Fragmenty prozatorskie 3

przełożyła
Wioletta Perzanowska


 

Señorita Córdoba 

Pewnego ranka señorita Córdoba dostała list od matki. Czytała go, siedząc przy fontannie. 

Moja najukochańsza Violeto, 

Mam nadzieję, że pobyt w Antigui sprawia Ci przyjemność i że potrafisz docenić każdą chwilę, którą tam spędzasz. To niezwykłe miejsce, zwłaszcza gdy pomyśli się, że najpierw zniszczył je pożar, a później zalała powódź. Od dzieciństwa słuchałam opowieści ojca o pięknie Antigui: „Kiedy pojedziesz do Europy, nie wstydź się swojego kraju, nawet jeśli większość Europejczyków wyobraża sobie, że zamieszkują go sami Indianie. Mów o nim z dumą: „gdyby Europa była koroną, w której brakowałoby jednego, najpiękniejszego klejnotu, można by go znaleźć właśnie w mojej ojczyźnie — pośród wzgórz, między dwoma wulkanami. Tym niezwykłym klejnotem jest Antigua…” Uwielbiałam wtedy zapuszczać się między ruiny. 

Ciotka Mercedes ostatecznie zgodziła się ze mną, że nie wybrałaś najlepszego momentu na tę podróż. Wiem oczywiście, że można tam dotrzeć w zaledwie kilka godzin. Czy dobrze pamiętam, że pisałaś, iż za nocleg i wyżywienie płacisz pięćdziesiąt centów dziennie? Za taką cenę powinnaś dostawać porządne porcje kurczaka, i to bez żadnych ograniczeń. Jeśli tak nie jest, mam nadzieję, że stanowczo upomnisz się o swoje. Jestem pewna, że właścicielka pensjonatu doskonale zrozumie, czego oczekujesz. Myślę, że jako matka zawsze byłam za mało praktyczna, a zbyt pochłonięta sprawami duchowymi. Nie chciałabym, żebyś poszła w moje ślady, choć nie jestem pewna, czy w twoim przypadku to w ogóle możliwe. Ciotka Mercedes i ja jakoś sobie radzimy, żywiąc się jajkami i fasolą. W tym tygodniu mięso jest wyjątkowo marnej jakości, a przy tym bardzo drogie. Nie chcę jednak, żebyś brała to sobie do serca ani pozwoliła, by popsuło Ci to wakacje. Może udałoby Ci się poprosić kogoś, kto ma aparat fotograficzny, o zdjęcie procesji z okazji Dnia Wszystkich Świętych. Tylko go nie kupuj — spróbuj raczej przekonać kogoś, żeby Ci je podarował. 

Pewnego wieczoru odwiedziła nas pani Sánchez. Przejeżdżała akurat konno i zatrzymała się na chwilę. Narzekała na wysokie ceny, a ja poczułam się bardzo urażona, kiedy wręczyła mi pół kurczaka zawiniętego w gazetę. Oczywiście oddałam go służbie. Ciotka Mercedes uważała, że nie powinnam była tego robić, bo sama przepada za kurczakiem, podczas gdy mnie, jak dobrze wiesz, jedzenie właściwie nie obchodzi. Jej zdaniem niestosowne było również to, że pani Sánchez tak szybko po śmierci męża znów zaczęła jeździć konno. 

Obie przesyłamy Ci serdeczne pozdrowienia i mamy nadzieję, że urlop upłynie Ci przyjemnie. Niech Bóg ma Cię w swojej opiece i zachowa w zdrowiu. 

 Twoja matka

Señorita Córdoba zmarszczyła brwi i zapatrzyła się w taflę wody w fontannie. „Ależ to wszystko staroświeckie” — pomyślała. „Mama i ciotka są z innej epoki. Potrafią przez cały list rozprawiać o kurczaku”. Wyjęła z torebki ołówek i zaczęła coś obliczać na skrawku papieru. Wiedziała mniej więcej, ile pieniędzy potrzebuje na powrót do Paryża i utrzymanie się tam przez pierwsze miesiące, zanim otworzy własną pracownię krawiecką. Zamierzała projektować suknie inspirowane sztuką Ameryki Łacińskiej. Była przekonana, że najłatwiej zdobędzie potrzebną sumę dzięki jakiemuś mężczyźnie. W Paryżu nieraz widywała podobne układy i sądziła, że jeśli znajdzie w Gwatemali kogoś odpowiednio zamożnego, zdoła tak rozegrać sytuację, by osiągnąć swój cel. „Wszystko odbędzie się na odpowiednim poziomie i z zachowaniem pełnej dyskrecji” — powtarzała sobie. 

Następnego ranka señorita Córdoba usłyszała, jak pani Ramírez oznajmia dzieciom, że ich ojciec przyjedzie jeszcze tego samego dnia. Wiadomość ta bardzo ją ucieszyła. Wiedziała, że pan Ramírez jest jednym z najbogatszych mężczyzn w kraju, a przy tym słynie ze słabości do kobiet. W nadziei, że przyjedzie on do Antigui, by zobaczyć się z żoną i dziećmi, postanowiła spędzić Wielki Tydzień w pensjonacie pani Espinozy. Matka i jej znajomi nieraz wspominali, że pani Ramírez od lat zatrzymuje się tam podczas Semana Santa. Nikt jednak nie potrafił zrozumieć, dlaczego mąż nie zapewnia jej pobytu w którymś z bardziej eleganckich hoteli. Do zeszłego roku pan Ramírez nigdy nie nocował w tym pensjonacie. Wtedy jednak niespodziewanie zjawił się w Antigui i spędził tam kilka dni. Sądzono, że tak naprawdę przyjechał odwiedzić przyjaciela, Alfonsa Gutiérreza. Ten prowadził wytworny, choć niezbyt popularny hotel, słynący z najlepiej zaopatrzonej piwnicy z winami i największego wyboru mocnych trunków w całym kraju. Pamiętając o jego zeszłorocznej wizycie, señorita Córdoba liczyła, że i tym razem pojawi się w Antigui. Uznała, że warto było zaryzykować i wybrać się w tę krótką podróż, tym bardziej że miała już dość pomagania matce przy uprawie kawy i zajmowania się domem — zajęć, których nigdy szczególnie nie lubiła. Wiadomość o jego rychłym przyjeździe sprawiła jej ogromną radość. Nie potrafiła jednak naprawdę odpoczywać ani czerpać przyjemności z niczego, co nie przybliżało jej do życia, jakie sobie wymarzyła. Nagle ogarnęło ją podniecenie i gorączkowo zabrała się do działania. Wyciągała z kufra jedną suknię po drugiej, oglądała je uważnie i sprawdzała, czy żadna nie jest uszkodzona. Na bloczku zapisała kwotę, którą uznała za absolutne minimum potrzebne na podróż, założenie pracowni krawieckiej i pierwsze pół roku życia w Paryżu. Im dłużej liczyła, tym bardziej się denerwowała, a na jej policzki wystąpiły rumieńce. Przez chwilę stała bez ruchu, wpatrując się w zapisane liczby. Wreszcie przekreśliła wyliczoną kwotę i wpisała nową — nieco niższą. 

Z zainteresowaniem przyjrzała się długiej jedwabnej sukni wieczorowej, której nie nosiła od wielu lat. Różowy stanik zdobiło kilka prostych kwiatów z jedwabiu. Postanowiła włożyć ją na kolację. Nie miała nic bardziej eleganckiego, a nie wątpiła, że spodoba się w niej Hiszpanowi.  Potem położyła się na łóżku. Jej twarz była napięta i nieruchoma. Przymknęła oczy i przez chwilę wyobrażała sobie swoją przyszłą pracownię, którą zamierzała nazwać Casa Córdoba. 

— A teraz — powiedziała do siebie — pora na to, co Francuzi nazywają snem dla urody. Żadnego myślenia… żadnych trosk… tylko odpoczynek. 

Z radia płynęły dźwięki marimby. Señorita Córdoba bardzo lubiła tę muzykę, bo kojarzyła jej się ze wszystkim, co uważała za piękne i wytworne: z Wenecją, operą i Salą Lustrzaną w Wersalu. W jej przekonaniu piękno i luksus, noszący choćby ślad dawnej świetności, były nierozerwalnie związane z dobrocią. Wierzyła, że ludzie żyjący w dostatku są z natury dobrzy, tych zaś, którzy byli naprawdę bogaci i wiedli wystawne życie, uważała niemal za świętych. Dźwięki marimby oraz wspomnienia Wenecji i spaceru po Sali Lustrzanej sprawiły, że poczuła, jakby spłynęła na nią łaska Boża. Przeżegnała się więc i postanowiła po popołudniowej sjeście kupić w kościele świecę. 

Kiedy señorita Córdoba weszła do jadalni, wszyscy mieszkańcy pensjonatu byli już przy stole. Consuela i Lilina, córki państwa Ramírezów, zajmowały miejsca po obu stronach ojca, ubrane w odświętne sukienki. Służąca stała przed nim, wyraźnie zakłopotana jego żądaniem, by pominąć zupę i od razu podać dużą porcję mięsa oraz piwo. 

— Czy na pewno nie chce pan najpierw zupy? — zapytała María. 

Ramírez był już wyraźnie zirytowany, kiedy do jadalni weszła señorita Córdoba. Delikatny róż na policzkach podkreślał jej urodę i trzeba przyznać, że wyglądała niezwykle efektownie. Na jej widok pan Ramírez zaniemówił. Odwrócił się na krześle i patrzył na Violetę jak urzeczony. W tej samej chwili jeden z podróżnych zerwał się z miejsca i ruszył w jej stronę, jakby dopiero teraz ją zauważył. Señorita Córdoba zarumieniła się, a jej powieka lekko zadrżała. Chcąc ukryć zakłopotanie niespodziewanym zainteresowaniem ze strony mężczyzn, podeszła do siedzącej w kącie Angielki i rozpoczęła z nią rozmowę. Kobieta była wyraźnie zaskoczona, ponieważ do tej pory panna Córdoba zaledwie zdobywała się na chłodne skinienie głowy. 

— Wie pani — powiedziała Violeta — któregoś ranka chętnie wybrałabym się z panią na spacer. Szkoda, że do tej pory nie miałyśmy okazji lepiej się poznać. 

— Rzeczywiście, wielka szkoda — odpowiedziała Angielka. 

Violeta poczuła, że poci się pod pachami. Odkąd pojawiła się w jadalni w wieczorowej sukni, aż nazbyt dobrze zdawała sobie sprawę z własnego wyglądu. Pochyliła się ku Angielce, opierając dłoń na stole, i dostrzegła, że tamta spogląda na jej dekolt. Na twarzy kobiety pojawił się ledwie dostrzegalny grymas niezadowolenia, zdradzający typową angielską rezerwę wobec zbytniej poufałości z cudzoziemcami. 

— Hiszpanki mają tak piękną oliwkową cerę — zauważyła. 

Uwaga ta była dość osobliwa, ponieważ Violeta miała zdecydowanie jaśniejszą cerę niż Angielka. 

— Z wielką chęcią wybrałabym się z panią na spacer, ale obawiam się, że kiedy zdążę już zjeść śniadanie i odpowiedzieć na wszystkie listy, pani wciąż będzie w objęciach Morfeusza. Po dziesiątej staram się już nie spacerować, bo słońce jest dla mnie zbyt ostre. Poza tym zdążyłam dobrze poznać okolicę. Z niecierpliwością czekam jednak na procesje. Pewna znajoma opowiadała mi o nich z takim zachwytem, że od tamtej pory marzę, żeby je zobaczyć. To niezwykły dar — opowiadać tak, by inni mogli zobaczyć to, o czym się mówi. Mnie, niestety, takiego daru brakuje. Za to tutejsze kolory zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Indianie mają niezwykłe wyczucie barw. Zresztą słyną z tego, prawda? 

— Tak słyszałam. 

— W takim razie może jeszcze się zobaczymy? 

— Niewykluczone. 

Señorita Córdoba nie miała już innego wyjścia, jak wrócić na swoje miejsce i znosić natarczywe spojrzenia pana Ramíreza oraz zaciekawienie, z jakim przyglądał jej się podróżny.  

Wyraźnie zadowolony Ramírez zwrócił się do starszej córki, jedenastoletniej Consueli. 

— Myślę, że dobrze ci zrobi szklanka piwa — powiedział. — W Niemczech dzieci piją piwo. Nic dziwnego, że to taki znakomity naród. 

— Nie lubię piwa, dziękuję, tato. 

— Skoro nigdy go nie piłaś, nie możesz wiedzieć, czy ci smakuje. 

Napełnił szklankę piwem i postawił ją przed córką, ale Consuela nawet jej nie tknęła. 

— Słyszałaś, co powiedziałem. Wypij to piwo. 

— Co za absurdalny pomysł! — zaprotestowała pani Ramírez. 

Po chwili jednak zwróciła się do córki: 

— Wypij, Consuelo. Co ci szkodzi? 

Matka uniosła szklankę do ust córki, ale dziewczynka wciąż nie chciała pić. Piana osiadła na jej wargach, a oczy napełniły się łzami. Nagle gwałtownym ruchem wytrąciła matce szklankę z ręki. Piwo rozlało się po obrusie. Consuela zerwała się z miejsca, zaczęła nerwowo podskakiwać i krzyczeć. Señorita Córdoba odwróciła się i obrzuciła dziewczynkę pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Wtedy Consuela rzuciła się na nią — nie tylko dlatego, że dostrzegła jej niechęć, lecz także z zazdrości o podróżnego, w którym była zakochana i który, jak sądziła, darzył uczuciem señoritę Córdobę. Drapała ją po twarzy i ciągnęła za starannie ułożone włosy. Violeta, nie tracąc chłodnego uśmiechu, spróbowała podstawić dziewczynce nogę. Źle jednak oceniła odległość, straciła równowagę i spadła z krzesła. Consuela wybiegła z jadalni, a podróżny i pan Ramírez pomogli Violecie wstać. Oparła głowę na dłoni i cicho się rozpłakała, wyraźnie poruszona całym zajściem. Pan Ramírez polecił podać jej szklankę piwa. 

— Proszę to wypić, señorito — powiedział. — A gdy tylko skończę posiłek, sprawię córce porządne lanie. Ma pani moje słowo. 

— Mam nadzieję, że pan to zrobi. 

— Jeszcze nigdy — odezwała się Angielka — nie spotkałam trojga równie okropnych ludzi. Dziewczynka zachowuje się jak opętana i zupełnie nad sobą nie panuje. Ojciec uważa bicie dzieci za rzecz całkiem normalną, a ta młoda kobieta jest tak żądna zemsty, że czerpie przyjemność z samej myśli o ukaraniu dziecka. Zupełnie straciłam apetyt. 

Angielka rzuciła serwetkę na stół i wyszła z jadalni. 

— Kim właściwie jest ta kobieta? — zapytał pan Ramírez żonę. 

— To turystka. Codziennie przychodzi do nas na obiad. 

— Traktuje wszystko zbyt poważnie — stwierdził podróżny, zwracając się do señority Córdoby. — Kobiety w jej wieku, które nigdy nie wyszły za mąż, często takie są. U nas nazywa się je starymi pannami. 

— A jakie to ma znaczenie, kim ona jest? — odparła señorita Córdoba. — Dla mnie to po prostu pchła. 

— Właśnie! — przytaknął pan Ramírez. — Większość ludzi jest jak pchły: brzuchy mają wielkie, a w głowach niewiele. 

— Tyle że te wielkie brzuchy trzeba przecież czymś napełnić — zauważył podróżny, któremu przyszło do głowy, że rozmowa zaczyna schodzić na politykę. — Chyba nie sugeruje pan, że powinni jeść ciastka? 

— Niech jedzą ciastka albo co im się podoba. Nic mnie to nie obchodzi. 

Podróżny uznał, że nie ma sensu wyjaśniać aluzji do Marii Antoniny. 

Señorita Córdoba odzyskała już spokój i zwróciła się do pana Ramíreza. 

— Nazywam się Violeta Córdoba — powiedziała, nie zważając zupełnie na to, co przystoi młodej damie. Z zadziwiającą łatwością odrzucała konwenanse, choć wcale nie uważała się z tego powodu za buntowniczkę. — Dziękuję, że pomógł mi pan podnieść się z podłogi. 

— A co ze mną? — wtrącił podróżny. — O mnie już pani zapomniała? 

Señorita Córdoba zbyła go jedynie skinieniem głowy, nie racząc nawet uśmiechem. 

Pan Ramírez wstał i uniósł szklankę piwa. 

— Za piękną damę — powiedział po angielsku. — Piękną niczym czerwona róża. 

— Bardzo panu dziękuję — odpowiedziała señorita Córdoba, również po angielsku. — Mam nadzieję, że naprawdę pan tak uważa, a nie że przemawia przez pana poeta. 

— Potrafię być poetą, kiedy mam na to ochotę. To tylko jeden z moich licznych talentów. Mam ich chyba ze dwadzieścia albo trzydzieści.  

 

Hotel pana Gutiérreza był urządzony dość surowo, a zarazem sprawiał wrażenie niezwykle wytwornego. Zbudowano go wokół małego patio, które niemal przez cały dzień pozostawało w cieniu. Z trzeciego piętra ledwie było widać krzewy i kilka rabat kwiatowych w dole. Każdy pokój przypominał komnatę hiszpańskiego monarchy lub arystokraty. Łóżka stały na podwyższeniach, a na pościeli widniał charakterystyczny monogram hotelu. Nagie ściany zdobiły skrzyżowane szable i chorągwie w błękitno-złotych barwach. Meble wykonano z bardzo ciemnego drewna, a krzesła miały wąskie, bogato rzeźbione oparcia. Na siedzeniach spoczywały małe atłasowe poduszki z czterema chwostami w rogach. Wokół patio mieściły się dwie niewielkie jadalnie dla gości, którzy woleli jadać osobno, oraz jedna większa, wspólna dla wszystkich. W hotelowym salonie wisiała kolekcja szabel o misternie zdobionych rękojeściach, a krzesła miały niezwykle wysokie oparcia, sięgające niemal połowy ściany. W ciągu dnia pomieszczenie pogrążone było w półmroku, wieczorem zaś kilka słabych żarówek dawało tak niewiele światła, że kąty nadal tonęły w ciemności. 

Pan Gutiérrez, ponury Hiszpan i właściciel hotelu, utrzymywał, że w jego żyłach płynie szlachecka krew. Na położonym za hotelem dziedzińcu, niedostępnym dla gości, sprzeczał się właśnie z kucharzem o koguta. Trzymał ptaka za nogi, nerwowo zaciskając i rozluźniając palce. Był bardzo szczupły, z głęboko podkrążonymi oczami. Wokół stało kilka prowizorycznych klatek dla królików i ogromny kurnik. Pan Gutiérrez należał do nielicznych osób w kraju, które hodowały kury w specjalnie przeznaczonym do tego pomieszczeniu. Kurnik był jednak pełen dziur — w siatce ziały trzy duże otwory, przez które ptaki swobodnie przechodziły tam i z powrotem. Na całym podwórzu panował chaos i bałagan. Właśnie zaczynało mżyć, kiedy wszedł pan Ramírez i przyjacielsko poklepał Gutiérreza po ramieniu. 

— Zejdźmy do baru. 

Bar mieścił się w podziemiach, a jego wnętrze pachniało świeżym drewnem. Stołki przy ladzie zrobiono z beczek. Pan Ramírez usiadł na jednym z nich, a pan Gutiérrez puścił na podłogę koguta, którego przyniósł ze sobą. Ptak zaczął dostojnie przechadzać się po lśniących deskach, dziobiąc wszystko, na co natrafił. 

— I co teraz sądzisz o moim barze, kiedy jest już gotowy? 

— Twoja brandy będzie mi smakować jeszcze bardziej, jeśli wypiję całą butelkę. 

— Ale sam bar ci się podoba? — nalegał Gutiérrez. 

— Jest naprawdę piękny. 

— Ten hotel zbudowałem z myślą o gwiazdach filmowych. Chcę, żeby aktorzy i aktorki przyjeżdżali tu na wakacje. Jak tylko droga będzie gotowa, zlecą się tutaj jak muchy. 

Spojrzał na Ramíreza, mając nadzieję, że dostrzeże w jego oczach choć odrobinę entuzjazmu. 

Przyjaciel był jednak całkowicie pochłonięty oglądaniem etykiet na butelkach. 

— Będą tu przyjeżdżać także nowożeńcy. Zamożni ludzie lubią po ślubie wyruszać w dalekie podróże. 

Gutiérrez zdjął z półki butelkę brandy i napełnił oba kieliszki. 

— Ciebie chyba wcale nie interesuje ta nowa droga. Mnie śni się nawet po nocach. Zobaczysz, jak bardzo zmieni się tutejsze hotelarstwo, kiedy ją ukończą. Za pięć lat nie poznasz miejsca, w którym się urodziłeś. 

Pan Gutiérrez nie potrafił zrozumieć, że Norberta Ramíreza interesowały właściwie tylko przyjemności i władza nad innymi. Większość majątku odziedziczył, a swoje powodzenie zawdzięczał przede wszystkim sprytowi i sztubackiej bezczelności. 

Gutiérrezowi trudno było uwierzyć, że człowiek tak znaczący i budzący respekt, jak Ramírez, może nie mieć smykałki do interesów. Był przekonany, że niechęć Ramíreza do poważnych rozmów to tylko poza, która z czasem stała się jego drugą naturą. 

— Postanowiłem nie odkładać budowy hotelu, bo za kilka lat ceny będą znacznie wyższe. Już teraz mam wielu gości, którzy wybierają mój hotel, bo mogą tu liczyć na doskonałą obsługę. To ludzie z najlepszych sfer, dla których każdy szczegół musi być bez zarzutu. Wiesz przecież, przyjacielu, że zrobić coś porządnie wcale nie kosztuje więcej niż byle jak. A skoro w Europie coraz głośniej mówi się o wojnie, ci, którzy dotąd spędzali wakacje w Biarritz, zaczną wybierać mój hotel. Nie zamierzam jednak przyciągać ich niskimi cenami. Będą płacić tyle samo co w Biarritz. Gdybym żądał mniej, mogliby nabrać podejrzeń: „Skoro tak mało każą płacić, coś musi być nie w porządku”. Jeszcze pomyślą, że zatrzymują się tu ludzie z gorszego towarzystwa. Trzeba będzie obchodzić się z nimi jak z niemowlętami, żeby nic nie zakłóciło ich spokoju. Odrobina hiszpańskich akcentów będzie dla nich przyjemną odmianą. Ale, jak sam powiedziałeś, najważniejsze, żeby hotel sprawiał wrażenie prawdziwego pałacu. 

W drzwiach stanęła indiańska służąca, około czterdziestki. Karmiła piersią dziecko i uśmiechała się. 

— Czego chcesz? — zapytał pan Gutiérrez. 

— Przyszłam po koguta, señor. Musi być bardzo nieszczęśliwy, odkąd oddzielono go od braci i sióstr. Biedak nie ma tu nawet co jeść. 

Podeszła do koguta i spróbowała go złapać. 

Nagle ptak rozpostarł skrzydła i zaczął biegać na oślep po barze. Niemowlę rozpłakało się. 

— Zostaw go! Zostaw! — zawołał Gutiérrez. — Przyjdziesz po niego później. 

— Nie, poczekaj — odparł Ramírez, zeskakując ze stołka. — Sam go złapię. 

Rozłożył szeroko ramiona i ruszył za kogutem, ganiając go z kąta w kąt. Obcasami zostawiał głębokie ślady na drewnianej podłodze, ku rozpaczy Gutiérreza, który nerwowo pocierał nos wierzchem dłoni. Ramírez był już mocno zaczerwieniony i coraz bardziej chwiał się na nogach. W końcu rzucił się na uciekającego ptaka i przygniótł go do podłogi. 

— Och… — westchnęła służąca. — Teraz już nie żyje. Jutro będziemy musieli podać go na kolację. 

— Zabierz go stąd, na Boga! — krzyknął Gutiérrez. 

Pomógł przyjacielowi wstać i podał służącej zakrwawionego koguta. 

— Co za szkoda… Naprawdę wielka szkoda… 

Kobieta pokręciła głową i wyszła. 

Mężczyźni wypili jeszcze po kieliszku brandy. Nie zwrócili najmniejszej uwagi na pióra i ślady krwi pozostałe na marynarce pana Ramíreza i drewnianej podłodze. 

 

Tymczasem señorita Córdoba siedziała na patio, czekając na powrót pana Ramíreza, i zaczynała się już niecierpliwić. 

— Boże — mruknęła do siebie. — Nie mam przecież ani chwili do stracenia. Zachowuję się jak kompletna idiotka. 

Na dodatek rozpadało się, a pod szerokim okapem, chroniącym patio przed słońcem i deszczem, panował ponury półmrok. Wróciła więc do swojego pokoju, poprawiła makijaż i przebrała się w krótszą sukienkę. Potem postanowiła zapukać do pani Ramírez i pod pretekstem niewinnego pytania dowiedzieć się, gdzie jest jej mąż. Tak też zrobiła. 

Przez chwilę nikt nie odpowiadał. Señorita Córdoba zapukała ponownie, tym razem głośniej. 

— Proszę wejść — odezwała się pani Ramírez cichym głosem. 

Violeta otworzyła drzwi i zobaczyła panią Ramírez oraz jej dwie córki leżące na stojących obok siebie łóżkach. W ciemnych oczach Consueli malował się głęboki smutek. Dziewczynka powoli odwróciła głowę w stronę Violety. Gdy tylko Lilina dostrzegła señoritę Córdobę, schowała twarz pod poduszką. Pani Ramírez patrzyła sennym wzrokiem i wydawała się zupełnie obojętna na to, co działo się wokół. Señorita Córdoba postanowiła nie zważać na przygnębiający nastrój i szybko podeszła do jej łóżka. 

— Pomyślałam, że po tym, co wydarzyło się dziś po południu, może być pani trochę zdenerwowana. Chciałam tylko powiedzieć, żeby się pani tym nie przejmowała. I zapytać, czy mogę w czymś pomóc. 

Pani Ramírez jedynie skinęła głową i przymknęła oczy. 

Señorita Córdoba coraz bardziej się niecierpliwiła. Odwróciła się do Consueli. 

— A ty, młoda damo, powinnaś mnie przeprosić. 

Consuela stanowczo pokręciła głową. 

— Nie. Nie zrobię tego. Jest pani bardzo złą kobietą. 

Violeta położyła dłoń na piersi. 

— Cóż, pani Ramírez, pani córka jest po prostu histeryczką. Ja natomiast jestem osobą pobożną i pracowitą. I właściwie tylko tyle można o mnie powiedzieć. 

— Oczywiście. — Pani Ramírez otworzyła oczy. — Tylko tyle. A o mnie można powiedzieć, że mam dwie córki i wiele zmartwień. 

— Zapewne ciekawi panią, gdzie jest teraz pani mąż. 

— Ani trochę — odparła pani Ramírez. — Właściwie zawsze jest poza domem. 

Señorita Córdoba z trudem ukrywała irytację. 

— Ale gdzie dokładnie? Gdzie może teraz być? 

— U Gutiérreza. Piją razem. 

— Kim jest Gutiérrez? 

— To właściciel hotelu Alhambra. Mąż nigdy mi go nie przedstawił i chyba już nie będę miała okazji go poznać. 

Gdy tylko dowiedziała się, gdzie jest pan Ramírez, señorita Córdoba pośpiesznie się pożegnała. Wychodząc, przypomniała jeszcze Consueli, że powinna jak najszybciej przeprosić i okazać skruchę. Następnie ruszyła zdecydowanie, niczym wysłanniczka potężnej organizacji, której powierzono ważną misję. Nie dopuszczała do siebie myśli o porażce. Liczyły się dla niej jedynie kolejne kroki, które miały doprowadzić ją do tego, czego pragnęła. 

Kiedy dotarła do hotelu, na patio natknęła się na służącą i zapytała o pana Gutiérreza. 

— Jest w barze — odparła kobieta i powoli zaprowadziła ją korytarzem. 

— Dobry wieczór — powiedziała señorita Córdoba, wchodząc do środka. — Mam nadzieję, że nie przerwałam panom jakiejś ważnej rozmowy o interesach. Kobietom niestety często zdarza się nieumyślnie przeszkadzać w takich rozmowach. 

— Kobiety nie mają żadnych wad — stwierdził pan Ramírez. 

Zeskoczył z wysokiego stołka i chwycił ją pod ramię nieco zbyt mocno. 

— Chciałabym obejrzeć pokoje w tym hotelu. Pomyślałam, że może zechce mnie pan oprowadzić — zwróciła się do niego señorita Córdoba. 

— Jestem przekonany, że bardzo się pani spodobają. 

Pan Gutiérrez z entuzjazmem ruszył w stronę wyjścia, ale Ramírez powstrzymał go gestem. 

— Pokoje mogą poczekać. Najpierw wypijmy za przybycie tej pięknej damy. Gutiérrez, podaj señorcie szampana. Proszę usiąść.  

Señorita Córdoba chętnie przyjęła zaproszenie i usiadła przy barze. 

— To bardzo miłe — uśmiechnęła się. — Lubię szampana, bo zawsze przypomina mi Paryż, za którym tęsknię. 

— Paryż to stolica rozrywki. Tamtejsze życie nocne jest naprawdę wspaniałe — stwierdził pan Gutiérrez, przekonany, że ma przed sobą zamożną i elegancką klientkę. — Chcę, żeby pobyt tutaj kojarzył się pani właśnie z Paryżem. Dostaję stamtąd listy z prośbami o rezerwację pokoju. Przypuszczam, że pani ojciec ma plantację kawy, a pani większość życia spędza między Paryżem a Biarritz. Po powrocie wszystko tutaj musi się pani wydawać obce… niemal jak dżungla, prawda? 

— Ta pani — wtrącił Ramírez — zatrzymała się w tym samym pensjonacie co moja żona z córkami. Właśnie tam ją poznałem. 

Gutiérrez wyraźnie stracił dobry humor. Nie przyszło mu do głowy, że jego potencjalni klienci mogliby zatrzymywać się w pensjonacie pani Espinozy, który uważał za zdecydowanie podrzędniejszy od eleganckich hoteli. 

— Właścicielkę tego pensjonatu znam tylko z widzenia — powiedział z westchnieniem. — Właściwie nie znam tutaj prawie nikogo. To służba robi za mnie zakupy, więc nie mam powodu zadawać się z ludźmi. 

— Chyba lepiej żyć samotnie — zauważyła señorita Córdoba — niż przebywać wśród tych, którzy tylko czekają na okazję, żeby z kogoś szydzić.  

Pan Ramírez nagle spoważniał. Przez chwilę rozważał nawet, czy nie wrócić od razu do stolicy. 

— Ależ nie! — wykrzyknął. — Co to za rozmowy o samotności? Zostańmy razem, przyjaciele! Jak kurczęta pod skrzydłami jednej kwoki! 

Pan Gutiérrez był już nieco pijany i zaczął poruszać tematy, o których na trzeźwo zapewne w ogóle by nie mówił. 

— Nie — odparł. — Żadnych kurcząt pod skrzydłami jednej kwoki. Każdy człowiek musi żyć sam, zachować dumę i kierować się zasadami wyniesionymi z rodzinnego domu. Nie godzi się też mieszkać gorzej niż za młodu. Powinniśmy pamiętać o rodzicach i o tym, co nam przekazali — o rzeczach naprawdę świętych. 

— Jedyną świętością, jaka istnieje, mój biedny przyjacielu, są pieniądze — odpowiedział Norberto Ramírez z uśmiechem człowieka, który ponad wszystko cenił sobie przyjemności. 

— Nie. Święta jest więź łącząca ludzi z tej samej klasy — upierał się Gutiérrez. — Powinniśmy czuć szczególne przywiązanie do tych, którzy należą do naszego środowiska. Nie potrafię swobodnie rozmawiać z kimś, o kim wiem, że wychował się w zupełnie innych warunkach niż ja, a przy rodzinnym stole nie używano srebrnej zastawy.  

— A jednak rozmawiałbyś ze mną z przyjemnością, Gutiérrez, nawet gdybym jako dziecko jadał ze świniami z jednego koryta. 

— Nie, nie rozmawiałbym. Prawdziwa przyjaźń może łączyć tylko ludzi, którzy od początku wychowywali się w podobnych warunkach i przywykli do tego samego stylu życia. Tacy przyjaciele nie muszą nawet ze sobą rozmawiać. Wiedzą, że żaden nie zrobi niczego, co mogłoby drugiego zawstydzić lub zranić. Wystarcza im sama przyjemność bycia razem. Mam tutaj właśnie kogoś takiego. Zna cenę każdego mebla w Alhambrze i rozpoznaje te same wina co ja. Nie potrzebujemy rozmów. Łączą nas wspomnienia z Hiszpanii, skąd obaj pochodzimy. Jesteśmy sobie tak bliscy, że mógłbym nawet założyć jego bieliznę. Proszę mi wybaczyć, señorita. 

Skłonił lekko głowę.  

— Ale nawet za pięć tysięcy quetzali nie włożyłbyś mojej bielizny, prawda? — zawołał Ramírez, z dumą wypinając pierś. 

Gutiérrez, raz zacząwszy rozwodzić się nad swoim surowym kodeksem, który uważał za fundament porządku świata, nie potrafił już przestać. Zwykła kupiecka rozwaga ustąpiła miejsca fanatycznej pewności, jaka często ogarnia ludzi, gdy zaczynają mówić o prawdach, które w ich przekonaniu wyjaśniają wszystko.  

— Nie, señor — odparł. — Nie założyłbym pańskiej bielizny. Wyniósł pan z domu znacznie mniej wyrafinowane obyczaje niż ja, a z tego, co wiem, pańska rodzina miała chłopskie korzenie, zanim przybyła do tego kraju. 

— Jak można być tak nieuprzejmym, panie Gutiérrez! — oburzyła się señorita Córdoba, chwytając Ramíreza za rękę. — Jestem pewna, że to, co ten pan mówi, nie jest prawdą. 

— Niestety, to prawda — przyznał Ramírez. — Ale ta małpa zaraz pozna jeszcze kilka innych prawd. 

Señorita Córdoba była zaskoczona, że pan Ramírez wciąż zachowywał spokój, nie przewrócił żadnego ze stołków ani nie wszczął awantury. Najwyraźniej słowa o jego pochodzeniu nie wystarczyły, by wyprowadzić go z równowagi. Możliwe jednak, że wypity alkohol wprawił go w tak błogi nastrój, iż nie miał ochoty wdawać się w bójkę. 

— Niech więc całuje swoje krzesła, skoro tak je ceni. Ciekawe, czy znajdzie się kobieta, która zechce go choćby dotknąć. Zresztą pewnie jest nieszczęsnym eunuchem. Pocałuj mnie. 

Uniósł dłonią podbródek señority Córdoby i pocałował ją w usta. Przez moment Violeta zastanawiała się, czy nie powinna się opierać, ale szybko uznała, że lepiej udawać, iż pocałunek sprawia jej przyjemność. Delikatnie musnęła palcami ucho pana Ramíreza — był to jeden z niewielu czułych gestów, na jakie potrafiła się zdobyć. 

— Ta kobieta jest zwykłą ladacznicą — powiedział drżącym głosem pan Gutiérrez. 

Tego Ramírez nie zamierzał puścić płazem. Oderwał się od Violety i z całej siły uderzył Gutiérreza w szczękę. Tamten spadł ze stołka i legł nieprzytomny na podłodze. 

— A teraz — powiedział do señority Córdoby, pomagając jej zejść — znajdźmy jakieś przyjemne miejsce w tym pięknym hotelu Alhambra. 

Po tych słowach splunął na podłogę. 

— Cóż… — odezwała się señorita Córdoba, uznając, że nadeszła pora na odrobinę nieśmiałości. — Może posiedzimy chwilę na patio, a później wrócimy do pensjonatu? 

— Nie — odparł. — Chcę znaleźć miejsce, w którym będę mógł podziwiać twoją piękną twarz. 

Zaprowadził ją na górę, po czym kopnięciem otworzył drzwi jednego z pokoi i zapalił światło. Señorita Córdoba usiadła na ozdobnym krześle pana Gutiérreza i spokojnie złożyła dłonie na kolanach. 

— Od dawna chciałam poznać mężczyznę takiego jak pan — wyznała. — Kogoś, kto naprawdę potrafi cieszyć się każdą chwilą. 

— Ja nie pozwalam sobie na rozczarowania — odpowiedział Ramírez. — Za bardzo kocham życie. Mogę pokazać ci mnóstwo rzeczy, których jeszcze nie znasz. 

— A moje jest pełne rozczarowań — odparła. Serce zabiło jej szybciej na myśl, że jest coraz bliżej celu. 

W pokoju panował półmrok, a señorita Córdoba uważnie obserwowała pana Ramíreza, próbując odgadnąć, jak przyjął jej słowa. Jego spojrzenie było dziwnie puste, jakby patrzył na coś, czego wcale nie widział. 

— Nigdy nie zaznałaś prawdziwej miłości — stwierdził. 

— To nie jedyny powód — stwierdziła. 

Nagle Ramírez poczuł, jak bardzo jest pijany i opadł na łóżko. 

— Niech pan nie zasypia — zawołała nerwowo, podnosząc się z krzesła. 

— Do diabła, kto powiedział, że zamierzam spać? — oburzył się Ramírez. 

Podparł się na łokciach i spojrzał na nią niczym rozjuszony byk. 

— Proszę mnie posłuchać — zaczęła. — Jestem tak nieszczęśliwa na fince, na której mieszkam, że jeśli będę musiała zostać tam dłużej, chyba utopię się w rzece. 

— Topienie się niczego nie rozwiąże — odparł Ramírez. — Tak robią tylko tchórzliwi głupcy, jak te małe psy, które widuje się w Meksyku, wiecznie trzęsące się ze strachu. Nie jesteś teraz na swojej fince. Chodź tutaj, połóż się na łóżku i przestań tyle mówić. 

Wyciągnął ku niej rękę, jakby chciał ją do siebie przyciągnąć. 

— Chcę pojechać do Paryża, gdzie mam znajomych, i założyć własną pracownię krawiecką. 

— Oczywiście — odparł Ramírez. 

— Tylko że nie mam na to pieniędzy. 

— Mnie pieniędzy nie brakuje. 

— Potrzebuję pięciu tysięcy dolarów. 

Ramírez sięgnął do paska i zaczął rozpinać spodnie. 

Señorita Córdoba przypomniała sobie, że po intymnym zbliżeniu wielu mężczyzn traci zainteresowanie kobietą. Uznała więc, że najpierw musi się upewnić, czy otrzyma obiecany czek. Nie bardzo wiedziała, jak to osiągnąć, ale zachłanność, nietrzeźwość Ramíreza i przekonanie, że ma do czynienia z grubianinem, pozwalały jej wierzyć, że dopnie swego. Szybko podeszła do okna i odwróciła się do Ramireza plecami. 

— Czego wypatrujesz za oknem? — zapytał Ramírez ochrypłym głosem, wyczuwając, że coś się zmieniło. 

— Niczego. Po prostu myślę, że właściwie wcale pana nie obchodzi, czy uda mi się otworzyć pracownię. 

— Będziesz mogła otworzyć ich tysiąc, moja piękna. Co się z tobą dzieje? 

— To nieprawda. Nie stać mnie nawet na jedną. 

Odwróciła się i spojrzała na niego. 

— Ty mała dzika kotko — powiedział. 

Señorita Córdoba spróbowała przybrać jeszcze bardziej zmartwiony wyraz twarzy. 

— Jeśli nie zechce mi pan pomóc w otwarciu pracowni, będę musiała poszukać kogoś innego. 

— Pomogę ci otworzyć ich pięćdziesiąt. Jutro od razu się tym zajmę. 

— Nie potrzebuję przecież pięćdziesięciu, wystarczy mi jedna. Czy mógłby pan zrobić mi tę przyjemność i wręczyć czek jeszcze dziś wieczorem? Wtedy zasnę spokojnie, wiedząc, że wkrótce będę miała własną pracownię. Chociaż raz poszłabym spać bez obawy, że znów będę musiała wrócić na tę przeklętą fincę, znosić wycie psów i głośne modlitwy matki. Jeden czek uwolniłby mnie od tych wszystkich ponurych myśli, a ja byłabym panu ogromnie wdzięczna. Zwłaszcza że to właśnie pan może sprawić mi tę radość. 

— Dobrze, więc podejdź tutaj. 

Usiadła obok niego na łóżku i pozwoliła mu się pocałować, jednak po chwili odsunęła się i powiedziała: 

— Proszę teraz dać mi ten czek. 

— Co ty wyprawiasz? — oburzył się pan Ramírez. — Nadal zawracasz sobie głowę tym przeklętym czekiem? 

— Tak — odparła señorita Córdoba, uznając, że nie ma już sensu zachowywać pozorów ani silić się na delikatność. — Nie pójdę z panem do łóżka, dopóki nie dostanę czeku na pięć tysięcy dolarów albo przynajmniej pisemnego zapewnienia, że otrzymam tę sumę.  

Oczywiście reakcja pana Ramíreza była inna, niż się spodziewała. Z wysiłkiem zszedł z łóżka i zapiął spodnie. Señorita Córdoba obserwowała go bacznie. Mięśnie na jego szyi wyraźnie się napięły. 

„Znowu się złości” — pomyślała. 

Nie wiedziała jednak, jak go uspokoić. Przyszło jej do głowy tylko jedno pytanie: 

— Dokąd pan idzie? 

Powiedziała to z wyraźną ironią, a jej dotychczasowa, udawana czułość zniknęła, gdy dotarło do niej, że prawdopodobnie nie uda jej się zdobyć pieniędzy. Pan Ramírez drżał, a jego twarz była mocno zaczerwieniona. Señorita Córdoba stała bez ruchu, starając się zachować pozory spokoju, gdy mężczyzna chwiejnym krokiem opuszczał pokój. Dopiero kiedy usłyszała jego ciężkie kroki na schodach, wyszła na balkon i spojrzała przez balustradę na patio. Paliła się tam tylko jedna lampa. Po chwili señorita Córdoba zobaczyła, jak pan Ramírez wychodzi na dziedziniec i podnosi pokaźną donicę z wysoką rośliną. Naczynie było tak ciężkie, że upuścił je tuż obok siebie. Roztrzaskało się na kawałki, ale odgłos uderzenia okazał się znacznie słabszy, niż się spodziewała, bo znajdująca się w środku ziemia stłumiła huk. 

Nie potrafiła pojąć źródła jego gniewu. Nie rozumiała bowiem złożoności ludzkich emocji ani głęboko skrywanych ran, z których może rodzić się przemoc. Nie dostrzegała też, że często bierze się ona z rozpaczliwej i ponurej potrzeby obrony własnego „ja” — początkowo bezbronnego niczym płód, lecz z czasem rozrastającego się do ogromnych rozmiarów, jak potężny chwast. Sama nie należała do osób szczególnie przenikliwych, toteż nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia, jakie stwarzają ludzie, u których potrzeba samoobrony staje się silniejsza od tego, co ma chronić. Z czasem otaczająca ich skorupa twardnieje, karmiona najbardziej pierwotnymi ludzkimi instynktami. Señorita Córdoba nigdy nie doznała żadnej poważnej krzywdy. Pozostawała też zupełnie nieświadoma działania takich mechanizmów. Jej własny gniew znajdował ujście jedynie w niegroźnych wybuchach.  

Tymczasem pan Ramírez mocował się z wielkimi drewnianymi drzwiami prowadzącymi na ulicę. Szarpał za ciężkie żelazne łańcuchy, robiąc przy tym mnóstwo hałasu, lecz na próżno — wejście było zamknięte od środka. Señorita Córdoba nie mogła go już dostrzec w ciemności; słyszała jedynie brzęk łańcuchów i odgłosy jego bezowocnych zmagań. Nagle wszystko ucichło. Po chwili rozległy się jego kroki — Ramírez kierował się z powrotem ku schodom. 

„Boże — pomyślała. — Z pewnością chce mnie zabić”. 

Ostrożnie przeszła na drugi koniec balkonu. Na szczęście hałas obudził służącą, która wcześniej szukała koguta. Kobieta wyszła na patio, by sprawdzić, co się stało. 

— Drzwi są zamknięte! — zawołał do niej Ramírez. 

— Tak — odpowiedziała spokojnie. — Przyniosę klucz. 

Po chwili zjawiła się z kluczem i otworzyła panu Ramírezowi drzwi. Señorita Córdoba uznała, że sama na razie nie wróci do pensjonatu. Przypominała polityków, którzy potrafią szybko otrząsnąć się z porażki — nie dlatego, że głęboko wierzą w słuszność własnej sprawy, lecz ponieważ ich myśli niemal natychmiast zwracają się ku kolejnemu działaniu. Tacy ludzie często okazują się przydatni, ale bywają też tak oderwani od rzeczywistości, że łatwo stają się obiektem kpin. Señorita Córdoba została jeszcze jakiś czas w ponurym pokoju urządzonym w hiszpańskim stylu, po czym zeszła na dół. Tym razem musiała obudzić indiańską służącą, żeby ta wypuściła ją na ulicę.  

 

 

Laura i Sally 

O czwartej po południu Laura Seabrook odpoczywała w łóżku. Mieszkała z Samem Brewsterem, mechanikiem z wykształceniem inżynierskim, który wykonywał w ośrodku Cataract najrozmaitsze prace. Regularnie jeździł ciężarówką do miasta po zaopatrzenie, a także prowadził autobus, którym ze stacji odbierał gości przyjeżdżających pociągiem. Obsługiwał również maszynę do cięcia drewna, naprawiał dachy i wymieniał uszkodzone siatki w oknach. Wszystkimi tymi pracami zajmował się z prawdziwą przyjemnością i nie sprawiał wrażenia, jakby żałował, że ukończył studia inżynierskie. Wyrzucał sobie jedynie, że zawiódł oczekiwania matki. Poza tym był na ogół szczęśliwy, dopóki otaczali go dobrzy, życzliwi ludzie i mógł spędzać czas na świeżym powietrzu. Nie znosił życia w mieście, ale nie idealizował też natury.  

Włosy Laury opadały na ramiona, częściowo zakrywając jej zamyśloną twarz. Rosnące nieopodal gęste, ciemne sosny sprawiały, że w domku panował półmrok. Nad jej głową paliła się niebieska żarówka, która zastępowała światło dzienne. Laura była kobietą niezwykłej urody. 

Sally McBride stała w progu i uśmiechała się do Laury. Miała łagodną, zaróżowioną twarz i duże, okrągłe niebieskie oczy o wyrazie niemal fanatycznym. Każdego lata przyjeżdżała do ośrodka Cataract, gdzie pracownicy uważali ją za osobę nieco ekscentryczną i niezbyt bystrą. Ubierała się staromodnie i bez większego wyczucia, przez co wyglądała, jakby przybyła z innego kraju albo z odległej epoki. Tego dnia miała na sobie czarny płaszcz z pomarańczowym futrzanym kołnierzem oraz kapelusz przypominający budkę dziecięcego wózka. Wyglądała najwyżej na czterdzieści lat. 

— Jak się czujesz? — zapytała Laurę. — Myślałam, że o tej porze będziesz już przebrana i gotowa do kolacji. 

— Nie jestem w stanie się ubrać — odpowiedziała Laura, nie podnosząc wzroku. 

— Znowu ogarnęła cię melancholia? — odezwała się Sally z uśmiechem. 

Laura milczała. 

— Wiesz co? — ciągnęła Sally. — Powinnaś nauczyć się jakoś sobie radzić, niezależnie od tego, czy jesteś pogrążona w melancholii, czy nie. Jeśli naprawdę tego zechcesz, uporasz ze wszystkim, co cię spotka.  

W wyrazie twarzy Sally było coś wyrachowanego, a wręcz perfidnego. 

Laura po raz pierwszy podniosła na nią wzrok. 

— A co właściwie zostaje człowiekowi, kiedy już nauczy się radzić sobie z życiem? — zapytała ponuro. 

 

— Szczęście — odparła Sally. — Życie jest chaotyczne, a szczęście daje poczucie ładu. To coś w rodzaju misternie skonstruowanej, a zarazem solidnej klatki, w której można się schronić przed chaosem świata. Tylko pamiętaj, że powiedziałam „klatka”, a nie „pokój”. To nie to samo. 

— A co to za różnica? 

— Między pokojem a klatką. Naprawdę nie rozumiesz, co mam na myśli? 

Laura tylko wzruszyła ramionami. 

— Nie musisz mi tego wyjaśniać — powiedziała. 

Doskonale wiedziała, że wywód Sally będzie długi i nieznośnie nudny. Sally jednak nie zraziła się jej reakcją i mówiła dalej: 

— Jeśli twoje szczęście przypomina misternie wykonaną klatkę, wciąż możesz oglądać świat, a świat może oglądać ciebie, choć od wszystkiego wokół oddzielają cię mocne, srebrne pręty. Pokój natomiast całkowicie odcina cię od świata zewnętrznego. 

Laura zasłoniła twarz dłońmi. 

— Nienawidzę ośrodka Cataract — powiedziała. — Tego jestem pewna. 

— Ja bardzo lubię to miejsce — odparła spokojnie Sally. — Może dlatego, że kocham sosny. Są niepozorne, ale zawsze przy tobie, jak dobry przyjaciel albo wierny pies, zimą i latem. A kiedy ich gałęzie uginają się pod ciężarem śniegu, nie ma na świecie piękniejszych drzew. Lubisz sosny? 

Laura nie odpowiedziała. Wciąż wyglądała na pogrążoną w myślach. 

— Jestem pewna, że spodobałoby ci się gdzieś na Hawajach — dodała Sally. — Jesteś taka impulsywna i niecierpliwa. Bardziej pasuje do ciebie palma niż sosna. Nie sądzisz? 

— Nigdy się nad tym nie zastanawiałam — odparła Laura. — Nie myślę o takich rzeczach. Chyba nigdy nawet nie przyglądałam się drzewom, a co dopiero o nich rozmyślać. Nie mam tak beztroskiej natury. 

— Ja też nie jestem beztroska, Lauro — powiedziała Sally. — Muszę spędzać wiele godzin samotnie w swoim domku. Właśnie tam idę. Po południu ogarnęło mnie rozdrażnienie i chcę się nad tym zastanowić. 

— Ktoś, kto potrafi rozprawiać o idei szczęśliwego życia, z pewnością nie ma zbyt wielu powodów do zmartwień — zauważyła Laura bez większego zainteresowania. 

— Nie opowiadaj bzdur, Lauro. Od zarania dziejów najwybitniejsze umysły zajmowały się tymi kwestiami — zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. 

— Masz na myśli religię — odpowiedziała Laura. — Nie żadną ideę szczęśliwego życia. 

Sally nagle spoważniała. Odwróciła się i odeszła, a Laura usłyszała szelest suchych liści pod jej stopami. Przez chwilę nasłuchiwała, lecz nie potrafiła stwierdzić, czy Sally idzie przez sosnowy zagajnik do siebie, czy wraca do głównego budynku. 

„Uraziłam Sally” — pomyślała Laura. 

Jej twarz straciła zamyślony wyraz i nabrała powagi, a nawet pewnej dostojności. Wstała. 

— Muszę ją znaleźć. 

Włożyła przez głowę czarną suknię z cienkiego, lekkiego materiału, po czym starannie rozczesała sztywne włosy. Ruszyła między sosnami na poszukiwanie Sally. 

Szła powoli, lekko kołysząc się na boki niczym marynarz. Usta miała delikatnie rozchylone, a na jej poważnej twarzy malowało się zdumienie, narastające w miarę zbliżania się do głównego budynku. Całkowicie otrząsnęła się już z wcześniejszej apatii. Kiedy weszła na taras, zatrzymała się i rozejrzała za Sally. Silny wiatr zagłuszał huk wodospadów. W końcu ją dostrzegła — Sally z trudem przeciskała się między ustawionymi tuż przy urwisku stolikami a ciężkim łańcuchem rozciągniętym wzdłuż krawędzi przepaści. 

„Dlaczego wybrała akurat to przejście?” — zastanawiała się Laura. 

Między stolikami a łańcuchem było tak ciasno, że trudno było się tam poruszać bez potrącania siedzących osób. Laura szybko znalazła się po drugiej stronie, wybierając wygodniejsze przejście w pobliżu schodów prowadzących do budynku. Za nimi zaczynał się kolejny sosnowy zagajnik, przez który ścieżka prowadziła aż do głównej drogi. Laura dotarła tam przed Sally i schowała się za drzewem, czekając, aż tamta ją minie. Gdy Sally przeszła obok, wyszła z ukrycia i ruszyła jej śladem. Wiedziała, że zmierza do restauracji pana Cassalottiego w pobliskiej wiosce. W ciągu ostatnich trzech tygodni już kilka razy szła za nią aż do wsi, a potem do niej dołączała. 

 

Napady złości i chwile upokarzania Sally stawały się dla Laury coraz bardziej pociągające. Pobudzały ją i wyrywały z odrętwienia. Choć w takich chwilach czuła do Sally tak silną niechęć, że najchętniej wymierzyłaby jej policzek, zarazem budziło się w niej poczucie własnej godności, nagłe i gwałtowne niczym wielki ptak. Nie szła więc za Sally po to, by ją pocieszać, lecz dlatego, że chciała przez jakiś czas rozkoszować się własnym spokojem i szlachetnością, które za każdym razem odnajdywała w sobie pod wpływem złości Sally. 

Laura podążała za Sally w takiej odległości, żeby tamta nie usłyszała jej kroków. Ośrodek Cataract leżał wprawdzie pośród zupełnie dzikiej przyrody, lecz w pobliżu znajdowała się niewielka osada, której nie można by nazwać miasteczkiem. Było tam jednak kilka sklepów, restauracja i stacja kolejowa. 

Sally weszła po schodach do restauracji i skierowała się do jadalni w tylnej części budynku. Można było się do niej dostać wyłącznie przez sklep od frontu. W pomieszczeniu panował półmrok i stało tam zaledwie pięć czy sześć stolików. Nie było nikogo, choć z piętra dobiegały odgłosy krzątających się po mieszkaniu ludzi. Sally usiadła przy stoliku obok oszklonej gabloty, którą pan Cassalotti urządził w szerokiej wnęce w ścianie. W tle widniał niewielki domek otoczony trawnikiem i lasem, a w pobliżu płynął wąski strumień. Cassalotti przedłużył namalowany trawnik za pomocą sztucznej trawy używanej w teatrze i ustawił na niej niewielkie ogrodowe kratki ozdobione papierowymi różami. Było ich jednak zdecydowanie za dużo i wyraźnie odcinały się od delikatnych, pastelowych kwiatów namalowanych w tle. Trawnik zapełniały bezładnie rozmieszczone figurki wykonane w różnych stylach i z rozmaitych materiałów — jedne z jaskrawo pomalowanego ołowiu, inne z drewna. Pośrodku stał miniaturowy pomarańczowy samochód z małą gumową figurką niemowlęcia w środku. Po obu stronach gabloty umieszczono lampki, które o tej porze były jedynym źródłem światła w całej jadalni. 

Każdy bywalec restauracji, obdarzony choć odrobiną zmysłu estetycznego albo poczuciem ładu i właściwych proporcji, odczuwał niemal nieodpartą potrzebę rozbicia szyby i wyrzucenia z gabloty pomarańczowego samochodziku, a być może także kilku figurek. Jedynie rodzina Cassalottich oraz dzieci przyglądające się oszklonej scence nie dostrzegały w niej niczego rażącego. 

Sally przez chwilę przypatrywała się dobrze znanej gromadce na miniaturowym trawniku. Zazwyczaj pochłaniała ją tylko jedna obsesja na raz, tym razem jednak ogarnęła ją nagła potrzeba usunięcia pomarańczowego samochodziku, od którego nie mogła oderwać wzroku. Instynktownie, jak każdy, kto przyglądał się tej gromadce, zaczęła szukać w szybie jakiejś szczeliny, choć doskonale wiedziała, że jej nie znajdzie. W końcu odwróciła się od gabloty, zamknęła oczy i zaczęła drżeć. Jej twarz wyrażała ogromne napięcie. Nie pozwoliła jednak, by histeria wywołana słowami Laury przeraziła ją lub pogrążyła w rozpaczy. Przyjęła ten stan z takim samym spokojem, z jakim każdego dnia znosiła ogłuszający huk wodospadów w ośrodku Cataract. Gdzieś w głębi, mimo kolejnego napadu, wciąż zachowywała pogodę ducha, nadzieję i niezachwiane przekonanie, że nic nie zdoła jej pokonać. 

Sally rozumiała, że Laura chciała ją zranić, przeciwstawiając „ideę szczęśliwego życia” wielkim religiom świata. Najbardziej poruszył ją jednak nie sam sens tego porównania, lecz fakt, że słowa Laury były skierowane właśnie przeciwko niej. Nawet najmniejszy przejaw niechęci czy krytyki z jej strony godził w Sally niczym dotkliwy cios. Mimo to nie traciła przekonania, że ostatecznie zwycięży. Sally przeczuwała również — choć nigdy świadomie się nad tym nie zastanawiała — że Laura jest znacznie silniej związana ze światem niż ona sama. Krył się w tym pewien paradoks, ponieważ Laura była leniwa i otwarcie kpiła z życia, uważając je za pozbawione sensu. A jednak wystarczyło, że zaczynała mówić o sprawach naprawdę ważnych, a jej głos i spojrzenie nabierały niezwykłej siły, nadając jej słowom autentyczność. Gdyby Sally naprawdę zależało na tym, by stać się kimś wyjątkowym, odkrycie, że w głosie Laury pobrzmiewa więcej prawdy niż w jej własnym, mogłoby ją głęboko przerazić. Zrozumiałaby wtedy, że to, co Laura pojmuje instynktownie i bez najmniejszego wysiłku, jej samej może zająć całe życie. Taka świadomość na pewien czas odebrałaby jej zapał i skłoniła do porzucenia własnych poszukiwań — z bezsilności, a być może także z zazdrości. Gdyby jednak znalazła w sobie dość siły, mogłaby podążać dalej własną drogą, bogatsza o to, czego nauczyła się od Laury, i bardziej świadoma własnych ograniczeń. 

Nie wybrała jednak żadnej z tych dróg. Zamiast tego postanowiła za wszelką cenę zyskać przewagę nad Laurą, choć sama nie potrafiła określić, na czym właściwie miałoby polegać jej zwycięstwo. Kierowało nią nieuświadomione pragnienie zdobycia czegoś, czego nie umiała nawet nazwać. Zastanawiające było, że Sally, której życie wypełniały nieustanne próby, wyrzeczenia i narzucane sobie praktyki mające ją oczyścić, tak gwałtownie reagowała na najmniejszy przejaw wyższości ze strony innej kobiety — niezależnie od tego, czy rzeczywiście miała z nim do czynienia, czy istniał jedynie w jej wyobraźni. Najwyraźniej wszystko, co uważała w sobie za najlepsze i najbardziej duchowe, łączyła ze swoim życiowym powołaniem. W relacjach z przyjaciółmi dochodziły natomiast do głosu bardziej pierwotne i mniej szlachetne cechy jej charakteru. 

 

Drzwi się otwarły i do jadalni weszła Laura. Przez chwilę stała w smudze światła padającego od drzwi, a jej uroda wydawała się jeszcze bardziej tajemnicza i wyrazista niż zwykle. Sally uniosła głowę i zauważyła, że w cieniu twarz Laury nabierała głębi, której w ostrzejszym świetle nie sposób było dostrzec. Tym razem jej rysy i wewnętrzne piękno zdawały się tworzyć nierozerwalną całość. Sally przyglądała się Laurze bez cienia zazdrości. Całą jej uwagę pochłaniała walka o zachowanie kontroli nad własną twarzą, a nawet nad ruchami rąk i nóg. 

„Nienawidzę swojego układu nerwowego” — pomyślała Sally. „Ale kiedyś nauczę się nad nim panować”. 

Laura powoli zbliżała się do stolika. Sally kątem oka obserwowała jej poważną, zmęczoną twarz. 

„Tak właśnie zaczyna się każdy atak” — pomyślała. „Nie mogę pozwolić, żeby posunęła się dalej. To ja powinnam zaatakować pierwsza. Chociaż może nie jest to najlepszy moment, żeby wdawać się w walkę. Dlaczego Cassalotti siedzą o tej porze na górze?” 

Laura zatrzymała się przy jej stoliku. Sally nie mogła już dłużej wmawiać sobie, że jej nie zauważa. 

— Witaj, Sally — powiedziała Laura, po czym dosiadła się, nie czekając na zaproszenie. 

Sally uniosła brwi i szerzej otworzyła oczy. Na jej twarzy pojawiło się napięcie. Z całych sił starała się zachować spokój, czekając na kolejną zaczepkę Laury. Ta jednak nigdy nie atakowała jej wprost. Przeciwnie, potrafiła ukrywać swoją wrogość tak zręcznie, że przypadkowy obserwator w ogóle by jej nie zauważył. Sally również, posłuszna jakiejś tajemniczej, lecz głęboko zakorzenionej zasadzie, nie podnosiła głosu ani nie zdradzała, że wyczuwa niechęć kryjącą się w słowach Laury. Choć doskonale zdawała sobie sprawę, że Laura próbuje ją zranić, dobre wychowanie nie pozwalało jej okazać gniewu. Odpowiadała więc spokojnie i uprzejmie, jakby niczego nie dostrzegała. 

Przez wiele lat ośrodek Cataract był dla Sally schronieniem przed ciężarem i trudnościami, jakie niosły ze sobą relacje z innymi ludźmi. Odkąd pojawiła się Laura, stał się jednak miejscem, w którym wszystko to osiągało apogeum. Co dziwniejsze, Sally zupełnie nie zdawała sobie z tego sprawy. Podzieliła swoje życie na dwie wyraźnie oddzielone części i nie potrafiła już zaakceptować niczego, co wymykałoby się temu podziałowi. W kontaktach z Laurą — choć nigdy tego po sobie nie pokazywała — stawała się zaborcza, zaciekła i pozbawiona skrupułów. 

Przez chwilę obie milczały. Wreszcie Laura zapytała, gdzie podziewają się Cassalotti. 

— Zapewne siedzą u siebie, jak to Włosi — odpowiedziała Sally. 

— Mam ochotę na piwo — oznajmiła Laura. — Pójdę do nich i poproszę, żeby zeszli na dół. Napijesz się ze mną? 

Sally patrzyła nieruchomo przed siebie szeroko otwartymi, lśniącymi oczami. Na jej ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. 

— Przecież wiesz, że nie piję, Lauro — odpowiedziała. 

— Zapomniałam — odparła Laura. — Poza tym mogłaś przecież zmienić zdanie. 

— Nie zmieniam swoich zasad. 

— Naprawdę? — Laura udała zdziwienie. — Powinnaś się kiedyś przekonać, jak to jest być kimś zupełnie innym. Dlaczego właściwie nie spróbować się upić? 

Oparła brodę na dłoni i przez chwilę uważnie przyglądała się Sally. 

— Chcesz tylko siać wokół siebie chaos, prawda? — zapytała Sally. 

— Tak o mnie myślisz? 

— Jesteś kimś, kto wszystko niszczy. Wystarczy spojrzeć na twój domek. Nie krytykuję cię, ale proszę, nie każ mi być taką jak ty. 

Głowa Sally lekko drżała ze wzburzenia. 

— Proszę, nie każ mi być taką jak ty — powtórzyła. 

— Nie chciałabym, żebyś była taka jak ja, Sally — powiedziała szczerze, a w jej głosie zabrzmiała nawet odrobina czułości. — Nie chciałabym, żeby ktokolwiek był taki jak ja. Dopada mnie melancholia. Przecież o tym wiesz. 

W jej pięknych oczach było teraz tyle ciepła i troski, że Sally nie mogła odpowiedzieć opryskliwie, nie narażając się na śmieszność. Zacisnęła więc wargi i zamilkła. Po chwili Laura znów się odezwała: 

— Lubisz chyba spędzać czas sama w domku? 

— Uwielbiam. 

— Dlaczego nie kupisz sobie kuchenki Sterno? Mogłabyś podgrzewać na niej konserwy i przygotowywać sobie proste, ciepłe posiłki. 

— Wolę siedzieć na tarasie i jeść, patrząc na wodospad — odparła Sally, czując, że znów musi mieć się na baczności. 

— Beryl mogłaby przynosić ci jedzenie z kuchni w głównym budynku. Poza tym kuchenka Sterno jest niedroga. 

— Mimo wszystko wolę jeść na tarasie z widokiem na wodospad — powtórzyła Sally. Miała wrażenie, że Laura znów zaczyna ją atakować, choć nie była jeszcze całkiem pewna, czy słusznie. 

— Te małe kuchenki prawie wcale nie wydzielają zapachu — przekonywała Laura. — Beryl mogłaby za każdym razem brać dla ciebie z jadalni talerze i sztućce. Gdybyś dawała jej napiwek, codziennie myłaby naczynia i odnosiła je na miejsce. 

— Nie chcę jeść w swoim domku — odpowiedziała Sally. 

Jednak wcześniejsza stanowczość, z jaką jeszcze przed chwilą upominała Laurę, całkowicie ją opuściła. Ponownie ogarnęło ją znajome poczucie ciężaru i bezsilności, sprawiające, że traciła władzę nad rękami i nogami, a nawet zdolność jasnego myślenia. 

— A jednak wydaje mi się, że miałabyś na to ochotę — powiedziała Laura obojętnym tonem, jakby rozmowa przestała ją już interesować. — Myślę, że chciałabyś jeść w swoim domku, tylko brakuje ci kuchenki Sterno. 

Sally przymknęła oczy. „To już z pewnością jest atak” — pomyślała. „Tym razem jednak go wytrzymam i nie będę się bronić. Zresztą chyba niedługo się skończy”. 

Jej przeczucie okazało się trafne. Atak Laury rzeczywiście dobiegał końca. Ledwie Sally zdążyła o tym pomyśleć, Laura już wstawała z krzesła. 

— Idę na górę — powiedziała — żeby sprowadzić Cassalottich na dół. Mam ochotę napić się piwa. Chodź ze mną. 

Sally z pewnym wahaniem podniosła się od stolika. Wciąż była bardzo spięta i z trudem utrzymywała się na nogach. Przez chwilę obawiała się, że znów osunie się na krzesło. Udało jej się jednak dotrzymać Laurze kroku i zachować pozory spokoju. Razem opuściły jadalnię i weszły do wąskiego, pogrążonego w mroku korytarza. Laura dobrze znała dom Cassalottich, więc bez wahania otworzyła drzwi prowadzące na zaniedbaną klatkę schodową. Ściany zdobiła tapeta w drobny kwiatowy wzór. Powoli ruszyły w górę po stromych schodach. Sally poczuła lekki zawrót głowy. Powietrze było ciężkie i nieświeże, lecz bardziej niż zaduch przytłaczała ją bliskość Laury. Ponieważ schody nie miały poręczy, Sally przesuwała dłonią po chłodnej ścianie obłożonej kwiecistą tapetą. Ten prosty gest pomagał jej odzyskać równowagę. Wkrótce obie znalazły się na podeście. 

Znużenie i przygnębienie, które wcześniej tego dnia ogarnęły Laurę w ośrodku Cataract, zupełnie ustąpiły. Nie zapomniała o tamtym nastroju, lecz nie czuła już jego ciężaru. Nagle cały dzień wydał jej się pełen nowych możliwości i obiecujących przygód. Już sama droga na górę napełniała ją nadzieją, a kiedy dotarła na podest, była wyraźnie ożywiona i radosna. 

— Cassalotti! — zawołała swoim zachrypniętym głosem, który tym razem zabrzmiał pogodnie i melodyjnie. 

— Witaj, Lauro Seabrook — odpowiedziała Rita Cassalotti spokojnie, ale bez cienia serdeczności. 

Laura niemal pędem przemierzyła korytarz, po drodze potrącając stojak z kutego żelaza, na którym ustawiono paprocie. Przez chwilę kołysał się niebezpiecznie na wysokich nóżkach, lecz ostatecznie się nie przewrócił. 

— No, dawajcie piwo, leniuchy! — zawołała Laura, szeroko otwierając drzwi do salonu Cassalottich. 

Podczas gdy wszyscy wymieniali uprzejmości, Sally została z tyłu, na korytarzu. Nie miała ochoty ani wchodzić do środka, ani wracać. Doskonale wiedziała, że Laura wolałaby, żeby jej tu nie było. 

„Teraz całą uwagę poświęca Cassalottim i równie dobrze reszta świata mogłaby dla niej nie istnieć” — pomyślała. „Ale zostanę. Nie zamierzam pojawiać się i znikać tylko dlatego, że jej tak wygodnie”. 

Od nadmiaru wrażeń tego popołudnia zaczynała boleć ją głowa. 

Postanowiła, że następnego dnia zejdzie do wąwozu położonego około mili na południe od ośrodka Cataract. Tam, gdzie ścieżka opadała łagodniej, chciała wejść do koryta rzeki i przejść się jego dnem. Przypomniała sobie również, że mimo swojej nerwowej natury była już na dobrej drodze do tego, by nadać swojemu życiu spokojniejszy rytm. „Ośrodek Cataract — pomyślała — jest zdecydowanie lepszy niż mieszkanie u siostry”. Ta myśl od razu poprawiła jej nastrój. Ruszyła więc korytarzem w stronę salonu. Dziewczyny były tak pochłonięte rozmową i śmiechem, że nawet nie zauważyły jej wejścia. 

 

W salonie znajdowali się pan Cassalotti, jego dwie najstarsze córki, Berenice i Rita, ciotka oraz kilkoro młodszych dzieci. Wszyscy, z wyjątkiem Rity, byli już ubrani do wyjścia. Rita miała na sobie różowy szlafrok z grubego weluru. W salonie było jeszcze więcej paproci, podobnych do tych stojących na korytarzu. Podłogę pokrywało linoleum z tłoczonym czerwono-czarnym wzorem. Sofa i wszystkie krzesła były zajęte przez członków rodziny. Jedynym wolnym miejscem pozostał wiktoriański fotel z czarnego, rzeźbionego drewna, utrzymany w chińskim stylu. Stał przy oknie i na co dzień prawie nikt z niego nie korzystał. 

Sally usiadła w fotelu i splotła dłonie na kolanach. „Zobaczymy, jak daleko tym razem się posunie” — pomyślała, obserwując Laurę. W tej samej chwili pojawiło się w niej osobliwe poczucie przyjemności, choć sama nie zdawała sobie z niego sprawy. 

Rita Cassalotti była atrakcyjną kobietą, choć miała niewielką głowę i oczy osadzone nieco zbyt blisko siebie. Za to jej zęby były równe i piękne. Cieszyła się dużym zainteresowaniem mężczyzn, jednak nie była ani próżna, ani skłonna do flirtów czy romansów. Lubiła domowe jedzenie, meble w swojej sypialni i ubrania. Jej sylwetka sprawiała wrażenie masywniejszej, niż można by sądzić po niewielkiej głowie i smukłej szyi, lecz trudno byłoby nazwać ją otyłą — miała raczej miękkie, zaokrąglone kształty. Tylko wyjątkowo wrażliwy mężczyzna, nawet taki, który jej nie znał, mógłby dostrzec chłód skrywający się pod tą łagodną powierzchownością. 

— Tak bardzo nudziłam się w ośrodku Cataract — powiedziała Laura — że miałam wrażenie, jakby wszystko miało się za chwilę skończyć. Wtedy przypomniałam sobie, że wy zawsze potraficie poprawić mi humor. 

Było w tym sporo prawdy. Towarzystwo Cassalottich rzeczywiście działało na Laurę ożywczo, choć zdążyła już zapomnieć, że początkowo ruszyła za Sally i wcale nie zamierzała ich odwiedzać. Rita roześmiała się głośno. Znacznie bardziej bawiło ją to, co wydawało jej się absurdalne lub groteskowe, niż wszystko, co mogłoby przydarzyć się jej samej. 

— Macie w ośrodku Cataract maszynę do szycia? — zapytała Rita, a oczy jej zabłysły. 

— Nie… a właściwie nie wiem — odparła Laura. 

Rita uznała tę odpowiedź za jeszcze zabawniejszą niż wcześniejsze słowa Laury. 

— Rita, daj spokój. Zachowujesz się jak idiotka. 

Berenice, jej młodsza siostra, uciszyła ją jednym spojrzeniem swoich dużych, lśniących oczu. Była niską, śniadą dziewczyną o krótkich nogach, gęstych, ciemnych włosach i głębokim, donośnym głosie. Miała delikatny dołeczek w brodzie oraz rzymski nos o wyjątkowo pięknych proporcjach. Była niezwykle żywiołowa i łatwo ulegała emocjom, a zarazem miała w sobie ciepło, rzadko spotykane u tak młodej osoby. 

— Po co w ogóle wspominasz o maszynach? — zwróciła się ostro do Rity. 

— Cóż — odpowiedziała Rita, niewzruszona gwałtowną reakcją siostry. — Laura powiedziała, że czuła się tak, jakby świat miał się skończyć, więc pomyślałam, że gdyby miała maszynę do szycia, mogłaby szyć sukienki, kiedy nie ma nic lepszego do roboty. 

— Jesteś nienormalna — stwierdziła Berenice. 

— Wcale nie — odparła Rita, znów wybuchając śmiechem. — Co niby jest dziwnego w maszynie do szycia? To raczej ty masz czasem naprawdę szalone pomysły, nie ja. 

— Laura ma przecież mnóstwo zmartwień — zauważyła Berenice. — Maszyna do szycia na pewno ich nie rozwiąże. 

— Nie? — Rita uniosła brwi i spojrzała na Laurę. — Może i tak. 

Jej zainteresowanie było jednak tylko pozorne. Rozmowa przestała ją bawić, w miarę jak traciła swój groteskowy charakter i przybierała coraz poważniejszy ton. Perspektywa wysłuchiwania cudzych narzekań wyraźnie znużyła Ritę, która ziewnęła. 

Pan Cassalotti nawet nie pofatygował się, by przywitać Laurę i Sally. Siedział na niewielkim rattanowym krześle, wpatrując się przed siebie i trzymając ręce w kieszeniach. Nagle, bez słowa, wstał i ruszył ku drzwiom. 

— Tato, dokąd idziesz? — zapytała Berenice. 

— Idę przynieść piwo i zrobić ravioli. Zejdźcie na dół, urządzimy sobie małe przyjęcie. 

Spojrzał przez ramię na Laurę, skinął jej na powitanie i ruszył dalej, nie zmieniając wyrazu twarzy. 

„Zwyczajny chaos, pozbawiony jakiegokolwiek sensu” — pomyślała Sally. „I właśnie to wybiera zamiast piękna. Dla niej przygoda i emocje oznaczają popołudnie w domu z ludźmi, którzy jedzą ravioli i piją piwo. Nie ma pojęcia, gdzie naprawdę szukać szczęścia. Gdybym tylko zdołała ją przekonać, żeby częściej przebywała na świeżym powietrzu. To byłby pierwszy krok”. 

Laura zaczęła ponaglać Cassalottich, żeby wyszli z salonu, nie mogąc już doczekać się piwa. Dzieci milkły i zamierały w bezruchu za każdym razem, gdy pojawiała się w pobliżu. Przylegały do ścian i śledziły ją poważnymi, brązowymi oczami. Siostry Cassalotti ruszyły jedna za drugą w dół stromych schodów, a za nimi Laura i Sally. 

— Boże, jak dobrze, że przyszłaś — powiedziała Berenice z czułością do idącej za nią Laury. Odwróciła się i objęła ją ramionami za nogę, jakby chciała w ten sposób wyrazić swoją radość. — Tata zaraz zrobi ravioli, a zanim będą gotowe, możemy napić się piwa… 

Delikatnie trąciła Ritę i pociągnęła ją za włosy. 

— Może wreszcie się ubierzesz? — rzuciła do niej. 

W tym momencie Laura była wśród Cassalottich szczęśliwsza niż kiedykolwiek, lecz jednocześnie gdzieś w głębi odezwało się znajome uczucie chłodu. 

„A jednak” — pomyślała. „Na chwilę prawie zapomniałam. Chciałabym naprawdę tu być i cieszyć się tym wszystkim tak, jak sobie wyobrażam, że powinnam”. 

Laura zdążyła już przywyknąć do chłodu, który przenikał jej serce, ilekroć przeżywała coś szczególnie intensywnie. Była niemal przekonana, że czegoś podobnego doświadcza większość ludzi o wrażliwej naturze. Nie samo to uczucie było jednak dla niej najbardziej dokuczliwe, lecz myśli i pytania, które nieodmiennie mu towarzyszyły. To właśnie one nie pozwalały jej w pełni zaangażować się w nic na dłużej niż kilka chwil. 

„Jakie to męczące” — pomyślała, czując, że znajomy chłód znów ją ogarnia. Jak zawsze wraz z nim powracała ta sama wątpliwość: czy powinna uznać go za naturalną, ukrytą część życia — coś, co nadaje doświadczeniom głębię i powagę i co należy po prostu zaakceptować — czy przeciwnie, potraktować jako znak, że czas się wycofać i podjąć jakąś decyzję? To właśnie ta druga możliwość budziła w niej największy niepokój, ponieważ Laura uważała się za osobę wyjątkowo obowiązkową i sumienną. 

Kiedy dotarły na podest, Laura zatrzymała się, nie wiedząc, co robić. Sally pozostała za nią na ostatnim stopniu. Laura żałowała, że nie może po prostu wyjść na drewnianą werandę i ruszyć na spacer przez sosnowy las, zamiast siedzieć z Cassalottimi przy ravioli i piwie. Sama świadomość, że nie potrafi postąpić zgodnie z własnym pragnieniem, odbierała jej niemal wszystkie siły. 

— Idiotyczna rozterka: ravioli albo las — szepnęła do siebie, choć sama nie wierzyła w to, co mówi. 

Przygryzła wargę i nagle przyszła jej do głowy pocieszająca myśl: Cassalotti poczuliby się dotknięci, gdyby po prostu wyszła. „Jak mogłam o tym nie pomyśleć?” — przemknęło jej przez głowę. 

Natychmiast poczuła ulgę. Z jej twarzy zniknęły napięcie i bezradność, a Laura ruszyła energicznym krokiem w stronę jadalni.  

 

Pozostali wrócili do kuchni znajdującej się za jadalnią, gdzie przyglądali się panu Cassalottiemu obsługującemu maszynę do ravioli. Wszystko robił z wielką dokładnością i według ustalonego porządku. Był gorącym zwolennikiem zarówno amerykańskich metod produkcji fabrycznej, jak i rygorystycznej higieny. Miał już gotowe cztery pudełka, na których starannie wypisał imiona swoich przyjaciół. 

— Kiedy będziesz wracać do ośrodka Cataract, możesz zabrać ze sobą te pudełka — powiedział do Laury. — Powiedz wszystkim, że ravioli są ode mnie, od Gregoria Cassalottiego. I przypomnij, że w środę urządzamy wieczór Kurczaka Cassalotti. Kurczak Cacciatore zakończył swój żywot dokładnie w chwili, gdy narodził się Kurczak Cassalotti. 

Roześmiał się, wyraźnie zadowolony z własnego dowcipu. 

Z wyglądu odpowiadał wyobrażeniu Laury o Włochach, ale pod każdym innym względem zupełnie do niego nie pasował. Był niezwykle pracowity i najlepiej czuł się wtedy, gdy miał coś do zrobienia. Dziewczęta zaniosły piwo do jadalni, po czym wszyscy usiedli w pobliżu oszklonej wnęki. Sally również zajęła miejsce, lecz odsunęła krzesło od stołu i obróciła się bokiem. 

— Przysuń się do nas — poprosiła Berenice. 

— Nie, dziękuję — odparła Sally. — Nie zamierzam ani jeść, ani pić. Tutaj jest mi dobrze. 

Berenice przyglądała się Sally z zaciekawieniem, ale wyczuwała w niej tak silną rezerwę, że tym razem nie potrafiła nakłonić jej, by przysiadła się do reszty i coś zjadła lub wypiła. 

Siostry Cassalotti ustawiły na stole kilkanaście butelek piwa. Laura, która właśnie zakończyła tę krótką, lecz dotkliwą wewnętrzną walkę, niemal nie mogła uwierzyć, że udało jej się uciszyć dręczące ją wątpliwości. Pozostał w niej jednak cień niepewności, który na razie zdołała stłumić. Postanowiła się upić i dzielić z Cassalottimi odzyskaną radość. O Berenice nie musiała się martwić. Jej szczęście było wprawdzie zupełnie inne — płynęło z prawdziwej radości, a nie z bolesnego uniesienia — lecz doskonale współgrało z nastrojem Laury. Dlatego zwróciła się do Rity: 

— Rito, lubisz niedziele? 

Twarz Rity pozostała nieruchoma, jakby wcale nie zamierzała odpowiadać. Często nawet na proste pytania reagowała całkowitym milczeniem, nie wykonując przy tym najmniejszego gestu. To tylko podsycało ciekawość Laury, która chciała wiedzieć, co Rita naprawdę sądzi o różnych rzeczach. Tym razem postanowiła więc sformułować pytanie inaczej. 

— Czy niedziele wywołują w tobie niepokój? 

— Nie wiem — odparła Rita obojętnym tonem. 

— Ja lubię niedziele bez względu na pogodę — wtrąciła Berenice. — Kiedy jest ładnie, wędkuję albo zbieram jagody i grzyby, a w deszczowe dni słucham radia. Oczywiście zimą nie ma czego zbierać. 

— A ty też spędzasz niedziele na zbieraniu jagód i grzybów? — Laura zwróciła się do Rity, przerywając jej siostrze. 

Sally irytowało, że Laura z takim zainteresowaniem wypytuje Ritę Cassalotti o to, jak spędza niedziele. 

„Dlaczego nie zapyta mnie, co robię w niedziele, tylko interesuje się tą latawicą? Skoro całymi dniami paraduje w szlafroku, z pewnością nie ma nic ciekawego do powiedzenia”. 

Tymczasem Laura myślała: „Gdyby tylko Berenice na chwilę przestała mówić. Może wtedy udałoby mi się wydobyć z Rity choć jedno słowo”. 

Drażniło ją, że nie potrafi odgadnąć, co Rita naprawdę myśli o niedzielach. Tymczasem Berenice bez przerwy dolewała wszystkim piwa, natychmiast uzupełniając opróżnione szklanki. Im więcej Laura piła, tym mniej obchodziło ją, co Rita myśli. Poczuła nawet lekkie rozczarowanie, gdy Rita zapytała Berenice, czy pamięta niedziele, które spędzały u Felicii Kelly. 

— Nie tak dobrze jak ty — odpowiedziała Berenice. — Byłam wtedy jeszcze dzieckiem. 

— To było dziesięć lat temu — przypomniała Rita. — Miałam wtedy dwadzieścia lat, a ty dziesięć. U Felicii krzewy i drzewa rosły niemal przy samej ścieżce, więc po deszczu mokre gałęzie ocierały się o nas i moczyły nam ubrania. Po powrocie do domu najpierw wycierałam tureckim ręcznikiem włosy Berenice, a dopiero później swoje. Sadzenie roślin tak blisko ścieżki było zdecydowanie nietrafionym pomysłem. 

Rita mówiła przede wszystkim do Berenice, ponieważ nigdy nie była pewna, czy Laura rozumie, o czym właściwie rozmawiają. Berenice natomiast interesowało niemal wszystko, więc uważnie słuchała siostry. 

— W niedziele robiła dla swojej rodziny lody tutti-frutti, którymi zawsze częstowała także nas. Były naprawdę pyszne. W pogodne dni z kuchennego okna można było zobaczyć Starego Człowieka i Starą Kobietę. Z salonu także widać było Starego Człowieka, ale Starej Kobiety już nie. Jestem pewna, że z tamtego okna nie mogłyśmy jej dostrzec… Nie, to niemożliwe. Przecież okna salonu wychodziły na zupełnie inną stronę. 

Berenice słuchała tego z rozbawieniem. Z ich własnego domu nie było widać gór, jedynie dolinę i las. U Kellych natomiast oba szczyty miała przed sobą jak na dłoni i chyba właśnie dlatego tak dobrze zapamiętała tamte widoki. 

— Pamiętasz Starego Człowieka i Starą Kobietę, Berenice?  

Laura była już śmiertelnie znudzona tą rozmową, ale czuła, że powinna nadal wypytywać Ritę. Opowieść o domu Felicii Kelly była bowiem w pewnym sensie odpowiedzią na jej wcześniejsze pytanie: „Lubisz niedziele?”. Świadczyła przynajmniej o tym, że Rita jej słuchała, a zatem wciąż była szansa, że Laura dowie się czegoś o jej upodobaniach i sposobie myślenia. 

— Lubiłaś odwiedzać Felicię Kelly w niedziele? — zapytała Laura, starając się ukryć znużenie. Odchyliła głowę i uśmiechnęła się. 

Twarz Rity znów stała się nieprzenikniona. Nie odpowiedziała Laurze, lecz ostrożnie napełniła szklankę piwem, pilnując, by na jego powierzchni nie pojawiła się piana. 

— Rita już nie odwiedza Felicii Kelly — wyjaśniła Berenice. 

W jej oczach było tyle ciepła i radości, że niemal wynagradzały Laurze wszystkie bezowocne próby dotarcia do jej siostry. Nie miała nawet Berenice za złe, że włączyła się do rozmowy. 

— Naprawdę? — zapytała Laura. 

— Tak. Pewnej niedzieli pojechała do niej — to jakieś piętnaście mil stąd — ale nikogo nie zastała. W domu nie było nawet psa, tylko kot. Od tamtej pory Rita już ani razu nie odezwała się do Felicii Kelly. 

— Przejechaliśmy taki kawał drogi — powiedziała Rita — i musieliśmy od razu wracać. Tata też się zdenerwował. W każdą niedzielę odwoził nas tam ciężarówką, a później po nas przyjeżdżał. A ona nawet nie zostawiła żadnej wiadomości. 

— Co się z nią stało? — zapytała Laura, tym razem naprawdę zaciekawiona. 

— Nie wiem — odpowiedziała Rita. — Nigdy więcej się z nią nie kontaktowałam. 

— Dzwoniła jeszcze raz czy dwa — dodała Berenice — ale tata za każdym razem mówił, że Rita nie chce z nią rozmawiać, po czym odkładał słuchawkę. 

— Czyli nigdy nie dowiedziałaś się, dlaczego tamtego dnia nie było jej w domu? — Laura przyglądała się Ricie z rosnącym zainteresowaniem. 

— Nie — odparła Rita. — Od tamtej pory nie zamieniłam z nią ani słowa. 

Rita wyglądała na zadowoloną, że zakończyła swoją opowieść. Laura natomiast straciła już ochotę na dalsze dociekania. Rita pozostawała dla niej tak wielką zagadką, że nawet pięćdziesiąt lat nieustannego zadawania pytań nie pozwoliłoby jej poznać jej lepiej. Pocieszała ją myśl, że istnieją tajemnice, których nie musi za wszelką cenę rozwikłać. 

 

Wtedy do jadalni wszedł pan Cassalotti, niosąc ravioli. W kuchni rozłożył je wcześniej na talerze, a teraz przyniósł na tacy i zaczął stawiać przed gośćmi. 

— Wszystko gotowe, wystarczy usiąść i jeść. Przysuń się do stołu — powiedział do Sally, stawiając przed nią talerz. 

Pozostali zdążyli już zapomnieć o obecności Sally, więc jego słowa wszystkich zaskoczyły. Podczas rozmowy o Felicii Kelly Sally odsunęła krzesło jeszcze dalej od stołu, lecz nikt tego nie zauważył. 

— Nie, dziękuję — odparła Sally. Na jej dotąd spokojnej twarzy nagle pojawił się wyraz niesmaku. — Niedługo wracam do siebie. 

— Najpierw jednak zjesz ravioli — powiedział spokojnie pan Cassalotti. 

Podszedł do Sally i stanął za jej krzesłem. Następnie podniósł je razem z siedzącą na nim kobietą, przeniósł bliżej stołu i postawił tuż przed talerzem. 

W oczach Berenice pojawił się niepokój. Patrzyła na ojca z niedowierzaniem. Zwykle w takiej sytuacji wybuchnęłaby śmiechem, uznając wszystko za żart, tym razem jednak wyczuła, że nawet dla zabawy nie powinno się traktować Sally w ten sposób. Rita natomiast nie wyglądała ani na rozbawioną, ani na zaniepokojoną. 

— Och, tato — powiedziała. — Jeśli nie chce jeść, nie zmuszaj jej.  

Pan Cassalotti wrócił do kuchni, a w jadalni zapadła cisza. Nawet Rita zauważyła napięcie na twarzy Sally i bez skrępowania zaczęła się jej przyglądać, podczas gdy Laura i Berenice spuściły wzrok. 

Sally była tak dotknięta zachowaniem pana Cassalottiego, że mimo silnej potrzeby ucieczki nie potrafiła się ruszyć. Wstyd i gniew na moment przesłoniły jej wszystko inne. Liczyła się wyłącznie ta chwila. Jej wzrok padł na zasłonę w biało-czerwoną kratę wiszącą na przeciwległej ścianie. Nagle wydało jej się, że będzie mogła swobodnie oddychać tylko wtedy, gdy ją odsunie. Po chwili jednak ogarnął ją lęk, że nie zdoła dotrzeć do okna. W jej spojrzeniu pojawiły się niepokój i bezradność. 

— Ależ tutaj gorąco — zauważyła Berenice, coraz bardziej przejęta tym, co się działo. 

Słysząc te słowa, Sally nagle przestraszyła się, że Berenice dotrze do okna przed nią. Była przekonana, że to ona musi odsunąć zasłonę — Berenice nie mogła jej uprzedzić. 

Z ogromnym wysiłkiem podniosła się z krzesła i ruszyła w stronę okna. Szła chwiejnym krokiem, jak człowiek osłabiony gorączką. Drżącą dłonią rozsunęła zasłony. Za nimi kryła się czarna roleta, którą pan Cassalotti zamontował, by nie wpuszczać do restauracji światła dziennego. Uważał bowiem, że potrawy podawane przy sztucznym oświetleniu wyglądają bardziej elegancko, a wnętrze restauracji powinno sprawiać wrażenie pogrążonego w wiecznej nocy. 

Sally podniosła roletę, odsłaniając okno. Niedawno przeszła ulewa, więc po szybie wciąż spływały strużki wody. Przez mokre szkło liście wiązu, którego gałęzie niemal dotykały ściany budynku, wydawały się większe i bardziej lśniące niż w rzeczywistości. Trawa wokół grubego, wilgotnego pnia połyskiwała intensywnie w promieniach słońca, które przebiło się przez chmury po burzy. 

Sally czuła, że z każdą chwilą coraz bardziej traci panowanie nad sobą. W spokojniejszych momentach określała ten stan jako „wyprzedzanie samej siebie”. Nie miało to jednak nic wspólnego z poczuciem wyższości ani przesadną dumą. Zachowanie pana Cassalottiego tak bardzo nią wstrząsnęło, ponieważ naruszyło kruchą równowagę, którą z takim trudem udawało jej się utrzymać. 

— Muszę dojść do siebie — powtórzyła sobie kilka razy. 

Za plecami słyszała przyciszone rozmowy, lecz głosy docierały do niej stłumione i odległe. Kilka razy przesunęła dłonią po szybie w nadziei, że znajdzie sposób, by wydostać się przez okno. W końcu westchnęła i odwróciła się, szukając wzrokiem wyjścia. Żeby do niego dotrzeć, musiała przejść obok stołu, przy którym siedzieli pozostali. Ruszyła jednak z wysoko uniesioną głową, jakby nikogo przy nim nie było. 

Tymczasem po ósmym piwie Laura stała się sentymentalna i płaczliwa. 

— Sally, kochana! — zawołała, gdy Sally przechodziła obok stołu. — Dokąd się wybierasz? 

Sally trzymała już dłoń na klamce i właśnie otwierała drzwi, kiedy Laura zerwała się z miejsca i podbiegła do niej. 

— Wróć do nas i zjedz swoje ravioli, są naprawdę smaczne. A jeśli nie masz ochoty jeść, możesz przecież zostać i porozmawiać ze mną, Berenice i Ritą — powiedziała. 

Objęła Sally i spojrzała na nią z czułością. W oczach miała łzy — częściowo ze wzruszenia, częściowo od alkoholu. 

Sally wyglądała, jakby za chwilę miała zwymiotować, jednak niespodziewanie odzyskała siły, wyrwała się z objęć Laury i wybiegła z pomieszczenia. 

Wieczór był chłodny i bezwietrzny — burza już minęła. Nad horyzontem niebo przybrało zielonkawą barwę, ten osobliwy odcień, który potrafi przeszyć chłodem serce człowieka o melancholijnym lub gwałtownym usposobieniu. Sally jednak nawet tego nie dostrzegła. Przyroda nigdy nie napawała jej smutkiem, a melancholia była jej zupełnie obca. 

Pod drzewami walały się szyszki, przemoczone po deszczu i znacznie ciemniejsze niż zwykle. Henrietta, siostra Sally, miała zwyczaj malować je na różne kolory, a następnie układać w misach jako ozdoby. 

Na widok szyszek Sally ogarnęło ogromne, trudne do opisania zmęczenie. Miała wrażenie, że pokrywają one trawę aż po sam horyzont. Choć było ich pełno w całej okolicy, także tuż przy wejściu do jej domku w Camp Cataract, Sally uznała, że powinna zebrać kilka mokrych szyszek i zawieźć je Henrietcie. Nie miała jednak gdzie ich schować, więc zdjęła kapelusz i zaczęła wrzucać je do środka. Przykucnęła i po chwili całkowicie pochłonęło ją wybieranie najładniejszych okazów. Wszystko inne przestało mieć dla niej znaczenie — nie myślała już ani o Laurze, ani o siostrach Cassalotti. Jakby zupełnie przestały istnieć. 

 

Laura nigdy wcześniej nie widziała Sally tak całkowicie pozbawionej panowania nad sobą. Wróciła więc do stołu, zarazem zaniepokojona i podekscytowana. Była już na tyle pijana, że mogła bez namysłu zrobić niemal wszystko, jednak instynkt powstrzymał ją przed wybiegnięciem za Sally. 

— Jak sądzicie, co ją tak nagle napadło? — zapytała Laura. 

— Głupia oślica — rzuciła Berenice. 

Rita spojrzała na siostrę z dezaprobatą. 

— Nie powinnaś tak o niej mówić — upomniała ją. 

— Kiedy wychodziła, była zupełnie roztrzęsiona — powiedziała Laura, nie zwracając uwagi na złośliwość Berenice. 

Zdawała sobie sprawę, że nie powinna rozmawiać o Sally z Cassalottimi. Wiedziała, że mogliby zbyt pochopnie ją osądzić, nie rozumiejąc, jak bardzo była skomplikowana i niestabilna. 

— To zwyczajna, zarozumiała oślica — powtórzyła Berenice. — Nie chce się zadawać z naszą rodziną i nie znosi tego, że się z nami przyjaźnisz. Myślisz, że tego nie zauważyłam? Ravioli też nie tknęła, żeby zrobić tacie na złość. Ciekawe, jakie paskudztwa jada u siebie. 

— Smażone skunksy — rzuciła spokojnie Rita, bez uśmiechu. 

— No właśnie! — przytaknęła Berenice z wyraźnym zadowoleniem. 

Laura nie spodziewała się, że rozmowa o Sally przybierze tak nieprzyjemny obrót. Najbardziej zdziwiła ją jednak gwałtowność Berenice, którą zawsze uważała za serdeczną, wyrozumiałą i życzliwą wobec innych. 

— Tata poświęcił mnóstwo czasu na przygotowanie dla niej tych ravioli, a przecież ma tyle pracy. Nie obchodzi mnie, jak ta wariatka potraktowała nas, ale wobec taty mogła zachować choć odrobinę przyzwoitości. Nie chcę, żeby więcej tutaj przychodziła. Niech sobie idzie do jakiegoś eleganckiego lokalu dla takich nadętych jak ona. 

— Sally nie jest zarozumiała — sprzeciwiła się Laura, która nie potrafiła świadomie skłamać. — Jest nerwowa i pobudliwa, a to przecież co innego. Bywa chłodna i surowa, ale kieruje się własnymi zasadami. 

— Rita i ja też mamy swoje zasady. Jeśli ktoś częstuje nas jedzeniem, nie zachowujemy się tak, jakby podał nam coś obrzydliwego. Mówimy „dziękuję” i nie grymasimy. Ty przecież też tak robisz, Lauro. Nie próbuj jej usprawiedliwiać. Poza tym ona nas nie znosi. 

Berenice zaczęła stopniowo odzyskiwać spokój. Przez chwilę bezmyślnie przesuwała widelcem po pustym talerzu. Wkrótce jej twarz znów nabrała blasku, a w oczach pojawiły się ciepło i ożywienie. 

— Życie jest za krótkie… — powiedziała z uśmiechem, nalewając sobie kolejną porcję piwa. 

Laura zaczęła jednak odczuwać wyrzuty sumienia, że w ogóle poruszyła temat zachowania Sally. Teraz próbowała skierować rozmowę na inne tory i choć trochę rozładować napięcie. 

— Nie wydaje mi się, żeby Sally cię nienawidziła — powiedziała Laura do Berenice. — Może nawet cię kocha. 

Berenice spojrzała na nią szeroko otwartymi oczami, najwyraźniej nie pojmując jej słów. 

— Przecież nie ma w tym nic dziwnego, że można jednocześnie kogoś kochać i nienawidzić — wyjaśniła Laura, jakby mówiła o czymś zupełnie oczywistym. 

— Nic dziwnego? — powtórzyła Berenice. — Przecież to niemożliwe. 

Powiedziała to jednak z wahaniem, wciąż nie do końca pojmując, co Laura miała na myśli. 

— Nie? A właśnie, że tak — nalegała Laura. — Między innymi dlatego życie potrafi być takie trudne. Możemy w tej samej chwili kochać i nienawidzić tę samą osobę, a oba uczucia mogą być równie prawdziwe. Musimy tylko zdecydować, któremu z nich pozwolimy zwyciężyć. Na szczęście człowiek, który chce postępować przyzwoicie, potrafi postawić miłość ponad nienawiścią… choć niezwykle trudno utrzymać ją na pierwszym miejscu. Sama przeżywałam coś takiego z matką, a także z jeszcze jedną osobą, ale przede wszystkim z matką. 

— Och, nie… — wymknęło się Berenice. 

— Tak! — odpowiedziała gwałtownie Laura. — Zdarzało mi się mieć ochotę uderzyć matkę z całej siły. Ona już nie żyje, ale myślę, że gdyby nadal tu była, czułabym do niej dokładnie to samo. 

Berenice milczała. Kurczowo ściskała szklankę z piwem i nieruchomo patrzyła przed siebie. Rita Cassalotti od dłuższego czasu była pogrążona we własnych myślach i nie odzywała się ani słowem. Po chwili Berenice przerwała milczenie. 

— Muszę już iść — oznajmiła. 

Przechyliła głowę i uśmiechnęła się do Laury, ukazując uroczy dołeczek w policzku. Wyglądała, jakby żegnała się po zupełnie zwyczajnym popołudniowym spotkaniu przy herbacie. 

— Ale… — zaczęła Laura, wyraźnie zaskoczona jej nagłą decyzją. — Myślałam, że zostaniemy tutaj jeszcze przez kilka godzin. Nic wcześniej nie wspominałaś… 

Berenice podniosła się z krzesła. 

— Muszę pojechać do miasta — oznajmiła i znów uśmiechnęła się do Laury, tym razem jednak unikając jej spojrzenia. 

Laura była pewna, że prawdziwy powód jest zupełnie inny. Wiedziała też, że cokolwiek powie, nie zdoła nakłonić Berenice, by została. Policzki Laury poczerwieniały ze wstydu. Nie potrafiła znieść myśli, że Berenice odsuwa się od niej w ten sposób, zwłaszcza że jeszcze przed chwilą uważała ją za powierzchowną i krępowała się rozmawiać z nią o Sally. Nagle ogarnął ją lęk, że Berenice może zerwać ich przyjaźń. Najbardziej przerażała ją jednak myśl, że sprawiła jej przykrość — nie tyle ze względu na Berenice, ile dlatego, że musiałaby wtedy spojrzeć na samą siebie w zupełnie innym świetle. Zachwiałoby to jej wyobrażeniem o własnym charakterze. 

— O Boże — szepnęła Laura. — Po co ja w ogóle zaczęłam mówić o tej całej teorii miłości i nienawiści? Ona nigdy mi tego nie wybaczy. 

Laura podziwiała ludzi, którzy nawet głęboko urażeni potrafili bez słowa wyjść z pokoju, a czasem nawet z domu. Jeszcze większym szacunkiem darzyła tych, których oburzenie brało się z obrony przekonań lub idei, a nie ze zranionej dumy czy osobistych korzyści. Takich ludzi uważała wręcz za świętych. 

„Ona musi mi wybaczyć” — powtarzała w myślach. „Musi, bo jeśli tego nie zrobi, wszystko się rozsypie”. 

 

Wróciła myślami do chwili, gdy stała na najniższym stopniu schodów i nie odważyła się posłuchać niemal mistycznego przeczucia, które kazało jej zostawić Cassalottich i pójść do lasu, choć wciąż padał deszcz. Teraz była przekonana, że przez własne tchórzostwo straciła nie tylko tamtą możliwość, lecz także przyjaźń Cassalottich. W chwilach silnego napięcia Laura zwykła doszukiwać się związku między tym, co ją spotykało, a zachowaniem innych ludzi. Wydawało jej się, że czyjaś niechęć lub chłód mogą być pośrednim skutkiem błędnej decyzji, którą wcześniej podjęła w zupełnie innej sprawie. Wiedziała, że takie rozumowanie jest irracjonalne, a mimo to sądziła, że inni również postrzegają rzeczywistość w podobny sposób, tylko nie zdają sobie z tego sprawy. Dla niej było to czymś głęboko osobistym i nie potrafiła myśleć inaczej. 

Najdotkliwszą karą było jednak uświadomienie sobie, jak bardzo zraniła Berenice tym, co powiedziała. Jej cierpienie wydawało się Laurze tak szczere i silne, że nie potrafiła sobie wyobrazić, by Berenice mogła tak po prostu o wszystkim zapomnieć. Własne wyrzuty sumienia wydały jej się nagle przesadne i małostkowe. Laura poczuła jeszcze większy wstyd. Mimo wszystko jej myśli uparcie wracały do chwili na schodach. Nadal sądziła, że gdyby poszła wtedy do lasu, zamiast zostać z Cassalottimi przy stole, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Sama nie potrafiła pojąć, jak może jednocześnie uważać siebie za osobę śmieszną i przesadną, a zarazem przypisywać własnym decyzjom tak wielkie znaczenie, jakby mogły wpływać na zachowanie ludzi, którzy w gruncie rzeczy nie mieli z nią nic wspólnego. 

Laura dostrzegała te sprzeczności i potrafiła nawet spojrzeć na całą sytuację z psychologicznego punktu widzenia. Rozumiała, że gwałtowna reakcja Berenice na jej słowa o nienawiści do matki prawdopodobnie nie wynikała ani z decyzji, którą wcześniej podjęła na schodach, ani nawet z rzeczywistego moralnego oburzenia. Przypuszczała raczej, że jej słowa obudziły w Berenice niechęć do własnej matki, którą ta od dawna próbowała w sobie stłumić. Zdawała sobie sprawę, że ludzkie zachowania często mają ukryte źródła, ale ta wiedza na nic jej się nie przydawała, kiedy sama była wzburzona. 

Mimo że doskonale zdawała sobie z tego wszystkiego sprawę, z każdą chwilą coraz bardziej pogrążała się w paraliżującym lęku przed gniewem Berenice. Była gotowa zrobić niemal wszystko, byle tylko uzyskać jej przebaczenie. Przypominała człowieka, który świadomie zmierza ku przepaści, doskonale wiedząc, dokąd prowadzi wybrana droga. Postanowiła zapytać Ritę, mając nadzieję, że źle odczytała zachowanie Berenice i w rzeczywistości nic się między nimi nie zmieniło. Nieraz już obawiała się, że zraniła przyjaciółkę, lecz później jej obawy nie znajdowały potwierdzenia. 

— Rito, Berenice naprawdę ma jakieś spotkanie? — zapytała. 

— Nie. Nigdzie nie była umówiona — odparła Rita, wzruszając ramionami. 

— Więc dokąd poszła? — dopytywała Laura. 

— Poszła sobie polatać z ptaszkami — odpowiedziała Rita, po czym nagle się ożywiła. Uniosła ręce i zaczęła nimi wymachiwać jak skrzydłami. 

Beztroskie, żartobliwe zachowanie Rity tylko pogłębiło rozpacz Laury. W tej chwili najbardziej potrzebowała zrozumienia i wsparcia, dlatego chwyciła Ritę za różowy rękaw i próbowała ściągnąć jej uniesioną rękę w dół. 

— Proszę, przestań już latać, Rito. Chcę z tobą porozmawiać. 

Wyraz twarzy Laury tak rozbawił Ritę, że wybuchnęła śmiechem. 

— Rito — powtórzyła Laura z naciskiem. — Jak sądzisz, dlaczego Berenice wyszła? 

Rita tylko wzruszyła ramionami. Nigdy specjalnie nie zwracała uwagi na to, kiedy siostra pojawiała się w pokoju ani kiedy z niego wychodziła. Nie zauważyła nawet, że Berenice już wyszła. Ziewnęła, po czym podniosła się z krzesła. 

— Idę się przebrać — powiedziała. — Wieczorem szykuje mi się porządna randka: kolacja, kino, drinki i tańce. I wyobraź sobie, że idę z żonatym mężczyzną. 

Ruszyła w stronę wyjścia, a Laura podążyła za nią. W milczeniu weszły po schodach. Laura wiedziała, że Rita wolałaby zostać sama, ale była zbyt roztrzęsiona, żeby mierzyć się w samotności z własnymi myślami. 

— Muszę się przebrać — powtórzyła Rita, gdy zauważyła, że Laura idzie za nią aż do sypialni. 

— Och, Rito, proszę, pozwól mi zostać — poprosiła Laura, gorączkowo szukając tematu, który mógłby zainteresować Ritę. Spojrzała na nią z udawaną troską. — Rito, naprawdę martwi mnie to, że spotykasz się z żonatym mężczyzną. 

— Dlaczego? — zapytała Rita bez większego zainteresowania. Zrzuciła szlafrok i stanęła przed Laurą w samej bieliźnie. — Nie obawiam się jego żony — dodała, lekko unosząc podbródek. 

— Ale to przecież niemoralne — powiedziała Laura. Próbowała przypomnieć sobie jakiś argument przeciwko cudzołóstwu, lecz nie przychodziło jej do głowy nic, co mogłaby uznać za sensowne. 

— Jeśli nie umówi się ze mną, znajdzie sobie inną — odparła Rita obojętnie. — Zresztą nie ma dla mnie większego znaczenia, czy pójdzie ze mną, czy z inną kobietą. Wszyscy mężczyźni są tacy sami, a ja nigdy nie ceniłam ich towarzystwa. 

— Dlaczego ich nie lubisz, Rito? — zapytała Laura z wyraźnym zaciekawieniem. 

— Nie wiem. Po prostu za nimi nie przepadam. Chciałabym teraz zostać sama i się ubrać — dodała. — Nie mogę się skupić, kiedy tu jesteś. 

Laurze nie pozostało nic innego, jak opuścić pokój. Drażniło ją, że Rita Cassalotti, którą uważała za niezbyt bystrą, w ogóle potrzebowała chwili samotności. Zła i przygnębiona wyszła więc na korytarz. 

„Wszystko zepsułam” — pomyślała, powoli schodząc po schodach. 

Nie wiedząc, czy Berenice w ogóle wróci, Laura bez celu krążyła po jadalni. Przestawiała krzesła, a co jakiś czas zatrzymywała się przed oszkloną scenką, jaskrawo oświetloną na tle pogrążonego w mroku pomieszczenia. Najbardziej przyciągał jej uwagę pomarańczowy samochodzik z celuloidową figurką niemowlęcia za kierownicą. Lalka, zupełnie niedopasowana do fotelika, leżała przekrzywiona na jego oparciu, z wysoko uniesionymi nogami. 

Mimo dziwaczności tego połączenia Laura poczuła nagłe znużenie. Patrzyła na tę scenę ze zdumieniem kogoś, kto widzi ją po raz pierwszy, choć w rzeczywistości oglądała ją już setki, a może nawet tysiące razy. Odwróciła wzrok, nieco zawstydzona, jak gdyby ponosiła odpowiedzialność za zawartość gabloty. Chciała jeszcze pomyśleć o tym, jak oba przedmioty na nią oddziaływały, lecz w tej samej chwili z całą jasnością uświadomiła sobie, że Berenice Cassalotti już nigdy jej nie zaufa. Ta pewność ogarnęła ją nagle, usuwając w cień wszystko inne. 

Szybko opuściła jadalnię i weszła do sklepu. Nikogo w nim nie było. Zazwyczaj Berenice odprowadzała ją aż do drzwi, z twarzą zaróżowioną od piwa i radości. Zawsze z niecierpliwością czekała na kolejną wizytę Laury, bo przy jej pogodnym usposobieniu nawet rozstanie nie oznaczało prawdziwego pożegnania. 

Laura zamknęła za sobą drzwi i ruszyła w stronę ośrodka Cataract. Szeroka, piaszczysta droga biegła wśród wysokich sosen. Słońce przedzierało się między ich koronami jedynie przez kilka godzin w środku dnia. Poza tym niemal zawsze panował tam cień, a pod stopami czuło się chłodny piasek, na którym nic nie rosło. 

W oddali Laura dostrzegła Sally zmierzającą w tym samym kierunku. Była zbyt daleko, by usłyszeć kroki Laury, ale na tyle blisko, że można ją było bez trudu rozpoznać. Sally niedbale trzymała torebkę w dłoni i szła powoli, ze spuszczoną głową, drobnym krokiem, jakby spacerowała po miejskim chodniku. 

Laura zupełnie o niej zapomniała.

 

 

Jane Bowles


 

CZYTAJ TEŻ