Witold Gombrowicz


U pana Jakuba


 

Kurier Poranny 1937 nr 229 s 3

 

Pamiętacie może męki permanentnego niesmaku, jakich doświadczyłem z przyczyny ludu poznańskiego, który się wydawał mnie, królewiakowi, za mało chłopski i wieśniaczy – ot, nie chłopi, a koloniści jacyś ze szczoteczkami do zębów. I przypominacie sobie, jakem postanowił pielgrzymować do Jakuba Wojciechowskiego w Barcinie. Pan Jakub, ten najbardziej proletariacki z pisarzy rozsmakuje mnie w ludzie tutejszym, ukaże jego czary i uroki. Taką żywiłem nadzieję, gdym wraz z Jerzym Andrzejewskim i Pawłem Z., przypiekany ziejącym upałem, dobijał do małego miasteczka Barcina. Nieprawdopodobne są małe miasteczka w tych stronach i bez przerwy szczypiemy się z Andrzejewskim, by poznać, sen li to czy jawa – gdyż żadnego zaskorupienia w brudzie, pod błękitem niebios ciche miasteczko mieszkalne, przy którym Grójec wygląda, jak brudas.

Jak wypada Jakub Wojciechowski w osobistym zetknięciu? Pytanie bynajmniej nie retoryczne, czyż bowiem ten człowiek nie jest tak najdziwniej uplasowany przez życie? Zważcie tylko – z jednej strony wawrzyn Akademii, styczność bezpośrednia z elitą inteligencji krajowej, z drugiej strony zasię nieomal prymityw i nieinteligent w normalnym tego słowa znaczeniu – czyż rozpiętość jego nie jest nadzwyczajna i niepojęta dla nas ludzi jednego środowiska, jednej sfery? Więc tedy szczypiąc się i przecierając oczy pędzimy do małego domku na ustroniu – i oto wychodzi pan Jakub.

Rosły przedstawiciel warstwy pracującej, oblicze przystojne, żywe i przyjazne, sadza nas na ganeczku, wiedzie do altany… i od razu rozbudza we minie inteligenckiego biesa. Nic mnie nie obchodzi, że to człek uznany i przyjęty w poczet ludzi zasłużonych, wiem tylko, że to mieszaniec, kombinacja robotnika i inteligenta, czuję w sobie jakiś feudalizm inteligencki z dziada i pradziada, rozpieram się dufnie i daremnie szczypie mnie Andrzejewski! – rozmawiam nieco z pańską filuterią, och, o wiele dumniej rozmawiam z tym inteligentem – chłopem, niż gdybym rozmawiał z chłopem zwykłym i monolitowym. O, o, o! Lecz spróbujcie sami porozmawiać z panem Jakubem, zobaczycie, że jest to jedna z najtrudniejszych rozmów, jakie można odbyć w naszym kraju. Niebezpieczeństwo zgrywy jest potworne z człowiekiem, który nie wiadomo kim jest, do czego należy, jakie zajmuje miejsce.

Wojciechowski najpewniej spostrzegł i zrozumiał… Lecz, o dziwo, zamiast zjadliwie, kłująco osadzić mnie, przystosował się raczej do mojego tonu. Tak jak gdyby uznawał, iż wszystko jest w porządku, przyznawał mi prawa do inteligencko-pańskiej supremacji… I w rozmowie z nami stał się jakiś skromny, prostoduszny, dziecinny, schował głęboko wszystkie atuty swoje, a rozmowa stoczyła się w naiwność, pomimo iż Andrzejewski szczypał mię po kryjomu kąśliwie przez cały czas. Niesmak osiągnął zenit. Zdawało się, iż nie ma już ucieczki przed niesmakiem, dzieciństwem, głupstwem… I dopiero kiedy Wojciechowski dał nam do czytania kawałek swojej nowej prozy, ach, dopiero wtedy pękły złowrogie czary, odnalazłem prawdziwego pana Jakuba! Znakomity styl, znakomity – co najciekawsze – właśnie dlatego, że niezupełnie czysty. Jak świetnie osadzone są w tej prozie germanizmy, jak się łączą w organiczną całość słowa inteligenckie i ludowe i jak doskonale braki ogłady intelektualnej, zamiast osłabiać wrażenie, czynią rzecz jeszcze bardziej świeżą, żywą i prawdziwą.

W powrotnej drodze ważkie nawiedzały mię myś1i. Jak oddalająca się burza czasem jeszcze zagrzmi, niejako z przyzwyczajenia, tak właśnie z przyzwyczajenia

szczypał mię od czasu do czasu Andrzejwski, coraz rzadziej, ja zaś wtulony w róg pojazdu sumowałem bilans pielgrzymki do pana Jakuba. Nie, myślałem, dziś w dobie wytwarzania się nowych form, w dobie wzmożonej żywotności, która się przewala z jednej formy w drugą, nie można być nastrojonym na czystość typu, stylu. Dziś półinteligent, człowiek niewykończony, mieszaniec, rozpięty między środowiskami, jest istotą, rdzeniem współczesności.

I na to, by z tego powodu nie cierpieć mąk straszliwych i nieustających jest tylko jedna rada – samemu stać się po trosze mieszańcem. Ileż resztek feudalizmu, ileż klanowości tkwi jeszcze w rodakach, zwłaszcza z centralnych połaci ojczystych! Zapewne, każdemu przyjemniej przestawać z człowiekiem tego samego środowiska i mniej zgrzytów, fałszów, naiwności zawiera rozmowa chłopa z chłopem, niż chłopa z fryzjerem. Lecz dzisiaj (myślałem) w dobie wzmożonej żywotności, przyspieszonego rozwoju, człowiek winien podchodzić do człowieka nie dlatego, iż czuje się z nim dobrze, pewnie i przyjemnie, lecz właśnie dlatego, iż czuje się z nim niepewnie, niezdarnie i głupio. Duch rozwoju sprzeczny jest z duchem estetyki. Czyż tak trudno w zgrzytach, fałszach i niesmakach odnaleźć głębszą wartość egzystencji – rozwój?

I z moją księgą notat w ręku opracowywałem wielki, towarzyski plan kojarzenia osób, specjalnie ze sobą nieumiejętnych i fatalnych, to jest kojarzenia intelektualistów i profesorów z rządcami i administratorami majątków, ziemiaństwa z drobnomieszczaństwem, arystokracji z filologami i łacinnikami, sfer konserwatywnych ze sferą poetów awangardy, ażeby to wszystko mieszało się ścierał i dynamizowało wzajem w wielkich mękach i w imię nieubłaganego rozwoju. A nade wszystko mieszać małe dzieci! Mieszać dzieci, jak to się już dzieje w państwach Zachodniej Europy, aby dzieci nasze mniej od nas były niezaradne w rzeczywistości współczesnej. Och, jakaż oskoma mię wzięła mieć dziecko, zaraz, natychmiast, dzieckiem się odrodzić, dzieckiem zmieszać się, przystosować do wymogów dzisiejszego świata. Chciałem wyskakiwać z powozu i pędzić przez pola za dzieckiem. Ale Andrzejewski uszczypnąwszy mnie raz jeszcze w sposób ostateczny i niejako zamykający rzekł z niesmakiem:

– Zachowałeś się z Wojciechowskim niesmacznie.

I to mnie zgasiło. Uszczypnięcie jego, ostateczne, jak gdyby zamknęło mnie w sobie i zawarło jakieś wrota w mojej duszy, zaszpuntowało mnie, zakneblowało. Uczułem, iż więcej nie wymyślę już nic i postanowiłem natychmiast wyjechać, skąpać się w innym jeziorze życia. Do Krakowa – myślałem – do Krakowa, natychmiast trzeba mi wyjechać stąd, pojadę chyba do Krakowa… Żegnaj wsi poznańska, gdziem wycierpiał tyle niesmaków wskutek ludu.

 

 

Witold Gombrowicz


 

CZYTAJ TEŻ