Pogrom Polek

Anna Augustyniak,
"Zieleniak",
Marginesy, Warszawa 2026, 200 stron


 

 

Po pierwsze. Ta książka należy do tych, które trzeba przełknąć, jak żabę. Łatwo nie będzie. Ja jestem po, więc wam współczuję. Przeczytać ją jednak należy, to powinność. 

 

Zieleniak ma cztery rozdziały: Piwnica, Targ, Ciało, Grójecka. Pierwsze dwa fabularyzowane, jedne postaci autentyczne, inne, gwoli fabuły, nie. Fakty za to twarde, chociaż nie zawsze, między nimi plasują się miejscami odautorskie implanty. Ale styl jednak miękki. W pierwszym rozdziale przede wszystkim. Może nie przystoi kwękać w obliczu książki o takiej tragedii, ale jeśli mam do wyboru, co wybrać, takt czy swobodę, wybieram to drugie. Czyta się więc je jak rzecz wydaną w Międzywojniu, dla dorosłych i młodzieży. Zdania z waty cukrowej, w rodzaju: Zdała sobie sprawę, co może spotkać ją samą i jej ukochaną córeczkę. Zastanawiam się, czy to nie zamysł, stylizacja, ale jeśli tak, to po co? Do tego rozmodlone te dwa rozdziały jak zakonnica, w roli głównej niby ludzie, ale nad nimi i tak wszechobecna Bozia and her company. Orędowniczko nasza znam, Pocieszycielko też, ale tego nie znałem: Z Synem swoim nas pojednaj, Synowi swojemu nas polecaj, swojemu Synowi nas oddawaj. Jest jeszcze scena picia wody, woda na wagę złota, dobrze, ale czy musi to branie jednego jej łyka porównane być do komunii? Podczas których Barbara, jedna z głównych postaci, czuje wtedy bicie serca, gdy dłonie księdza zbliżają się, aby położyć na jej języku hostię? 

Z drugiej strony mamy w rozdziale drugim scenę niesamowitą, nieznośny upał na Zieleniaku, nie ma czym się osłonić, Barbara ściąga majtki i każe córce założyć je na głowę, ktoś z bok mówi, że Ruskim będzie łatwiej ją „wyruchać”. Lub taki obraz, jak na płótnie: przybycie żołdaków Rony, wielu z nich ma skośne oczy i nalane twarze, na pędzących koniach wpadają prosto w tłum, tratują kogo popadnie, uciekający na boki spod kopyt, leżący ranni, zabici i oni ponad wszystkimi, na różowych siodłach zamiast poduszek. I to jeszcze, Barbara myśli, jak się oszpecić, czym wysmarować twarz, żeby uchronić się od gwałtu, zastanawia się, czy nie zrobić to kałem, na Zieleniaku go pod dostatkiem. 

Trzeci rozdział. Zeznania świadków i ofiar, tylko i wyłącznie, nic więcej. I dobrze, bo bez fabularnego znieczulenia. Jak obuchem między oczy. 

Rozdział czwarty. Klasyczna rasowa proza. Wrażenie, jakby pierwszy rozdział pisał ktoś inny. 

 

Dokonam z nich obu ekscerpcji. Inaczej nie sposób. 

 

Kałmuki z Rony uprawiają dyscyplinę skoków po brzuchu ciężarnej kobiety. Dyscyplina ta polega na tym, ze skacze się po prostu po brzuchu ciężarnej kobiety. Bez twarzy, bo pokryta ziemią z ich butów. Bez oczu, w ich miejsce rany po zelówkach. W ogóle kręcą ich kobiety w wysokiej ciąży. Biorą se jedną, otaczają i gwałcą jeden po drugim. Rarytas to kobieta, która właśnie rodzi, wchodzą w nią od razu po, kiedy ma pępowinę, to ich rajcuje. Zdarza się, że dwudziestu ich lub więcej, wtedy ci co pod koniec wchodzą w zwłoki, nie przeszkadza im to, tej pod nimi też już nie, bo nie żyje, więc jest ok. 

Kobietą być na Zieleniaku to nieszczęście, mieć do tego córkę to półtora nieszczęścia. Półtora stąd, że córka jeszcze rośnie. Krzyk matek, żeby wziąć je a nie córki, nie dzieci, efekt przeważnie taki, że są zabijane, a córki gwałcone, lub ignorowane, a córki gwałcone. Czasami pokotem, bo kładą je obok siebie, wtedy zdarza się, że matki mdleją z przerażenia. 

Kałmuk jeden z drugim często jak się zachleje, to mu nie staje, czeka wtedy w kolejce z butelką w ręku lub pistoletem, bywa, że z karabinem. Jego kolej, to posuwa, i strzela, tryska w ciało ołowiem. 

Wpierw kolbą przednie zęby, potem odcięcie jednej piersi i krojenie scyzorykiem drugiej, w paski. Potem odgryzanie jej ciała, kawałek po kawałku, i plucie nimi. 

Jednej rozbili czaszkę, aż wyszedł mózg. Innej obcięli język i odrąbali głowę. Inna miała drgawki, dostała ataku padaczki, wlali jej benzynę do pochwy i podpalili. 

Wpychanie rozżarzonych kości palonych trupów. 

Odcinanie palca razem z pierścionkiem, jeśli któraś ociąga się z oddaniem. 

Wypchnięcie zakonnicy z okna, spada, a habit wiruje w powietrzu i opada już na jej zwłoki. 

Dziewczynka w białej sukience, torturowana tak, że gwałcona, kiedy już nie żyje. Potem grzebanie patykami w jej waginie, wyjmowanie skrwawionych resztek. Innej po gwałcie strzał w podniebienie, kula wychodzi obok oka. 

Matka, która kopie grób dla dwóch córek, łyżką. Inwalidzi, którym zabierają kule i każą skakać na jednej nodze. 

Palenie zwłok, trzeba je przenosić, dorosłego we dwóch, ale noworodki po trzy na raz. Nawet benzyny nie trzeba, trochę waty z denaturatem wystarczy. 

 

 

Gdyby na Zieleniaku torturowano tylu mężczyzn, a około tysiąc zginęło, przy czym część byłaby z AK, byłby on miejscem zbiorowej pamięci. A Nawrocki w patriotycznym szale uniesień darłby swoją przysłowiową japę. Tymczasem mamy otoczoną ciszą tablicę upamiętniającą. Którą, uwaga, zamieszczono dopiero w roku 2022, a więc osiemdziesiąt lat po pogromie Polek.

 

 

Janusz Rudnicki


 

CZYTAJ TEŻ