Paweł Hulka-Laskowski


Krytyka chłopskim rozumem


 

Wiadomości Literackie 1932, nr 54, s 16

 

Wojciechowski nie zna dzieł Nietzschego i nigdy zapewne o nim nie słyszał; nie wie też, co to jest przewartościowywanie wszystkich wartości i nie ma pojęcia o relatywizmie. Ale dokonywa przewartościowywania różnych przestarzałych wartości i wie, że „raz kiedyś” było inaczej na świecie, niż jest obecnie, i że należy się z tym po prostu i rzetelnie policzyć. Wzywa do tego nie erudyta, który przewertował setki tomów, umie szafować cytatami wybitnych pisarzy i przywoływać zagadnienia, ale prosty człowiek, który myśli swoje z trudem wtłacza w słowo i więcej ma do powiedzenia, niż powiedzieć umie. Cytuje życie potrzebnie, operuje anegdotą, przytacza fakty, ma zacne serce i patrzy w serce. W powieści Frenssena „Wojna i pokój” stary pastor patrzy na swoją dorosłą córkę i boleje, myśląc o tym, że moralność, która wybiła podczas wojny miliony mężczyzn, nie liczy się z psychologią i fizjologią jego dziecka, jego dorosłej córki spragnionej miłości i skazanej na samopanieństwo. Wojciechowski współczuje już nie tylko jakiemuś jednemu człowiekowi, ale całemu pokoleniu młodzieży, którą obciążyli ustawami moralnymi jakieś dawne Salomony, władcy wspaniałych haremów i bogatych śpichlerzy. Kulturę i cywilizację robiono wynaturzając naturę. Co powie na to ustawa natury – pyta Wojciechowski – czy jeszcze nie postąpiły nasze medyczne techniki, aby raz ulżyć tym młodym ludziom miłosnym, aby oni raz przestali walczyć ze swymi prawami co im się przeciwią w jeich prawdziwej miłości? Czy mamy umierać w tych prawach, którą ta mała garstka ułożyła? 

Co to jest asceza, Wojciechowski także zapewne nie wie, ale walczy z ascezą bronią uczciwego człowieka. W jego „Życiorysie” wzruszają sprzeczności, których jego zdrowa natura wcale nie dostrzega. Jest na swój sposób pobożny i martwi się o kradzione jaja, gdy mu ksiądz przy spowiedzi dogaduje, ale słucha uważnie, co mówi jego doświadczona matka, i zaczyna zgadzać się z nią, że człowiek ubogi musi przykradać, aby utrzymać się na powierzchni życia. Wierzy w Boga tak statecznie, że gdy poszedł na ulęgałki i został w nieludzki sposób obity przez Markowskiego, nie wątpił, że Pan Bóg pomści jego krzywdę. I onego to też Pan Bóg skarał, chociaż się w kościele tak zawdy modluł i godzinki śpiwał, bo mu się jego córki po…wiły, to też każdy mówił, że czyje to by karał, a swoich to nie umie wychować po katolicku. Nie zastanawia się wcale, że Pan Bóg użył trochę dziwnej kary na Markowskiego, uderzając w cnotę jego córek, aby dokuczyć mu za to, że obił chłopca spragnionego ulęgałek. Jego wyobrażenia religijne są czysto magiczne: tu grzech sprawa ludzka, tu znowu sposób odczynienia grzechu. 

Wojciechowski rozumie doskonale, że szczęście ludzkie ma swoją psychologię, a psychologia ma podbudowę fizjologiczną. Miłość jest konieczna do zdrowia – wywodzi ten polski Rousseau i tezę swoją uzasadnia bardzo obszernie i gruntownie. Fizjologia sobie, a skutki fizjologii sobie. Asceza mówi, że chodzi jedynie o skutek fizjologii. Wojciechowski razem z Freudem, o którym nigdy zapewne nie słyszał, daje pierwszeństwo fizjologii, uważając, że na jej skutki można sobie pozwolić tylko wówczas, gdy istnieją dyspozycje gospodarcze. Ilustrując swoje tezy anegdotami czerpanymi prosto z życia, używa niekiedy słów tak prostych jak te sprawy, o których pisze. Niejeden z jego cenzorów nie wie zapewne, że takich samych słów używa wielki prorok Ezechiel, gdy gromi wszeteczeństwo córy izraelskiej. 

Gdy się tego prostego pisarza czyta z należytą uwagą, trudno nie zachwycać się jego spostrzegawczością. Kiedy razu jednego byłem w naszym parafialnym kościele – pisze Wojciechowski – przyglądałem się tej naszej młodzieży, a zwłaszcza chłopcom. Przyglądałem im się, tej jeich śmiałości, tym przyzwoitym ubraniom; pomyślałem sobie z lekkomyślnością, że teraz ten świat jednak cokolwiek dalej postąpił. Trzeba znać środowisko, które tu Wojciechowski opisuje, by zrozumieć jego słowa. Podziwia on śmiałość nowej młodzieży i łączy ją z przyzwoitym ubraniem. On sam, jak i wszyscy jego nowocześni rówieśnicy stanu robotniczego nie miał w młodości „przyzwoitego” ubrania, które dawałoby prawo do śmiałości. Ubierano dzieci byle jak, w ubranie dziedziczone po starszym braciach, czy też przerabiane z ojcowskich spodni i kapot. Ileż z tej racji było bolesnej nieśmiałości, upokorzenia, smutku! Drobny ale ważny szczegół: nieznaczne podniesienie się zamożności daje śmielszą postawę wobec życia i ludzi. Spostrzeżenie to przynosi zaszczyt temu samorodnemu socjologowi. 

W „Kochanku Lady Chatterley” Lawrence ustala szereg konfliktów wyrastających z różnic temperamentów pary kochanków. Rewelacja? W literaturze, tak, bo to jeden z tych tematów, które się przemilcza jako nieprzyzwoite. I znowuż: Wojciechowski pojęcia nie ma, kto zacz jest pan Lawrence i jakie miała pretensje lady Chatterley do swoich kochanków, ale wie, że te sprawy są niesłychanie ważne, gdy chodzi o tzw. wierność małżeńską. Gdyby był ambitnym stylistą, powiedziałby może, iż chodzi tu z jednej lub drugiej strony po prostu o dożywianie uczuciowe czy fizjologiczne, o zaspokajanie pewnego głodu, którego dana para wzajemnie zaspokoić nie umie, czy nie chce. Dawna moralność nakazuje, aby nie rozmawiać z żoną bliźniego, ale Wojciechowski uważa, że to było „raz kiedyś”, i że dzisiaj jest inaczej, i wdaje się w rozmowę z żoną biednego inwalidy wojennego. I mówi mi ta żona: „Czy ja mam porówno z mężem cierpieć, gdy on jest niezdrowy, a ja zdrowa? Czy mi nie przysługuje prawo, aby i ja mogłam szczęścia miłosnego uzyskać? Czy ja jestem nie żyjąca? 

Pisze się u nas i mówi okrutnie dużo o zepsuciu i demoralizacji szerzonej przez literaturę, filozofię, publicystykę. Wojciechowski jest dzieckiem ludu, który nie zna ani Nietzschego, ani Joyce’a, ani Lawrence’a, ani żadnego w ogóle z wielkich współczesnych „demoralizatorów”, a jednak wszystkie te zagadnienia, które ożywiają literaturę współczesną, ożywiają i jego. Czy bierze je z książek? Ależ nic podobnego! Patrzy w życie i porównywa przeszłość z teraźniejszością. Raz kiedyś było tak a tak, obecnie jest inaczej. Zadaje sobie tedy proste chłopskie pytanie: czy życie należy złożyć w ofierze ustawom poukładanym przez trupów, po których już nie zostało ani śladu, czy też trzeba dać życiu wolność, której się ono domaga? Odpowiada uczciwie, że życie jest czymś więcej niż ustawy i że złe są takie ustawy, które krzywdzą życie. Cóż powie na to ustawa natury?, gdy tak niedorzecznie krzywdzić się będzie życie, czyli sprawę wyższą i donioślejszą od wszystkich innych spraw. Wojciechowski występuje w obronie życia, jego praw do prawdziwości i rzetelności, a jego głos, niezależny od jakichkolwiek wpływów literackich, godzien jest wszechstronnej uwagi. 

Boyowi-Żeleńskiemu należy się słowo rzetelnego uznania za wydanie tej książki. 

 

Paweł Hulka-Laskowski


 

CZYTAJ TEŻ