Ostatni wiersz Witolda Wirpszy z koniecznym komentarzem


 

Komentarz konieczny jest dlatego, by nie pozostawić czytelników w mylnym mniemaniu, jakoby polski poeta – po piętnastu latach emigracji – pisał ostatnie swoje wiersze po niemiecku. Zdarzyło mu się to raz tylko: a nikt z nas, przy tym obecnych, ani tym bardziej on sam nie mógł wiedzieć, że jest to raz ostatni. A jak to było – opowiem: 

5 czerwca 1985 roku przyjechaliśmy do Nadrenii na zaproszenie fundacji Bahnhof Rolandseck. Otóż: Bahnhof to dworzec i istotnie po dziś dzień do stacji kolejowej Rolandseck dojeżdżają, a też mijają ją – przeróżne pociągi. 

Niezależnie jednak od nadal funkcjonującego dworca, Rolandseck ma – m. in. jako dworzec też właśnie – bogatą swoją prehistorię. Tu bowiem, co zresztą zostało na umieszczonym we wnętrzu, straszliwym acz olejnym i barwnym bohomazie utrwalone dla potomności – przebywał latem cesarz niemiecki Wilhelm II-gi, skąd go – konnym ekwipażem – co roku odwożono na wilegiaturę. Ale na tym wcale nie koniec: przesiadał się tu Karol Marks i Heine, Klara Schumann i (długosiwobrody na obrazie) G. B. Shaw, a G. Apollinaire tu ponoć właśnie napisał pełne miłosnej tęsknoty wiersze do niedawno – podówczas – poznanej Angielki. Przysadzistej a długowiecznej królowej Wiktorii także tu nie braknie. Z co nowszych postaci figuruje – i owszem – Willy Brandt. Długo by jeszcze można wyliczać – tylko po co? Miejsce w każdym razie czcigodne i – nie bez kłopotów a usilnych starań – przemienione po ostatniej wojnie w fundację artystyczną.  

Fundacja przez długie lata popierała jednak wyłącznie plastykę (o czym świadczą stojące na zewnątrz monumentalne rzeźby Hansa Arpa, a wewnątrz, w sporym muzeum, inne jego prace i obrazy, także i obrazy jego pierwszej żony) – i muzykę. Wyjątek stanowił może tylko genialny mim – Marcel Marceau – który także kiedyś tu się pojawił.  

Po 1984 roku, kiedy – właśnie na „dworcu” – powstał ciekawy pomysł zgromadzenia pisarzy z pięciu krajów graniczących z Renem na „Statku szaleńców” (spływ tym statkiem, z licznymi imprezami artystycznymi odbył się wówczas latem od źródeł tej rzeki aż do Rotterdamu), postanowiono do ogólnego programu włączyć i literaturę. 

Do najpierwszych gości literackich należeliśmy my właśnie: od 5-go do 13-go czerwca. Lało wprawdzie cały czas niemiłosiernie i o przejażdżce stateczkiem po Renie ani marzyć nie było warto. Ale dobra biblioteka, a zwłaszcza muzeum Arpa wyrównywały te straty z nawiązką – a także wielka życzliwość naszych gospodarzy. 

Nie było ich wielu (w Polsce na fundację tego rodzaju o wielkim, międzynarodowym już rozgłosie, nasadzono by co najmniej z 50 osób) – zaledwie czwórka: wielce zasłużony i od samych początków tu będący Johannes, leciwa, ale całym „gospodarstwem” sprawnie zarządzająca Rosa, i jeszcze dwie (niekiedy trzy) młode panie – i tyle. 

Mieszkaliśmy na pięterku, a skromne, domowe obiadki jadaliśmy razem na parterze, w drugiej połówce „biurowego” pokoju, gdzie załatwiano w ciągu dnia wszystkie bieżące sprawy fundacyjne. I nie pamiętam już, czy przy mielonych kotletach, czy przy makaronie z nieuchronnym sosem pomidorowym, rozmowa zeszła na historię. Witold umiał opowiadać i wdał się w barwną relację o Kazimierzu Wielkim i Esterce. 

To trzeba koniecznie napisać, zgodnie stwierdzili słuchacze. 

Windą wróciliśmy na pięterko do białych, skąpo jeszcze umeblowanych pokoi. W jednym z nich stała staroświecka, intarsjowana sekretera: „akurat taka, jak ta, przy której w domu odrabiałem lekcje” – cieszył się poeta. I przy niej właśnie napisał dla swego niemieckiego audytorium ów wiersz – jedyny, jaki w obcym języku napisał i od którego w dwa dni później rozpoczął swój wieczór autorski na „dworcu”. 

13-go czerwca wróciliśmy do Berlina. A po trzech miesiącach na zawsze już zabrakło poety, którego „obcojęzyczny” wiersz teraz dopiero – w polskim przekładzie – przekazać mogę polskim czytelnikom.

 

 

Maria Kurecka

 

 

Witold Wirpsza 

Ester 

Jesień średniowiecza, więc mimo wszystko 
Romantyczna; tak piszą uczeni. 
On zaś był ostatni ze swego rodu 
(po 400 latach), pan na Krakowie 
Kazimierz, zwany Wielkim, z brodą potężną. 
Porywczy a zmysłowy. Polował 
W lasach nad Wisłą używając 
Włóczni i łuku. Prochu jeszcze nie było. 
 
Żydów sprowadził sobie z Hiszpanii. 
Potrzebował uczonych. Trzeba było założyć Akademię. 
Tedy przybyli Żydzi i córki żydowskie 
Jedna, jak mawiano, była szczególnie piękna. 
 
A wiejskie dziewki w zameczkach myśliwskich? 
Ich też nie brakło mu aż do śmierci. 
Lecz tu nie o śmierć chodzi na razie, ale o 
Miłość. Romantyczne to były czasy. 
 
Olbrzymi smok pod Wawelem krakowskim 
Zbudzony został i pluł ogniem na księżyc. 
A potem znowu zasnął w okowach. 
 
Most zwodzony wciągnięto: bo król zasnął. 
Ale król nie spał wcale. 
 
Dzikie zwierzęta chrzęściły po lasach 
Tury i jelenie. Nie zabijaj. 
 
Nie trzeba pazia! Sam król rozpali 
Drwa na kominku: oto już płonie 
Stos dla gwałtowników. Teraz 
Łagodne rządy trzeba sprawować. Smok znowu zbudzony 
 
Zawył z tęsknoty. A tęsknotę także 
Wówczas znano. Nie trzeba pazia! Wino 
Sam naleję. Znano? Cóż znano? 
Jesień, już później zwaną romantyczną? 
 
Wisła stanęła dęba. I drży smok. 
Dzwonią okowy. Oto sam skowany. 
Czytałem w księdze Estery po łacinie, 
Hebrajskiego, Estero, nie znam. 
I księga się nie zgadza, pójdź, Estero, 
hiszpańskiej, czy żydowskiej krwi jesteś, dziewczyno? 
Czarne są włosy twoje i oczy. 
A młody już nie jestem. Spłodzimy syna. 
 
I gdy wypełnił się czas, obdarzył Kazimierz 
Dziewczynę miastem nad Wisłą. 
Dla syna (uszlachconego) przepołowił 
Białego orła. Druga połowa herbu nieważna. 
O matkę zadbano należycie i dalej 
trwały polowania: na tura, na żubra. 
Skór trzeba było, by wyścielić łoża 
w zameczkach myśliwskich, w zimną 
jesień średniowiecza. Król miał już lat 60. 
 
Wiejskie dziewczęta pielęgnowały go, 
Gdy umierał w myśliwskim zamku. 
A jednocześnie uczeni Hiszpanie wykładali 
Prawo w Krakowie. Non rex sed lex. Ród Piastów 
Skończył się. Ludwik d’Anjou, węgierski, 
Zwany Wielkim, został królem Polski. 
Pod jego rządami zaczęła się republika szlachecka.


 

CZYTAJ TEŻ