i 2. takich, którzy o nim nie mają pojęcia. Ci pierwsi zaś różnicują się na: 1.1 – tych, którzy czytali „Życiorys” albo 1.2 – tych, którzy o nim tylko słyszeli. Następnie mamy 1.2.1, czyli ludzi uważających Wojciechowskiego za geniusza, a jego książkę za arcydzieło literatury (nazywa się też ich „porwanymi przez JW”) i 1.2.2 – odmawiających „Życiorysowi” walorów literackich, a ich autorowi pisarskiego talentu; 1.2.3 – chwalących walor poznawczy i socjologiczny dzieła; 1.2.4 – pogardzających autorem z lewa, 1.2.5 – potępiających autora z prawa. Wielbiciele Wojciechowskiego (1.2.1) dzielą się na tych, którzy czytali jedynie jego opus magnum, czyli pierwszą część „Życiorysu własnego robotnika” (1.2.1.1); tych, którzy przeczytali też część drugą, mniej popularną i trudniej dostępną, tytułowaną przez autora „Ciąg dalszy mego życiorysu już w kraju”, a wydanego raz jedyny w 1972 roku jako „Życiorys własny robotnika. Tom drugi” (1.2.1.2); tych, którzy przeczytali również opowiadania w zbiorze pt. „Raz kiedyś a obecnie” (1.2.1.3); tych, którzy polują w antykwariatach na jego książki (1.2.1.4) oraz tych, którzy posiadają wszystkie trzy wydania „Życiorysu” i patrzą na nie z rozczuleniem, nie mogąc się powstrzymać od pogłaskania okładek i przerzucenia stron w poszukiwaniu tej jedynej strony rękopisu (s.716.), która ostała się z wojennej pożogi i pokazuje piękny charakter pisma uwielbianego pisarza (1.2.1.5).

Wracając do tych, którzy o Jakubie Wojciechowskim nie mają pojęcia, dzielą się oni na osoby, które nigdy o tym pisarzu nie usłyszą (2.2.1) i te, które przejdą do kategorii znających Życiorys, a następnie do podkategorii wskazanych wyżej. I o ile trudno będzie się dostać do kategorii 1.2.1.5, to bez większego trudu przyjdzie wam wskoczenie w miejsce wcześniej nie wzmiankowane, czyli 1.2.1.6: osoby, które przeczytały „Życiorys” w PDF-ie, udostępnionym na stronie Towarzystwa im. Floriana Znanieckiego: https://tfz.com.pl/wp-content/uploads/2023/02/1930-Zyciorys-wlasny-robotnika.pdf lub 1.2.1.7 – znające prozę JK z tego numeru Pola.
Warto zaznaczyć, że wyznawców Wojciechowskiego jest niewielu, to grupa wybitnie elitarna, aż dziw, że nie mamy swojej wyspy, książęcych tytułów oraz skomplikowanych rytuałów przyjmowania do naszego kręgu. Cóż, zamiast banalnych oznak dystynkcji mamy coś, o co trudno na wyspach bogaczy – szaleństwo literatury, bo przecież niczym innym jak szaleństwem jest zachwyt nad pierwszą stroną „Zycio-rysu”:
Gdyzem przysed do pracy dnia mocno zimnego, tozem też zobaczuł w polskij gazecie Dzienniku Berlińskim, ze jest obznajmienie, aby i klasa robotnicza też nadesłała swoje życiorysy, izem tez czytał dali i zobaczuł czy to jest może głupota (zem sobie we swem duchu pomyślał), izem dali sobie po raz drugi sobie te waronki przeczytał. Potem zem się namyślał, czy to jest możno się takom ciężką i ważną rzecz na swoje ramiona podjąć, i tak mi to moje sumienie nie dawało spokoju izem posed napowrót do pracy. I gdyzem od pracy sed napowrót, tozem po drodze też wstąpiuł do jednego kolegi Polaka i zem go sie spytał, czy czytał to w dzisiejszym Dzienniku, ze ten Uniwersytet zażądał życiorysu z klasy robotniczy, i mówie: dzie mas gazete? I gdy mi ją podał do ręki, tozem mu to przeczytał, to on mówi: „sześćset stron, oni pewnie tam…” I ja mu odpowiadam, ze tyle dyscypliny musimy mieć w naszy kolonji magdeburski. I on mi odradziuł.
Kiedy to pisał, Jakub Wojciechowski miał trzydzieści osiem lat i pracował w Magdeburgu jako tramwajarz. Napisanie „Życiorysu” zajęło mu około dziewięciu miesięcy; pisał w przerwach obiadowych, przez cztery do pięciu godzin – jak tłumaczy w drugim tomie, napisanym tuż przed śmiercią w 1958 roku i obejmującym lata po powrocie do Polski.
Na konkurs ogłoszony w 1922 roku przez Poznański Instytut Socjologiczny przyszło sto czterdzieści dziewięć prac. Wojciechowski wysłał 960 stron papieru listowego formatu 14×22 cm, z czego (po dodaniu ostatniego rozdziału liczącego 12 stron rękopisu, napisanego osiem lat później na prośbę redaktorów) powstała ponad czterystustronicowa książka, wydana w 1930 roku. Najpierw jednak w 1923 roku dostał w konkursie pierwsze miejsce (ex equo z Alojzym Bończkiem, autorem „Pamiętnika”). Potem Józef Chałasiński przygotował rękopis do druku, a było nad czym pracować, bo, jak czytamy w „Uwagach wydawniczych”, autor nie dzielił swojego tekstu ani na rozdziały, ani na akapity. Co kilka, a czasem kilkanaście stronic używa kreski, która zastępuje mu wcięcia akapitów, często dodając do tego kropkę. Kropek używa niezmiernie rzadko, czasem co kilka stron. Przecinków w oryginale było kilkanaście, kilka znaków zapytania, jeden dwukropek. Za to wielkich liter stawiał Wojciechowski bez miary, co nie dziwi, jeśli się weźmie pod uwagę cztery klasy szkoły niemieckiej w dzieciństwie i młode lata spędzone w Niemczech.
Redaktor wprowadził rozdziały i akapity, wprowadził interpunkcję i ortografię, ostrożnie, żeby zostawić język i styl autora:
bowiem dają obraz literackiej kultury warstwy robotniczej […] Pozostawienie tej lub innej formy w wielu wypadkach było więc sprawą wyczucia. Publikacja nie jest przeznaczona specjalnie dla badaczy języka i w zachowaniu języka autora nie chodziło tyle o względy językoznawcze, ile raczej o pozostawienie życiorysowi charakteru pracy wykonanej przez robotnika. Poprawna pisownia literacka nie harmonizowałaby ze stylem autora.
Chałasiński patrzy na prozę Wojciechowskiego jak socjolog, ale niech to nikogo nie zmyli – on jest socjologiem, więc kłócić się z nim o znakomitość literacką „Życiorysu” nie ma sensu, trzeba go błogosławić, że uzdatnił czytanie nie zabierając zbyt wiele tej mowie żywej (jak by ją pewnie nazwał Henryk Bereza, należący do tych, którzy uważają „Życiorys własny robotnika” za wielkie dzieło sztuki literackiej). Kusi mnie jednak pomysł redakcji powrotnej, czyli rekonstrukcji oryginału na podstawie fotokopii tej jedynej zachowanej stronicy i „Uwag wydawniczych”. Widziałabym przy tym dziele Mariana Pilota, również entuzjastę prozy Wojciechowskiego lub wciąż żyjącego Adama Wiedemanna, dzięki któremu zapoznałam się z „Życiorysem własnym robotnika”. Jak wyglądać mógłby tekst oryginału, widać dzięki Franciszkowi Jakubowskiemu, który w posłowiu do drugiego wydania odtworzył możliwie wiernie z fotokopii rękopisu fragment oryginalnego tekstu i zestawił go z odpowiednim fragmentem z pierwszego wydania książkowego:


Jerzy Pluta w Nadodrzu (1972, nr 15) ma postulat odwrotny: wydać pamiętnik Wojciechowskiego dostosowując tekst – bez naruszenia leksyki i składni – do normy potoczystego języka literackiego, co oczywiście zaburzyłoby autentyczność językową, ale stałoby się też chętniej czytane. Skoro przekładamy literaturę obcą na nasz ojczysty, to dlaczego nie zrobić tego z językiem tak osobnym jak język autora „życiorysu”? Tym bardziej, że wielkość tej prozy nie stoi na języku, choć dla wielu świat stoi na głowie, skoro „to coś” wynoszone jest do rangi literatury. Taki na przykład K.J. (niech imię jego będzie zapomniane przez ludzi i Boga) w Nowym Kurierze z 1931 pisze:
ogłoszenie drukiem w całości takiego steku nonsensów, brudów i świństw, mających rzekomo odzwierciedlać życie i dążenia polskiego robotnika jest jednym wielkim, żadną sofistyką zbić i obalić nie dającym się, skandalem […]. Co jest warta pod względem moralnym, społecznym i literackim książka Wojciechowskiego, świadczy o tem wymownie w pewnej mierze i ten drobny na pozór, a znamienny fakt, że mianowicie na książce Wojciechowskiego brak firmy drukarni, w których oficynach była ona tłoczona. Widocznie drukarz lepiej poznał się na „dziele” Wojciechowskiego niż Poznański Instytut Socjologii, bo, chociaż dla własnej reklamy zalecałoby się umieścić na książce swoją firmę, to jednak wzgląd na kompletną nędzę moralną i literacką tak szumnie przez notorycznych zboczeńców zachwalanego „dzieła” Wojciechowskiego od tego kroku go powstrzymał…
Cóż, nie tylko drukarze, proboszcze i bogobojni panowie ukrywający się pod pseudonimami protestowali przeciwko Tadeusza Boya-Żeleńskiego promowaniu „Życiorysu własnego robotnika” jako literatury wybitnej i wyjątkowej. Melchior Wańkowicz i Karol Irzykowski także uważali, że Boy „załgał się”, innymi słowy: upadł na głowę sławiąc wartość artystyczną „Życiorysu” i wydając zbiór opowiadań „Raz kiedyś a obecnie” (1932). Wedle nich to tylko naiwna twórczość ludowa, takie literackie jelenie na rykowisku.
Mnie bliżej jednak do Boya, Gombrowicza, Krzywickiej, Helsztyńskiego (co sądzą o JK, można przeczytać w tym numerze Pola) i Jerzego Pluty, który wyznaje (Nadodrze, 1972, nr 12), że kiedy pod koniec lat sześćdziesiątych zapoznał się z utworem Wojciechowskiego, nie dziwił się entuzjastycznym opiniom niektórych kół literackich z lat 30-tych XX wieku:
Toż to znakomity utwór literacki! Gdy teraz po pięciu latach przeczytałem na nowo „Życiorys własny robotnika” musiałem stwierdzić, że lektura sprawiła mi może nawet większą niż poprzednio satysfakcję; a zarazem zapoznając się dokładniej w tym czasie z prozą okresu międzywojennego doszedłem do przekonania, że pamiętnik Wojciechowskiego zaliczyć trzeba do najświetniejszych utworów prozatorskich tego okresu. No, no, a gdzie dowody? […] zadziwiająca jest faktograficzna rzetelność Wojciechowskiego: podaje m.in. wysokość swoich zarobków w poszczególnych okresach, wydatki na żywność, a także… na prostytutki, nazwiska towarzyszy pracy itp. Jest więc „Życiorys własny robotnika” po pierwsze: nieocenionym źródłem socjologicznym i historycznym, którego wartość należycie docenili socjologowie, po drugie: znacznie czymś więcej – właśnie dzięki szczególnemu podaniu autobiograficznych treści. Ta właśnie „nadwartość” literacka interesuje nas najbardziej.
Wojciechowski wykorzystał najstarszą chyba konwencję pamiętnikarską (relacja chronologiczna), a zarazem poprzez próbę szczegółowego odtworzenia swoich doświadczeń wykonał niemal te samą pracę, która cechuje prozaika, bo nie chodziło mu tylko o faktograficzne odtworzenie przeszłości, ale właśnie a u t o k o n s t r u k c j ę.
To, co stanowi o swoistej tajemnicy „Życiorysu” jest po prostu t a j e m n i c ą każdego znaczącego dzieła literackiego.
Co jest tą tajemnicą wielkiej literatury? Moja odpowiedź jest prosta: wspaniała sztuka musi zawierać owo freudowskie Uncheimlichkeit, znane i nie znane, bliskie i obce, musi być niesamowita, wychodzić poza codzienne doświadczenie, poza czytelnicze przyzwyczajenia i oczekiwania, musi gryźć i podgryzać to, co oczywiste i przewidywalne. I mieć „to coś”, być jedyne w swoim rodzaju.
„Życiorys własny robotnika” taki właśnie jest. Czy to dzięki tej przedziwnej mieszance języka, treści i kompozycji? Dzięki jakiemuś odwiecznemu geniuszowi, który szukał ujścia i znalazł je w tym prostym robotniku? A może to żart bogów zaśmiewających się na literackim Olimpie z pisaniny wykwalifikowanych literatów? W odwieczne geniusze ani bogów nie wierzę, więc łatwiej mi znaleźć powody mojego zaczarowania Wojciechowskim w tym, co w jego prozie oryginalne w nieprzewidywalny sposób. Przede wszystkim, żadnego (no, prawie żadnego, bo ostatnie rozdziały „Życiorysu”, poświęcone działalności narodowej w katolickich stowarzyszeniach na obczyźnie trochę mnie znużyły) kłaniania się mieszczańskim gustom i wyobrażeniom, czym powinna być literatura.
Tu przypomina mi się, jak niedługo po wydaniu mojej pierwszej powieści, czyli „Madame Sinobrodej” moja wówczas najbliższa przyjaciółka, osoba znacznie lepiej wykształcona i kulturalnie obyta ode mnie, a przy tym pewna swoich racji, rzuciła, że „prawdziwy pisarz” wymyśla nowe światy, a nie korzysta ze swojej biografii (jak ja to robiłam). Co ciekawe, podobne podejście do literatury znalazłam w wielu tekstach krytyków nawet przychylnych Wojciechowskiemu, ale przekonanych, że „prawdziwą” wartość literacką osiągnąć może tylko „prawdziwy pisarz”. Chciałoby się złośliwie dodać: wykształcony na kursach kreatywnego pisania i przemielony przez redaktorskie młyny.
Niewątpliwie wyrósłby z niego dobry pisarz, gdyby mu los taką właśnie rolę życiową przydzielił. Nie mielibyśmy jednak wtedy jego cennego z pewnych względów pamiętnika, ale czy stałaby się znowu taka wielka szkoda przez to – nie wiem. Żaden autentyk nie zastąpi dzieła sztuki – taką opinią dzieli się w Prądach (1931, nr 1) Marian Piechnal, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, eseista, poeta i teoretyk pisarstwa proletariackiego. Hm, ja nie klasyfikuję prozy Wojciechowskiego jako pisarstwa proletariackiego czy chłopskiego. To jest po prostu proza oryginalna i niezwykła, którą można postawić – jak to robi Paweł Hulka-Laskowski – w jednym rzędzie z Joycem, Nietzschem i D.H. Lawrencem. Tadeusz Boy-Żeleński kompozycję opowiadań z „Raz kiedyś a obecnie” porównuje do Czechowa i Maupassanta. Mnie przychodzi do głowy Płatonow i ich wspólne z Wojciechowskim „patrzenie z ukosa” na ludzi, wydarzenia i świat; wspólna im obu zdumiewająca umiejętność pokazania absurdalności i niezwykłości codziennego życia.

Być może nie jest kwestią przypadku, że „Życiorysem własnym robotnika” zachwycają się pisarze. Rytm jego prozy jest nie do podrobienia. Składnia na poły niemiecka, na poły polska, wymieszana nieregularnie, hipnotyzujące powtórzenia, w pierwszej chwili wszystko obce i mozolne, ale szybko do tych Ale ja zem się i ty pracy nie zląk. Ale ja tam zem tym zdrajcom nie móg wygodzić, bo gdy zem tego zatrzymał, to ten drugi mruczał, ze ma czekać, a gdy owego, to znowu ten na mnie mruczał się przyzwyczajamy, jakby było nasze własne, tylko co i rusz buzuje w nas śmiech, że to wszystko takie śmieszne, groteskowe, a przy tym jakoś rozczulające. Choć „Życiorys” pisany jest ze „śmiertelną powagą”, to język Wojciechowskiego wręcz krzyczy: Granice mojego języka są granicami mojego świata?, hahhaha, nieprawda, twój świat jest większy od twojego języka, życie jest większe od ciebie i tego, co umiesz powiedzieć. Czytasz i ani się zorientujesz, a jesteś w środku czegoś wybuchowego, anarchistycznego, rozsadzającego nasze miary i przyzwyczajenia, wyzwalającego z mieszczańskich powinności i cnót gramatycznych, z tego: „tak się nie mówi” i „tak się pisze”, idźcie wy wszyscy literaci do diabła, tam se róbcie fikołki i konkursy, kto ładniej pisze, kto czulej przycina słówka i słowniki. A tam w piekle niech was dręczy ten przedziwny rytm zdań, przedziwny szyk wyrazów, nieregularności, krzywizny, powtórzenia i niedoskonałości, chropowatość. Bo w tym jest życie, prawdziwe życie, o które w literaturze zajętej wdzięczeniem się do czytelnika i krytyka niełatwo. Wojciechowskiemu przychodzi to bez trudu. Choć, jak twierdzi Wiesław Rogowski w „Zapomnianej przyjaźni Boya”, przekuwanie życia w pismo trudne było dla tego pisarza-robotnika ogromnie. A dla kogo z nas nie jest?
Kiedy Wojciechowski pisał „Życiorys”, był polskim półanalfabetą, nikt go po polsku pisać nie uczył. W ogóle do szkoły ledwie co chodził, ważniejsza była robota w polu, a w tamtych czasach na wsi zwalnianie dzieci ze szkoły (i tak ledwie czteroklasowej) było wówczas powszechną praktyką.
Teraz nadszedł czas na skrócony życiorys Jakuba Wojciechowskiego, Kuby Maćkowego, jak go nazywali w rodzinnej wsi, Połyty – tak o nim mówili sąsiedzi w Barcinie i koledzy z kamieniołomów, wymawiając po wsiowemu słowo Poeta, klasyka polskiego w bluzie robotniczej – jak pisał o nim Boy-Żeleński.
Urodzony w 1884 roku we wsi Nowiec (teraz: Nowieczek) w Wielkopolsce w rodzinie biedoty wiejskiej, skończył czteroklasową szkołę niemiecką w Kunowie, a w wieku jedenastu lat poszedł na służbę do bogatszych gospodarzy. Miał piętnaście lat, kiedy wyjechał do roboty w cegielni pod Berlinem. Potem pracował jako palacz na parowozie, pomocnik właściciela wędrownej karuzeli, robotnik w wielu fabrykach, górnik w kopalniach węgla i motorniczy tramwaju. W 1909 roku żeni się z Marianną Kozioł, polską emigrantką. W czasie I Wojny światowej służy w armii niemieckiej na froncie zachodnim.

Ranny odłamkiem granatu w głowę, po urlopie zdrowotnym zostaje skierowany do pracy w kopalni, a potem dostaje lżejsza pracę jako tramwajarz w Magdeburgu. Ma dwoje dzieci, niestety umierają w dzieciństwie.

Po ćwierćwieczu na emigracji wraca z żoną do Polski, gdzie pracuje w kopalni wapienia we wsi Wapienno i buduje dom w Barcinie, w którym mieszka do śmierci w 1958 roku. Na emigracji nie należy formalnie do żadnych organizacji robotniczych, ale przebywa głównie w środowiskach katolicko-narodowych, za co dostało mu się od lewicowych krytyków. Andrzej Stawar (powoływało się na niego wielu, w tym Leon Kruczkowski) w recenzji opublikowanej w Miesięczniku Literackim (1930, nr 11) pisze:
Publicystyka burżuazyjna przyjęła książkę z pobłażliwym entuzjazmem. Wojciechowski okazał się naturalnie typem robotnika „zdrowego”, nie tkniętego przez żadne rewolucyjne czy klasowe teorie. Autor przedmowy, p. Szuman, rozpływa się nad „nienaruszalnym zdrowiem psychiki chłopskiej”, które Wojciechowskiemu nie pozwoliło wpaść pod „wpływy skrajne, ateistyczne, antypolskie i niemoralne” i uczyniło z niego coraz rzadziej spotykany, wzorowy obraz robotnika bogoojczyźnianego całkowicie, od a do z.
I Stawar, i Szuman mylili się – bo Wojciechowskiego wrodzona inteligencja i racjonalizm (choć może i odbiór „Życiorysu” w kręgach klerykalnych oraz kontakty w postępowych kręgach literackich) poprowadziły ku szczerej niechęci do kapitalizmu i równie szczerej wiary w sprawiedliwość społeczną i socjalizm, o czym zaświadcza wstąpienie do PPS przed wojną, a do PPR po wojnie. W okolicy był znany jako pierwszy sekretarz PZPR w Barcinie i jako ten, który wielkimi wyrzeczeniami i oszczędnością wybudował kamieniczkę czynszową, żeby wynajmować trzy mieszkanka lokatorom i mieć z tego rentę na starość. Po zamieszkaniu w nowym domu (było z tym sporo perypetii wspaniale opisanych w drugim tomie) szybko okazało się, że w tej naszej kochanej Polsce, jak powtarzał Wojciechowski, bezrobocie jest tak duże, że nie tylko lokatorzy potraciwszy pracę nie płacili czynszu, ale właściciel domu niejednokrotnie dawał im na chleb.

Wracając jeszcze do Andrzeja Stawara, to – mimo ideologicznej niechęci do „Życiorysu” – o jego literackiej wartość pisze tak:
Opowiada setki zdarzeń, umiejąc je dobrze zindywidualizować, i na ogół rzadko wpada w powtarzanie. Jest to tym ciekawsze, że Wojciechowski nie ma pojęcia o budowie zdania, nie mówiąc już o elementarnych prawidłach sztuki pisarskiej. Przy ubogim słownictwie frazeologicznym powtarza niepotrzebnie pewne ulubione zwroty i słowa. Pomimo to szczegóły posiadają wielką plastykę, a charakterystyki gęsto są dobitne, zwięzłe, robione sposobem przysłowia, lotnego słówka itp.
Ze Stawarem sprawa jest o tyle zabawna, że po pierwsze, w swojej płomiennej lewicowej krytyce widział to, co mu pasowało, a odwracał oczy (lub po prostu nie widział) od akapitów i zdań jego tezie przeczących, a też od subtelnej ironii, jaką można dostrzec w Wojciechowskiego opisach chociażby biskupów i proboszczów. Po drugie, jak pisze Jakubczak w posłowiu do wydania z 1972 roku, oddalał się Stawar od idei, których szermierzem się mienił i wybrał życie na Zachodzie oraz współpracę z wrogą wobec Polski Ludowej paryską Kulturą. Wojciechowski zaś przeszedł na pozycje ateistyczne i antyklerykalne, o czym świadczy choćby to, że zapowiedział rodzinie, że życzy sobie pochówku bez kościoła i bez księdza.
Ostatnie lata Wojciechowskiego to życie w nędzy, jak pisała Waleria Drygałowa w artykule pt. „Chude lata Jakuba Wojciechowskiego”. Między dorabianiem na skupie żywca a walką o rentę, zdołał napisać (czy też spisać z notatek) „Ciąg dalszy mego życiorysu już w kraju”.

Druga część życiorysu, wydana w 1972 roku, nie wzbudziła wielkiego zainteresowania. Najobszerniej o obu „Życiorysach” napisał Roch Sulima w Nowych Książkach (1973, nr 20) w tekście zatytułowanym „Życiorys własny i ubezwłasnowolniony” twierdząc, że pierwszy życiorys jest „własny”, a drugi – „ubezwłasnowolniony”. Uzasadnia to Sulima tak:
Jedną z płaszczyzn porównania będzie stosunek do słowa. Tom pierwszy przynosi pod tym względem przykłady słowa heroicznego, przykłady nadludzkich wręcz wysiłków opanowania słowa, pracy w słowie. Możemy tu w sposób zupełnie laboratoryjny obserwować – by tak powiedzieć – filogenezę sztuki słowa w jej ontogenezie. Każdy nowy epizod, nowe zdarzenie to jakby stwarzanie za każdym razem nowego świata słów, ustalanie zawsze od początku ich znaczeń. Jest w tym coś z samouctwa kultury, jej samopoznania […]. Są to zapiski człowieka jakby „wyrzuconego” nagle w inne, nieznane światy i stąd jest to dziennik „odkrywcy” obcych światów; odkrywcy, który musi wynaleźć zarazem sposób opowiadania o nich.
Stan, kiedy dochodzi się do przeświadczenia, że nie istnieje inne słowo poza słowem własnym, cechującym dzieła artystów o wybitnej świadomości lub autentycznych samorodków, ustępuje w tomie drugim naśladowczej orientacji na słowo „cudze”, na literackie wzorce i konwencje. Wówczas właśnie wypowiedź Wojciechowskiego staje na granicy kiczu […]. Nie tylko zresztą słowa i style obce Wojciechowskiemu „spotykają się” z jego własnymi w obrębie jednej sytuacji. Często same zdarzenia życiowe ujawniały się jakby „na progu” dwu sposobów życia i myślenia: własnego i „cudzego”, co w efekcie może być odbierane jak niezłe sytuacje komediowe.
Nęci mnie zaprotestować, zwłaszcza wobec tego „kiczu”, ale uczciwiej będzie przyznać, że „Ciąg dalszy mego życiorysu już w kraju” jest mniej spektakularny niż tom pierwszy. Mnie to nie przeszkadza. Widzę w nim znakomitą kompozycję poszczególnych opowiadań, portrety suche i kanciaste, a przy tym żywe i filmowe; ciekawi mnie śledzenie opisów jego małżeńskich stosunków, w tym tomie opisanych nad wyraz oszczędnie; poznawanie świata człowieka dalekiego i zarazem w jakiś przedziwny sposób mi bliskiego. Tym, którzy się krzywią na hagiograficzność mego tekstu, od razu wyjaśniam, że nic na to nie mogę poradzić, skoro za Rolandem Barthesem muszę Wojciechowskiego nazwać moim literackim Atopos, czyli tym innym:
którego kocham i który mnie urzeka. Nie mogę go sklasyfikować, gdyż jest właśnie Jedyny, jest wyjątkowym Obrazem, który cudownie odpowiedział na osobliwość mojego pragnienia. Jest to figura mojej prawdy; nie może go uchwycić żaden stereotyp (będący prawdą innych).
Są też i inne „Fragmenty dyskursu miłosnego”, które pasują do mojego oczarowania, ale teraz pora przejść do wytłumaczenia się z grafik ilustrujących ten numer. Nieoczywistych, jak nieoczywisty jest Wojciechowski.

Zaczęło się od tego, że zobaczywszy zdjęcia z wystawy Mieczysława Pragnącego w Muzeum Śląskim w Katowicach (https://muzeumslaskie.pl/pragnacy-jeszcze-bardziej/), nomen omen, zapragnęłam go jako grafika numeru. Po licznych perypetiach dostałam zdjęcia jego prac i – oby się spełniły twoje pragnienia! – zaraz potem przestały mi pasować. Wojciechowskiemu do pary trzeba dać coś współczesnego, znakomitego, jakąś wielką sztukę, coś mi tupało w środku. Gryzłam się z myślami, że to niedobrze, po co robić zamieszanie, skoro już są ilustracje, i właściwie nie są złe, są całkiem dobre. A jednak nie, Pragnący nie jest dla Wojciechowskiego, nawet jak niejednemu się taki może wydawać. Nie było wyjścia, trzeba było czegoś innego. Jak to zrobić, kiedy do publikacji numeru zostało niecałe dwa tygodnie, a na dziewięć ilustracji mamy tylko 1500 zł? Zadzwoniłam do Anny Baumgart, tak po przyjacielsku i trochę w panice, z pytaniem, czy ma jakieś niewykorzystane prace, bo na robienie nowych już nie było czasu. Pamiętałam jej rysunki, doskonałe, były jednak z „Histeryczek i innych świętych” i Anka uznała, że tutaj ich nie da. Po długiej dyskusji doszłyśmy do wniosku, że nadadzą się skriny z jej filmu o świecie sztuki pt. „Ciemna materia sztuki” z 2016 roku. Ten film bardzo lubię i pasuje mi do kwestii, kto uznaje prozę Wojciechowskiego za wielką literaturę, a kto wzrusza ramionami i idzie po książki nagradzane w wielkoformatowych konkursach. Do „Ciemnej materii sztuki” dodałyśmy kilka zdjęć z prac Baumgart z lat 90-tych ubiegłego wieku („Zima”, 1997), wpisujących się w dyskusje o tożsamości, cielesności i seksualności, czyli spraw żywych również i w „Życiorysie własnym robotnika”.
Tak to się więc stało, że w tym numerze mamy prace Anny Baumgart, tak samo niepokojące i niesamowite jak proza Jakuba Wojciechowskiego. Dwoje zupełnie różnych artystów, zupełnie różne światy, a przecież – to wielka tajemnica sztuki – tak dobrze do siebie pasują.
Renata Bożek
Dziękuję dyrekcji Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy im. Jakuba Wojciechowskiego w Barcinie oraz pani Oldze Gralak-Ćwikle za udostępnienie wspomnień Czesława Cieślaka oraz zdjęć pisarza z archiwum bibliotecznego.
Dziękuję również Muzeum Śląskiemu w Katowicach za udostępnienie prac Mieczysława Pragnącego z wystawy pt. „Pragnący jeszcze bardziej/nieznana twórczość Mieczysława Pragnącego”.