Robert Kościelny
Jak próbowałem zimą zadebiutować w internetowym magazynie literackim
Tegoroczna zima jest tęga jak ciało kulturysty na sterydach. Nie tak jak rok wcześniej, kiedy jej w ogóle nie było. Albo jak dwa lata wcześniej, kiedy wprawdzie była, ale chuda jak październik albo niedożywione dziecko ulicy, jeśli jeszcze można użyć takiego porównania nie narażając się na zarzut hejtu bądź mowy nienawiści, co chyba na jedno wychodzi.
Od końca listopada zaczęło sypać śniegiem. A i teraz, w grudniu po południu, też sypie. I sypać będzie przez cały czas mej opowieści.
Nudzącemu się zimową porą mężczyźnie mającemu sześćdziesiąt trzy lata przychodzą do głowy pomysły podobne tym, które nawiedzają nudzącego się chłopca mającego sześć lat i trzy miesiące. Skąd o tym wiem? Bo był czas, gdy miałem sześć lat i trzy miesiące, i się nudziłem. A teraz jest czas, gdy mam sześćdziesiąt trzy lata, i się nudzę.
Jakie to refleksy oświetlały swymi kapryśnymi rozbłyskami szarość wlokących się jałowo chwil, wtedy? Zabawiałem się wizją siebie w dorosłym życiu. Ściślej mówiąc – w dorosłym życiu zawodowym. Raz przed moimi oczami stawała szczupła blond postać w krótkich spodenkach, z kaskiem strażackim na głowie. Stała i krzyczała: – Pozal! Pozal! Bowiem w tym wieku sepleniłem jeszcze, a wymówienie litery r było poza moim zasięgiem.
Albo ta sama postać, tylko że tym razem mająca na głowie hełm żołnierza ludowego wojska polskiego, które to wojsko ludowe stanowiło niezawodne ogniwo nierozerwanego sojuszu bratnich armii Układu Warszawskiego. O czym wtedy jeszcze nie wiedziałem. Bowiem z tym gorącym, miłosnym nieledwie, zapewnieniem spotkałem się po latach. Wisiało na tablicy ogłoszeń w budynku studium wojskowego Uniwersytetu Szczecińskiego, gdzie przez rok, w każdy czwartek, przez osiem godzin, mieliśmy zajęcia wojskowe. Teoretyczne – na szczęście i nieszczęście.
Bo nie musieliśmy ganiać po wertepach, ogrodzonych ze wszystkich stron siatką, na której co ileś tam metrów wisiała informacja, że teren jest wojskowy i przebywanie na nim grozi śmiercią lub kalectwem, narażeni na szereg niebezpieczeństw, z których najpowszechniejszymi były: ostrzał z moździerzy kierowany przez niedoświadczonego moździerzowego oraz rozerwanie granatem, mogącym, jak mówił major, przekazujący nam te smutne wieści na temat życia codziennego na poligonie, „wysmyknąć się” z dłoni podchorążego, mającego po raz pierwszy (i w tym wypadku najczęściej również po raz ostatni) wypełnić zadanie polegające na zniechęceniu wroga z NATO do zajęcia naszej, ludowej, linii okopów – celnie ciśniętym granatem obronnym F-1 lub zaczepnym RG-42. Oba wchodziły w skład podstawowego wyposażenia żołnierza, w owych czasach.
Jak nam wyjaśniał major, którego zadaniem było obdarzyć powierzonych swojej pieczy studentów IV roku historii cennymi radami, jak wyjść żywym i bez większego uszczerbku z gry strategicznej mającej miejsce w warunkach poligonowych – w przypadku wypadnięcia granatu z niedoświadczonej ręki podchorążego rezerwy, szansa przeżycia wynosi 10%. Wyjścia bez szwanku – 0%.
– Niezależnie, czy wysmyknie się z ręki granat obronny, czy zaczepny – dodał, nieświadomie odbierając nam resztę nadziei na to, że po roku niechcianej służby opuścimy jednostkę wojskową o własnych siłach. Nikt z nas nie wierzył, że w tym znojnym czasie nic nam się z ręki nie wymknie (żeby już nie powtarzać „wysmyknie”), aby następnie wybuchnąć (choć major zapewne wolałby słowo „eksplodować”).
– Uważajcie więc, chłopcy – ostrzegał, bo był dobrym człowiekiem, do tego znającym życie i spostrzegawczym jak na żołnierza. Stąd już po znudzonych i roztargnionych spojrzeniach mógł poznać, że kandydatów do ofiar wyślizgnięcia się z niedoświadczonej ręki granatu znajdowało się wśród nas sporo. I chyba nie był do końca pewny, czy będziemy na poligonie mieć to szczęście, by zawsze trafiać na ćwiczenia w strzelaniu z armat, moździerzy, haubic czy rakiet, których ogniem kierować będą doświadczeni działowi, moździerzowi, haubicowi, rakietowi. Czy nie spadną nam na głowę setki kilogramów żelastwa, gdy na świeżym powietrzu, w cieniu poligonowego zagajnika, spożywać będziemy tradycyjną wojskową grochówkę. Chociażby w chwili sięgania ręką (z której wcześniej nie wypsnął się granat ani ten F-1, ani ten RG-42) po słuszną pajdę równie jak grochówka tradycyjnego żołnierskiego chleba, z grubej mąki, więc bardzo zdrowego i pożywnego. Innymi słowy, czy zamiast chwilowego, dobrze zasłużonego wypoczynku na łonie natury nie zaskoczy nas nagle a niespodziewanie spoczynek wieczny w czarnej ziemi, której nie dane nam będzie obronić przed imperializmem amerykańskim i rewanżyzmem zachodnioniemieckim.
Przerwę na chwilę mą narrację literacką, by podejść do okna i spojrzeć na podwórze. Było całe pokryte śniegiem albo, jak to się dziś pisze w gazetach, białym puchem.
– Będę musiał ubrać grube skarpety – pomyślałem sobie. – A jeśli cienkie, to dwie pary na raz. Albo nawet trzy. I czapkę, i palto watowane, i szalik – mówiłem w duchu, patrząc przez brudną szybę na czyste, bo usłane bielą zesłaną z samego nieba, podwórze.
– Zima, zima, hu hu ha, hu hu ha nasza zima zła – zanuciłem, wracając za biurko, przy którym piszę ten tekst. Wbiłem oczy w ekran komputera i kontynuowałem tę swoją prozę debiutancką, zagryzając górną wargę. A może dolną, już nie pamiętam.
Tak więc major miał raczej niewielką nadzieję na to, że na pewno nic złego nas nie spotka podczas wdrażania się do służby ku chwale ojczyzny. I ludowej, i socjalistycznej. Wtedy.
Ale cóż on mógł na to poradzić? On wiedział i my wiedzieliśmy, że – nic. Więc tylko patrzyliśmy, milcząc, to na niego, to na ściany, to na sufit. A najczęściej na zegarek, który monotonnie, wolno, zbyt wolno jak na nasze potrzeby i wyporność psychiczną, odmierzał czas do końca wykładu wygłaszanego w ramach szkolenia wojskowego w studium wojskowym US.
I to była ta druga, nieszczęsna, strona faktu, że zajęcia były jedynie teoretyczne. Osiem godzi morderczej nudy, która zapewne niejednemu z nas, ówczesnych słuchaczy, długo śniła się po nocach i bruździła w życiu, jak to mają w zwyczaju głębokie traumy z czasów młodości.
– Cołem, zołnieze! – witała się mała postać w wojskowym hełmie na głowie z wyimaginowaną w dziecięcej fantazji kompanią wojska. Dlaczego nie „czołem, żołnierze” się witała? Już o tym mówiłem.
Poza tym chciałem być milicjantem, hutnikiem, dyrektorem wrocławskiego zoo. Raz pragnąłem zostać Indianinem, raz kowbojem, raz piratem, a raz proboszczem.
A teraz, na stare latach, chciałem zostać pisarzem.
– Ulepię bałwanka – przeszło mi przez myśl. – Jak tylko skończę, to wyjdę na to zasypane śniegiem podwórze i ulepię sobie – kontynuowałem w myślach zamiar, zapominając na moment, że nie mam już sześciu lat i trzech miesięcy tylko sześćdziesiąt trzy. Lata.
Ale w czas sobie przypomniałem. I jak skończyłem, to wyszedłem, ale nie po to by lepić, tylko po to, by pospacerować. Śnieg chrupał pod butami. Śnieg pod butami chrzęścił. To w dole. Bo w górze to padał, a nawet sypał na moją czapkę wełnianą, ramiona otulone paltem watowanym, a nawet rzęsy niczym nie chronione. Bo nie noszę okularów, choć powinienem, ludzi nie poznaję, nie pozdrawiam ich, o co niektórzy mają pretensje – cham, mówiąc o mnie. Gbur, odludek, z sąsiadami kontaktu nie chce mieć. Pochodziłem po tym śniegu, pochodziłem i wróciłem do domu szukać adresów mejlowych do magazynów literackich.
Twarze doświadczone życiem i trudami, nieodłącznymi towarzyszami życia. A niektóre nawet ogorzałe od życia pitego wprost z dzbana szybko płynącego czasu. Wlewanego w siebie pospiesznie bez zakąski – przerwy dla chwilowego odpoczynku. Żłopanego zachłannie, jakby świat miał się zaraz skończyć, a żyć przecież tak się nadal chciało. Chlanego, ciągnionego, golonego, gazowanego, dojonego, trąbionego, dawanego sobie w palnik, w szyję, lanego w siebie, tankowanego pod korek.
Oblicza wymęczone życiem, postmodernistyczną „płynną nowoczesnością”, którym nasyceni bywali do zgonu. Którym zalewali się na umór. Ale poczciwe.
Część w wieku dojrzałym, inni w lekko przejrzałym i starszym, a niektórzy nawet w senioralnym, czyli zgrzybiałym. Pisarze i pisarki. Pisarki i pisarze. O nic mi niemówiących nazwiskach. Podobnie anonimowych jak nazwiska członków redakcji zamieszczone w stopce redakcyjnej.
– Chyba znalazłem to, czego szukam – pomyślałem sobie, trafiając na stronę internetową z powyżej opisanymi obliczami autorów, zamieszczającą ich teksty literackie. Zapoznanie się z kilkoma upewniło mnie w przekonaniu, że upchną tu każdy chłam (pomyślałem dosadniej niż o chłamie, ale mniejsza z tym).
Dodatkowo w przeświadczeniu, że mam szansę, bo redaktorzy wkleją tu każdy badziew, pseudoliteracki klamot, utwierdziła mnie umieszczona na stronie głównej nota informująca, że Publikacje nie są honorowane finansowo.
– Za darmo? Tylko grafoman, albo początkujący po sześćdziesiątce, a więc też nie Sienkiewicz, połasi się na takie „honorarium”, jak łaskawe umieszczenie utworu na stronie literackiej dla zdesperowanych. Człowiek złamany wieloletnim oczekiwaniem na debiut pisarski: jakikolwiek, byle gdzie i dzięki byle komu – powiedzmy to sobie szczerze. Czyli taki jak ja frustrat – podsumowałem to rozważanie. Smętne, ale stojące twardo na gruncie realizmu.
Byłem zdecydowany i wewnętrznie pogodzony z tym, że oddaję swoją pracę nie dość że za darmo, to jeszcze bez pewności, że owoc mej weny twórczej zostanie doceniony przez anonimowe beztalencia zasiadające w redakcji – na tyle, aby wcisnąć go między wódkę jakiegoś domorosłego wierszoklety a zakąskę grafomana-prozaika.
Mimo to kontynuowałem w myślach z goryczą: nie są honorowane finansowo? A więc za darmo? A może jednak, oprócz publikacji, otrzymam coś w towarze lub usłudze? Wyobraźnia podsunęła mi przed oczy rumianą kobiecinę okutaną w kraciastą chustę niosącą w moją stronę misę świeżych wiejskich jaj, z uśmiechem towarzyszącym każdej nieskomplikowanej czynności, za którą idą niewielkie, ale łatwe pieniądze. Był też drugi obraz, tej samej postaci, ale nasadzającej się na mnie, aby uiścić w usłudze.
Banalne i wtórne te moje fantazje, ale gdybym miał do dyspozycji inne, nie byłbym tam, gdzie jestem, i nie chciał wysłać efektu pracy twórczej tam, gdzie wysłałem.
Bo wysłałem.
A zima jest tęga, a i mróz jest tęgi tego roku. A ja nic – czekałem w przytulnym cieple domowego kaloryfera.
Po dwu tygodniach otrzymałem odpowiedź mejlową: Ten pseudoliteracki gniot nie jest ani śmieszny, ani jakikolwiek inny. Jest ni do rymu ni do taktu, wsadź se palec do kontaktu, a w kontakcie płynie prąd urwie palec rzuci w kąt. Z poważaniem Redakcja.
Po paru godzinach na moją skrzynkę wpłynął jeszcze jeden mejl: A ty ojciec jesteś mały drobny i do niczego niepodobny. Z wyrazami szacunku Redakcja.
Banda idiotów – pomyślałem. I miałem niewątpliwie rację. A ściślej, ten rodzaj racji, który nic nie daje oprócz goryczy tak przejmująco wyrażonej przez dobrze znającego gorszą stronę życia Koheleta:
nie mędrcom chleb się dostaje w udziale
ani rozumnym bogactwo,
ani też nie uczeni cieszą się względami.
Bo czas i przypadek rządzi wszystkim.
A śnieg padał i padał. Biały i cichy, jak to śnieg kiedy nie podwiewa go gwałtowny i przenikliwy wiatr, skutek niżu barycznego od jakiegoś czasu zwanego w mediach cyklonem.
Robert Kościelny
CZYTAJ TEŻ