Najpierw muszę wyznać, że niełatwo mi myśleć o Witoldzie Wirpszy akurat teraz, w rok bez mała od jego śmierci. Niełatwo dlatego, że z przemożnych walorów jego obecności tutaj, w Berlinie, czyli na wyciągnięcie ręki, na dobre zacząłem sobie zdawać sprawę dopiero w chwili, kiedy Go zabrakło. Bierze się to prawdopodobnie stąd, że w ciągu tych minionych piętnastu lat, kiedy mieszkaliśmy niedaleko siebie, nieomal w sąsiedztwie, i przeto spotykaliśmy się tu i ówdzie, że otóż ja w tej fazie mojego życia byłem namiętnym palaczem haszyszu (a wtajemniczeni wiedzą, że ów narkotyk nieuchronnie wcześniej lub później wiedzie do żałosnego, gdyż bezwiednego, narcyzmu). A że Witold reprezentował sobą osobowość – by się posłużyć tyleż symboliczną co klasyczną kategorią znaczeń – par excellence dionizyjską (przez co rozumiem głównie radość istnienia i uwielbienie dla życia mimo i na przekór wszystkim koszmarom), ów narkotyczny narcyzm prowokował mnie do przyjmowania postawy, by tak rzec, apollińskiej i cierpiętniczej. Dysonans w naszych kontaktach był przez to z góry zaprogramowany.
Dzisiaj kiedy spotkać się z Witoldem już niepodobna, zaczynam powoli rozumieć, jak wiele z przyczyny wspomnianych wyżej okoliczności straciłem.
Tak się złożyło, że kilka dni temu ponownie przeczytałem (tym razem po polsku, a nie po niemiecku) Jego eseistyczną rozprawę “Polaku, kim jesteś?”, i na pewno była to okazja do przeżycia Jego zdumiewającej osobowości raz jeszcze, i tym razem z dala od wszelkiej sztucznej teatralności, bo z bombastycznymi ekspresjami mojego niegdysiejszego narkotyku pożegnałem się już kilka lat temu. Powiadam „osobowości zdumiewającej” i nie jest to ot frazeologiczny wykrzyknik, lecz raczej najprawdziwsze zdziwienie. Co mnie dzisiaj w Witoldzie najbardziej urzeka i elektryzuje, to jego niespożyta umiejętność pozostawania m ł o d y m. Ani przeżycia wojenne, ani horrendalne rozczarowania okresu powojennego, wszystkie owe kryzysy, przez które Witold musiał przecież przebrnąć aż do momentu emigracji, a wreszcie gorycze losu emigranta – wszystko to nie zdołało wykruszyć tej piekielnie witalnej natury, nie zdołało zniechęcić jej. Do ostatniej chwili, niemal z ufnością dziecka i w dionizyjskim upojeniu istnieniem, Witold przeżywał rzeczywistość niczym oszałamiającą przygodę. Fenomenalne wydaje mi się, że nie przeszkodziła mu w tym cała intelektualna mądrość, przeciwnie, mam wrażenie, że im bardziej spiętrzała się i rosła jego intelektualna mądrość, tym – o dziwo! – stawał się bardziej m ł o d y. Nigdy nie widziałem Witolda w stanie owej przysłowiowej „czarnej rozpaczy”, w stanie starczego „zgorzknienia”, mimo że powszednich powodów ku temu miał bez liku i typowy przebieg takiego nagromadzenia niedobrych doświadczeń musiałby doprowadzić do „odwrócenia się do życia plecami”. Witold natomiast do końca potrafił upajać się istnieniem z ufnością niemal dwudziestoletniego chłopca. Myślę, że tę właśnie tajemnicę zabrał ze sobą do grobu: tę elementarną a tak rzadką mądrość cieszenia się życiem na przekór wszelkim ciosom, i tym ze strony natury, i tym, które czyhają na nas w obrębie kultury.

Christian Skrzyposzek
CZYTAJ TEŻ