
Strategię, którą podczas pisania swojego debiutu przyjął Piotr Okniński, można nazwać brawurową, a nawet kaskaderską. Brawurowość „Pod pyszczkiem” objawia się w decyzji, by za podstawowy nastrój książki wybrać nostalgię. Kryje się w tym pewne ryzyko, ponieważ nostalgia to nastrój generycznie poetycki, co pośrednio sugeruje, że możemy mieć do czynienia z poezją właśnie generyczną, przeciętną, nie utrzymującą się za długo w pamięci. Co więcej, podmiot liryczny omawianej pozycji wydaje się wobec tego nastroju całkowicie bezbronny. W wierszach książki nie znajdziemy ironii, post-ironii, sarkazmu, czy też puszczania oka do czytelnika. „Pod pyszczkiem” jest niezmiernie szczere, choć błędem byłoby powiedzieć że jest szczere do bólu. Nawet ból u Oknińskiego jest nostalgiczny, Nie jest on przeszywający, przypomina raczej ból odjazdu z domu rodzinnego, w momencie gdy zaczynamy własne życie. Ból ten nigdy nie jest jednoznaczny, ma on w sobie o wiele więcej tkliwości niż rozpaczy.
Wspomniany dom rodzinny jest centrum zarysowywanej przez Oknińskiego przestrzeni poetyckiej. Dom ten jest miejscem ciepłym i bezpiecznym, ale jednocześnie jest też miejscem straty, powodowanej przez wdzierający się do niego czas i świat. Takie rozegranie przez autora tematyki rodzinnej jest niezaprzeczalną siłą tej książki. Fragmenty, w których podmiot doświadcza wyżej wspomnianej straty, to fragmenty, kiedy najbardziej się z nim utożsamiamy, autorowi zaś udaje się przeprowadzić czytelnika przez wiersz bez poczucia zbędnego patosu i sztuczności. Jak już powiedziano powyżej, podmiot liryczny „Pod pyszczkiem” jest naturalny i szczery, i wydaje mi się, że granica, za którą uznamy wspomnianą szczerość za drażniącą naiwność, będzie granicą akceptacji, którą potencjalny czytelnik odczuje wobec omawianej książki.
Zauważyłem, że coraz częściej wspomina
swoje dzieciństwo:
przedszkolanki płaczące po Stalinie;
wycieczki rowerowe nad Narwią;
kanarka, który siadał mu na ramieniu
i skubał w ucho;
ten jeden straszny raz, gdy ojciec
zabrał go na polowanie.
Martwi mnie to.
(„Mój tata”, s. 9)
Przywołany powyżej utwór może być dla wielu najbardziej zapadającym w pamięć fragmentem książki. Ciąg ulirycznionych mgiełką przeszłości obrazów stanowi eleganckie tło dla równie nostalgicznej troski o ojca. Skontrastowanie obrazów błogiego dzieciństwa z poczuciem nieuchronnego przemijania jest tropem, który łatwo może zaprowadzić na płyciznę, jednak Oknińskiemu udaje się ją omijać. Nie czyni tego żadnym wyobrażeniowym lub ponowoczesnym skrótem, wręcz przeciwnie. Jedyną wybraną przez autora bronią wydaje się być warsztatowa powściągliwość oraz poczucie smaku. „Mój tata” nie pozwala sobie na przesadny sentymentalizm, mimo że wydaje się tam zmierzać, jednakże w żadnym momencie nie popada się w tym utworze w nastrojową przesadę. Lub popada. Tutaj właśnie każdy czytelnik musi wysondować wspomnianą wcześniej granicę akceptacji.
Są ze mną prawie tak długo
jak ty. Gdy spadnie śnieg, wyjmuję je z szafy
i przecieram szmatką. Głaszczę ich porysowane nosy.
W końcu wychodzimy na spacer. Mróz
kłuje mnie w policzki, przenika przez szalik,
za kołnierz. Naprawdę ciepło mi tylko w stopy.
(„Moje niebieskie buty”, s. 43)
Ten wiersz jeszcze mnie przekonuje. Robi się troszeczkę miałko, puenta wydaje się być nieco zbyt oczywista, jednakże granica płaskiego sentymentalizmu nie zostaje tutaj przekroczona. Każdy z nas ma takie buty, taką marynarkę, taką spódniczkę. Być może ktoś rozpisałby ten motyw bardziej błyskotliwie, ale nie można odmówić autorowi, że nie potrafi zaprosić nas do swojego osobistego intymnego świata. A że w jednym lub dwóch wersach czyni to nieco zbyt nachalnie to już inna kwestia.
Byliśmy inni.
Byliśmy tacy sami.
Było nam wszystko jedno.
Nie było nam wszystko jedno.
Było nam lepiej.
Było nam źle.
Byliśmy na górze.
Byliśmy pod wodą.
Nie było nam wszystko jedno.
(„Dryf”, s. 39)
Bardzo przepraszam, ale ten utwór jest o niczym. Jeżeli chcielibyśmy pokusić się o jego analizę, to obawiam się że nie wyciągnęlibyśmy tutaj myśli głębszej niż „… życie, życie jest nowelą.” Znajdziemy w debiucie Oknińskiego trochę tego typu utworów, nie za wiele, ale wystarczająco żeby zepsuć doświadczenie obcowania z tą poezją. Rozczarowanie powyższym utworem jest o tyle większe, że autor naprawdę potrafi swoim wierszem poruszyć, czego dowód daje ostatnim utworem tomiku.
Kładzie mi ją na kolanach i czeka. Otwieram z pamięci,
na moim ulubionym obrazku: Panda, w białym kitlu,
obwiązuje chustką akwarium (rybka jest chora).
Parę stron dalej mama Pandy leży pod kołdrą,
z kompresem na czole. Panda podaje mamie
łyżeczkę zielonego syropu. Fuj.
Koniec historii. Panda z mamą
machają nam z okna: pa, pa
Pa, pa
(„Czytanie”, s. 46)
Jest coś pozytywnie rozczulającego w tym całkowitym regresie w którym pogrąża się podmiot powyższego wiersza. Bardzo łatwo utwór ten mógł popaść w śmieszność lub w zadufanie. Nie stało się tak. Poruszył dokładnie te struny które powinien poruszyć. Ani słowa więcej, ani mniej. Chciałoby się żeby cały debiut utrzymany był na takim poziomie. Wielka szkoda że tak nie jest. Koniec historii. Koniec recenzji.
Pa, pa.
Rafał Derda
CZYTAJ TEŻ