Jakub Wojciechowski i jego niewykorzystana (o ile była) szansa na autobiografię


 

Przedziwne pamiętniki Jakuba Wojciechowskiego przemawiały i przemawiają (o ile ktoś jeszcze je czyta) do czytelników zapewne z dwóch przyczyn: raz że to chłop, robotnik i kompletny literacki naturszczyk, zatem raróg i cudactwo pośród salonowych mebli, dwa że dał głos z robotniczego interioru, zatem salon mógł na tę nizinną dolę popatrzeć prawdziwym, tzn. jego, Jakuba, oczami. Alfred Jesionowski pisał na łamach Wici WielkopolskichWojciechowski odsłania nam zupełnie nieznane strony życia ludu robotniczego. Jest tu folklor literacko zupełnie jeszcze niewyzyskany, a najzupełniej autentyczny. Zebranie tych obserwacji, jakie Wojciechowski poczynił, stanowiłoby studium dla siebie. To jest trafna obserwacja znakomitego krytyka, którą można zamienić w pytanie, ile Wojciechowskiego jest w jego „Życiorysie”, a ile jest tu sui generis „autobiografii zbiorowej, wspólnotowej”. Sam Tadeusz Boy-Żeleński, zawołany admirator samorodnej prozy wielkopolskiego L’Ingénu, widział w tych wspomnieniach bezcenny dokument psychiki robotnika polskiego, jego pojęć, obyczajów, sposobu życia w pewnych warunkach. 

Wojciechowskiemu w rozroście sławy pomogły, jak wiemy, ówczesne autorytety: Tadeusz Boy-Żeleński, Stanisław Helsztyński, Józef Chałasiński, Karol Ludwik Koniński, Julian Szpunar i kilku innych, nawet z Niemiec i Francji. Pisarza Mimo Woli wkrótce spowił gęsty dym kadzideł. Wielu uczonych humanistów na wyścigi chwaliło rewelacyjne, autentyczne zapiski z życia prostego, choć całkiem sporo czytającego człowieka. Pośród komentatorów byli albo entuzjaści, albo milczący. Zabrakło krytyki uczciwej, idącej łaskawie, jak słusznie mawiał Karol Wiktor Zawodziński, „frontem na chłopa”. 

Jakub Wojciechowski i jego goście w Barcinie, 1932r. (pierwsza od lewej Irena Krzywicka)

Po stu latach możemy przede wszystkim zapytać, na ile autor robotniczych memuarów poszerzał bezcenną narrację-relację o autonarrację.  

Weźmy na przykład jego poglądy na zagadnienie pracy w ówczesnych warunkach społeczno-ekonomicznych. Widzimy pracowitego, wytrwałego, ale też sprytnego, a czasem hardego Kubę, który drobiazgowo opisuje, jak poszukiwał pracy, jak ją wykonywał, jakie miał relacje z przełożonymi i przedsiębiorcami, ile zarabiał (rachmistrzem w całym „Życiorysie” był wybornym, wyliczył nawet przecież, ile płacił od gościa na własnym weselu). Jednocześnie jednak nader rzadko, raczej śladowo, daje wyraz refleksji ogólniejszej, dotyczącej losu zbiorowego robotników, zwłaszcza w sytuacji szczególnej, jaką były proletariackie skupiska Polaków na obczyźnie. Paradoksalne to i komiczne, że pamiętnikarza-robotnika atakowali… socjaliści. Jeden z lewicujących krytyków Jan Maurycy Borski na łamach Robotnika w 1930-ym roku zarzucał Wojciechowskiemu, że nie rozumie on społecznego charakteru pracy i obce mu jest zupełnie poczucie solidarności klasowej robotników 

Czy to obsesja recenzenta socjalisty? Niekoniecznie. Dziś zwietrzałe, kiedyś wiele znaczące określenie „społeczny charakter pracy” jest tu na rzeczy. Wojciechowski wyraźnie nie rozważa albo nie chce rozważać nawet prostych prawideł owoczesnych przemian w ekonomii i życiu większych czy pomniejszych zbiorowości. I nie umniejszamy tu wartości referencjalnych – ocalałych w odautorskim trybie permanentnej i nieselektywnej sprawozdawczości – tych bezcennych dla Chałasińskiego źródeł poznania socjologicznego. Zacytujmy znów Borskiego: Właśnie ta część książki, w której Wojciechowski przedstawia życie codzienne wsi, a później współżycie robotników na emigracji, jest bardzo cenna, ma znaczenie szersze i pozwala wejrzeć w stosunki społeczno-kulturalne środowisk wiejskich b. zaboru pruskiego, oraz emigracji robotniczej w Niemczech. Pamiętnikarz milczy jednak o wstydliwej prawdzie, którą łatwo by wydobył, gdyby porównał właścicieli i zarządców folwarków poznańskich z niemieckimi „pracodawcami”, o niebo lepiej traktującymi pracowników najemnych.  

Trudno potwierdzić w całości sądy Stefana Szumana, wybitnego pedagoga i psychologa, który zgodził się napisać przedmowę do pierwszego wydania „Życiorysu”. Szuman nieco wspaniałomyślnie chwali żywot robotnika w bezpośrednim świetle kategorii myślowych i poglądów życiowych robotnika. Przyznajmy, może zbyt surowo, że natłok niepozornych szczegółów, czasem niepotrzebny weryzm i rozbrajający brutalizm (jak w rozbuchanych warstwach erotycznych) oraz nieczęste konceptualizacje życiowych wypadków i ich tła – nie dają czytelnikowi szansy na odtworzenie owych kategorii myślowych. Z kart pamiętnika mówi do nas, to ponad wszelką wątpliwość, człowiek inteligentny, od dziecka bogaty dążnością do lektury i uczenia się od mądrych ludzi. Nie odważa się jednak Wojciechowski – być może taką miał strategię pisarską, dyktowaną po trosze konkursowymi okolicznościami powstania dzieła – wydobyć z siebie zniuansowanego Ja.

Jakub Wojciechowski w swoim mieszkaniu, 1932 rok

Nie oczekujemy, byłoby to absurdalne, od pisarza z Barcina głębi antropologicznej i personologicznej na miarę Henri-Frédérika Amiela, Jana Jakuba Rousseau, Anaïs Nin czy Cesarego Pavese. Wojciechowski ma swój pisarski genotyp ze wszystkimi ujawnianymi ograniczeniami – wszak często przyznaje się, że czegoś nie potrafi pojąć i ułożyć w jasną mentalną strukturę. Rzecz jednak w tym, że w rozbitym świecie historycznym, składającym się w jego przypadku z doświadczeń wojennych, emigracyjnych, niepodległościowych, nie zwraca się nasz autor dostatecznie wyraźnie ku czystej subiektywności. Bezpośredniość i żywość, z jaką Wojciechowski przytacza przypadki ze swego życia, nie idzie tu w parze z podejściem autotematycznym, nie zmierza do obcowania czytelnika z jaźnią piszącego, nie wyzyskuje wspaniałej szansy, jaką jest utożsamienie autora-narratora-bohatera.  

I wcale nie mamy pretensji do Wojciechowskiego za silnie fizjologiczną orientację jego wspomnień, za ekspozycję jadła i behawioralnie rozumianej miłości. To, jak złośliwie zauważał Koniński, mogło ekscytować Boya, zawsze skorego do odrzucania pruderii, ale również sprowadzało postać Jakuba do roli śmiesznego pawiana, ku uciesze szykownych libertynów. Legenda robotniczego promiskuityzmu zupełnie nie pomaga nam ocenić ani wartości „Życiorysu” Wojciechowskiego, ani straconych zachodów tej autobiografii. Ponadto silnie uobecniona w memuarach postawa patriotyczno-katolicka (ołtarzykowa nieomal i Borynowa) jest – przepraszamy za sąsiedztwo – podobnie jak odruchowa strategia kopulacyjno-rozrodcza rysem zbiorowym chłopskości autora. 

Pytanie jest: Czy Jakub Wojciechowski mógł stać się świadomym świadkiem siebie samego? Czy tylko tak sobie tkał, włókno po włóknie, ale splotu próżno szukać? 

 

Jakub Wojciechowski na rynku w Barcinie, 1937. Zdjęcie z Narodowego Archiwum Cyfrowego

Dodatek zupełnie nie na temat: Na stronach 334–335 „Życiorysu własnego robotnika” Jakuba Wojciechowskiego czytamy: I po kościele to też ten Walek Stachowski tę swoją kochankę nam też przestawił. Była to dziewczyna też gdzieś od Ostrzeszowa i się nosiła po mięsku i była urodna i włosy miała czarne. 

Wiesław Przybyła


 

CZYTAJ TEŻ