Jan Kanty Zienkiewicz
Bez paniki
Praca dla opiekuna koni od pierwszego stycznia odnalazła się prawdopodobnie dzięki duchom i instynktowi. Sam raczej nie pomyślałbym, żeby szukać na portalu zatrudnienia w kategorii: rolnictwo w województwie: mazowieckim. Konie wyprowadzałem partiami do karuzeli i na padoki, tak żeby każdy zdążył rozstępować się przed treningiem. Ubierałem je w derki i ochraniacze, a potem wołałem stajennych, żeby pomogli z narowistymi ogierami. Do stajni wchodzą jak na scenę: Piotrek spod Lwowa, co mówi świetnie po polsku, od wódki się trzyma z daleka i Olek z Odessy, opanowany jak karateka starszy marynarz, czerstwy i ciepły. Ślą hartowane pozdrowienia trzydziestu potakującym łbom.
Piotrek nosił smartwatch, mały zbytek w dowód oszczędności. W skrytości myśli życzyłem mu, żeby w wymarzonym renault espace rozłożył kiedyś wszystkie siedem siedzeń, żeby te fotele bezpiecznie zajęła rodzina. Z żoną stawiali dom w zachodniej Ukrainie. W ich miejscowości syn bogacza samochodem skosił przystanek, trójkę ludzi zabił, zapłacił i nie poszedł siedzieć. Olek z Odessy zdążył być jeszcze starszyną w armii ZSRR, imał się wszystkiego, a najmłodszą córkę miał w zerówce. Pił rano mocną herbatę z trzema łyżeczkami cukru. Lubiliśmy sobie chwilkę pomilczeć i powzdychać. Kurzyliśmy razem tytoń ostrożnie, bo wokół nas siano. Jak gospodarze, psiejuchy. Mówił flegmatyczne rosyjskie „Nu, daaa…”, jakby go nigdy nic nie dziwiło. A potem wracał do czyszczenia stajni, swojej heroicznej roboty. Lubiłem jego humor, co jak ogień potrafi z niczym się nie liczyć i wszystkiemu współczuć. W skrytości myśli nazywałem go Azazellem.
Na korytarz wyjeżdża bela siana opleciona cienką siatką jak do pakowania pomarańczy. Między Olkiem i Piotrkiem ustala się rytm zatapiania w nią wideł. Jakby walili w gong na wieży zegarowej, zbliża się dziewiąta, rozdają śniadanie. Kiedy skończą, na posadzce zostaje tego sporo. Podobne do dźwięku drumli, wysokie i drżące odgłosy uderzających o beton kijów od mioteł. Piotrek woła moje imię, a w radiu zawieszonym nad naszymi głowami ostatnie zdania prognozy pogody. Będziemy siano razem wymiatać, aż otuli nas szmerem i pachnącym pyłem. Tamtej zimy codziennie, kiedy braliśmy się za miotły, Sanah śpiewała z głośniczka, że Nic dwa razy się nie zdarza. I każdego ranka w naszej stajni dział się musical.
W południe karuzela stała już pusta, w stajni wszystkie boksy zaścielone, w paszarni paruje taczka meszu. Mieszankę siemienia lnianego konie dostawały we środy. Wiele sprzątania było po tym, szorowania żłobów. Olek i Piotrek prowadzą na obiad z padoków, zbliżają się rytmicznie, gaworząc do zwierząt. To, co im ugotowali, wygląda smakowicie i zdrowo, chętnie bym taką paszę wcinał. Piotrek mnie woła na żarty, żebym odebrał porcję, bo dla mnie zostawił. Olek się uśmiecha szczerbaty znad taczki. Żeby ich rozbawić, ściągam śliczną nadprutą błękitną czapkę w haftowane szarotki alpejskie. Mówię: — Ładuj mi tutaj tego meszu! I on ten mesz ładuje, jest taki ciężki i ciepły. Śmieją się i wiem, że humor to mój ogień. Było tam jeszcze stare, rozklekotane berlingo. Gdy konie jadły, udawało się nim obrócić do biedronki w Tarczynie, hen po spalinowej prowincji, po tej cudownej enklawie!
Przyjeżdżała do nas codziennie weterynarka Gabriela, która pracuje w szpitalu dla koni przy torze na Służewcu. Szpitalik pracuje w systemie trzyzmianowym. Leczy konie, które robią przeróżne rzeczy, i nie jest to tylko dla zwierząt sportowych. Tu koń za milion, a tu za dwa tysiące. Przyjeżdżają chore źrebięta, na neonatologię. Każdy ma napisane na boksie, jaka terapia i na co. Staw skokowy, diagnostyka ortopedyczna, tu po usunięciu zęba, okulistyka, u klaczy guzy jajnika. Jest też Gryfek, kucyk na tak zwane dożywocie. Ma metaboliczne problemy i jest zagrożony ochwatem, czyli rotacją kości kopytowej. Szpitalik jest gotowy nawet na najbardziej ostre przypadki. Mają respirator, tlen, przeprowadzają operacje na otwartej jamie brzusznej. Jest też cyfrowy rentgen z USA. Przed operacją konia usypia się w poskromie. Potem transportuje dźwigiem na żeliwne podwozie. Operację przeprowadzają w pozycji do góry nogami we cztery, pięć osób. Chirurg lub para chirurgów, dwoje lub troje techników i anestezjolog. Cały ten osprzęt dookoła stołu, dzięki któremu można operować, powstał na zamówienie, u takiego zdolnego rzemieślnika. Same cudne samoróbki. Gdyby to miał być oryginalny sprzęt medyczny to podwoiłoby koszt. Szyna, stół, te specjalne poduszki, to są ich patenty. I pasy, które Gabriela szyje dla koni po operacjach jamy brzusznej, żeby bezpiecznie się goiły. W naszej stajni trzymała ślicznego trzylatka czystej krwi angielskiej, którego wykupiła stamtąd po kontuzji. Koń Greek Gateaway, którego ona pieszczotliwie nazywa Grikusiem, dawał się wyprowadzać tylko Piotrkowi, jako najdelikatniejszemu.
Tamtej zimy mróz ściął kałuże i zamroził błoto. Stajnia stała na podmokłym terenie, po którym kręcili się powolni budowlańcy, zostawiali po sobie ciężkie palety. Była mowa o dziesięciu nowych boksach i kwaterach pracowniczych na wiosnę. Naszą stajnię sportową prowadziły dwie siostry, córki dewelopera. Miesięczny pensjonat dla konia kosztował tyle, co wynajem kawalerki. Manager Tomek wiedział, że dwóch stajennych to już w tej chwili za mało. Za dużo roboty.
Brakujący trzeci stajenny zmarł nagle jesienią, udławił się wodą w krytej ujeżdżalni. Podobno Olek go odratowywał, bez skutku. Najpierw miał go zastąpić Bogdan, pięćdziesięcioletni robotnik rolny, wdowiec z odchowanymi dziećmi. On poprzednio pracował na fermie kurczaków, a przy porannej kawie opowiadał, jak długo nie mógł domyć ciała z chemii, w której brodził po kurniku. Był ordynarny, nieomal bez wstydu, raz wysikał się dosłownie wystawiając tylko siusiaka zza wrót stajni. Kiedy zdecydował, że jednak wyjedzie od nas na Pomorze do innej pracy, poprosił mnie o pamiątkowe zdjęcie. Manager Tomek odwiózł go na autobus do Tarczyna. Potem przywiózł ogromnego, łysego Michała, któremu wręczył pudełko z butami. Michał nie miał swoich. Miał jednak niewielką, wytatuowaną swastykę, dopiero co wyszedł z więzienia. Kiedyś być może spotkałby go inny los, na przykład w Kopalni Soli w Wieliczce, w komorze wypalaczy metanu. Tam pokutnicy pełzali po dnie w ubraniach ociekających wodą, nad sobą trzymali długie płonące żagwie. Solne pomniki tych ludzi wyglądają jakby wygrzebywali się z lawiny. Do tego rozbłyski z lamp i wybuchy z nagrania. Taki seans dla szkolnej wycieczki. Wracając stamtąd na powierzchnię można zemdleć, osiwieć. On tak właśnie trzymał nad sobą widły jak płonącą żagiew i pełzał przed managerem w mokrej od potu odzieży, świadczył o dzikiej encyklopedii przeszłości. A po dwóch tygodniach ukradł rower i zniknął. Obok mioteł i wideł wisiała teleskopowa tyczka, która ma sześć metrów i pozwala z ziemi dotknąć stropu. Popołudniami unosiłem ją nad głowę, bardzo ostrożnie, bo łatwo płoszy konie. I stawiałem płynne kroki, żeby kawałek po kawałku oczyszczać strop z pajęczyn. Bez paniki, bez paniki.
Jan Kanty Zienkiewicz
CZYTAJ TEŻ