Kącik Wiesi (15)


Na pochód


 

Dla dzieci z wiejskiej szkoły udział w pierwszomajowym pochodzie był tak naturalny i oczywisty jak powrót jaskółek na wiosnę. Kojarzył się z radosnym oczekiwaniem na wspólny wyjazd do powiatowego miasta, orkiestrą, odświętnymi strojami i pierwszymi tej wiosny lodami. Nieco inaczej na Święto Pracy zapatrywała się dyrekcja placówki, której zależało, aby ta właśnie szkoła podczas przemarszu, szczególnie przed trybuną honorową, wypadła najlepiej ze wszystkich. Z tego powodu niczego nie można było pozostawiać przypadkowi. Jakieś dwa tygodnie przed pochodem uczniowie mieli obowiązek zjawiać się w szkole pół godziny przed rozpoczęciem lekcji, aby przez ten czas ćwiczyć chodzenie po polnej drodze i wokół boiska. 

– Lewa! Lewa! Równać w szeregu! Zachować odstęp! Nie spać! – Pokrzykiwania wuefisty miały otrzeźwić brnącą w piachu dzieciarnię. Ale o ile stosunkowo łatwo można było wyćwiczyć marsz na prostych odcinkach, to już pokonanie zakrętów wymagało wielu żmudnych powtórzeń. Ci wewnątrz stawiają kroki w miejscu, a im dalej na zewnątrz, coraz dłuższe kroki, byle utrzymać tempo. – Lewa noga naprzód, lewa noga naprzód, dla ojczyzny trzeba zrobić to, najpierw palce, potem pięty, głowa do góry, brzuch wciągnięty, i… – powtarzano do znudzenia. W czasie tych przemarszów wte i wewte ktoś przypomniał sobie zasłyszaną w domu opowiastkę o musztrze w wojsku. Żołnierzom mylącym komendy – lewą stronę z prawą – wciskano do jednej ręki siano, a do drugiej słomę i potem już szło jak należy – lewa, prawa, siano, słoma. Także najmłodsi adepci sztuki chodzenia wolno, bo wolno, ale z każdym dniem robili postępy. Nietypowa kolumna pieszych defilująca środkiem drogi niejednego ziomka wytrącała z równowagi. 

Pewna gospodyni zachwiała się na rowerze i wraz z pakunkami wylądowała w przydrożnym rowie. Lepszym refleksem wykazał się gospodarz przejeżdżający furmanką, w porę ściągając lejce. Kobieta jakoś się pozbierała, mężczyzna tylko poprawił czapkę i pokiwał głową. 

Miało być pięknie, będzie pięknie. Okna szkoły przyozdobiono gołąbkami pokoju. Wszyscy w strojach galowych, do których w tej szkole przywiązywano szczególną wagę. Oprócz cotygodniowych apeli i wyreżyserowanych lekcji pokazowych odbywały się różnego rodzaju akademie ku czci, kiedy to chłopcy nosili czerwone chusty z białymi frędzlami, a dziewczynki biało-czerwone spódniczki, dzielone na cztery części dla dodania kwiatów – białego na czerwonym tle, a czerwonego na białym. Niejedna mama traciła cierpliwość podczas szycia tych strojów, ale jak mus, to mus. W chłodny majowy poranek dzieci zgromadzone na dziedzińcu szkoły, z chorągiewkami w dłoniach, dygotały jak pierwsze brzozowe listki na wietrze. Nareszcie zajechał duży samochód z plandeką, do którego wszyscy ochotnie się wpakowali. Na koniec ostrożnie na środku podłogi ulokowano transparent z wypisaną nazwą szkoły. Jeszcze tylko sprawdzenie obecności i można ruszać! 

– A kto ma zgodę od rodziców na samodzielny powrót po pochodzie do domu? – w ostatniej chwili przypomniał sobie nauczyciel. 

Prawie każdy miał ze sobą karteczkę, niekiedy pisaną i podpisaną samodzielnie, bo choć wiadomo było, że pierwszego maja żadne autobusy nie kursują i trzeba będzie wiele kilometrów przemierzyć pieszo, cóż się nie robiło dla spodziewanych atrakcji. 

Poza tym wszyscy byli już nieźle zaprawieni w maszerowaniu. 

 

 

Wiesława Ptaszyk