158
St Austell to miasto nadmorskie, lecz samego morza nie sięga. Zastępuje je tam mieścina zwana Karolowym Miasteczkiem. Choć Charlestown to nie tyle miasteczko, co wieś ze sporym portem. Bo angielskie słowo town może być nieco mylące. Mimo że tłumaczymy to zwykle jako miasto albo miasteczko, dokładnie znaczy tyle co jakiś obszar zabudowany który posiada własną nazwę, określone granice i samorząd terytorialny, i jest zwykle większy od wsi i mniejszy od miasta. Podkreślić tu należy owo słowo zwykle. Więc w sumie to nie wiadomo.
Port niemal dosłownie wyrósł z porcelany. To znaczy z handlu porcelaną. No i samą glinką. A także cyną i miedzią. Pod koniec XVIII wieku była tam niewielka przystań rybacka o nazwie West Polmear i kilka domków zamieszkałych przez w sumie mniej niż 10 osób. Karol, czyli Charles, był siódmym synem państwa na Menabilly, czyli Jonathana Rashleigh i Mary, z domu Labouchere. Co w praktyce oznaczało, że musiał się wziąć za zrobienie jakiejś kariery, w wojsku, polityce czy interesach. Bo jako siódmy w kolejce nie mógł liczyć na spadek. Zgodnie z angielskim zwyczajowym prawem progenitury.
W rejonie St Austell działało już kilka kopalń, ale był problem z transportem. Załadunek statków odbywał się w warunkach polowych, które właściwie należałoby nazwać plażowymi. Karol dostrzegł lukę rynkową. Kupił West Polmear i zaangażował resztę pieniędzy w rozpoczętą w roku 1791 budowę portu przeładunkowego, doków stoczniowych i mieszkań dla pracowników – górników i dolników, szkutników i powroźników, ceglarzy i tak dalej.
W latach 1810-1813 przez port przeszło 40 tysięcy ton rudy miedzi. W tym czasie złoża miedzi pobliskiej, należącej do Karola kopalni zaczęły się wyczerpywać i port przestawił się na glinkę porcelanową, co tylko zwiększyło rentowność przedsięwzięcia. I pewnie wszystko dobrze by się ułożyło, gdyby nie dwie pechowe inwestycje. Obie w ludzi.
Interesy zwykle prowadzą do konfliktów, które trzeba jakoś rozwiązywać. Jak nie siłą, to sądem. Karol wpadł zatem na pomysł, by obsadzić urząd sędziego pokoju swoim człowiekiem, Josephem Danielem. By go do tego celu przysposobić i uwiarygodnić, zawarł z nim taką umowę, że darowuje mu część swoich nieruchomości, które zostaną mu zwrócone zaraz po tym, jak Daniel zostanie sędzią. Umowa była, rzecz jasna, poufna i na gębę, to znaczy dżentelmeńska. Jej główną wadą okazało się to, że wystarczy jej brzmieniu zaprzeczyć, by ją unieważnić.
Tak właśnie zrobił Józef Daniel. Zatrzymał i urząd sędziego, i majątek Karola Rashleigh. W tym położony przy plaży Dwór Duporth, który trzymał się do roku 1989. Dziś na jego miejscu stoją Dwie Zatoczki, osiedle domków w tradycyjnym kornijskim stylu. I na wszelki wypadek wszystkie spory z udziałem swojego dawnego chlebodawcy nowy sędzia rozstrzygał na jego niekorzyść.
Druga nieprzemyślana inwestycja dotyczyła wiernego służącego, Josepha Dingle. Który wykazywał się niemałymi zdolnościami menadżerskimi. Doglądał interesów swojego pana w porcie i wkrótce stał się ich głównym zarządcą. Dzięki malwersacjom i interesom na boku szybko dorobił się fortuny przewyższającej majątek Karola. W rezultacie ten ostatni umarł w biedzie w roku 1823. Dingle też szybko zbankrutował, do czego trochę przyczyniły się wytoczone mu procesy sądowe, a bardziej jego wiodący nałóg, czyli hazard. Podobno przegrał w sumie ponad 30 tysięcy funtów, co przekłada się na blisko trzy dzisiejsze miliony. Brzmi imponująco ale, biorąc pod uwagę obecne ceny nadmorskich nieruchomości, czy to aż tak dużo?
159
Port w ruletę ani karty nie grał, więc szczęśliwie się ostał i dziś jest największą atrakcją Karolowa, obok Shipwreck Treasure Museum i białych domków przy Quay Road. Miejscowi mówią z przekonaniem, że mają tu najlepiej zakonserwowany port z epoki gregoriańskiej. Z tego powodu jest chętnie wykorzystywany jako plener filmowy. Przewodnicy oprowadzający wycieczki wskazują na stojące tam statki czy kutry i mówią, który z nich występował w którym filmie. Albo serialu. O tu, proszę spojrzeć, kręcono „Poldark”, na podstawie cyklu dwunastu powieści o rodzinie Poldarków. Winston Graham, autor tekstu, choć pochodził z Manchesteru, znaczną część życia spędził w Kornwalii. Gdzie? W Perranporth. W takiej wsi po drugiej, południowej stronie półwyspu.
Serialu „Poldark” nie widzieliśmy, oglądaliśmy za to „Przynętę” („Bait”, 2018), świetny film nieseryjny, również w tym porcie, przemianowanym na Porth Meur, kręcony. Czarno-biały, mocno eksperymentalny, w całości kamerą 16 mm strzelany. Napisany i wyreżyserowany przez kornijskiego twórcę Marka Jenkina. O gentryfikacji, w tym zawłaszczaniu lokalnej kultury rybackiej wioski przez miastowych Angoli. I o rodzących się z tego konfliktach. Slow Film z plastycznymi scenami i dopieszczonymi ujęciami. Jedną z jego zalet jest długość. To znaczy krótkość. Dzięki niej, na wrocławskim Festiwalu Nowe Horyzonty, chyba w 2021 roku, zmieścił się w sekcji zatytułowanej pytaniem: Nie wierzycie, że arthouse może trwać poniżej półtorej godziny? To sobie popatrzcie.
Nie, nie tu, tam patrzcie, przerywa nam nieznoszący sprzeciwu okrzyk jakiejś przewodniczki. Proszę nie rozmawiać, proszę się skupić. O, tu, tak, tutaj, oparty o tę ścianę, tego właśnie magazynu, stał – nie usłyszeliśmy, kto. Ale i tak wiemy. A ten, tu, nie ten, tamten, to jego kuter był. Zanim mu zabrali.
A jak kto nie wie, o co tu chodzi, to niech sobie szybko ten film Jenkina obejrzy. A my w tym czasie wyjaśnimy, co właściwie w tym Karolowie robimy. Skąd się tu tak niespodziewanie wzięliśmy.
160
Zaczęło się od Castle an Dinas. Gdzie na początek zapytano nas, skąd przyszliśmy. My, że z Kamienia w Kamieniu, tego tam, wskazaliśmy ręką, a oni:
– Z Roche Rock? – zapytali. – Tego Kamienia od dynamitu?
– Dynamitu? – powtórzyliśmy. – Jakiego dynamitu?
I w rezultacie poznaliśmy szczegóły historycznego sporu, o którym nic nie wiedzieliśmy. Podobnie jak nam, publiczny charakter Roche Rock, wraz z przyległościami, od wieków wydawał się oczywisty zarówno okolicznym mieszkańcom, jak i wszelkiego rodzaju włóczęgom, później turystom czy badaczom. Sytuacja zmieniła się radykalnie i niespodziewanie pod koniec XIX wieku, kiedy lord Falmouth, niejaki Evelyn Edward Thomas Boscawen, którego majątek Tregothnan obejmował teren Kamienia, postanowił prawo własności wyegzekwować. Na początek polecił swoim agentom, by ustawili tablice informujące o jego prawach do terenu. Ale jak tylko je stawiali, okoliczni mieszkańcy od razu je demonstracyjnie usuwali. Mimo iż tablice nie broniły nikomu dostępu do Kamienia, tylko informowały, kto jest jego właścicielem. Żeby nie było wątpliwości, lord wydał nawet, w roku 1895, oficjalne obwieszczenie potwierdzające, że zezwala na publiczny dostęp do Kamienia i przyległych terenów.
Sęk w tym, że mieszkańcy uważali, że nie potrzebują żadnego zezwolenia. Bo to zawszy był teren publiczny. Więc dalej usuwali tablice ustawiane przez agentów lorda. Ci w odpowiedzi sięgnęli po bardziej drastyczne środki i ogrodzili płotem teren wokół Skały. Jedyna furtka została zabezpieczona kłódką. Tablica informowała, że jeśli ktoś życzy sobie odwiedzić Kamień, musi uzyskać zgodę właściciela. By ograniczyć samowolę, straż pełnili policjanci. Nie tylko odganiali ludzi, ale też ich spisywali. Jak kiedyś nasza milicja obywatelska. A jednego nawet, który próbował zniszczyć furtkę waląc w nią kamieniem, aresztowali.
Sprawa stanęła na forum rady parafialnej. Obrońcy publicznego prawa dostępu powołali się na XV-wieczny dokument podpisany przez biskupa Exeter, który charakteryzował Kamień jako miejsce kultu i argumentowali, że ograniczanie dostępu byłoby ograniczaniem wolności religijnej. Powoływano się również na prawo zwyczajowe, wedle którego wielowiekowe użytkowanie miejsca przez społeczność automatycznie tworzyło niezależne od własności prawo dostępu. Innymi słowy, protestujący zgadzali się co do tego, że Kamień jest własnością lorda Falmouth, kwestionowali natomiast jego prawo do wzbraniania przystępu. Ale porozumienia nie osiągnięto.
Wkrótce potem doszło do tego tajemniczego incydentu z dynamitem. W miejsce dawnych drewnianych tablic przy furtce, która nie była już wtedy zamykana, stała żeliwna tablica przymocowaną do żelaznego słupa osadzonego w sporym bloku betonu. Tablica informowała, wypukłymi żeliwnymi literami, że Lord Falmouth zezwala na publiczny dostęp do części swojej nieruchomości. No i ktoś, nie wiadomo kto, postanowił wysadzić ją w powietrze.
Dzięki temu konflikt z dnia na dzień stał się bardziej znany i wpisał się w szerszy spór polityczny między prywatyzującymi ogromne tereny właścicielami a publicznością domagającą się poszanowania prawa zwyczajowego. W roku 1898, pod naciskiem opinii publikowanych w prasie, lord Falmouth ostatecznie zgodził się na kompromis. To znaczy miejsce stało się powszechnie dostępne, on zaś miał prawo do zamykania bramy raz w roku, by symbolicznie zamanifestować swoje prawa. Precedens posłużył potem innym przeciwnikom polityki grodzenia i stał się lokalnym symbolem walki o prawa obywatelskie.
161
Castle an Dinas znaczy dosłownie Zamek Forteca. Co brzmi raczej tautologicznie. Po co to powtórzenie? Bo w nazwie połączono elementy pochodzące z dwóch języków. Castle z angielskiego i jego odpowiednik, an Dinas, z kornijskiego. Tylko po co te górnolotne słowa? Przecież to nie żaden zamek ani forteca. Tylko puste miejsce na niewielkim wzgórzu, na którym mieściło się kiedyś drewniane grodzisko z III wieku przed Chrystusem. Goła ziemia. To znaczy kilka koncentrycznych pierścieni ziemnych wałów i rowów. A konkretnie trzy. Najciekawsza związana z tym miejscem historia to odnotowane pod koniec XVIII wieku zjawisko zdumiewającego mirażu. Według kornwalijskiego historyka Samuela Drew na niebie nad an Dinas widać było całą armię żołnierzy.
A największą widoczną dzisiaj atrakcją są uszkodzenia terenu, które powstały z powodu blondyna. W dodatku gdańskiego blondyna. Który pojawił się tu w pierwszej połowie XX wieku. A nazwany został tak na cześć Charlesa Blondina, zwanego też Wielkim Blondynem (choć wzrostu był przeciętnego, około 165 cm, a ważył tylko nieco ponad 60 kilogramów), słynnego XIX-wiecznego francuskiego linoskoczka, akrobaty i kaskadera, który jako pierwszy przeszedł nad przełomem Niagary, tuż obok wodospadu, od brzegu do brzegu, ponad 300 metrów, po linie rozpiętej na wysokości blisko 50 metrów nad poziomem wody w rzece. Potem powtarzał swój wyczyn wielokrotnie, dodając najdziwniejszego rodzaju urozmaicenia. Nie byliśmy przy tym, ale słyszeliśmy, że robił to na szczudłach, niosąc na barana innego człowieka, popychając taczkę, z oczyma zasłoniętymi opaską. Ha, to może od niego wzięła się ta moda na dokonywanie różnego rodzaju wyczynów ze spektakularnymi utrudnieniami? Którą potem zarazili się członkowie Klubu Od Końca Do Końca z siedzibą na Końcu Świata, czyli w pubie w Land’s End? Ale o tym na razie sza. Bo to jeszcze nie koniec.
A raz nawet, pośrodku rzeki, Blondin zatrzymał się, usiadł na linie, rozpalił turystyczną kuchenkę i usmażył omlet. Ale go nie zjadł. Ofiarował go pasażerom przepływającego pod nim statku turystycznego, spuszczając po linie. Zawsze pracował bez siatki asekuracyjnej czy uprzęży. Twierdził, że przygotowywanie się na katastrofę jedynie zwiększa szanse jej wystąpienia. Podobno nigdy nie wykupił polisy na życie.
162
Wielokrotnie dawał występy w Brytanii, szczególnie w Londynie, w Kryształowym Pałacu, ale do Kornwalii chyba nie dotarł. Podczas pokazu w Dublinie, w 1860 roku, zerwała się lina, po której szedł. Zginęło dwóch pomocników Blondina. Ale on sam wyszedł bez szwanku. Zmarł w wyniku powikłań cukrzycy w Niagara House, czyli w swojej willi na Ealingu, w 1897 roku, w wieku 72 lat. Leży na Kensal Green.
No dobra, ale co to właściwie jest, ten blondyn? Któremu Blondin tylko nazwiska użyczył? Chłopiec o jasnych włosach? I najlepiej niebieskich oczach? Jak ten Tadzio z Wenecji? A jakże. Ale nie w tym wypadku. Rzeczownik blondin, w żargonie technicznym i budowlanym, oznacza przemysłowy wyciąg linowy, stosowany powszechnie na placach budowy albo w kamieniołomach.
Tylko co to może mieć wspólnego z Zamkiem an Dinas? Okazało się, że w latach 1916–1957 działała tu największa w Kornwalii kopalnia wolframu. To znaczy brudnego wilka. Bo tak pogardliwie nazwali wolfram niemieccy górnicy, dodając dawne rām do wolf-a. Bo szukali cyny. Woflram był im niepotrzebny, a nawet przeszkadzał, jako że domieszka wolframitu utrudniała proces wytapiania cyny z rudy. Kopalnia największa, bo jedyna. To znaczy jedyna, w której jedynie minerałów zawierających wolfram szukano. Potrzebny był do produkcji węglika wolframu, którym utwardzano ostrza narzędzi. No i podczas pierwszej wojny światowej nabrał strategicznego znaczenia. Świetnie się wtedy w Niemczech sprzedawał.
No i stąd te widoczne uszkodzenia terenu. Platformy wycięte w podłożu, w miejscach, gdzie za czasów kopalni stały słupy podtrzymujące konstrukcję blondyna. Po którym transportowano w kubłach wolframową rudę z kopalni, położonej po północnej stronie wzgórza, do zakładu przetwórczego położonego po przeciwnej stronie – o tam, gdzie jeszcze stoją te budynki. Opowiedzieli nam o tym ci od dynamitu. To znaczy ci sami, którzy nam wcześniej o tej historii z Kamienia opowiedzieli. I że w samym środku grodziska, dodali na koniec, tam gdzie jest ten bagnisty kawałek zwany Stawem Rosy (Dew Pond), może się kryć wejście do górniczego szybu. Ale nie ma jak sprawdzić, teraz teren jest pod ścisłą ochroną.
Odwdzięczyliśmy się naszym gdańskim blondynem. Czyli historią pierwszego na świecie blondyna budowlanego. Coś, o czym na pewno nie słyszeli. A my? Dowiedzieliśmy się o nim kilka lat wcześniej od Pawła Huellego. Fabuła jednego z jego najciekawszych opowiadań, zatytułowanego „Szczęśliwe dni”, cała jest niczym blondyn, rozpięta między Cmentarzem Łostowickim a Dolnym Miastem w Gdańsku, z istotnym przystankiem na Biskupiej Górce. Istotnym, bo stamtąd właśnie prowadziła ta podobno pierwsza na świecie wielopodporowa kolej linowa, w efekcie działania której Biskupia Górka stała się niższa, a wały obronne Starego Przedmieścia wyższe. A szczególnie Bastion Wybego, zwany też Bastionem Góra, którego pozostałości możemy dziś oglądać pod Wiaduktem Biskupia Górka. Bo po to tę kolej jej konstruktor, pochodzący z Fryzji gdańszczanin Adam Wybe, pisany również jako Wijbe, zaprojektował i postawił, w 1644 roku. Żeby ziemię i kamienie z góry na dół napowietrzną ścieżką wozić, dzięki wysiłkowi zaprzężonych do niej koni.
163
Z Zamku Fortecy, który okazał się ani zamkiem, ani fortecą, ruszyliśmy na południe do Świętego Austola i dalej do Miasteczka Karola. Zanim tam doszliśmy, szerokim łukiem okrążyliśmy kopalniane zagłębie kraju gliny po jego zachodniej rubieży, przez wrzosowiska Goss Moor (co może znaczyć Wielkie Bagna – legenda mówi, że był to ulubiony teren polowań króla Artura), wieś Treviscoe, wzdłuż rzeki Fal, a później z biegiem innej rzeczki nazywającej się Barn, co znaczy Stodoła, Doliną Tregargus, co z kolei oznacza warowne gospodarstwo leśne. Zaczyna się malowniczym wodospadem, niżej coś między lasem a parkiem, bardzo miły akcent po tym całym poprzemysłowym cmentarzysku, przez które musieliśmy wcześniej przebrnąć. Cmentarzysku podwójnym. Bo najpierw trzeba było pogrzebać legion wiosek pochłoniętych, przetrawionych przez kopalnie. A potem same kopalnie pochować.
Jednym z takich w całości unicestwionych osiedli było Retew, rozlokowane na obszernym wzgórzu, po którym nazwa się jeno ostała. W okolicach roku 1960 wpadło do Remfry Pit, poszerzanego właśnie wyrobiska należącego do Wheal Remfry, co znaczy Kopalnia Rodziny Remfrayów. Podczas wystawy poświęconej historii tej wioski, urządzonej jakiś czas temu w Muzeum Kopalni Martyn, jedna z organizatorek, malarka która co prawda w Retew nigdy nie mieszkała, ale dobrze to miejsce znała, bo miała tam rodzinę, tak wspominała chwilę, kiedy po raz pierwszy po wielu latach spędzonych we Francji próbowała wioskę odnaleźć: Nie byłam przygotowana na ten przejmujący moment, gdy po przebyciu cichej, obsadzonej drzewami drogi, tuż za zakrętem natknąłem się na ziemny wał, zza którego ziała wielka otchłań. Tam kiedyś było Retew. Zapadło się bez śladu.
164
Kiedy pokonywaliśmy opuszczone wzgórze, coś jak drogowskaz w pewnym momencie przed nami z ziemi wyrosło, tabliczka na drewnianym słupie. Na tabliczce strzałka wskazująca kierunek, w którym nie prowadziła żadna droga. Obok strzałki napis: Ameryka. I ani słowa wyjaśnienia.
Dziwne, pomyśleliśmy i poszliśmy dalej, obrzeżem wielkiej, wykopanej przez ludzi niecki po naszej prawej, po czym za niecką skręciliśmy na zachód, w stronę położonej nie dalej niż 10 kilometrów stolicy Kornwalii, Truro, żeby spojrzeć na osamotnioną farmę, ostatnią, która z wioski Meledor się ostała, na małej wyspie otoczonej rozległymi dziurami w ziemi, w których pogrzebane zostały sąsiednie gospodarstwa. Bo widzieliśmy na zdjęciu budynek mieszkalny, Meledor Farmhouse, mały pałacyk z XVI wieku, tak jak wyglądał pod koniec XIX wieku. Z liczną rodziną rozstawioną przed nim na podwórku. I ciekawi byliśmy porównania z tym, co dziś zobaczymy. Okazało się, że bez większych zmian. Tyle że po rodzinie ani śladu. A w oknach deski i dykta zamiast szyb. Tak sobie stoi i nie wiadomo na co czeka. Pewnie na lepsze czasy. Albo chociaż na powrót minionych. Jak wszyscy. Choćby ta zapomniana, zardzewiała, częściowo pochłonięta przez roślinność koparka, kawałek dalej.
165
Tam dopiero, przy okazji zapoznawania się z historią Meledoru, znaleźliśmy coś o tej zaginionej, jak wszystko dokoła, Ameryce. Osada składała się z 24 domów. Kiedy odpryski kamieni z detonacji urządzanych na pobliskim wyrobisku zaczęły mieszkańcom pukać do drzwi i tłuc szyby w oknach, zrozumieli, że to koniec. Wysiedlono ich na początku lat 1970.
Może nie mieliśmy telewizji, ale mieliśmy wolność. Każdy mógł robić, co mu się podobało. Urządzaliśmy pikniki i tańce, tworzyliśmy zżytą społeczność. Wspomina Clemoline Bunt, która opuściła Amerykę jako ostatnia. Mieliśmy bardzo dobrą wodę ze studni. Nie było sklepów, ale codziennie zajeżdżał wozem najpierw piekarz ze świeżym chlebem i bułkami, potem rzeźnik. Na weekend mieliśmy wóz z rybą i frytkami, mieliśmy wszystko.
A teraz tylko ten drogowskaz bez drogi.
166
Ktoś inny, kto na tej samej witrynie, poświęconej najnowszej historii regionu, opowiada o życiu codziennym w kolejnej zaginionej wiosce, Goonamarth, nie dalej jak kilometr od Doliny Tregargus i obok wciąż istniejącej wsi Goonabarn, co znaczy Stajnia na Łące, mówi coś, co wydało nam się wysoce zagadkowym. Wśród przykładów świadczących o tym, jak bardzo miejscowa społeczność była zintegrowana i jak wszyscy stosowali się do tradycji i społecznych umów, wymienia to, że nikt nie odważył się prać ubrań w inny dzień niż poniedziałek. Bez słowa wyjaśnienia, dlaczego. Jak by to miało być oczywiste.
I owszem, jest oczywiste, ale nie dla nas akurat. Gupetty za to w ogóle nie dziwi. Pranie ubrań w poniedziałek było kiedyś, wyjaśnia spokojnie, całkiem niedawno, do mniej więcej połowy XX wieku, popularnym zwyczajem. Nie tylko na Wyspach Brytyjskich, ale też na kontynencie, w Niemczech czy Polsce. Przed pojawieniem się pralek pranie było ogromnym, czasochłonnym przedsięwzięciem, które mogło trwać cały dzień. No a potem suszenie, które przy angielskiej pogodzie mogło zająć kilka dni. No i jeszcze prasowanie i jakiś ewentualne robótki poprawkowe, choćby cerowanie. Wszystko to musiało zostać ukończone przed niedzielą, oficjalnym dniem odpoczynku. Więc najbezpieczniej było zacząć najwcześniej, jak się dało. Czyli w poniedziałek. Kapiszi?
167
W pochowanej w roku 1967 wsi Goonamarth, w roku 1916, urodził się Jack Clemo, a właściwie Reginald John Clemo, lokalny poeta i powieściopisarz. Człowiek, który na to cmentarzysko okolicznej przyrody i cywilizacji, najpierw rolniczej, potem przemysłowej, wśród którego wyrastał, potrafił spojrzeć inaczej. To znaczy nie tylko z nostalgicznym smutkiem, lecz też z budzącym nadzieję zachwytem. I to w dosyć niekonwencjonalny sposób. Zamiast snuć jakieś wyidealizowane, romantyczne wizje, wolał mówić o surowej, niemal brutalnej wspaniałości uprzemysłowionego krajobrazu, glinianych dołów i jałowych hałd. W miejsce poczynionego przez górników spustoszenia widział krajobraz iście księżycowy. Wychwalał nieziemskie światło kraju gliny. W wierszu zatytułowanym „Sufficiency”, co znaczy wystarczalność, twierdził iż, wedle jego najlepszej wiedzy, nawet najpiękniejszy kwiat nie dorasta do pięt postrzępionej linie, najbardziej soczysta trawa nie studzi ciała jak kamienny żwir, najwspanialsze strumienie świata nie mruczą tak doskonale, jak zamulona glinianka.
Jako osoba głęboko religijna, przekuwał ogołocone z roślinności, pozornie ponure otoczenie w miejsce duchowej intensywności i boskiego objawienia, w mistyczne zwierciadło odbijające zarówno jego niezachwianą wiarę, jak i fizyczne ograniczenia – od dzieciństwa słabo słyszał, w wieku około 30 lat całkowicie ogłuchł, a 10 lat później, mniej więcej w połowie życia, trwającego do 1994 roku, stracił wzrok. Wierzył, że utrata naturalnych elementów krajobrazu, podobnie jak jego osobiste ułomności, są częścią bożego, doskonałego planu. W wierszu „The Two Beds” sięga po mistyczne i erotyczne skojarzenia, opisując piramidalne hałdy jako obnażone, białe piersi z żyłkami biegnącymi w dół, aż do pokrytego bliznami łona. Próbując wyjałowienie przekuć na symbol duchowego oczyszczenia i odkupienia.
Innym, mniej jałowym symbolem duchowej przemiany glinianej krainy może być rdzawiec zachodni. Czyli coś, o czym nigdy wcześniej nie słyszeliśmy. Porost o czerwonawych główkach przypominających rodzynki albo suszoną żurawinę. Marsupella profunda, tak się to nazywa i chyba nie doczekało się polskiej nazwy jeszcze. Ten rdzawiec zachodni to pomysł Gupetty. Nieco kontrowersyjny, bo pod tą samą nazwą, to znaczy jako sam rdzawiec, bez zachodniego, występuje jakaś ryba dorszowata, pływająca w Północnym Atlantyku i Bałtyku. Ale to nic nie szkodzi, mówi Gupetta i wyjaśnia dalej, że to bardzo rzadki porost z gromady wątrobowców, roślin telomowych, kiedyś zaliczanych do mszaków. Odkryty na Wyspach Kanaryjskich, występujący też na Azorach i Maderze, w kontynentalnej części Portugalii, oraz w Wielkiej Brytanii – wyłącznie w Kornwalii. Zagrożony, choć nie wiadomo przez kogo bardziej, przez człowieka czy rywalizujące z nim rośliny. W kilku miejscach w Kornwalii, w których się rozwijał, zanikł zupełnie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, wyparty przez jeżyny i kocolist. Ale pod glinianymi piramidami ma się na razie dobrze. Z tego i kilku innych powodów wybrane jeziorka i teren wokół nich tworzą St Austell Clay Pits, chroniony obszar przyrodniczy o szczególnym znaczeniu dla kultury i nauki.
168
Od Doliny Tregargus, przez pola, łąki, laski i pagórki, wśród których młody Jack Clemo mógł się z innymi dziećmi bawić w Indian i chłopców od krów, poszliśmy w stronę Blackpool. Ale nie tego nadmorskiego kurortu w Lancashire, tylko pokopalnianego jeziora. Które wcale nie jest czarne. Ale mogło kiedyś być, zanim w okolicy połowy pierwszej dekady XXI wieku kopalnia się wreszcie poddała i rozbroiła. Minęliśmy jeziorko po lewej, przeszliśmy przez śródmieście St Austell i tak znaleźliśmy się w Miasteczku Karola. Skąd po krótkiej przerwie powędrowaliśmy z powrotem przez Austell, w górę rzeczki o tej samej nazwie, do Wheal Martyn, co znaczy Kopalnia Rodziny Martynów. Gdzie dziś znajduje się najważniejsze muzeum regionalnego kopalnictwa.
W okolicach tego muzeum, nad jednym z objętych ochroną jeziorek, wyglądającym jak wypełnione wodą wgniecenie w grubym perskim dywanie, tyle wokół niego gęstej zieleni, natknęliśmy się na niewielką kolonię wspomnianego wcześniej rdzawca. Umieszczona w punkcie widokowym tabliczka biało na czerwonym objaśnia, że patrzysz na Lansalson Pit, położony na terenie Wheal Martyn Clay Works, wycofany z eksploatacji w 1930 roku. Niepotrzebna już nikomu dziura, mówi dalej tablica, została zalana wodą dla celów przemysłowych. I że w każdej chwili może być osuszona i dalej eksploatowana. Jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. Co to znaczy? Jakaś groźba?
Kładziemy się koło jednej z kępek porostu i próbujemy sobie wyobrazić, co tam się w nim dzieje. Jak w nim soki ziemi krążą, jak czas w nim płynie. Czy czuje naszą obecność? Wiesz, pytamy, po co cię ochroną objęto? Nic nie odpowiada. Już chcemy mu tłumaczyć, że po to, żeby się mógł lepiej rozmnażać, żeby szybciej kolonizował okolicę, bo taki jesteś unikalny i zagrożony – ale rezygnujemy. Po pierwsze, kolonizacja, to brzmi jakoś niezbyt zręcznie. Po drugie, po co język po próżnicy strzępić. Wystarczy spojrzeć. Po minie poznasz, że ten rdzawiec nie wypadł sroce spod ogona. Swoje wie. I tak łatwo się nie podda.
169
Z Muzeum Kopalni Martynów weszliśmy na szlak, który zaprowadził nas na Sky Spur, co znaczy Podniebna Ostroga. Punkt widokowy na ułożonej w ostrogę, biegnącej po łuku grani wzgórza. To, co wcześniej mogło wydawać się smutnym cmentarzyskiem, nabiera stąd zupełnie innego ducha. Tego, którego starał się trzymać Jack Clemo. Bo oto nie żaden cmentarz, lecz wspaniały łańcuch górski przed sobą mamy. Oto one, te wspaniałe Kornijskie Alpy. Nawet Chińczycy takich nie mają. To znaczy mają Himalaje. Przynajmniej sporą część. Po tym, jak dokonali anszlusu Tybetu, równo w połowie XX wieku. Ale Himalaje, choć niezwykle wysokie, to jednak są zwykłe skały. Nie to, co my tu teraz przed oczyma mamy. Alpy sztuczne. Bo choć złożone z naturalnego surowca, sztucznie, wysiłkiem ludzi, koni i maszyn usypane. I choć Chińczycy pierwsi, ponad sto wieków temu, wynaleźli technologię produkcji porcelany, nawet oni takiego wielkiego łańcucha hałd i stożków porcelanowej gliny u siebie nie mają. Bo to, które tu widzimy, to największe tego typu składowisko odpadów w Europie i jedno z największych na świecie.
Tak przynajmniej wyczytaliśmy. I dalej, że na każdą tonę czystej glinki wychodzi najmniej pięć ton odpadu. A w połowie XIX wieku siedem tysięcy ludzi wydobywało tu 65 ton glinki każdego roku. W 1910 roczny poziom wydobycia osiągnął milion ton, a Kornwalia stała się największym eksporterem tego minerału na świecie, źródłem połowy globalnego wydobycia. Szacuje się, że do dziś wydobyto tu w sumie 120 milionów ton glinki. Co razy pięć daje 600 milionów ton odpadów. I na tym na razie koniec, bo biznes, szczęśliwym trafem, przestał się opłacać. Firma Imerys, właścicielka większości kopalń, z początkiem trzeciego tysiąclecia przeniosła większość swoich interesów do Brazylii. I żadnych Himalajów już z tego w Kornwalii nie będzie.
No ale Alpy są. I jeśli by szukać kwintesencji kornwalijskiej osobliwości, jądra kornijskiej inności, to właśnie tu. Na tym składowisku odpadów po glinianym przemyśle. Bo te doły i górki w najbardziej spektakularny sposób symbolizują osobność regionu wobec Brytanii i całej reszty. Niepoprzedzona żadnym ostrzeżeniem, nagim okiem widoczna egzotyka tego krajobrazu poraża, bo to trochę jakby zasnąć w domu i obudzić się na kartkach powieści Na srebrnym globie. Rękopis z Księżyca Jerzego Żuławskiego. Albo na planie filmu według tekstu Aleriel albo podróż do innych światów Wladislawa Lacha-Szyrmy, anglikańskiego duchownego o polskich korzeniach, o którym opowiadaliśmy w Plymouth. Podczas zdjęć do części drugiej, czyli tej opisującej życie codzienne na innych planetach.
170
Można sięgnąć głębiej – ale czy rzeczywiście, wszak jesteśmy już w samym jądrze? Więc może nie głębiej, a po prostu inaczej, próbować doszukać się mniej oczywistych wymiarów tej kornwalijskiej osobliwości. Na przykład dostrzec w białych stożkach odwrotność kina i fotografii. Do przyjęcia takiej perspektywy namawia nas John Hillman, autor filmu „Wyciągiem narciarskim przez kornijskie alpy” („Riding the ski lift through the Cornish alps”, 2016). Istotą fotografii, mówi Hillman, jest złudzenie realności. Kiedy patrzymy na zdjęcie, kluczowe dla jego odbioru jest to, że mamy dać się nabrać. Ulec złudzeniu i wyobrazić sobie, choćby przez ułamek sekundy, że patrzymy nie na kawałek papieru fotograficznego czy ekran, lecz na coś rzeczywistego. Niemal na kantowską Ding an sich. W przypadku kornijskich piramid efekt jest odwrotny – patrzymy na zdjęcie czy oglądamy film i czujemy się zagubieni. Bo fotografia, która przyzwyczaiła nas do swojej dokumentalnej natury, jakby nam jakąś fantazję naraz podsuwała. Siła rażenia tego paradoksu rośnie, gdy stajemy z tym zjawiskiem twarzą w twarz. Patrzymy, chodzimy po tym i dotykamy, a mimo to nie opuszcza nas wrażenie, że dajemy się zwieźć iluzji, że obcujemy z czymś, co w rzeczywistości nie istnieje, co istnienie tylko udaje. Dotykamy sedna, kiedy przelatuje nam przez głowę myśl, że życie jest złudzeniem, które samo siebie łudzi.
171
Osobliwością Kornijskich Alp, jakby one same w sobie nie były wystarczająco osobliwe, są białe piramidy. Z Ostrogi w Chmurach wszystkie je mamy w zasięgu wzroku. Niczym krzaczki żywopłotu, każdy stożek przycięty u czubka tak, że u góry mamy taras zamiast kłującego niebo czubka. Jak w u mezoamerykańskich piramid. Każdy prócz jednego. Great Treverbyn Tip, czyli Wielki Czubek (albo Hałda) Treverbynu, od nazwy parafii i pobliskiej wsi, znany również jako Sky Tip, też miał podzielić los sąsiednich piramid. To znaczy zostać przycięty u czubka. Tylko mieszkańcy okolicznych wiosek się nie zgodzili. Urządzili protest. I dzięki temu piramida przetrwała w niezmienionym kształcie.
Flagę jej nawet oddali. Bo wcześniej znikła. A teraz znowu dumnie powiewa. Biały krzyż na czarnym tle. Mówią na nią flaga świętego Pirana. Piran albo Perran był kornijskim mnichem, który prawdopodobnie z Irlandii tu przybył chrześcijaństwo krzewić, w V wieku. Jest dziś patronem Kornwalii i osobliwie górników wydobywających cynę. Legenda mówi, że Piran wymyślił układ flagi patrząc na roztapiającą się cynę, która w krzyż się rozlała. Więcej, wcześniej sam tę metodę wytapiania cyny wynalazł. To znaczy powtórnie wynalazł. Bo sposób znany był w Kornwalii jeszcze przed Chrystusem, lecz jakoś popadł w zapomnienie. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy wielka wędrówka ludów rozczłonkowywała Cesarstwo Rzymskie. Więc go Piran Kornijczykom wrócił.
172
Natomiast osobliwość Podniebnej Ostrogi polega na tym, że ta hałda jest taka rozległa, a jej grań w kij długa. Że nie trzeba stać na żadnym czubku, żeby podziwiać najlepsze widoki. Bo czubka nie ma. Bo najciekawsze ujęcia zdejmuje się podczas ruchu po jej wyeksponowanych łukach. W tym niespiesznym spacerze towarzyszy nam chór ptasi, koncert bez widocznego dyrygenta. Nie widać też, co je w te strony przyciągnęło. Czy nie powinny raczej morza się trzymać? Czyżby tu angaż jakiś dostały? A może dla nas specjalnie przyleciały? Ta myśl, choć całkowicie bezzasadna, powoduje jednak, że postanawiamy się na chwilę zatrzymać, zamknąć oczy i wsłuchać w do nas czy nie do nas kierowane słowa. Jedyne co możemy z całą pewnością o nich powiedzieć, to że w żaden sposób nie wydają się odnosić do „Ptaków”, wywołującego dreszcze opowiadania Dafny du Maurier.
A gdybyśmy już koniecznie musieli szukać jakiegoś pierwowzoru libretta wykonywanego przez mewy utworu, to chyba celniejszy byłby strzał oddany w kierunku „Wesołych kumoszek z Windsoru”. Przy czym warto podkreślić, że słowo kumoszki bardziej pasuje do naszego kontekstu niż wives w oryginale. I już staje nam przed oczyma grupa machających skrzydłami, rozweselonych, wydających skrzeki, piski i chichoty kobiet, krążących w powietrzu nad Tamizą, nad wołającym o ratunek, topiącym się Falstaffem, po tym jak wrzucono go do wody razem z kupą brudnej bielizny. Prawie staje. Jako że szybko ten nieprzyzwoity odruch udaje nam się opanować. W zarodku zdławić. To nie byłoby na miejscu. Bo przecież te ptaki nie po to się tak tu wokół nas starają, byśmy sobie cokolwiek wyobrażali. Ich śpiew jest po to, byśmy słuchali. I nic więcej.
173
Wciąż na Ostrodze, idziemy teraz zwróceni ku północy i szukamy wzrokiem Wzgórza Kurniczego, następnego punktu naszej marszruty, a potem, obracając się na pięcie, śledzimy przebieg pętli, którą dziś zrobiliśmy, w drodze z Kamienia do Kamienia. Kamień, no właśnie. Czy to nie dziwne, pomyśleliśmy, że przez cały dzień ani razu nie myśleliśmy o opowieści, której snucie zostało tam, w Roche, tak niespodziewanie przerwane? I na jakiś czas zawieszone? I że nie, od razu sobie odpowiedzieliśmy, nie ma w tym niczego dziwnego. Bo takie przecież było zadanie na ten dzień, myśl przewodnia – nie myśleć ani o Izoldzie, ani o Tristanie. Ani o Beni czy Benie. Nie wracać w myślach do tej chwili, kiedy patrzyliśmy wszyscy, my i Benia z Kamienia, na Bena, w nadziei, że podejmie opowieść. Ale im dłużej patrzyliśmy, tym bardziej jasne było, że niczego takiego nie ma co oczekiwać.
– Wyczerpał się – powiedziała Benia. I wyjaśniła, że musi go naładować. A my tymczasem możemy pójść do Kamienia, to znaczy do niej, na śniadanie, zaprasza. A że po śniadaniu miała zaplanowane jakieś zajęcia, które miały aż do wieczora potrwać, więc postanowiliśmy po kraju gliny trochę się powłóczyć. Kiedy ją o tym poinformowaliśmy uznała, że to dobry pomysł, żebyśmy się trochę przeszli, ale musimy na wieczór wrócić. Na kolację. Na naładowanego Bena i na dalszy ciąg jego opowieści. No i na nocleg, tu, w jej domu. Bo gdzie potem chcielibyśmy się włóczyć po nocy. Albo nad ranem, bo nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa. Bo jak ona go zna, nie tyle ostatniego słowa jeszcze nie powiedział, co nawet się za bardzo do niego nie przybliżył.
Więc co, jesteśmy umówieni? Przyrzekamy, że się nie ulotnimy? Przyrzekliśmy. I nawet do niemyślenia ani o Izoldzie, ani o Tristanie, się zobowiązaliśmy. Więcej, zgodziliśmy się nie wymyślać żadnych innych opowieści. By się od Izoldy za bardzo też nie oddalić. A tylko chwilę odpocząć, oczyścić umysł, tak by, był gotów na przyjęcie dalszego ciągu. Jak się czystą wodę pije, by przygotować kubki na smak espresso.
174
A czy chcemy wiedzieć, po co im te czubki przycinano? Pyta Gupetta, kiedy zbliżamy się już do Wzgórka Kurniczego. Tym piramidom? Pewnie, że chcemy. Myśleliśmy, że od razu przystąpi do wyjaśnień. A ona nie. Zamiast sama mówić, zachęca nas, byśmy próbowali zgadnąć. Myślimy więc chwilę, po czym mówimy, że pewnie chodziło o względy estetyczne, ktoś uznał, że spłaszczone wierzchołki lepiej będą się wpisywały w kornijski krajobraz. Gupetta na to, że nie jest to dobra odpowiedź. I wreszcie tłumaczy. Że był to jeden ze środków bezpieczeństwa podjętych po tragicznym zdarzeniu znanym jako katastrofa w Aberfan z 1966 roku. Aber znaczy po walijsku ujście rzeki, do morza lub do innej rzeki, a fan to nazwa strumienia, który w Aberfan spływa ze wzgórza i zasila nurt rzeki Taff. W tej walijskiej wsi, położonej niecałe 40 kilometrów na północ od Cardiff, niespodziewanie osunęła się sporej wielkości hałda węglowa, należąca do państwowej spółki węglowej.
Właściwie to nie tak zupełnie niespodziewanie, bo hałda była położona w pobliżu budynków szkoły podstawowej (Pantglas Junior School – pierwsze słowo tej nazwy znaczy po walijsku zielona dolinka i przypomina, jak ta okolica wyglądała w epoce przedkopalnianej). W dodatku hałda nie leżała na płaskim terenie, lecz raczej stała na stoku góry, wysoko nad szkołą, niczym alpinistka w pół kroku zawieszona. Dlatego władze zarówno szkoły, jak i gminy już od kilku lat informowały zarząd kopalni o potencjalnym niebezpieczeństwie. Bez widocznych rezultatów. Seria silnych, jesiennych deszczy podmyła hałdę, a woda, którą nasiąknęły węglowe odpady, znacznie zwiększyła ich masę.
Choć 21 października 1966 roku akurat nie padało. Nawet świeciło wtedy słońce. Więc pogoda nie zapowiadała nieszczęścia. Mimo to lawina węglowego szlamu tego dnia ruszyła, grzebiąc szkołę podstawową i okoliczne domy. 110 tysięcy metrów sześciennych węglowego szlamu o wadze 140 tysięcy ton. Po trwającej ponad tydzień akcji ratunkowej ogłoszono ostateczny bilans ofiar śmiertelnych, 28 dorosłych i 116 dzieci, blisko połowa wszystkich uczniów. Bo lawina zaczęła schodzić kwadrans po dziewiątej, a lekcje w szkole rozpoczęły się kilkanaście minut wcześniej. To był ostatni dzień nauki przed przerwą semestralną, która miała się rozpocząć w południe.
Pozostałości po murach szkoły są dziś częścią Ogrodu Pamięci w Aberfan. Zbocze, z którego zsunęła się lawina, jest częścią długiego masywu wzgórz oddzielających od siebie dwa regiony południowej Walii. Nazwa grzbietu brzmi Mynydd Merthyr, co znaczy Wzgórze Męczennicy i odnosi się do świętej o imieniu Tydfil, chrześcijanki zamordowanej – nie do końca wiadomo, przez kogo i dlaczego – pod koniec V wieku w pobliskim mieście, nazwanym na jej cześć Merthyr Tydfil. Choć to też nie jest pewne, bo niektórzy badacze uważają, że najpierw była mieścina Tydfil, albo raczej Tudful w oryginalnej, walijskiej wersji, a potem od niej męczennica imię wzięła.
175
Katastrofa zmieniła przepisy dotyczące odpadów wydobywczych w całej Wielkiej Brytanii. A więc też w Kornwalii. Oficjalna komisja śledcza obarczyła wyłączną winą Krajową Radę Węglowową (National Coal Board), wskazując na ignorowanie ostrzeżeń, poważne zaniedbania oraz błąd konstruktorki, polegający na tym, że miejsce do składowanie odpadów znalazło się na torze biegu naturalnych cieków wodnych. W związku z tymi ustaleniami nowa ustawa o kopalniach i kamieniołomach wprowadzała wymóg bardziej rygorystycznych środków bezpieczeństwa w ramach zarządzania wszelkimi składowiskami odpadów mineralnych i przemysłowych. W przypadku kornijskich hałd polegało to na tym, by jak najbardziej upodobnić je do naturalnych wzgórz poprzez obsadzenie ich roślinnością. Dlatego gliniane piramidy straciły te charakterystyczne białe czapy, które tak sugestywnie nasuwały skojarzenia z Alpami. Ustawa nakazywała też stabilizowanie poprzez nadanie odpowiednich kształtów, w tym właśnie przycinanie ostrych czubów.
Niedawno, mówi dalej Gupetta, a konkretnie w 2016 roku, z okazji pięćdziesiątej rocznicy tragedii, Karl Jenkins, walijski kompozytor, skomponował utwór na chór dziecięcy, „Cantata Memoria – For the Children”. I czy chcemy, pyta, posłuchać. Pewnie, że chcemy. Tekst, czyli poemat napisany przez Mererid Hopwood, walijską poetkę, okazał się trudny do zrozumienia, zwłaszcza że angielski miesza się tu z walijskim i łaciną (pewnie kawałki z mszy) oraz zawiera pojedyncze słowa wzięte z różnych języków, co ma pewnie podkreślać, że to konkretne zdarzenie, ta tragedia, ma również wymiar uniwersalny.
Całość kantaty składa się z jedenastu części. Właśnie słuchaliśmy drugiej, zatytułowanej „Then Silence”, co odnosi się do nienaturalnej, „czarnej” ciszy, jaka wedle opowieści świadków zapaść miała w przyrodzie, szczególnie pośród ptaków, na chwilę przed zejściem lawiny i zaraz po katastrofie. Lecz zanim utwór zdążył wybrzmieć do końca, przerwał nam telefon. Nie, nie Gupetta, zwykły dźwięk dzwonka. Kto u licha miałby do nas dzwonić? Odebraliśmy, w słuchawce głucha cisza. Dopiero po dłuższej chwili jakieś nieśmiałe halo. To była Benia. Powiedziała, że Ben już się naładował i że oboje już są gotowi i tylko czekają, kiedy się wreszcie pojawimy. Zapewniliśmy, że idziemy i że już blisko jesteśmy. I że byliśmy tu i tam, na przykład – ale tu nam przerwała, zabroniła dalej mówić i wyjaśniła, że będziemy mieli na to czas, jak przyjdziemy i siądziemy do kolacji.
176
Wzgórze Kurnicze za dnia zupełnie inaczej niż nocą wygląda. Bo choć dotarliśmy tam poprzedniego dnia jeszcze przed zachodem słońca, to już obszerne połacie krajobrazu w dole, wszystkie te niżej położone dołki, tonęły w cieniu. A potem to już się jedna ciemna masa z tego zrobiła, poszatkowana nielicznymi jedynie światełkami, ograniczona od południa nieco jaśniejszym pasem morza i jeszcze jaśniejszym niebem. Teraz dopiero, w przefiltrowanym przez chmury miękkim świetle słońca, obnaża się nam całe piękno i zarazem groza tego apokaliptycznego krajobrazu.
Z jednej strony ten poprzemysłowy rozgardiasz. Jakby ktoś najpierw rozebrał pierwotną powierzchnię ziemi, przesiał ją, a następnie usypał z pozostałości nowy, sztuczny łańcuch górski. A potem wszystko jednym solidnym nalotem dywanowym zbombardował. Albo jakby jakiś rój meteorów w to trafił i porozrzucał, zostawiając pomiędzy górami rozległe kratery. Szkielety stalowych konstrukcji niewiadomego przeznaczenia, fragmenty wagoników od jakiegoś blondyna, elementy instalacji, obrastające rudym i zielonym mchem rury, pompy, koparki, jakby jakimś kataklizmem w pół ruchu zatrzymane, czekające aż zeżre je rdza albo krzaki. Skamienieliny po utraconej przyszłości.
Z drugiej strony te wspaniałe glinianki wypełnione wielokolorową wodą, zmieniającą barwę w zależności od różnych czynników, takich jak warunki atmosferyczne, pora dnia czy roku, raz mleczna, innym razem niemal czarna, atramentowa, zielona, niebieska, seledynowa albo turkusowa. Choć tak naprawdę kolor chyba się nie zmienia. Tylko my doświadczamy takiej iluzji. Bo tak nasz umysł czyta promienie słoneczne odbijające się od mikroskopijnych cząsteczek minerałów, kaolinitu czy miki, zawieszonych w wodzie. Po intensywnych opadach deszczu, które spłukują nowy osad z białych zboczy wyrobiska, woda wydaje nam się bardziej mętna i mleczna. A kiedy długo nie pada, osad powoli opada na dno i woda staje się bardziej przejrzysta albo ciemnieje.
I do tego te równie piękne piramidy. Choć już nie białe, jak kiedyś. Tipsy pits, takie określenie przychodzi nam na myśl. Co dosłownie znaczy pijane dołki. Ale można to też rozumieć jako podpite górodołki. Wszystko to razem stanowić może wspaniałą metaforę. Pits and tips, dołki i górki. Między nimi mieści się wszystko. Nasze życie, pełne upadków i wzlotów. This place is the pits! Mówimy, gdy lokal nam się nie podoba. W jakim to filmie było? Chyba w „One from the Heart” Coppoli. A potem, jak już będziemy tipsy, chętnie dajemy obsłudze tips. A rano, kiedy budzimy się z bólem głowy, we are in the pits, mówimy. Czyli gdzie? W czarnej dupie?
177
– No nie, to są dopiero jaja! – wykrzyknęła w pewnym momencie Gupetta, rozbawionym i jakby podekscytowanym głosem.
A my, tak obcesowo wyrwani z zadumy nad tym, co widzimy, oczywiście nie mieliśmy pojęcia, o czym mówi.
Więc wyjaśniła, że znalazła zdumiewającą opowieść o Trąbce. I że chciałaby nas z nią zapoznać.
– O jakiej znowu Trąbce? – pytamy, skołowani. I nie możemy sobie przypomnieć, o czym przed chwilą myśleliśmy. A to chyba coś ważnego było.
Trąbka, wyjaśnia spokojnie Gupetta, to taka wiocha, niedaleko stąd położona. Dwa kilometry w prostej linii, na północny wschód. Ale że w prostej linii się nie da, bo jakaś działająca jeszcze chyba kopalnia na drodze leży, więc trzeba 5 km liczyć. Więc nie ma co sobie tym głowy zawracać. Zwłaszcza że wioska jak wioska, nic specjalnego. Za to ta opowieść o tym, co tam się stało, zapewnia, jest naprawdę fascynująca.
No to dawaj, mówimy. Żegnamy się z widokiem, ponownie zakładamy słuchawki na uszy i ruszamy na północny zachód, do Kamienia. I wtedy dopiero sobie przypominamy. Że właśnie się zastanawialiśmy, czy tego doświadczenia kwintesencji kornijskiej osobności, zawierającej się w każdym niemal widoku ze Wzgórza Kurniczego, nie potraktować za wtajemniczenie ostateczne. Po którym nic więcej nie ma już sensu. I czy nie należałoby na tym, jednym słowem, zakończyć.
178
Wioska czy raczej, w tamtych czasach, osada górnicza zamieszkała przez społeczność o reputacji na tyle podejrzanej, że wymagała kurateli w postaci policjanta, oddelegowanego tam na stałe, nazywa się Bugle. Co faktycznie znaczy trąbka. Albo róg. Albo dąbrówka, niska, wieloletnia roślina z rodziny jasnotowatych, płożąca bylina tworząca gęste dywany i kępy. Rośnie pospolicie w lasach i na łąkach, chętnie też sadzona w ogrodach. Może być rozłogowa, kosmata, albo, uwaga – piramidalna! Jak cała ta opowieść.
Dwoje ludzi, Louis Higman, górnik urodzony w 1857 w Roche i 8 lat od niego młodsza Mary Ann, o której nie wiemy, jak jej z domu było, wzięło ślub. Był rok 1882. Żyli sobie spokojnie, wychowując dwójkę dzieci, Ethel i Johna, do roku 1898. Bo wtedy wzięli sobie lokatora. Był nim liczący sobie 23 lata Frederick Morcom, urodzony w St Stephen, z zawodu złotnik. I wszystko się popsuło. Bo kiedy Ludwik pewnego wieczoru wrócił z pracy, nie znalazł żony ani w kuchni, ani w salonie – choć czy mieli osobny salon, nie wiemy – ani w ich sypialni. Po dłuższych poszukiwaniach odnalazł ją w pokoju Freda. Wyglądało na to, że Maria zakochała się we Fryderyku, a on w niej. Co doprowadziło do poważnego kryzysu małżeńskiego, z którym ani Maria, ani Ludwik przez długi czas nie wiedzieli, jak mogliby sobie poradzić. A sprawa była poważna, bo wszyscy we wsi na długo przed Ludwikiem wiedzieli, co się święci. A później, kiedy Ludwik już wiedział, kochankowie nawet się ze swoimi schadzkami nie ukrywali, bo niewiele by to zmieniło.
Nie wiadomo, o czym w tym czasie myśleli małżonkowie i czy w ogóle ze sobą o tym rozmawiali, ale jeśli spojrzeć na całe to zajście z boku, to jasne jest, że mieli kilka w miarę prostych rozwiązań. Które można podzielić na dwie kategorie. Pierwsza zakłada ocalenie małżeństwa. W ramach tej kategorii małżonkowie mogli dojść do porozumienia, wyrzucić kochanka z domu i zapomnieć o sprawie. Albo mogli do porozumienia wciągnąć kochanka i żyć dalej we trójkę w poszerzonym, częściowo tylko formalnym związku. Co mogłoby mieć zarówno wady, jak i zalety. Ale albo o tym nie pomyśleli, albo ani pierwszy, ani drugi scenariusz do nich nie przemawiał. Albo przynajmniej do jednego z dwojga.
Musieli zatem sięgnąć po drugą kategorię, czyli rozpad małżeństwa i rozstanie. Oczywiście formalny rozwód nie wchodził w grę, bo w tamtych czasach była to przyjemność zarezerwowana dla ludzi bogatych. A Ludwik był zwykłym robotnikiem. Wiec w ramach tej kategorii trzeba było jedynie zdecydować, kto ma się usunąć, mąż czy żona. Mogli rzucić kośćmi, mogli o to zagrać w karty, mogli też wszystko bez słowa załatwić. Jedyne, co o tym wiemy, to że na odejście zdecydował się Ludwik. Spakował się i wyjechał do Ameryki.
I choć nie wiemy jednak na pewno, do której Ameryki się udał, do tej wsi, która już nie istnieje, czy do zamorskiej Ameryki, stawiamy na to drugie. Bo kiedy wrócił, w roku 1905, był już człowiekiem na tyle majętnym, by pozwolić sobie na złożenie pozwu o rozwód. Więc go złożył. W sądzie w Londynie.
Ale nie to chyba wydało się Gupecie tak zdumiewające. No bo na razie to w sumie historia jakich wiele. Zdumiewające było to, co wydarzyło się później. To znaczy wydarzyło się wcześniej, zaraz po wyjeździe Ludwika z Kornwalii, ale my później się o tym dowiemy. To znaczy za chwilę, kiedy przystąpimy do opisu wydarzeń, do których doszło na sali sądowej. To znaczy Gupetta przystąpi. Bo to jej opowieść.
By Ludwik mógł liczy na rozwód, jego adwokat podczas rozprawy musiał udowodnić, że doszło do rozpadu małżeństwa. W tym celu wskazał sądowi świadków, których przesłuchano. Ale chyba najważniejszym dowodem był tekst drukiem podany, dziennikarskie sprawozdanie, które ukazało się w miejscowej gazecie kilka tygodni po tym, jak Fred opuścił Trąbkę. Czyli 7 lat wcześniej. Artykuł ten został sądowi w całości odczytany i my też możemy go tu za Gupettą zacytować, powstrzymując się już od jakichkolwiek komentarzy.
179
Aby dać wyraz powszechnemu oburzeniu, w piątek przed dwoma tygodniami urządzono z należytą starannością coś, co w tej okolicy nazywa się „Riding”, czyli pochód z kukłami. W następny piątek powtórzono ten obrzęd, przy czym zamiast jednej w pochodzie niesiono dwie kukły, po czym spalono je z wszelkimi oznakami wstydu i hańby.
Na tym jednak sprawa się nie zakończyła. Do jeszcze bardziej stanowczej deklaracji potępienia doszło w ubiegły piątek, kiedy około dwóch tysięcy osób przybyło do Bugle, aby stać się świadkami jednej z najbardziej niezwykłych scen, jakie kiedykolwiek rozegrały się w tej okolicy. Było to uroczyste pogrzebanie, z zachowaniem wszelkich należnych ceremonii, prochów kukieł spalonych w poprzedni piątek.
Pogrzeb odbył się kwadrans na dziewiątą wieczorem. W kondukcie pogrzebowym uczestniczył „duchowny”, odziany zgodnie z przepisami w komżę, „chór” złożony z dwunastu osób, czterech „nosicieli”, ubranych w białe rękawiczki i cylindry, grupa „żałobników”, a także dwa razy po sześcioro „krewnych”, mężczyzn i kobiet. Wszyscy mieli na sobie czarne rękawiczki. Mężczyźni byli w cylindrach i surdutach, natomiast kobiety nosiły czarne kapelusze i woalki.
Oczywiście obecny był również „grabarz”, ubrany w czarne rękawiczki i cylinder, niosący przepisową czarną torbę z oznaczeniami swojego fachu. „Kościelni” również należycie wypełnili swoje obowiązki. Mieszkańcy wioski dostarczyli około dwudziestu lamp, a także krzyż i wieniec.
Całe przedstawienie odbyło się z największą powagą i godnością, i mimo ogromnej liczby uczestników nie doszło do żadnych awantur. Zachowano uroczystą ciszę. Jedynymi głosami, jakie oprócz lamentów dawały się słyszeć, były głosy „duchownego”, „żałobników” i „chóru”, a także tych, którzy zechcieli przyłączyć się do „nabożeństwa”.
Na miejscu obecna była policja, lecz jej interwencja nie była potrzebna.
Po tych kończących artykuł słowach zgromadzona na sali rozpraw publiczność, od jakiegoś już czasu z trudnością się od tego powstrzymująca, wybuchła gromkim śmiechem.
180
Rzeczywiście, piramidalna historia, przyznaliśmy. To znaczy piramidalnie dziwna. Dwa tysiące ludzi zjechało się z całej okolicy, żeby publicznie ośmieszyć albo zawstydzić głównie Fryderyka, który zajął miejsce prawowitego męża. Bo ta pierwsza kukła, niesiona w pierwszy piątek, miała chyba jego przedstawiać. A dołączona po tygodniu druga kukła reprezentowała Marię Annę. A może odwrotnie? Nie wiedzieliśmy. Gupetta też nie wiedziała. W każdym razie Fryderyk, kontynuowała opowieść, jakby nic sobie z tego nie robił, jakby się wręcz cieszył. Nie tylko ochoczo wziął udział w swoim pogrzebie, ale też zafundował wszystkim żałobnikom darmowe piwo. Więc nie jest jasne, czy ta impreza była tak całkowicie na poważnie skierowana przeciwko dwojgu kochankom, czy może chodziło bardziej o jakąś farsę i okazję do wspólnej zabawy. Nie wiadomo też do końca, czy opisaną paradę przeprowadzano na piechotę, czy konno. Warto tu dodać, że ceremonia zrelacjonowana w artykule nie była powszechnie znanym zwyczajem i że prowadzący proces sędzia był równie zdziwiony tym, co usłyszał, jak i my dziś być możemy.
Niemniej Ludwik dopiął swego celu, artykuł i zeznania świadków wystarczyły, by skłonić sędziego do wydania wyroku, na mocy którego orzeczenie rozwodu po ustawowym okresie stało się prawomocne. Ludwik mógł spokojnie wrócić do Ameryki. A Fred i Anna mogli się pobrać. Lecz chyba tego nie uczynili, bo wedle dokumentów stanu cywilnego Fred kilka lat później zawarł związek małżeński z inną kobietą. O tym natomiast, jaki był los dzieci Anny i Freda, czy to przed orzeczeniem rozwodu, czy po, nic mi nie wiadomo. Zakończyła opowieść Gupetta. I jeszcze tylko wyjaśniła, że opowieść złożyła z dostępnych w sieci materiałów archiwalnych, z fragmentu wydanej w 1911 roku książki „35 lat w sądzie rozwodowym” autorstwa Henriego Edwina Fenna (tam znajdziemy pełny tekst cytowanego sprawozdania dziennikarskiego) oraz audycji zatytułowanej „A Very Strange Affair in Bugle” autorstwa Elizabeth Dale, opublikowanej na jej wspaniałym blogu „The Cornish Bird”.
181
W drodze ze Wzgórza Kurniczego do Kamienia, co jest ostatnim etapem naszej dzisiejszej wędrówki, przypominamy sobie pomysł, który jakiś czas temu przyszedł nam do głowy i który mieliśmy później rozwinąć. No to rozwijamy. Zaczęło się na Wielkim Czubie Treverbynu, na który wdrapaliśmy się po zejściu z Ostrogi w Chmurach. Wtedy przyszła nam do głowy ciekawa myśl dotycząca, jak by to ująć, alternatywnej historii kopalń odkrywkowych. Doprowadziły nas do niej kloppery. Czyli pukacze. Ale po kolei.
Patrzyliśmy na St Austell, na zatokę i morze za miastem, a potem zwróciliśmy się nieco bardziej ku wschodowi. Po naszej lewej widzieliśmy wystające sponad wybrzuszeń ziemi i zieleni fragmenty kolorowych kopuł Projektu Eden, rozłożone w obszerniej niecce dawnego wyrobiska. Za nimi nadmorskie miasto Par, na tle półwyspu i przylądka Gribbin, dzielących Zatokę St Austell od rzeki Fowey. Poszukaliśmy wzrokiem Luxulyan, po kornijsku Logsulyan, wioski w głębi lądu, po lewej od Par. Bo przypomnieliśmy sobie, że od niej do Par, wzdłuż rzeki nazywanej raz Par, raz Luxulyan, ciągnie się Luxulyan Valley, po kornijsku zwana Doliną Olszową (Glynn Gwernan). I że tam odkrywkowe kopalnie gliny ustępują głębszym kopalniom miejscowego srebra i złota, czyli cyny i miedzi. Wtedy o pukaczach pomyśleliśmy. Że w tamtych kopalniach pewnie mieszkają. Ciekawi byliśmy, co nam Gupetta o nich powie ciekawego.
– Może zacznij od wyjaśnienia – zaproponowaliśmy – czym się różnią pukacze od piskiesic. Tych, co je w Polperro spotkaliśmy, pamiętasz?
Najpierw jakoś dziwnie długo myślała, a potem nagle, że niczym, obwieściła, takim tonem, jakby miała z tego nie lada jaką radochę.
– Jak to niczym – dziwimy się.
– Normalnie, niczym.
Czekamy, ale nic nie mówi.
– Wyjaśnisz?
– Wyjaśniam. Zaludniające Kornwalię pukacze i piskiesice, podobnie jak spriggans czy buccasy, to są wszystko mali, magiczni ludzie. Powiedziałam, że niczym się nie różnią, bo wielu ludzi, znaczy takich normalnym, niemagicznych, z krwi i kości, używa tych terminów wymiennie. Ale są też tacy, którzy widzą między nimi różnice. Dlatego może być tak, może być inaczej. Jak to w magicznym świecie. Się nie połapiesz.
– Bardzo jesteś pomocna – powiedzieliśmy kpiąco.
Ciekawe czy zrozumiała. Bo jakoś słabo jej idzie. Z tą Trąbką dużo lepiej sobie radziła. A teraz jakaś nieswoja się wydaje. A może to nasza wina? Może przekroczyliśmy jakiś limit?
– A czy możesz – zaproponowaliśmy – coś nie od siebie? Jakiś opis ze sprawdzonego, wiarygodnego źródła zacytować? O pukaczach?
– Mam fragment zaginionego poematu Coleridge’a o Kornwalii, w którym pukacze występują. Może być?
– Coleridge’a? – ożywiliśmy się. – Dawaj!
Tief unterm Moor, wo kein Wind weht,
Das Meißeln klingt, das Licht vergeht —
Und tief im Schacht, da klopft es sacht
Wie Geisterhand in finstrer Nacht.
Wir graben still, mit stummem Lied:
Die Klopfer sehn — entkommst du nicht.
– Pięknie, ale dlaczego po niemiecku?
– O, przepraszam, już poprawiam:
Beneath the moor, where no wind sighs,
The chisel clicks, the lantern dies—
And far below, a tapping thin
Like ghostly hands on coffin tin.
We dig, and pray, and hush our song:
The Knockers watch. We shan’t be long.
– A po polsku?
– Już się robi:
Pod wrzosowiskiem, gdzie nie wieje wiatr,
Stuk młotka cichnie, gaśnie lampa w takt.
A z głębi chodnika dobiega stuk-puk —
Jakby ktoś w trumnę pukał: stuk, stuk.
Kopiemy w ciszy, bez śmiechu, bez drwin:
Kloppery patrzą — nie ujdziesz im.
– Świetnie, ale dlaczego kloppery, a nie pukacze?
– Dobre pytanie. Użyłam słowa kloppery, bo brzmi ono jak spolszczony odpowiednik angielskiego knockers, zachowując przy tym ten trochę tajemniczy, obco-brzmiący klimat, który może pasować do folkloru i legendy. Kojarzy się z regionalizmem lub nazwą obcą. Coś jak leprechaun w Irlandii. Pukacze to bardziej dosłowne tłumaczenie, brzmi swojsko i jasno. Ale może też zabrzmieć zbyt zwyczajnie lub nawet śmiesznie, trochę jak klekacze. Podsumowując, kloppery wydają mi się ciekawsze niż pukacze, choć ten drugi termin może bardziej pasować do tekstu, jeśli chcemy uzyskać prostsze, bardziej ludowe brzmienie.
182
– Jednak z językowego punktu widzenia – ciągnęła Gupetta – istnieje kilka innych ciekawych opcji, każda z nieco innym efektem stylistycznym…
Ale to możemy sobie już darować. Trzymajmy się lepiej tych klopperów, myślimy, dziękując i wyłączając. Bo ten termin nasuwa pewne obiecujące skojarzenia. Dotyczące kopalń odkrywkowych. Bo przecież trudno nie zauważyć, że wszystkie te wyrobiska i wznoszące się koło nich hałdy wyglądają tak, jakby pozostawili je reprezentanci tej dawnej, mitycznej rasy olbrzymiej. Bo to tak, jakby jakiś olbrzym czy olbrzymka wykopała sobie dołek, by się wypróżnić i potem zasypać. Ale potem albo jej się odechciało, albo zapomniała zasypać. A może to inaczej było? Może to przejaw jakiejś wczesnej, olbrzymiej przedsiębiorczości? Może tu był klop? Czyli publiczna toaleta? Jakaś gigancia osoba wpadła na pomysł, by wykopać te dołki po to, by inne gigancie osoby mogły się tu wypróżniać. Za opłatą. I tu widzimy dwie najbardziej prawdopodobne wersje dalszego ciągu. Albo opłata była zbyt wygórowana i całe przedsięwzięcie zakończyło się klapą z braku klienteli, albo wszystko poszło dobrze, a to, co dziś widzimy, to tylko nieliczne stanowiska, które z jakiegoś powodu nie zostały wykorzystane i zasypane. Bo prosperitę przerwała inwazja karłów z Troi i wojna, która zmiotła olbrzymów z powierzchni ziemi. Gdyby trafne było to drugie przypuszczenie, mogłoby otwierać pewnie nowe, wielce obiecujące perspektywy dla archeologów, którzy zdecydowaliby się potraktować tę hipotezę poważnie.
Marek Gajdziński
CZYTAJ TEŻ