Fragmenty prozatorskie 1

przełożyła
Wioletta Perzanowska


 

Przyjęcie dla dzieci 

Miał na sobie zieloną tunikę bez rękawów, sięgającą poniżej kolan i zapinaną na guziki. Pod brodą uwierała go żółta papierowa kryza, a z tekturowego kapelusza sterczały prawdziwe kolby kukurydzy. Tylko on przebrał się za warzywo. Wstydził się tego przebrania, zwłaszcza dziwacznej ozdoby na głowie, a jednak własny kostium wydawał mu się najzwyklejszy i najmniej niepokojący. Pozostałe budziły w nim dziwny lęk. Chciał przyglądać się im jak najdłużej, a jednocześnie miał ochotę zasłonić twarz, żeby żadnego nie widzieć. 

Przypadkiem otarł się ramieniem o suchy, szorstki bok krowy z papier-mâché. Namalowane oko znalazło się tuż przy jego twarzy. Przez otwór wycięty w sztywnej, nieruchomej źrenicy dostrzegł prawdziwe ludzkie oko, które nagle drgnęło. Ścisnęło go w żołądku. Szybko się odsunął, zawstydzony, a zarazem podekscytowany. W nozdrzach wciąż czuł intensywny zapach kleju. Z pewnej odległości zaczął obserwować krowę. Na ramieniu nadal czuł dotyk jej suchej skóry. Spośród wszystkich kostiumów to właśnie krowa była dla niego najważniejsza. Wokół pojawiały się coraz to nowe postacie w najróżniejszych przebraniach. Był wśród nich również ktoś w policyjnym mundurze, z pałką w ręku. 

Pośrodku pokoju krowa rytmicznie przesuwała się z jednej strony na drugą. Wiedział, że wewnątrz papierowej konstrukcji kryją się dzieci. Przyglądał się jej z zachwytem, czując zarazem niewytłumaczalną tęsknotę. Oblicze krowy pozostawało spokojne i niezmienne przy każdym jej ruchu. Przyciągała uwagę wszystkich — zagadywali ją i śmiali się zarówno z niej, jak i z ukrytych w środku dzieci. Pragnął, żeby znaleźć się przy niej, a zarazem wolał, by krowa nie podchodziła do niego zbyt blisko. 

Krowa była niewyobrażalnie daleko — za jednym oceanem, za drugim, a potem jeszcze za kolejnym, aż wreszcie, za ostatnią bezkresną wodą rozciągała się kraina, w której mieszkała. Podróż do tej krainy miała trwać bardzo długo — wiele tygodni, miesięcy, a może nawet lat. Gdy dotrze na środek ostatniego oceanu, krowa oznajmi dzieciom, że on już nadchodzi. Od tej pory dzieci będą codziennie wychodziły na brzeg i wypatrywały go na horyzoncie. W jej wnętrzu będzie już na niego czekało miejsce. 

Pogrążony w swoim marzeniu, nagle poczuł, jak coś z impetem uderza go w twarz i klatkę piersiową. Kiedy otworzył oczy, wszystko wokół było różowe. Próbował odepchnąć od siebie papierową przeszkodę, lecz po chwili sama zaczęła się cofać. Jego oczom ukazała się pulchna dziewczynka przebrana za ogromną różę. Przyglądała mu się z zaciekawieniem, co chwila mrugając. Twarz miała czerwoną jak burak, a na nosie złote okulary. Wskazała grubym palcem na jego kapelusz i pisnęła radośnie. Przeskakiwała niezgrabnie z nogi na nogę, a przy każdym ruchu jej papierowe płatki cicho szeleściły. 

— Kukurydza dla krowy! Kukurydza dla krowy! Kukurydza dla krowy! — skandowała. 

Wszyscy ruszyli w jego stronę, śpiewając i klaszcząc w dłonie. W ostatniej chwili zauważył, że krowa powoli obraca się pośrodku pokoju. Nagle zaczęła iść prosto ku niemu, z niezmiennie spokojnym obliczem i nieruchomym spojrzeniem papierowych oczu. Kiedy znalazła się tak blisko, że poczuł zapach tektury i kleju, zapragnął uciec. Z pewnością wybiegłby stamtąd, gdyby nie sztywny kapelusz, mocno zawiązany pod brodą, oraz kolby kukurydzy przytwierdzone drutem do jego czubka.  

Zachwycali się jego przebraniem, podziwiając żółtą kryzę, odsłoniętą szyję i kolby kukurydzy sterczące z kapelusza. Duża, lekka głowa krowy delikatnie je trącała, jakby dla zabawy naśladowała prawdziwe zwierzę skubiące kukurydzę.  

Kiedy zakołysały się nad jego głową, zamknął oczy i próbował nie zwracać na to uwagi. Nie wstydził się już swojego stroju, ale przestał też uważać go za coś zwyczajnego i bezpiecznego. Chciał uciec, lecz pozostał na miejscu i pozwolił, by wszystko działo się dalej, ponieważ czuł, że przebranie nie należy już do niego. Teraz należało do dzieci ukrytych w krowie… 

 

 

Andrzej Niemowa  

Matka Andrzeja spojrzała uważnie na syna. 

— Chce nas opuścić — pomyślała. — I zrobi to. 

Ogarnęło ją głębokie znużenie, jakby nagle zabrakło jej sił. 

— On po prostu chce wyskoczyć ze swojego pudełka prosto w świat. 

Z udawaną swobodą kogoś, kto niejedno już widział, wykonała ręką lekki gest, jakby kreśliła w powietrzu tor lotu. Po chwili jednak wybuchnęła płaczem i ukryła twarz w dłoniach. 

Andrzej obserwował, jak jej drobne ramiona drżą pod wełnianą suknią. Kiedy matka płakała, miał wrażenie, jakby jego twarz była wykuta z marmuru. Nie potrafił pogodzić jej łez z tym, jaka była na co dzień. Nie były wyrazem chwilowego nastroju. Przeciwnie — zdawały się napływać z jakiegoś bardzo odległego miejsca, jakby szlochało w niej głęboko ukryte dziecko. Płakała bowiem jak ktoś znacznie od niej młodszy — bezradnie i w sposób, który ją upokarzał, a w Andrzeju budził poczucie odpowiedzialności, ponieważ najczęściej to właśnie on był powodem jej łez. 

Nie znajdował słów, które mogłyby ją pocieszyć, bo miała rację. Naprawdę chciał odejść i właściwie nie pragnął niczego więcej. „To przecież normalne, że młodzi ludzie chcą opuścić dom” — przekonywał sam siebie. Jednak ta myśl wcale nie przynosiła mu ulgi. Zawsze czuł, że w jego przypadku znaczy to coś zupełnie innego. Kiedy był w dobrym nastroju, miał poczucie, że nie tylko on jest w drodze — że wszędzie wokół ktoś dokądś zmierza, zostawiając coś za sobą. Wtedy jego twarz stawała się pogodna i spokojna, a codzienne życie sprawiało mu radość, choć nadal niewiele mówił. Najbardziej pragnął, by wszystkie dni były takie jak te nieliczne, kiedy czuł się naprawdę wolny — spacerował, pogwizdywał pod nosem i potrafił cieszyć się nawet z najprostszych rzeczy. Chwile takiej swobody kosztowały go jednak wiele wysiłku, ponieważ gdzieś w głębi był przekonany, że dla niego odejście ma zupełnie inne znaczenie niż dla reszty — i nie potrafił uwolnić się od tej myśli. W pewnym sensie miał rację, lecz od najmłodszych lat całe jego życie było próbą przezwyciężenia poczucia własnej wyjątkowości. Z czasem nauczył się coraz lepiej ukrywać emocje, dlatego łzy matki poruszały go teraz jeszcze bardziej. Kiedy na nią patrzył, coraz wyraźniej czuł, że jego potrzeba odejścia różni się od tego, co popycha innych młodych ludzi do opuszczenia domu. Świadomość ta sprawiała mu ból, ponieważ obecność matki odbierała mu nawet te krótkie chwile, kiedy mógł wierzyć, że nie tylko on ponosi winę i że pragnienie wyrwania się z domu jest czymś, co łączy go z rówieśnikami. On i jego matka żyli jakby poza światem, związani tym samym wstydem, który jednocześnie — właśnie dlatego, że dźwigali go razem — oddalał ich od siebie. W porównaniu z innymi chłopcami jego własny los wydawał mu się wyjątkowo niełaskawy i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.  

Kiedy szloch matki nieco ucichł, ojciec przywołał kelnerkę i poprosił o rachunek. 

— Ta zupa pomidorowa była naprawdę dobra — powiedział. — A szynkę z ananasem po hawajsku, jak pani wie, szczególnie lubię. 

Kelnerka milczała, a pogodny wyraz twarzy ojca stopniowo przygasł. 

Odsunęli krzesła i ruszyli w stronę szatni. Kiedy znaleźli się na zewnątrz, ojciec zaproponował, żeby podeszli pod górkę  pochyłym trawnikiem, tam gdzie znajdowała się piramida z kul armatnich. 

— Podejdziemy do tych kul — powiedział. — A potem zejdziemy. 

Z trudem pięli się po zboczu, zmagając się z lodowatym wiatrem i przytrzymując kapelusze. 

— Taka właśnie jest Północ, moi drodzy! — zawołał ojciec, starając się przekrzyczeć wichurę. — Nie zawsze jest łatwo, ale w gorącym klimacie człowiek się nie rozwija. 

Andrzej oparł stopę na jednej z kul armatnich i poczuł, jak chłód metalu przenika przez podeszwę buta.  

 

Starał się o pracę w warsztacie samochodowym, ale zanim otrzymał odpowiedź, został powołany do wojska. Służba wojskowa przypadła mu do gustu. Nawet przezwisko, które koledzy nadali mu już drugiego dnia w koszarach, sprawiło mu przyjemność. Nazwali go Niemowa. Odkąd przylgnął do niego ten przydomek, odzywał się jeszcze mniej niż zwykle. Tak naprawdę nie lubił mówić; rozmowa nigdy nie wydawała mu się naturalnym sposobem wyrażania własnych myśli. Nie z powodu nieśmiałości — po prostu z natury był zamknięty w sobie.  

Pewnego jesiennego dnia Andrzej wybrał się na spacer po sosnowym zagajniku otaczającym obóz. Nagle poczuł zapach dymu i przystanął. 

— Ktoś rozpalił ognisko. 

Po chwili jednak ruszył dalej. Wśród drzew zapadał już zmierzch, choć poza zagajnikiem wciąż było jasno. Dotarł na niewielką polanę. Przy ognisku siedział młody żołnierz i dorzucał do ognia długie gałęzie. Jego twarz wydała się Andrzejowi znajoma. Chłopak musiał niedawno przybyć do obozu; Andrzej zapewne widział go już wcześniej. 

Chłopak uśmiechnął się i gestem wskazał leżący nieopodal pień drzewa. 

— Usiądź — zaproponował. — Zrobię coś do jedzenia. Kucharz ze stołówki daje mi trochę prowiantu, kiedy go poproszę, więc przychodzę tutaj i gotuję nad ogniskiem. 

Andrzej nagle zapragnął opuścić polanę, jednak zamiast tego usiadł sztywno na samym końcu pnia. Chłopak od razu przyciągnął jego uwagę — miał irlandzkie rysy i gęste, kręcone, brązowe włosy. Ciepły blask padał na jego zaróżowione policzki. Andrzej spojrzał na niego i poczuł, że się zakochuje. Od tej chwili nie potrafił już odwrócić wzroku. 

Na ziemi obok leżała menażka i brązowa papierowa torba. 

— W torbie mam jedzenie — wyjaśnił chłopak. — Poczęstuję cię kawałkiem mięsa. Zobaczysz, jak dobrze smakuje pieczone nad ogniskiem. Chodziłeś na ogniska, kiedy byłeś mały? 

— Nie — odparł Andrzej. W jego pamięci zamajaczyło jakieś niewyraźne wspomnienie. — Ależ tutaj strasznie wieje. 

— To prawda, jest bardzo wietrznie — przyznał chłopak. 

Andrzej poczuł niemal absurdalną radość, że chłopak potraktował jego uwagę poważnie i się z nim zgodził. 

— Wiatr daje się tu we znaki, ale można się do niego przyzwyczaić — ciągnął chłopak, uśmiechając się do Andrzeja. — Zwłaszcza jeśli lubisz ogień i przebywanie pod gołym niebem. W miejscu, gdzie wcześniej pracowałem, nazywali mnie Tomek Włóczęga, ale nikomu nie przeszkadzały moje zwyczaje. 

Andrzej był tak zachwycony chłopakiem, że z początku nie zauważył nic dziwnego w jego ostatnim zdaniu. Dopiero kiedy powtórzył je sobie kilka razy w myślach, zaczęło go zastanawiać. 

— Nie przeszkadzały? — zapytał. 

— Nie, nikomu to nie przeszkadzało. 

Chłopak rozsupłał sznurek, którym związana była torba z jedzeniem, po czym ułożył mięso na niewielkim metalowym ruszcie. 

— Nigdy nie mieli do mnie pretensji — powtórzył, ostrożnie dobierając słowa. — To byli naprawdę dobrzy ludzie. Nie każdy potrafi znieść, że ktoś ma własne upodobania. Niektórzy od razu się irytują. Ci jednak nigdy się nie złościli. Wiedzieli, że wieczorami zabieram kolację i wychodzę do lasu. Czasem cała grupa dołączała do mnie i razem piekliśmy steki. Najczęściej jednak chodziłem sam, a oni zostawali w domkach, grali w gry albo wybierali się do miasta. Pewnie zimą siedziałbym w domku, ale nigdy nie byłem tam w zimowych miesiącach. Choć i wtedy nieraz wychodziłbym do lasu. Lubię rozpalać ogniska na śniegu. 

— Gdzie pracowałeś? — zapytał Andrzej. 

— W fabryce nad strumieniem. 

Mięso było już upieczone. Chłopak odkroił dla Andrzeja niewielki kawałek. 

— Tylko tyle mogę ci dać. Muszę przecież coś zostawić dla siebie. 

— Już jadłem. Z innymi — odpowiedział krótko Andrzej. 

— Spróbuj — nalegał chłopak. — Zobaczysz, jak smakuje mięso przyrządzone w ten sposób, na żarze, pod gołym niebem. A później może uda ci się dogadać z sierżantem ze stołówki i też będziesz mógł przynosić tu własne jedzenie. Całkiem mi tu dobrze. Mógłbym zostać w tej jednostce. W końcu niewiele się to różni od mieszkania w domu czy hotelu. 

— Mieszkasz w hotelu? 

— Mieszkałem. Poza tym jednym latem, kiedy pracowałem w fabryce. 

— No dobrze, do zobaczenia — mruknął Andrzej i odszedł. 

Pewnego sobotniego wieczoru, po kolacji, Andrzej zawędrował między baraki po drugiej stronie stołówki. Większość budynków tonęła w ciemności. Był przygnębiony i zastanawiał się, czy nie pójść do miasta i nie wypić samotnie piwa. Pił wyłącznie piwo, bo mocniejsze alkohole uważał za zbyt drogie, choć inni żołnierze, nawet ci, którzy mieli mniej pieniędzy od niego, wybierali whisky. Szedł powoli, zastanawiając się, gdzie napić się piwa, gdy nagle usłyszał, że ktoś go woła. Podniósł wzrok i zobaczył Tomka w drzwiach jednego z pobliskich baraków, tuż obok. Przywitali się, a Tomek gestem dał mu znać, żeby zaczekał, po czym zniknął wewnątrz. 

Andrzej oparł się o drzewo i wsunął ręce do kieszeni. Niedługo potem Tomek wrócił z płaskim pudełkiem w dłoniach. 

— Zimne ognie — wyjaśnił. — Kupiłem je po Czwartym Lipca, kiedy były już przecenione. Wtedy najbardziej się opłaca. 

— Dobrze wiedzieć — odparł Andrzej. 

Nigdy nie bawił się sztucznymi ogniami poza Dniem Niepodległości. Na myśl o letnich wieczorach stawały mu przed oczami zaułki, w których chłopcy rozgniatali stopami czerwone „diabły”. Byli od niego biedniejsi, a Andrzej — jak wiele dzieci wychowanych w zamożniejszych domach — patrzył na nich z mieszaniną niechęci i zazdrości. To, że bawili się fajerwerkami także po Czwartym Lipca, wydawało mu się czymś niestosownym. Było w tym coś obcego i niepokojącego, co budziło w nim ten sam rodzaj wstrętu, jaki odczuwał wobec Irlandczyków, Żydów czy cyrkowców. A jednak właśnie ta obcość go przyciągała. Domieszka odrazy była nieodłączną częścią dreszczu, jaki temu towarzyszył. 

Andrzej nigdy nie przebierał się w Święto Dziękczynienia. Pewnego razu omal nie zemdlał, gdy pod drzwiami pojawiło się dwóch chłopców przebranych za żebraków i poprosiło o datki. Wspomnienie to napawało go lękiem również dlatego, że ojciec wpadł wtedy w gniew. Zazwyczaj to matka traciła panowanie nad sobą, podczas gdy ojciec zachowywał spokój, dlatego Andrzej tym lepiej zapamiętał, jak wielką wagę przywiązywał on do tego zwyczaju. 

— Sam powinien się przebrać i pójść z nimi! — krzyczał. — Dlaczego leży tam blady jak ściana? Niech wstanie i trochę się ruszy. Przecież to święto, trzeba się bawić! Na Boga, czy w tym domu nikt nie potrafi się bawić? Ja co roku przebierałem się za żebraka, dopóki nie dorosłem. Niech włoży jakieś stare, podarte spodnie i dołączy do reszty! Jeśli chce, pożyczę mu słomkowy kapelusz. Byle tylko ruszył się z domu! 

Oczywiście pierwszą myślą Andrzeja była ucieczka. Wspomnienie to należało do najboleśniejszych z całego jego dzieciństwa. Nie znosił, kiedy ojciec mówił o biednych. Sam miał romantyczne wyobrażenie o ubóstwie, dlatego przekonanie ojca, że wszyscy ludzie są równi, było dla niego niemal nie do zniesienia. Wydawało mu się czymś równie niestosownym, jak widok ojca siedzącego w salonie i częstującego papierosem pirata albo Cygana. Wolał pogardliwy stosunek matki do biednych. Właściwie tolerowała jedynie zapach ludzi z najbliższego otoczenia. Oczywiście ona również budziła w Andrzeju niechęć, ale z zupełnie innych powodów. 

— No chodź, weź jeden — zachęcił Tomek, po czym zapalił zimny ogień. 

Andrzej patrzył na cienkie, podobne do igieł iskry. Ich syk przywołał dawne, nieprzyjemne wspomnienia. Miał ochotę wyrwać patyczek z dłoni Tomka i wcisnąć skrzący się koniec w ziemię. Zamiast tego posmutniał i nic nie powiedział. Podobało mu się, że Tomek był biedny, ale nie chciał, żeby jego bieda czyniła go kimś obcym. Po chwili pomyślał, że inni zapewne wcale nie łączą obcości z puszczaniem zimnych ogni po Czwartym Lipca. Sam przecież wiedział, że jedno nie ma nic wspólnego z drugim. Mimo to nie potrafił uwolnić się od tego skojarzenia. Czasami przychodziło mu do głowy, że ludzie tylko udają, iż kierują się rozsądkiem, podczas gdy w głębi duszy czują dokładnie to samo co on. Zwykle jednak odrzucał tę myśl, przekonany, że są bardziej szczerzy wobec samych siebie. Przygnębiało go i złościło, że o żadnej z tych spraw nie potrafił porozmawiać z Tomkiem. 

— Zostawiłem dla ciebie całe pudełko — powiedział Tomek. — Pomyślałem, że może przyjdziesz na polanę. 

Andrzej słuchał z niedowierzaniem. Jednocześnie poczuł, że serce zaczyna mu bić szybciej. Postanowił jednak nie zdradzać emocji i zachować spokojny, obojętny wyraz twarzy.  

— Nie wiem, czy w ogóle lubisz dziecięce zabawy — ciągnął Tomek. — Może uważasz, że nie warto zawracać sobie nimi głowy. Ale z zimnymi ogniami jest inaczej — właściwie nic nie trzeba robić. Wystarczy je zapalić. Możesz trzymać je w dłoni i machać nimi w powietrzu, nawet podczas rozmowy, albo po prostu wbić je w ziemię i patrzeć, jak palą się same i wyglądają jak małe wiatraczki. Nie ma w nich nic szczególnego, ale i tak zawsze kupuję kilka pudełek po Czwartym Lipca. Miałem już wcześniej jedno dla ciebie, ale oddałem je znajomemu, który ma siostrzeńca.  

Podał pudełko Andrzejowi, który stał z twarzą nieruchomą jak wykuta z kamienia i mocno zaciśniętymi ustami. 

— Masz — powiedział Tomek, lekko stukając płaskim pudełkiem w dłoń Andrzej. — To dla ciebie. Twoje zimne ognie. 

— Nie — odparł Andrzej. — Nie chcę ich. 

Andrzej nie miał zamiaru tłumaczyć swojej odmowy. Tomek zresztą najwyraźniej nie potrzebował żadnych wyjaśnień. Wciąż kreślił zimnym ogniem świetliste wzory w ciemności. 

— W takim razie schowam pudełko, skoro go nie chcesz. Sam je wykorzystam. Dobrze mieć coś takiego pod ręką, kiedy nie ma czasu na rozpalanie ogniska. 

— Ty po prostu bierzesz wszystko takim, jakie jest, prawda? — powiedział Andrzej. 

 

  

Piątek 

W niewielkiej jadłodajni Zielona Górka mężczyzna siedział przy stoliku i bez większego zainteresowania przeglądał menu. Zgodnie z rodzinnym zwyczajem, który wyniósł z zamożnego domu w Nowej Anglii, zwykle wybierał najtańszą potrawę — chyba że akurat za nią nie przepadał. Tym razem miał wyjątkowego pecha. Najtańsze były smażone ryby: łupacz i stynki, których szczerze nie cierpiał. Wśród dań mięsnych nie było tego dnia niczego w podobnej cenie. Po chwili wahania, choć wyraźnie niechętnie, zdecydował się więc na stek. Zamówił tak cicho, że kelnerka ledwie go usłyszała.  

— Powiedział pan: stek? — upewniła się. 

— Tak. Nie mam wielkiego wyboru. Kto w ogóle zamawia łupacza? 

— Większość ludzi — odparła kelnerka bez cienia ironii. 

Wskazała na kobietę siedzącą przy sąsiednim stoliku. 

— Niech pan spojrzy na Agnieszkę. 

Andrzej podniósł wzrok. Widział tę dziewczynę już wcześniej. Miała pociągłą, piegowatą twarz o dość ciężkich, nieregularnych rysach. Jasne włosy, niemal zlewające się z kolorem skóry, opadały swobodnie na ramiona. Sukienka w kolorze musztardowym sprawiała wrażenie uszytej własnoręcznie, a przy dekolcie zdobił ją rząd ciemnobrązowych wełnianych kuleczek. Na sukienkę narzuciła męską kurtkę roboczą. Agnieszka była krępa i szeroka w ramionach. Dolna część jej twarzy wydawała się masywna i pozbawiona wyrazu, ale uwagę Andrzeja przyciągnęły oczy — niezwykle jasne, żywe, lśniące niczym nocne niebo usiane gwiazdami. 

Choć dzień był wyjątkowo chłodny, w jadłodajni panował zaduch, a szyba od strony ulicy zaszła parą. 

— Nie przepada pan za rybami? — zagadnęła dziewczyna. 

Przecząco pokręcił głową. Wcześniej zauważył, że nie tknęła swojego łupacza, lecz szybko odwrócił wzrok, nie chcąc wdawać się w rozmowę. Dopiero gdy kelnerka przyniosła mu stek, znów na nią spojrzał i ich oczy się spotkały. Agnieszka patrzyła na Andrzeja z wyraźnym zachwytem. Jemu jednak sprawiło to przykrość. 

— Nazywam się Agnieszka Skóra — przedstawiła się cicho, jakby powierzała mu jakiś miły sekret. — Widywałam już pana tutaj. 

Andrzej uznał, że dalsze milczenie byłoby niegrzeczne, więc odpowiedział obojętnie: 

— Byłem tu wczoraj i przedwczoraj. 

— Wiem — odparła. — Za każdym razem zwracał pan moją uwagę. Wczoraj przyszedł pan w porze obiadowej, a przedwczoraj trochę później. Wieczorami jadam w domu z rodziną, jak wszyscy w tym małym mieście. 

Uśmiechnęła się do niego ciepło i serdecznie, chcąc najwyraźniej podzielić się z nim swoim dobrym nastrojem. Andrzej nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Jego wzrok mimowolnie powędrował ku porcji łupacza, której nie ruszyła.  

— Pewnie zastanawia się pan, dlaczego nie tknęłam tej ryby? — odezwała się, zauważywszy jego spojrzenie. 

— Niewiele pani zjadła — odpowiedział. 

Odchrząknął cicho i zaczął kroić stek. Miał nadzieję, że Agnieszka przestanie zwracać na niego uwagę i zajmie się własnym daniem. 

— Prawie nigdy nie mam apetytu — powiedziała. — Mimo że mieszkam w małym miasteczku. 

— To chyba niedobrze. 

— Naprawdę tak pan uważa? 

Patrzyła na niego badawczo jasnymi, przenikliwymi oczami, jakby próbowała doszukać się głębszego sensu w słowach, które wydawały się zupełnie zwyczajne. Andrzej zatrzymał wzrok na ciężkich rysach dolnej części jej twarzy. Choć miała niezwykłe oczy, sprawiała wrażenie mało subtelnej, stanowczej i silnej. Pomyślał, że współczesne kobiety są po prostu zbyt masywne i kanciaste.  

— Co właściwie uważa pan za niedobre? — zapytała. — To, że nie mam apetytu? 

— No cóż, chyba tak — odparł, nieco rozdrażniony. — Zawsze sądziłem, że lepiej mieć apetyt niż go nie mieć. 

Agnieszka nic nie odpowiedziała. Przez chwilę siedziała zamyślona, jakby rozważała jego słowa i zastanawiała się, czy przyznać mu rację. W końcu tylko pokręciła przecząco głową. 

— Gdybym mogła wyjaśnić panu całą sytuację, łatwiej byłoby panu mnie zrozumieć — powiedziała. — Teraz widzi pan tylko niewielką część tego wszystkiego. Nie mogę jednak opowiedzieć o tym tutaj, w jadłodajni. Wiem, że powinno się jeść. Naprawdę to wiem. 

Jakby na potwierdzenie swoich słów, nagle zabrała się do łupacza i kilkoma szybkimi ruchami widelca zjadła go do końca. Porcja nie była duża, a Agnieszka przez cały czas zachowywała poważny wyraz twarzy. 

— Przepraszam, jeśli pana zaskoczyłam — powiedziała spokojnie, oblizując usta. — Nie miałam takiego zamiaru. Może pan uważać, że zachowuję się tak, bo pochodzę z małego miasteczka, proszę bardzo. Ale to nie ma żadnego znaczenia. Naprawdę. Po prostu nie potrafię wszystkiego wyjaśnić. To, że jestem dziewczyną z małego miasteczka, mówi o mnie tyle samo, co moje nazwisko: Agnieszka Skóra. 

Nerwowo skubała brzeg mankietu, po czym, ku zdziwieniu Andrzeja, zamówiła naleśniki z syropem klonowym. W tej samej chwili kelnerka otworzyła drzwi wejściowe i podparła je żeliwną figurką kota. Do środka natychmiast wdarł się chłodny wiatr, wywołując głośne protesty gości. 

— Takie jest polecenie szefa! — zawołała kelnerka. — Bez paniki, tylko trochę przewietrzymy lokal. 

Codzienne wietrzenie było w jadłodajni stałym zwyczajem, a narzekania klientów — częścią tego rytuału. Kiedy zaparowana dotąd szyba znów stała się przejrzysta i można było odczytać od tyłu napis „ZIELONA GÓRKA”, kelnerka odstawiła żeliwnego kota i zamknęła drzwi.

 

 

Jane Bowles


 

CZYTAJ TEŻ