Listy
przełożyła
Wioletta Perzanowska
na podstawie “Out in the world. Selected letters od Jane Bowles 1935-1970” edited by Millicent Dillon, wyd. Black Sparrow Press, Santa Barbara, 1985
List 18
Treetops, Connecticut, początek sierpnia 1947
Najdroższy Bupple1,
Cieszę się, że wreszcie mam Twój adres i liczę na to, że zrezygnujesz z wyjazdu do Hiszpanii. Nie sądzę, żebyś czuł się tam równie dobrze jak w Maroku, a Portugalia, jestem tego pewna, szybko by Ci się znudziła. Nie piszę tego złośliwie, bo właściwie wolałabym, żebyś był w Portugalii — listy przychodzą stamtąd szybko, a poza tym wyobrażam sobie, że panuje tam zdrowy klimat.
Byłoby mi jednak przykro, gdybyś opuścił miejsce, w którym dobrze się czułeś, tylko dlatego, że zawsze ciągnie Cię gdzieś indziej, a przy tym wydał znacznie więcej pieniędzy, choć niewiele byś na tym zyskał. Ale może planujesz tylko krótką podróż po Hiszpanii, a potem powrót do Maroka — o ile w ogóle zdecydujesz się wyjechać.
Praca nad powieścią przychodzi mi tutaj z ogromnym trudem z powodu kilku poważnych przeszkód, które nie mają nic wspólnego z warunkami, w jakich mieszkam. (Cała moja powieść jest napisana w tym samym wymęczonym stylu.)
Im bardziej zagłębiam się w książkę — choć niewiele jeszcze napisałam, zdążyłam już sporo przemyśleć i popracować nad kolejnymi rozdziałami — tym bardziej przeraża mnie moje poczucie osamotnienia wśród pisarzy, których uważam za ludzi naprawdę głęboko myślących. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że słowo talent straciło wszelki sens. Carson McCullers jest z pewnością równie utalentowana jak Sartre czy Simone de Beauvoir, ale trudno uznać jej twórczość za równie doniosłą. Sama traktuję pisanie poważnie, jednak czuję się odosobniona, a moje doświadczenia prawdopodobnie nikogo dziś nie interesują. Wysyłam fragment artykułu Simone de Beauvoir „Nowi bohaterowie” wycięty z Town and Country. Przeczytaj strony 121 i 123. To wystarczy, żebyś zrozumiał, o co mi chodzi, bo dobrze znasz tych ludzi i ich sposób myślenia. Zwróć szczególną uwagę na miejsca, które podkreśliłam. Właśnie to przez cały czas tkwiło gdzieś w głębi mojej świadomości. Boże, jak trudno pisać po swojemu, a jednocześnie myśleć tak jak oni. Ty nie musisz mierzyć się z tym problemem, bo żyjesz na uboczu. I wszystko, co piszesz, jest dobre, bo prawdziwe. Ze mną jest inaczej — mam poczucie, że moje odosobnienie jest raczej dziełem przypadku niż czymś nieuchronnym. Mogłabym rozwodzić się nad tym bez końca i dokładniej wyjaśnić Ci, co mam na myśli, ale nie sposób zrobić tego w liście. Twoja osobność jest czymś autentycznym i wartościowym, a wszystko, co z niej wyrasta i co przelewasz na papier, od razu spotyka się z uznaniem. To dlatego, że Twoje pisarstwo jest nierozerwalnie związane z tym, kim naprawdę jesteś, a inni potrafią to dostrzec. A jak jest ze mną — kto wie? Kiedy traktuje się pisanie tak poważnie jak ja — a może powinnam powiedzieć: niemal nabożnie — ciągłe wątpienie we własną szczerość staje się nie do zniesienia. Bo tym samym zaczyna się też wątpić w wartość tego, co się napisało. Im dalej posuwam się w pracy nad powieścią, tym wyraźniej widzę, że najbardziej dręczy mnie pytanie, czy moje własne doświadczenia mają jakąkolwiek wartość. Ten niepokój wydaje mi się znacznie głębszy niż świadomość, że pozostaję na zewnątrz, z dala od innych, choć jednocześnie tysiąckrotnie potęguje związane z tym poczucie winy. Trudno mi to wyjaśnić, ale mam wrażenie, że właśnie w tym tkwi sedno mojej powieści — że o tym będzie, jeśli w ogóle uda mi się ją ukończyć! Jeszcze jedno souris (a może pisze się Tzoris?)! Teraz, po dwóch miesiącach spędzonych u Libby, dociera do mnie, że „Dwie poważne damy” właściwie nigdy nie były powieścią. Mamy więc ten sam problem, choć nie potrafię sobie wyobrazić, żebyś Ty nie zdołał napisać powieści. Helvetia coraz śmielej wkracza do mojej nowej książki, co jest nieuniknione, skoro tyle o niej myślałam przez ostatnie siedem lat. W pewnym sensie jest w niej obecna za sprawą swojego syna, Edgara. To nawet dobrze, bo zwykle w tym, co piszę, za bardzo oddalam się od własnych doświadczeń. W opowiadaniu można sobie jeszcze na to pozwolić, ale w powieści już raczej nie. Z drugiej strony pisanie o własnych przeżyciach właściwie nie sprawia mi żadnej przyjemności. Wszystko to niepokoi mnie i zaczynam się w tym gubić. Wiesz przecież, jak bardzo Helvetia namieszała mi w głowie. To właśnie przez nią jestem dziś mniej pewna siebie niż w wieku dwudziestu trzech lat. Możesz więc sobie wyobrazić, jak trudno zbudować powieść z tego, nad czym kazała mi się zastanawiać. Nie piszę jednak o Helvetii takiej, jaką pamiętam. Zmieniłam pewne rzeczy na tyle, że nie zawsze rozpoznaję już w tej postaci Helvetię. Mimo to wciąż nie potrafię wyrazić tego, co za jej sprawą zaczęło mnie nurtować. Wszystko to wydaje mi się obce mojej naturze, a jednak nie daje mi spokoju. Oczywiście w powieści pojawiają się też inne wątki. Pracuję nad nią wytrwale i z pełnym oddaniem, ale mam wrażenie, że to wręcz herkulesowe zadanie, którego ukończenie zajmie mi całe lata! Z drugiej strony, jeśli tylko uda mi się pokonać trudności i wpleść własne doświadczenia w tę historię, być może później praca pójdzie już szybciej. Myślę jednak, że lepiej przygotować się na najgorsze niż się łudzić.
Piszę przerażająco wolno, a gdybyś wiedział, ile godzin spędzam, po prostu leżąc na łóżku, niczego nie czytając i bezmyślnie patrząc przed siebie, byłbyś zdumiony. Jeśli do jesieni uda mi się przygotować sto pięćdziesiąt stron, przepisanych na maszynie, poprawionych i wysłanych do wydawcy, uznam, że miałam ogromne szczęście. Oczywiście przez cały ten czas musiałam bez przerwy odrzucać to, co wcześniej napisałam. Nigdy dotąd nie udało mi się spędzić dwóch miesięcy w jednym miejscu bez jakiegoś gwałtownego wstrząsu, który wywróciłby moje życie do góry nogami — fizycznie lub emocjonalnie. Tak czy inaczej, naprawdę liczy się tylko to, co napisałam na Kubie, fragmenty, nad którymi pracowałam od czasu do czasu w Nowym Jorku, oraz to, co udało mi się zrobić tego lata. Wszystkie pozostałe zeszyty nie mają znaczenia i najwyższy czas, żebyś przestał o nich myśleć, bo samo ich wspomnienie wyprowadza mnie z równowagi. Nie wyrzucę ich jednak, ponieważ być może znajdę w nich materiał na jedno czy dwa opowiadania. A właściwie jestem pewna, że tak będzie. Nawet tekst, który powstał na Kubie, nie bardzo pasuje już do tego, nad czym obecnie pracuję. Ale przez te cztery, a może pięć tygodni, które tam spędziłam, udało mi się przynajmniej stworzyć odpowiednią atmosferę. Boże, jak bardzo zmieniły się od tamtej pory postacie, a właściwie jak bardzo się rozwinęły! Dlatego cały napisany tam fragment wymaga teraz przeróbek. Po powrocie do Nowego Jorku pisałam nieregularnie, z długimi przerwami, ale część tego materiału będę mogła wykorzystać. Nawet nie masz pojęcia, jak wolno mi idzie — przez trzydzieści kilka dni napisałam na maszynie zaledwie trzydzieści parę stron. Jednego dnia udaje mi się napisać trzy, następnego ani jednej, i tak bez końca. A przecież pracuję całymi dniami, robiąc tylko krótką przerwę, po czym znów po kolacji siadam do pisania. Oczywiście, mnóstwo czasu spędzam na rozmyślaniach, które ciągną się w nieskończoność, bo moje myśli nieustannie gdzieś błądzą. Wystarczy, że utknę na jakimś problemie albo natrafię na coś szczególnie zawiłego, a już po dwudziestu minutach zaczynam snuć fantazje o romansie i potrafię spędzić na tym resztę poranka. W takich chwilach aż mnie kusi, żeby wymknąć się na basen, ale ostatnio uparcie zmuszam się do siedzenia w pokoju. Mało pracuję i niewiele czytam, ale przynajmniej nigdzie nie wychodzę. Za kilka miesięcy przekonam się raz na zawsze, czy potrafię napisać tę powieść, czy też powinnam zrezygnować z pisania. Jak dotąd, ilekroć byłam bliska rozpaczy, w ostatniej chwili ratował mnie jakiś pomysł albo kilka zdań dialogu.
Poleciałam z Libby na weekend do Louisy Carpenter i siostry Bankhead. Samolot należał do matki Louisy, był wspaniały, a ja rozkoszowałam się każdą minutą lotu. Przez cały weekend dużo piłam, grałam w pokera i nie zrobiłam nic pożytecznego.
Louisa C. jest najbardziej pociągającą kobietą na świecie, ale niestety nie tylko ja tak uważam. Wybrałyśmy się na połów krabów i zobaczyłyśmy dwa mioty prosiąt — po jedenaście w każdym, czyli razem dwadzieścia dwa. A może jednak dziewiętnaście. Siostra Bankhead miała też dwa pekińczyki, oba czarne! Oczywiście byłam nimi wprost zachwycona (*aux anges*). Są naprawdę czarne jak kruki. Możesz to sobie wyobrazić? W drodze powrotnej wysadziłyśmy Libby na lotnisku LaGuardia, a niecałe dziesięć minut później byłyśmy już tutaj. Przesyłam Ci ten czek, bo nie wiem, co z nim zrobić. Miałam nadzieję, że wcześniej dostanę Twój adres. Moja matka przyjeżdża w niedzielę, dziewiątego, i zostanie w Nowym Jorku do dziewiętnastego, więc spędzę tam dziesięć dni. Mimo to pisz do mnie tutaj — Libby będzie co drugi dzień jeździć tam i z powrotem, więc w razie potrzeby przywiezie mi ważniejszą korespondencję. Tak czy inaczej, dziewiętnastego albo dwudziestego już tu wrócę. Oczywiście ta przerwa jest mi bardzo nie na rękę, ale mam nadzieję, że podczas pobytu w Nowym Jorku uda mi się jednak trochę popracować. Później, latem, napiszę Ci o podróży statkiem do Afryki. Z pewnością nie powinnam się tam wybierać, dopóki nie uporam się ze znaczną częścią powieści, ale nie wiem już, czy naprawdę muszę czekać do jej ukończenia. Na razie nie potrafię się zdecydować. Nie wiem też, kiedy i czy w ogóle byłoby rozsądnie spotkać się z Helvetią. Do Afryki pojechałabym najwcześniej późną jesienią — być może właśnie wtedy, gdy Ty będziesz wracał. Jeśli się rozminiemy, musisz mi powiedzieć, co zrobić z mieszkaniem. Sądzę, że od września lub października bez trudu uda się je komuś podnająć. Wprawdzie opłaty są sporym obciążeniem, ale Oliver jeszcze nikogo nie znalazł. Miło byłoby znaleźć sobie tam dom, prawda? W Afryce, oczywiście. Bardzo się cieszę, że Gordon coraz lepiej się tam czuje. Czytałam tekst Briona Gysina w Town and Country — tę osobliwą historię o japońskim domu, który przeniesiono w całości, razem ze wszystkimi mieszkańcami, na jakąś zwariowaną brytyjską wyspę. Na pewno słyszałeś, jak Brion ją opowiada — to jedna z jego ulubionych historii. Mnie wcale nie wydaje się szczególnie zabawna. Coraz lepiej pływam. Czytam „Synów i kochanków” i Kierkegaarda. Szkoda, że Cię tu nie ma. Od dzieciństwa nie czułam się tak samotna jak teraz. Niepokoi mnie, że Helvetia tak mnie przygnębia, ale poza tym wszystko jest w porządku, chyba że akurat praca zupełnie mi nie idzie. Przypuszczam, że zarówno Ty, jak i G. zdążyliście już napisać swoje powieści. Nadal uważam, że dobrze zrobiłam, nie jadąc do Afryki. Nie sądzisz? Przy tylu trudnościach, zarówno zewnętrznych, jak i tych tkwiących we mnie samej, chyba nie udałoby mi się niczego stworzyć. A może tak bardzo zniecierpliwiło Cię moje ślimacze tempo pisania, że nie widzisz już większego sensu w tym, nad czym teraz pracuję. Myślę, że mogłabym przyjechać do Afryki, zanim ukończę książkę, ale nie zamierzam się nad tym zastanawiać przed listopadem. Do tego czasu będzie już wiadomo, czy wracasz. Wcześniej na pewno się stąd nie ruszę, chyba że wydarzy się coś naprawdę strasznego, co uniemożliwi mi dalszą pracę. Muszę też wkrótce zacząć zbierać materiały o huraganach. Mam nadzieję, że następnym razem będę mogła przekazać Ci lepsze wieści o postępach w pisaniu. Chcę jednak, żebyś wiedział, jak marnie mi idzie, i nie miał co do mnie żadnych złudzeń. Bardzo ucieszyła mnie pocztówka od G. Ucałuj go ode mnie i powiedz mu, że Libby jest nim absolutnie zachwycona — i to pod każdym względem.
Przesyłam Ci korespondencję na temat Twojej twórczości, żebyś przekonał się, jak dobrze układają się Twoje sprawy, i nabrał otuchy. Nie obawiaj się też, że pogubię Twoje listy. Jestem bardzo sumienna — odkładam je na bok i otwieram tylko te służbowe, które moim zdaniem wymagają pilnej odpowiedzi. A jeśli chodzi o Twój paszport, który przez pomyłkę zabrałam — byłam przekonana, że to mój. Zajrzałam do środka, żeby sprawdzić zdjęcie, i jak przez mgłę przypominam sobie, że zobaczyłam własną twarz, a nie Twoją. Kiedy opowiedziałam o tym Libby, zapytała: „Jakie jeszcze figle potrafi nam płatać umysł?”. Poza tym jednak możesz na mnie całkowicie polegać.
Napisali też do Ciebie z Teatru Hilltop. Wyślę im kartkę z wyjaśnieniem, że dotąd przebywałeś w Afryce bez stałego adresu, żeby nie pomyśleli, że ich zlekceważyłeś. Zaprosili Cię na przedstawienie i tak dalej. Podpisz załączony czek i odeślij mi go, żebym mogła wpłacić pieniądze na konto — chyba że wrócisz na tyle wcześnie, by zrobić to osobiście. W przeciwnym razie cała suma przepadnie. A może uda Ci się zrealizować czek w Afryce i urządzić za te pieniądze przyjęcie?
Mam nadzieję, że Ty i Gordon będziecie się trzymać razem.
Być może Florence zgodzi się wynająć Twoje mieszkanie od września do połowy października. Do tego czasu będziesz już wiedział, co zamierzasz dalej robić. Nie mam jednak pewności, czy byłaby tym zainteresowana. Później na pewno bez trudu znajdziesz kogoś na jej miejsce. Dwudziestego trzeciego października wprowadzi się do mnie, bo mieszkam na niższym piętrze, co oczywiście bardziej jej odpowiada. Chyba że H. zmieni plany na zimę, w co szczerze wątpię.
Mam nadzieję, że wkrótce dotrą do mnie książki, które mi wysłałeś, i Twoje opowiadanie. Proszę, napisz do mnie.
Ściskam Cię mocno,
Jane
P.S. Do Gordona napiszę później. Firma Delkas Music Co., 625 South Grand Avenue, przysłała Ci odbitki korektorskie z prośbą, żebyś przy najbliższej okazji naniósł na nie poprawki niebieskim ołówkiem. Czy mam Ci je przesłać? Postaram się też znaleźć Twoje zdjęcie dla Pearl Kazin z Bazaar. (Zaproponuję jej tę dużą fotografię, ale strasznie się boję, że ją zgubi.) Twoje opowiadanie ukaże się w październiku. Przyszedł list od Roditiego, poza tym nic wartego uwagi. Czy mam Ci przesyłać wszystkie listy, które wydają się choć trochę ciekawe? Myślę, że powinnam je najpierw przeglądać — rzecz jasna tylko te, które nie są prywatne — bo jak wiesz, poczta lotnicza sporo kosztuje.
Uściski,
Jane
P.P.S. Zarobiłeś też dwa centy na sprzedaży swoich nut. Nie chce mi się teraz grzebać w papierach, żeby odnaleźć rozliczenie. Peggy Bate przysłała Ci angielskie wydanie „Wieku rozumu”, pierwszej części trylogii Sartre’a. Zachowam je dla Ciebie. Wachlarz wciąż dotrzymuje mi towarzystwa i wprost go uwielbiam.
List 26
Hotel Villa de France, Tanger, lipiec 1947
Najdroższy Bup,
Głupio zrobiłam, że tak długo nie pisałam do Ciebie. A przecież mam Ci tyle do opowiedzenia — o Fezie, pieniądzach, Afryce w ogóle, a także o tym, jak bardzo rozczarowuje mnie to, że nie potrafię polubić tego, co Ty w niej lubisz, ani zainteresować się tym, czym się zajmujesz, gdziekolwiek jesteś. Uwielbiam Tanger — targ, język arabski, kazbę i całą resztę. Teraz chciałabym pojechać do Marrakeszu i Tarudantu. Szkoda, że wszystko tak dziwnie się układa. Odkąd przeczytałam Twoją powieść, jeszcze bardziej mnie to boli. Mam nadzieję, że nie będziesz się na mnie skarżył Peggy Bate. Wiem, że lubisz obgadywać ludzi, tak samo jak ja, ale, co dziwne, mówienie o Tobie źle nie sprawia mi najmniejszej przyjemności. Przeciwnie — kiedy inni Cię atakują, ogarnia mnie przerażenie, bo czasem naprawdę trudno stanąć w Twojej obronie. Teraz, kiedy zobaczyłam, jak niecierpliwie wyczekiwałeś przyjazdu O. i jak bardzo się potem rozczarowałeś, aż się wzdrygam na myśl o własnej niezręcznej reakcji. Mam jednak powody przypuszczać, że na mój przyjazd nie czekałeś z równie wielkim przejęciem — a przynajmniej że towarzyszyły Ci wtedy zupełnie inne uczucia. Nie chce mi się wierzyć, że po dziesięciu latach wciąż gdzieś w głębi duszy liczyłeś na to, że z Gibraltaru przyjedzie ktoś podobny do Ciebie (albo do Edwina Denby’ego). Szkoda, że musiałeś spędzić tam całe trzy dni. W Farharze najbardziej dotknęło mnie to, że zamiast od razu zjawić się u mnie, wolałeś zostać w Fezie z Edwinem. Byłam strasznie zazdrosna i czułam się odtrącona. Wydawało mi się, że w jego towarzystwie jest Ci naprawdę lepiej niż w moim, i bałam się, że wcześniej czy później zaczniesz nas ze sobą porównywać — a ja wypadnę gorzej. Niestety! Stało się to o wiele wcześniej, niż się spodziewałam, i do dziś nie daje mi spokoju. Nigdy dotąd nie próbowałam tak usilnie zrozumieć Twojego świata, zobaczyć go Twoimi oczami. I chyba właśnie dlatego przez cały ten czas byłam w tak okropnym nastroju. Chciałam, żebyś dobrze się czuł w moim towarzystwie, czerpał przyjemność ze wspólnych posiłków i chwil spędzanych razem, a jednocześnie starałam się zachowywać spokój i nie domagać się zbyt wiele uwagi. Naprawdę, z całego serca żałuję, że wszystko ułożyło się zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam. W gruncie rzeczy wciąż nie rozumiem, co właściwie zaszło, ale wiem jedno: nigdy dotąd nie byłam tak bliska załamania nerwowego. To było straszne doświadczenie i nie chciałabym już do niego wracać. Nie sądzę też, żebym miała ochotę znów wybrać się do Fezu, chyba że w ciągu najbliższego roku uda mi się o tym wszystkim zapomnieć. Tak czy inaczej, Tobie jest tam lepiej beze mnie. Ale może jednak Palais Jamais? Zanim przejdę do innych spraw, chciałabym wierzyć, że wcale nie myślałeś poważnie, mówiąc Libby i Topperowi, że podczas podróży „dostanę ataku serca”. To jedna z niewielu rzeczy, które naprawdę mnie dotknęły — podobnie jak Twoje słowa w Fezie, kiedy powiedziałeś, że widzisz mnie na wózku inwalidzkim albo martwą. Przecież już i tak żyłam w strachu o swoje serce. Potrafię znaleźć tylko dwa wytłumaczenia: albo w ogóle nie wierzyłeś, że naprawdę jestem chora, albo rzeczywiście się o mnie niepokoiłeś, a mimo to chciałeś sprawić mi przykrość. Sama zresztą bywam najbardziej złośliwa wobec tych, do których czuję największą czułość. Widok Ciebie martwego w powieści obudził we mnie diablicę — tę z Belvedere w Fezie. A może lepiej powiedzieć: harpię. W końcu więcej mam w sobie z ciotki Birdie niż z Lupe Vélez. Czasem tłumaczę sobie Twoje zachowanie równie wyrozumiale jak przed chwilą. Kiedy indziej jednak wydaje mi się, że cała ta historia — mam na myśli moje problemy ze zdrowiem — niepokoiła Cię przede wszystkim dlatego, że mogła pokrzyżować plany podróży, na której zależało Ci bardziej niż na czymkolwiek innym. Sama już nie wiem… A więc chyba rzeczywiście nie wierzyłeś, że coś mi jest. Ale przecież musiałeś traktować moje obawy poważnie, skoro tak sposępniałeś i widziałeś mnie już na wózku inwalidzkim.
Ja naprawdę byłam pewna, że to koniec, możesz mi wierzyć. To było zupełnie inne uczucie niż lęk przed zbliżającą się wojną. A jednak teraz cieszę się, że przez jakiś czas byłam przekonana, iż niewiele życia mi zostało. Cheroux nie powinien był stawiać diagnozy w ten sposób. Powiedziałam mu, że chyba mam atak serca, a on odparł, że to nie chwilowa dolegliwość, lecz choroba serca. Naprawdę mnie tym przeraził. Nie pokazałam Ci jednak, jak bardzo się bałam. O wiele bardziej wolałabym być neurotyczną hipochondryczką, która tylko udaje chorą, niż rzeczywiście na coś cierpieć. A kiedy wspomniałeś Libby, że „dostaję ataku”, wciąż jeszcze nie byłam pewna, czy naprawdę nic mi nie jest. Mój angielski w tym liście z pewnością już dawno się rozsypał, ale nie mam siły się tym przejmować. Jeśli tylko trochę się postarasz, zrozumiesz, o co mi chodzi.
Może w ogóle nie powinnam poruszać tych wszystkich spraw, ale kiedy coś leży mi na sercu i czuję, że muszę to z siebie wyrzucić, nie potrafię skupić się na niczym innym. A przecież wiem, że nadal chciałbyś otrzymywać ode mnie listy. Mam nadzieję, że to ze mną jest coś nie tak, skoro w ogóle przychodzą mi do głowy takie zarzuty, i że nie powinnam traktować ich zbyt poważnie. Mimo to nie mogę pozbyć się tych myśli ani zapomnieć o niektórych Twoich zachowaniach. Myślę, że wystarczyłoby jedno Twoje słowo, żebym przestała się tym zamartwiać. Masz zresztą zwyczaj rzucać takie uwagi mimochodem, więc nie zajęłoby Ci to wiele czasu. Łączy mnie z Tobą coś więcej niż tylko małżeństwo. Z pewnością dobrze o tym wiesz. Gdyby było inaczej, bez trudu przeszłabym nad całą tą sprawą do porządku dziennego. Oliver uważa, że kurczowo się Ciebie trzymam. Mam nadzieję, że Ty tak nie myślisz — a przede wszystkim, że to nieprawda, niezależnie od tego, co o tym sądzisz. Do tej okropnej sprawy pieniędzy wrócę innym razem. Może nie w liście. Denerwuje mnie, kiedy mówisz, że stać Cię na utrzymanie jednej osoby, ale dwóch już nie, i tak dalej. Pewnie masz rację, choć kiedy mieszkamy razem, wygląda to inaczej. Podróżowanie we dwoje jest jednak bez wątpienia droższe. Prawdą jest też, że mogłam zostać w Ameryce tak długo, jak tylko chciałam, i nie kosztowałoby Cię to ani grosza. Ale skoro już tu jestem, za nic w świecie nie zamierzam psuć sobie pobytu, zamartwiając się takimi sprawami. Jestem Ci ogromnie wdzięczna za to, że pozwalasz mi tu mieszkać i korzystać z Twoich pieniędzy. Nie uważam, że mam do tego prawo tylko dlatego, że jestem Twoją żoną. Nie znoszę takiego sposobu myślenia, a jednak nie wiem, czy gdzieś w głębi duszy, na jakimś atawistycznym poziomie, nie tkwi we mnie przekonanie, że małżeństwo daje mi przynajmniej pewne przywileje. Innymi słowy, czuję jedno i drugie na raz. Że jesteś wolnym człowiekiem i pomożesz mi z miłości, kiedy tylko będziesz mógł, a zarazem że jesteś moim mężem. Nie przywiązuję zbyt wielkiej wagi do naszego małżeństwa, ale naprawdę staram się być ze sobą szczera. Nie jestem też pewna, czy ograniczenia narzucane nam przez społeczeństwo są w gruncie rzeczy czymś złym. Zobaczymy.
Widok arabskiego miasta z mojego okna jest dla mnie niewyczerpanym źródłem przyjemności. Nie mogę oderwać od niego wzroku i chyba po raz pierwszy w życiu odczuwam radość płynącą wyłącznie z patrzenia. Hałas panujący w willi nieustannie daje mi się we znaki, ale mimo to nie potrafię stąd wyjechać. Jestem pewna, że to jedyne miejsce w Tangerze, w którym naprawdę chcę być. Gdybym musiała je opuścić, chyba wróciłabym do Stanów. Wiem, że latem na Górze nie da się wytrzymać, chyba że znalazłabym jakieś drzewo, pod którym mogłabym spokojnie pracować. Dopiero teraz próbuję zabrać się do pisania, ale od rana panuje tu nieznośny harmider. Doprowadza mnie to do szału, bo tak bardzo kocham to miejsce. Jestem jednak pewna, że uda mi się zaszyć w jakimś cichym kącie albo zupełnie zmienię rytm dnia i zacznę pracować nocami. A może od piątej do dziewiątej rano. Dzisiaj idę z Boussifem załatwić sprawę aktu własności. Obawiam się, że z Cherifą nic się nie ułoży. Myślę, że jest bardzo zakochana w Boussifie. Wścieka się, bo liczyła na to, że kiedy jego żona odejdzie, Boussif się z nią ożeni. Tymczasem sprowadził sobie jakąś kobietę, żeby mu gotowała, a przy okazji z nią sypia. Zabrał ją na targ zbożowy i przedstawił Cherifie. Jak opowiadał Lantzmann, wszyscy siedzieli potem razem w hanucie i żartowali. Boussif mówił jednak, że jego kochanka oznajmiła Cherifie, iż dopóki mieszka u niego, tylko Cherifa może go odwiedzać. Jest bowiem przekonana, że Boussif nigdy nie poślubi kobiety, która nie nosi zasłony i sprzedaje zboże na targu. Zapytałam go, czy Cherifa nie poczuła się urażona, a on odparł: „Nie, dlaczego?”. To doprawdy zagadkowi ludzie. Podejrzewam, że Cherifa się mnie boi. Wczoraj widziałam, jak schowała się za straganem, żebym jej nie zauważyła. Mimo wszystko postanowiłam nauczyć się arabskiego. W każdym razie to dobre ćwiczenie dla umysłu, a poza tym być może sprawi mi przyjemność. Nawet jeśli moje wieczory z Cherifą i Quinzą pozostaną tylko mrzonką. Póki co jestem całkowicie zależna od Boussifa, więc właściwie głupio w ogóle o tym myśleć. Dean twierdzi, że arabskiej wymowy nie da się opanować. Nigdy. Można co najwyżej nauczyć się mówić na tyle poprawnie, żeby inni nas rozumieli, bo wyćwiczenie niektórych mięśni gardła zajmuje lata. Wczoraj po raz pierwszy odezwałam się po arabsku, chyba z desperacji, kiedy Cherifa ukryła się za straganem. Na szczęście była tam pewna starsza lesbijka, która tylko czasami pojawia się na targu. Podeszłam więc do niej i zagadałam. Właściwie niewiele zdołałam z siebie wykrztusić, ale natychmiast otoczyło mnie paru starszych mężczyzn, którzy z uznaniem kiwali głowami. Powtarzali jeden przez drugiego, że mówię po arabsku. Jestem tępa i powolna, ale zdeterminowana. Oczywiście nigdy nie będę tak bystra jak Ty.
Zwykle odsyłam Ci listy zaraz po odebraniu ich na poczcie. Jeśli zrobię to w ciągu dwudziestu czterech godzin, nie muszę płacić za przesyłkę. Kilka razy jednak mi się to nie udało. Początkowo nie wiedziałam o tej możliwości, a później raz czy dwa wybrałam się na pocztę, ale nie mogłam sobie przypomnieć adresu agencji Morrisa. Musiałam więc zabrać listy z powrotem do domu i nie zdążyłam ich wysłać na czas. Teraz znam już adres na pamięć, więc odtąd żaden list nie wróci ze mną do pokoju. Koniecznie muszę wiedzieć, co z Twoim kontraktem. Mam nadzieję i modlę się, żeby wszystko było już załatwione. Ojej! Nie znoszę nawet o tym myśleć. Pisz mi też, co nowego w sprawie Twojej powieści. Za miesiąc dam Ci znać, czy udało mi się choć trochę posunąć naprzód z własną pracą, czy też nie ruszyłam z miejsca. Jeszcze za wcześnie, żebym mogła ocenić, na ile rozsądnie postąpiłam (mam na myśli decyzję, żeby tu zostać). Oczywiście, im mniej będę się nad tym zastanawiać, tym łatwiej przyjdzie mi uwierzyć, że dobrze zrobiłam — a na razie coraz bardziej się z tego cieszę. Próbuję namówić Helvetię do przyjazdu i wciąż sądzę, że mogłaby wrócić razem z Tobą, jeśli rzeczywiście tu dotrzesz. Nie zaprzątam sobie tym zbytnio głowy, ale bardzo chciałabym się przekonać, czy naprawdę potrafię pracować. Jeśli nie, chyba powinnam po prostu dać sobie spokój z pisaniem. Warunki do pracy są tutaj idealne. Gdyby nie to straszne widmo wojny, powiedziałabym, że jestem bardzo, bardzo szczęśliwa. Oczywiście, miewam swoje nastroje, ale od wielu lat nie zaznałam tylu chwil prawdziwej radości. Uwielbiam tutejszy krajobraz. Błękit, który mnie otacza, niezmiennie sprawia mi przyjemność. Morze i niebo, góry w oddali i cały ten błękit Kasby. Nawet w bieli jest tyle błękitu. Targ zbożowy też jest niebieski — niebieskozielony. Kazałam zrobić drabinę, żebym mogła wchodzić na nasz taras. Zapłaciłam za nią około siedemdziesięciu peset, ale naprawdę było warto.
Kasba wygląda stąd piękniej niż z jakiegokolwiek innego miejsca, które znam.
Biała kopuła zasłania, dzięki Bogu, całą tę część Rifu, więc można by dobudować pokój na tarasie. Myślę, że nawet jednej osobie byłoby tam za ciasno, żeby mieszkać dłużej niż kilka dni. Za to taki pokoik świetnie nadawałby się na garsonierę, a odpowiednio urządzony mógłby przynosić całkiem niezły dochód z wynajmu. Trzeba by tylko doprowadzić wodę i zadbać o całą resztę. Porozmawiamy o tym, kiedy będę już miała akt własności i znów się zobaczymy. W końcu nie ma pośpiechu. Musimy tylko mieć pewność, że dom rzeczywiście należy do nas. Za kilka minut idę tam przygotować lunch. Zrobię po prostu garnek ratatouille i trochę kiełbasy — tanio i bardzo pożywnie. Pomidorów mamy teraz pod dostatkiem, więc gotowanie nie sprawia większego kłopotu. Niestety w kuchni jest otwór prowadzący do łazienki, przez który przedostają się nieprzyjemne zapachy. Podejrzewam, że nawet gdyby go zamurować, na parterze nadal trochę by cuchnęło, ale na górze nie byłoby już tego problemu. Na dole znalazłyby się kuchnia, schowek, łazienka i kąt do spania dla służącego — a właściwie dozorcy. Na górze byłby pokój, w którym można by czytać, jeść, przyjmować gości i oczywiście spać, kiedy tylko przyjdzie na to ochota. Zostałby też kawałek tarasu. O tym wszystkim zdecydujemy później. Naprawdę nie potrafię teraz powiedzieć, czego chcę. Za trzy miesiące mogę już mieć dość Tangeru.
Zastanawiam się jednak, czy lepszą inwestycją nie byłoby wyremontowanie domu zamiast jego sprzedaży, nawet gdybyśmy mieli go potem wynajmować Arabom.
Wiem, że można też znaleźć amerykańskich lokatorów. Uwielbiają mieszkać w Kasbie, a po okolicy kręci się mnóstwo samotnych mężczyzn, takich jak Jay, Bill Chase.
To naprawdę uroczy dom i coraz lepiej rozumiem, dlaczego chciałeś go kupić. Załączam czek z holenderskimi tantiemami za „Szklaną menażerię”. Towarzyszył mu jedynie standardowy formularz. Nie dostałam żadnego zawiadomienia o nadejściu Twoich czeków, ale za kilka dni tam pójdę i zapytam. Napisz mi w następnym liście, jak dokładnie wygląda ta sprawa, bo już nie pamiętam. Podaj kwotę i pozostałe szczegóły. Dlaczego nie zadzwonisz do Pearl Kazin z Bazaaru? Może moglibyście umówić się na drinka, a Ty przy okazji dowiedziałbyś się, czy widzi szansę na sprzedaż mojego opowiadania. Oczywiście nawet nie wiem, czy jej się spodobało. Dziękuję za kartę biblioteczną, książeczkę czekową i całą resztę.
Proszę — PROSZĘ, napisz do mnie.
Ściskam Cię najmocniej.
J.
P.S. Czy mógłbyś zdobyć dla mnie adres Edwina? Proszę, napisz jak najszybciej do mojej matki. Jestem pewna, że będzie chciała do Ciebie zadzwonić, więc koniecznie podaj jej swój numer telefonu. Powiedz jej, że wracasz do Tangeru, a ja postanowiłam tu zostać, bo jestem szaleńczo zakochana w tym mieście.
Adres mamy:
c/o Mayor’s
róg 3rd i Main Sts.
Dayton
List 28
Hotel Villa de France, Tanger, lipiec/sierpień 1948
Najdroższy Buppie,
Wybieram się do hanoutu2 Cherify. Nasza znajomość ani drgnie: ilekroć wydaje mi się, że coś się w niej zmieniło, choćby na gorsze, i że wróciłyśmy do czasów, kiedy chowała się za straganem, nazajutrz okazuje się, że nadal tkwimy w tym samym miejscu. Nic się nie zmienia. W końcu, po długich godzinach kręcenia się w pobliżu i napomykania o Aid Es Seghir3 mniej więcej co pięć sekund, udało mi się zdobyć zaproszenie na dzisiejszy wieczór. Wkrótce pójdę więc na targ zbożowy, skąd ruszymy razem do M’sallah4. Nie mam pojęcia, czy będę szła za nią, przed nią, czy może po drugiej stronie ulicy, równolegle do niej. Zaproszenie udało mi się zdobyć dzięki aluzji do kury. Zaczęłam wymachiwać rękami, naśladując trzepotanie skrzydeł, i powtarzać: „djdédda”. Twoja transkrypcja fonetyczna różni się od mojej, więc nie próbuj mnie poprawiać w myślach.
Nieco później: Trzeba by wielu stron, żeby wyjaśnić, dlaczego Aid Es Seghir przypadło o dzień wcześniej, niż przewidywali znawcy księżyca, i jakim sposobem trafiłam do Cherify akurat tej nocy, kiedy świętowanie już się skończyło. W świecie rządzącym się przewidywalnymi zasadami do naszego spotkania w ogóle by nie doszło. W dniu święta Cherifa nie przychodzi na targ, a my umówiłyśmy się tam właśnie wtedy, ponieważ wszyscy sądzili, że uroczystości rozpoczną się dopiero następnego dnia. Miałam przynieść jej kurę, żeby zdążyła ją oskubać i nazajutrz przyrządzić z oliwkami. To wszystko jest tak absurdalne — zwłaszcza że inni twierdzili, iż do święta zostało jeszcze pięć dni. Potem zaczęłam się martwić, że kura się zepsuje. Zresztą, jak miałabym Ci to wyjaśnić? A jednak w tym osobliwym świecie, w którym nic nie jest pewne, nagle, jakimś cudem, sprawy zaczynają się układać. Przychodzi chwila, kiedy trudności same ustępują, a najbardziej zawiłe przedsięwzięcia — a przynajmniej to, co gdzie indziej wymagałoby skomplikowanych przygotowań — udają się niemal bez wysiłku, jak we śnie, w którym wystarczy o czymś pomyśleć, żeby się urzeczywistniło (Twoja powieść). Trzeba by lat, żeby naprawdę w to uwierzyć i nie widzieć w tym już tylko zabawnej fatamorgany. Chciałabym myśleć, że Arabom rzeczywiście udaje się w ten sposób doprowadzać sprawy do końca — nie wskutek działania jakiegoś prawa przypadku, lecz dlatego, że tak niewiele uwagi poświęcają najbliższej przyszłości, pozwalając swobodnie działać rozmaitym tajemniczym rytmom, nad którymi my utraciliśmy już kontrolę. Przypomina mi się zupa Herrery, która docierała z najodleglejszych zakątków Tangeru do Arabów pozostających po zmroku w Sukko — zawsze na czas, zawsze gorąca i zawsze w ilości wystarczającej dla wszystkich. Zupełnie jak maleńki niebieski dzbanuszek Cherify, z którego można było bez końca nalewać herbaty.
W każdym razie poszłam tam o wpół do ósmej rano, myśląc sobie: „A nuż pamięta o naszym spotkaniu i gdzieś na mnie czeka?”. Nie zastałam jej, była za to stara, żółtolica lesba z gór — i niestety musiałam zjeść ogromne ilości obrzydliwego chleba przypominającego tortillę, nasiąkniętego zjełczałą oliwą, w otoczeniu much, z dodatkiem miodu! Potem ruszyłam za jakimś pochodem, myśląc: „Cóż, to taki osobliwy kraj, że może właśnie w ten sposób ją odnajdę.” Policjant powiedział mi, że pochód zmierza do M’sallah, ale oczywiście zatrzymał się kawałek za Villa de France. Kolejny policjant, również Arab, oznajmił, że wcale nie idą do M’sallah, tylko zawrócą i zejdą z powrotem do Mendoubii. Czekałam już wtedy od jakiejś godziny, a pochód wciąż stał na placu za Villą. Miałam przecież zamiar pójść za nim aż do M’sallah. A był to najgorętszy jak dotąd dzień w roku, na dodatek muchy w Tangerze są w sierpniu nieznośne. Mimo to ani upał, ani muchy szczególnie mi nie dokuczały, bo świetnie się bawiłam. Uczestnicy pochodu, zwłaszcza dostojni starcy, prezentowali się wspaniale w białych szatach z narzuconym na nie różowym szyfonem. Jedni nosili spiczaste czerwone fezy, inni zaś zwykłe, kwadratowe nakrycia głowy. Konie, mimo skwaru, aż kipiały energią, a wzdłuż drogi zgromadziły się kobiety w pięknych dżelabach. Wróciłam na targ, choć byłam pewna, że jej tam nie zastanę. A jednak była. Na mój widok nie okazała ani śladu zdziwienia czy radości, choć nasze plany całkowicie pokrzyżowało to, że Aid es-Seghir przypadło o dzień wcześniej. Najwyraźniej po prostu zapomniała, że się umówiłyśmy. Musiałam jeszcze raz wyjaśnić jej całą sprawę z kurą („dar dialk gdi nimishi maak” itd.), po czym poleciła mi przyjść na targ zbożowy o siódmej wieczorem. O wpół do jedenastej ruszyłyśmy do M’sallah razem z jej kuzynem Mohammedem (to dobry muzułmanin), który pełnił rolę naszego opiekuna. Zawsze nam towarzyszy, kiedy Cherifa wychodzi z domu z Boussifem — tak było i tym razem. Resztę opowiem Ci kiedy indziej. Tęsknię za Tobą i marzę, żebyśmy kiedyś mogli razem przeżywać takie absurdalne, a zarazem pełne magii dni. Jak cudownie byłoby później je wspominać i rozmawiać o tym, co nas spotkało. Wiem jednak, jak bardzo przeszkadzałaby mi świadomość, że ktoś czeka na mnie w hotelu, wypatruje mojego powrotu i czuje się straszliwie samotny. Tak bardzo chciałabym, żebyś zobaczył na własne oczy, i to w kolorze, jak dziś rano przez dom Cherify przewinęło się jedenaście kobiet, a każda piła herbatę z tego samego maleńkiego dzbanuszka. Obawiam się jednak, że nigdy nie będzie ku temu okazji.
Ogromnie się ucieszyłam, kiedy matka napisała mi, że do niej zadzwoniłeś i że jednak przygotowujesz ten spektakl. Miałabym wyrzuty sumienia, gdybyś z niego zrezygnował, bo przecież w dużej mierze to ja Cię do tego namówiłam. Jestem Ci naprawdę wdzięczna za ten telefon. Wyobrażam sobie, że zanudziłbyś się na śmierć, gdybyś zamieszkał z nią w Dayton — wspomniała, że rozważa taką możliwość. Nie musisz się na to skazywać. Jeśli się z nią zobaczysz, na miłość boską, nie wspominaj ani słowem o moich nerwach czy podejrzeniach, że mam chore serce. Najlepiej w ogóle nie poruszaj tego tematu, bo inaczej natychmiast się tutaj zjawi. Oczywiście, że tego nie zrobisz. Może jestem tangerską „Dorothy Dix”, ale w oczach Arabów uchodzę chyba za największą frajerkę na świecie. Sama już nie wiem. Jestem bardzo oszczędna, więc możesz być o wszystko spokojny. Z Twoimi pieniędzmi obchodzę się bardzo ostrożnie, bo przecież to Ty je zarabiasz. Nadal cieszę się, że tu zostałam, ale mój arabski doprowadza mnie do rozpaczy. Potrafię już trochę mówić, jednak zrozumienie Arabów, kiedy rozmawiają między sobą, to zupełnie inna sprawa.
Ściskam Cię najczulej,
Teresa
P.S. Twoje czeki dotarły, więc nie musisz się martwić.
List 48
Paryż, 17 stycznia 1950
Najdroższy Bupple,
Chyba powinnam pisać ten list z pojedynczą interlinią, choć bardzo tego nie lubię. Nie będzie wtedy miejsca na poprawki. Najpierw wyrzucę z siebie wszystkie nieprzyjemne rzeczy. W zeszłym tygodniu praca szła mi dobrze. Wpadłam w rytm, ale w tym tygodniu wszystko znowu diabli wzięli… Nie z powodu tego, co dzieje się w moim życiu, a przynajmniej niezupełnie. Po prostu znów doszłam do fragmentu z męskim bohaterem. Muszę zmienić wszystko, co napisałam o nim w Tangerze. Może nie wszystko, ale ważne, żeby ten bohater stał się dla mnie kimś rzeczywistym, bo inaczej nie potrafię o nim pisać. Postanowiłam jednak nie popadać w histerię. Jeśli nie uda mi się napisać książki, po prostu porzucę pisanie. I tyle. Pozostanie mi albo samobójstwo, albo zaczęcie wszystkiego od nowa. Przerażająca perspektywa. Nie sądzę jednak, żebym naprawdę odebrała sobie życie, choć z intelektualnego punktu widzenia wydaje mi się to jedynym wyjściem. Nigdy nie zdobyłabym się na taką odwagę, a poza tym wszystkich by to zmartwiło. Tylko co miałabym ze sobą począć? Przypuszczam, że najtrudniej byłoby po prostu nic nie robić. To znaczy żyć dalej tak jak dotychczas, tyle że już nie jako pisarka. Być tylko żoną pisarza? Wątpię, żeby Ci się to podobało. A czy ja sama potrafiłabym się odnaleźć w tej roli? Pewnie stałabym się zrzędliwa i nieznośna, a potem byłoby mi za siebie wstyd. Och, jak ponuro rysuje się moja przyszłość! Dlatego właśnie muszę trzymać nerwy na wodzy, bo inaczej wpadam w panikę. Staram się pisać. Obecność Jody jest dla mnie zarazem pomocą i przeszkodą. Dzięki niej mój dzień nabiera pewnego rytmu, ale jednocześnie mam mniej swobody. Gdybym czytała, pisała zaległe listy i włóczyła się bez celu, pogrążona w myślach — jak to zwykle bywa podczas pracy nad książką — niewiele czasu zostałoby mi dla niej. Nasze życie towarzyskie było stanowczo zbyt bogate. Choć właściwie nie chodzi o liczbę osób, tylko o to, że wciąż spotykałyśmy się z tą samą garstką znajomych. Rzadko jadałyśmy kolację tylko we dwie. Dopiero po kilku tygodniach zrozumiałam, że Jody po prostu nie przepada za gośćmi. A jeśli już nie chce być sama, woli mężczyzn. Lubi Gordona, podobnie jak Franka Price’a. Jakimś cudem udało mi się uniknąć prawdziwego dramatu, choć przez cały ten czas musiałam bardzo na siebie uważać. Myślę, że teraz wszystko mniej więcej się ułożyło i wiem już, jak przetrwać resztę zimy, zanim ona wyjedzie: trzymać się na uboczu, na ile to możliwe. Dziwne, że kiedy przyjechała, miałam wrażenie, jakby czekało nas całe wspólne życie. Przypuszczam, że właśnie ta perspektywa wpędziła mnie w panikę. Teraz zaś mam poczucie, że wszystko zrobiłam nie tak. Byłoby mi przyjemniej i mogłabym lepiej skupić się na pracy, gdybym nie spotykała się z nikim poza nią. Ciągłe zastanawianie się, czy miło spędziła wieczór, przyprawiało mnie jednak o ból głowy. Z czasem przywykłabym też do kolacji w milczeniu (chyba że sama miałabym coś do powiedzenia), co przecież nie byłoby takie straszne. Nie wiem, czego właściwie się obawiałam. Rozpaczy, przypuszczam. Jak zwykle. A teraz żałuję, że zostało nam już tak mało czasu. Znów oswoiłam się z jej obecnością i zdążyłam się do niej przywiązać. Przeprowadziłyśmy się też do mieszkania Franka Price’a, gdzie będzie nam znacznie wygodniej. Wcześniej wynajmowałam osobny pokój na drugim piętrze, ponieważ w tym, który dzieliłyśmy, nie miałam warunków do pracy. Był jeszcze jeden powód: kiedy wspomniała, że od niej „wychodzę”, zaczęłam mieć wyrzuty sumienia za każdym razem, gdy przesiadywałam u siebie, choć wcale nie pracowałam. Później wyjaśniła mi, co wtedy przeżywała, i próbowała mnie uspokoić, zapewniając, że już nie patrzy na to w ten sposób. Mimo to nigdy nie czułam się swobodnie w swoim pokoju. Na dodatek lalusie za ścianą doprowadzali mnie do szaleństwa. Byli równie nieznośni jak dzieci bawiące się na podwórzu, które wcześniej nie dawały mi pracować w pokoju dzielonym z Jody (urządzonym podobnie do tego, w którym mieszkaliśmy). Zresztą tamten pokój był zbyt mały, żeby mieszkać w nim na stałe, choć na tydzień w zupełności wystarczał.
Rozpaczliwie pragnę posunąć pracę naprzód w ciągu najbliższych czterech czy pięciu tygodni. Tylko że na nic nigdy nie starcza czasu. Wiem, że kiedy ona wyjedzie, ogarnie mnie straszne przygnębienie. Przypuszczam, że przeżyję tydzień prawdziwej udręki. Czeka mnie wiele zmian: przeprowadzka z tego uroczego mieszkania do jakiegoś taniego pokoju, kłopoty finansowe, którymi na razie nie muszę się przejmować, i tak dalej. Przesyłam Ci list od Oliviera, żebyś wiedział, jak wygląda sytuacja ze sztuką. Jeśli nie uda się jej wystawić, mogłabym spędzić część wiosny w Paryżu, zamiast znów tułać się z miejsca na miejsce. Niewykluczone też, że pojadę do Tangeru, w zależności od tego, czy będziesz tam w tym czasie, i od kilku innych okoliczności, których nie sposób przewidzieć. Jeśli jednak sztuka zostanie wystawiona tego lata, wolałabym, zgodnie z sugestią Oliviera, wrócić w lipcu, a nie na wiosnę. Podróż statkiem byłaby przyjemniejsza, miałabym więcej czasu na pracę nad Yenti, o ile nadal będę się nią zajmować, a poza tym moglibyśmy zobaczyć się wcześniej, bo w końcu dotarłabym do Afryki.
Od czasu do czasu spotykam się z Alicją Toklas, ale niestety z każdą kolejną wizytą czuję się coraz bardziej spięta i onieśmielona. Alicja jest czarująca, lecz obawiam się, że moja nieumiejętność prowadzenia rozmowy sprawi, iż będzie chciała widywać mnie coraz rzadziej. Nie chodzi tylko o nieśmiałość, ale o wyraźny brak inteligencji — a może raczej o to, że nie mam nic do powiedzenia, żadnych własnych przemyśleń, co do których byłabym choć trochę przekonana. I nie jest to jedynie przejaw nerwicy. Naprawdę tak jest. A Alicja Toklas daje mi mnóstwo okazji do wyrażenia własnego zdania. Po prostu siedzi i czeka, aż coś powiem. Bardzo podziwia Twoją książkę. Właściwie kiedy byłam u niej ostatnim razem, mówiła niemal wyłącznie o niej. Postanowiła już nie podawać mi tych małych, kolorowych kanapek, bo twierdzi, że wolę je od ciasta. I rzeczywiście ma rację. Teraz więc muszę zadowalać się samymi słodyczami, co jeszcze bardziej mnie denerwuje. Może już nigdy się do mnie nie odezwie. Eudora Welty, którą zaprosiłam na kolację z Mary Lou Aswell, oznajmiła, że jest wielką wielbicielką Twojej twórczości. Poprosiła o „Obóz Katarakta” i zabrała książkę do domu. Po miesiącu zwróciła ją jednak z liścikiem, w którym wyjaśniła, że nie zdołała przez nią przebrnąć, ale chętnie przeczytałaby kiedyś coś innego mojego autorstwa. Było mi przykro, zwłaszcza że od naszego ostatniego spotkania sama zdążyłam zachwycić się jej twórczością. Wiele by dla mnie znaczyło uznanie utalentowanej amerykańskiej pisarki, a nie tylko garstki przyjaciół. Równie przykra okazała się reakcja pewnej znajomej z hotelu, której moja książka zupełnie się nie spodobała. Przebywa teraz w Paryżu także Nadika Waterbury, bardzo inteligentna i czarująca dziewczyna, którą poznałam przed laty w Nowym Jorku. Dzisiaj wieczorem Sonia Sekula urządza w swoim pokoju niewielkie przyjęcie. Mają przyjść Mary Reynolds, Lionel Abel i Pegeen. (Pegeen ma dwoje dzieci, najwyraźniej ze swoim mężem Hélionem). Być może zjawi się też Jody, ale ja nie mogę pójść, bo jestem umówiona na kolację — wyobraź sobie, z kim! — z Sidérym, który wyraźnie się ożywił, gdy dowiedział się, że jestem Twoją żoną. Poznałam go na jednym z przyjęć koktajlowych u Peggy. Wydaje mi się dość czarujący. Czy pisałam Ci o Manchesterze? Chyba nie, musiałam o tym zapomnieć. Oddałam go Trumanowi, ale nie dlatego, że szczególnie mu na nim zależało (a jeśli nawet, to raczej ze względu na mnie). Po prostu po powrocie uznałam, że nie podoba mi się ani jego wygląd, ani charakter. Donald nigdy nie był prawdziwym pekińczykiem, ale od początku miał w sobie coś ujmującego. Manchester natomiast był uroczy tylko jako mała, puszysta kulka. Z czasem jego pyszczek stał się bielszy i bardziej spiczasty, a oczy jakby zbliżyły się do siebie. Skoro przestał mi się podobać, postanowiłam go oddać, zwłaszcza że prędzej czy później stanie się nieznośny. Dołączę kilka wycinków z gazet, choć jestem pewna, że już je widziałeś. Twoja książka znalazła się na liście bestsellerów, wprawdzie na przedostatnim miejscu, ale i tak uważam to za wspaniałą wiadomość. Nie ma już wątpliwości, że odniosłeś sukces jako pisarz. To naprawdę niezwykłe i cudowne, że Connolly, Toklas i tylu innych ludzi ze środowiska literackiego, a także szeroka publiczność, tak wysoko Cię cenią. Powinieneś jak najszybciej napisać kolejną książkę. Mam nadzieję, że wreszcie jesteś z siebie zadowolony i że nie cieszą Cię wyłącznie pieniądze, które dzięki temu zarabiasz. Zasługujesz na takie uznanie i myślę, że przyszło ono we właściwym momencie Twojego życia. Nie mam żadnych wiadomości z Tangeru. Pisałam do Iry i Jacqueline, ale nikt nie potwierdza tego, co do mnie dociera, więc coraz bardziej jestem przekonana, że Esterhazy wyjechał. To okropne nie wiedzieć, co się tam dzieje. Cieszę się, że mogę wysłać trochę pieniędzy, więc jeśli wreszcie ktoś się do mnie odezwie, postaram się przesłać Fathmie czeki. Wiem, że Cię to przerazi, ale prawdę mówiąc, niewiele mi już zostało — a przecież nawet nie chodzę do nocnych klubów. Codziennie czekam na pieniądze z tytułu opcji1, które Audrey Wood ma mi przesłać za pośrednictwem Oliviera. Oczywiście bardziej uważałabym na wydatki, gdybym nie dostała od niej listu, z którego dość jasno wynikało, że sprawa opcji jest już niemal przesądzona. „Blondie” nie tylko odniosła sukces, ale okazała się prawdziwym przebojem. Laurence Olivier przeczytał „Blondie” i obejrzał moją sztukę, po czym napisał, że wydała mu się ponura i przygnębiająca, więc nie mogą poważnie myśleć o jej wystawieniu. Truman nie cierpi Nowego Jorku, więc napisał: Kochanie, nawet jeśli skończysz sztukę, mam nadzieję, że nie będziesz musiała specjalnie dla niej wracać do Nowego Jorku. Alicja T. była zachwycona, kiedy dowiedziała się, że nie przepadasz za Trumanem. (Sama jej o tym powiedziałam). Przyznała, że niepokoiła ją myśl, iż ktoś tak inteligentny jak Ty itd. może go lubić. Najwyraźniej jednak wcale jej nie dziwi, że ja go lubię. Poczułam się więc urażona.
Paryż jest przepiękny, zwłaszcza w tym mrocznym, zimowym świetle. Nie rozumiem, dlaczego nie kochasz go bardziej. Ja chyba nadal kocham Afrykę ponad wszystko, ale żeby w pełni się nią cieszyć, trzeba czasem przymknąć oczy na wiele rzeczy. A tutaj mam prawy brzeg Sekwany, Ville Nouvelle, autobusy i europejskie buty. Wiesz, co mam na myśli. Przeprawianie się przez Sekwanę niezmiennie mnie zachwyca. Poszłam z Natiką na „Fedrę” do Comédie-Française i jestem pod ogromnym wrażeniem. Od wielu lat nic nie wzbudziło we mnie tak szczerego podziwu. Nigdy wcześniej nie miałam okazji zetknąć się z francuskim grand théâtre. Nie potrafię ocenić, jak dobrzy byli aktorzy, ale przecież żeby grać Racine’a, trzeba mieć prawdziwy talent. Zamierzam chodzić tam tak często, jak tylko się da.
Od tego pożywnego jedzenia zaokrągliła mi się twarz. Trochę mnie to martwi, ale może tak właśnie powinno być. Słyszałam, że dziecko biednego Michaela Duffa urodziło się martwe. Niewiele mam od nich wieści, czasem dostaję tylko jakąś zabawną pocztówkę. Przykro mi, że nie mogę Ci powiedzieć więcej o Twojej książce. Przyjaciele z Nowego Jorku z pewnością lepiej wiedzą, co się wokół niej dzieje. Równie dobrze mogłabym być z Tobą na Cejlonie. A swoją drogą, bardzo podobają mi się Twoje opisy Cejlonu, choć na razie nie mam ochoty dodawać kolejnego kraju do listy miejsc, które chciałabym odwiedzić. Sama się dziwię, że wciąż fascynują mnie Sekwana i Grand Socco. A jednak to z Marokiem czuję się najbardziej związana, choć nie zachwyca mnie już tak jak dawniej. Zastanawiam się, czym właściwie jest dla mnie to miejsce, ale jak zwykle nie potrafię dojść do żadnego wniosku. I ciągle mi się śni — w kolorach.
Ściskam Cię najmocniej, mój najdroższy Bupple. Bardzo za Tobą tęsknię. Napisz mi, jakie masz plany, i nie trzymaj się ode mnie z daleka przez całą wieczność. Mam nadzieję, że wrócisz jeszcze tej wiosny. Wrócisz, prawda?
P.S. Byłam u dentysty, który wymęczył mnie jak diabli. Czy Gore naprawdę do Ciebie dołączy?
List 64
Tanger, połowa kwietnia 1957
Najdroższy Bup,
Przesyłam Ci list od Villiersa. Otworzyłam go, bo sądziłam, że może to jakieś zaproszenie, ale niestety, nic z tego. Pomyślałam sobie, że skoro już wydajesz tak absurdalnie dużo pieniędzy na podróż do Anglii, mógłbyś przynajmniej skorzystać z okazji i po drodze zatrzymać się w którejś ze stolic. Ahmed na pewno by się ucieszył, nawet jeśli Tobie nie sprawiłoby to żadnej przyjemności. Jakim cudem udało Ci się tak pokpić sprawę z jego wizą? Czy na Cejlonie naprawdę nie ma hiszpańskiego konsulatu? Chociaż chyba rzeczywiście nie. A swoją drogą, statki znów przepływają przez Kanał, gdybyś przypadkiem o tym nie wiedział.
Berred ma egzemę. Jakiś znany autor kryminałów powiedział mi, że to pewnie na tle nerwowym. Mam wrażenie, że obu kotom wyszłoby na dobre, gdyby mieszkały osobno. Żaden nie dostaje tyle uwagi, ile by chciał, a oba bez przerwy się jej domagają. Całe dnie spędzają w napięciu, martwiąc się o jedzenie i pilnując swoich misek, żeby jedno nie wyjadło czegoś drugiemu.
Na noc biednego Dubza zamykam w osobnym pokoju, ponieważ Berred uparła się, że będzie spać ze mną. Chociaż „spać” to chyba niezbyt trafne określenie, bo ostatnio co chwila wychodzi na taras i wraca, żeby sprawdzić, czy Dubz nie czai się gdzieś za oknem.
Seth omal nie połamał prętów klatki ze złości, kiedy weszłam do łazienki w kapeluszu. Najwyraźniej wziął mnie za kogoś innego. Pewnie za jakiegoś mężczyznę, bo zdaje się, że to właśnie ich najbardziej nie cierpi. Myślę, że nie powinien przebywać z zieloną papugą, dopóki nie nauczy się lepiej mówić. Przecież wiadomo, że kiedy ptaki są razem, niczego się nie uczą. A przynajmniej nie należy ich trzymać w małym pomieszczeniu, gdzie mogą rozmawiać we własnym języku.
Trwa Ramadan i przedwczoraj w nocy niewiele brakowało, żebyśmy z Cherifą się pobiły. Uważam, że skoro musimy wstawać o trzeciej nad ranem — a naprawdę wstajemy — mogłaby przynajmniej trochę pożartować i potraktować ten nocny posiłek jako okazję do zabawy. Ona jednak nawet nie próbuje czerpać z tego przyjemności. Zagroziłam, że odeślę ją na miesiąc do domu, a ona odpowiedziała, że w takim razie zostanie tam już na dobre. Nie wiem, co gorsze: zostać samej czy dalej to wszystko znosić.
Nie mam ochoty spotykać się z nikim poza Christopherem, a na dziewiątym piętrze czuję się samotna. Przez tę windę jestem tu właściwie więźniem i schodzę na dół tylko w towarzystwie pokojówki albo chłopców z baqala1, kiedy przynoszą mi zakupy. Chyba już Ci pisałam, że w naszym budynku jest baqal.
Przyjechał tu z Nowego Jorku jakiś młody człowiek, Allen Ginsberg. Przywiózł list polecający od Leo Lermana. Mam jego tomik „Skowyt i inne wiersze”, ze wstępem Williama Carlosa Williamsa. Chyba powinnam się z nim spotkać, choć podejrzewam, że bardziej przypadłby do gustu Tobie niż mnie. Jeśli jednak się z nim zobaczę, pewnie nie będę już w stanie pracować nad swoją sztuką.
Przez telefon zapytał:
— Znasz Philipa Lamantię?
— Nie.
— To taki hepowy poeta. Pisze od trzynastego roku życia, a niedawno miał w Meksyku wizję po pejotlu.
(Pejoti, jak sądzę).
— Aj waj!
Potem dodał:
— Naprawdę, miał prawdziwą wizję, a teraz jest katolikiem.
— Aj waj!
W końcu zaczął wymieniać nazwiska jakichś dwudziestu autorów, o których nigdy nie słyszałam. Powiedziałam mu więc, że od dawna nie byłam w Nowym Jorku, jestem już za stara, a poza tym nie interesują mnie ani pejotl, ani wizje. Wtedy zapytał:
— Znasz Charlesa Forda?
— Tak, bo jest stary.
— No dobrze, ale chyba nie możesz się obyć bez majunu?
— Nie cierpię tego wszystkiego i jestem pewna, że nie powinieneś się ze mną spotykać.
— A zen?
W każdym razie Ginsberg jest tutaj i przyjaźni się z Billem Burroughsem, którego nazwisko, podobnie jak Tanger, bez przerwy przewija się w jego wierszach. Sam Allen należy do jakiejś grupy, która łączy zen, buddyzm, bebop, Jezusa i pejotl. Carl Solomon to dadaistyczny poeta z Bronksu. To jemu Ginsberg zadedykował „Skowyt”, utwór otwierający tomik „Skowyt i inne wiersze”. Zdaje mi się, że przebywa w Rockland State Hospital. Philip Lamantia, jeśli rzeczywiście tak się nazywa (już nie pamiętam), pisywał kiedyś do View. Ginsberg zapytał mnie przez telefon, czy wierzę w Boga. Nie wiem, czy przypadłby Ci do gustu. Mam na myśli Allena Ginsberga. Chociaż wydaje się bardzo miły. Podejrzewam, że ma takie same zwyczaje jak Bill.
Nie będę już wysyłać Twojej poczty do Kapsztadu. Nie zauważyłam nic szczególnie ważnego, poza jednym ogromnym listem od Hegera, sprawiającym dość złowrogie wrażenie i zdecydowanie za grubym, żeby go przesłać. Jeśli postanowisz wybrać się gdzieś na kontynent, napisz do mnie, kiedy dotrzesz do Anglii.
Od tygodnia nie pracowałam nad sztuką, bo byłam na Górze. Patricia zachorowała, więc musiałam się nią opiekować. Opowiem Ci wszystko, kiedy przyjedziesz. Jeśli nie zdołam wrócić do pracy, chyba się zabiję, bo zostało mi już tylko kilka miesięcy łaski.
Cieszę się, że jesteś coraz bliżej. Postaram się jak najlepiej dopilnować sprawy „My Name Is Seth”. Powiedz Ahmedowi, że go kocham. Lemur wydaje się rozkoszny. Jestem wściekła, że go nie mam. Ale chyba tak będzie lepiej.
Ściskam Cię mocno i gratuluję publikacji w Harper’s Bazaar.
Jane
List 95
Tanger, styczeń-luty 1965
Najdroższa Libby5,
Myślę, że powinnam zaadresować ten list do Ciebie i Louiego, bo szczególnie dręczy mnie to, że nigdy nie odpowiedziałam na jego telegram. Najpierw dwa razy wybrałam się na pocztę, ale panował tam taki tłok, że nie mogłam nawet dopchać się do okienka — co zresztą jest całkiem zrozumiałe. Tutaj nie można nadać telegramu przez telefon, trzeba osobiście pojechać do miasta, i to w ustalonych godzinach. Potem przyszły deszcze i nie sposób było w ogóle ruszyć się z miejsca. Niedługo później umarła moja gruba przyjaciółka Sonia, właśnie wtedy, gdy nasze stosunki układały się najgorzej. Tak mnie to przygnębiło, że omal nie położyłam się do łóżka na dobre. Jej córka była już w drodze, żeby spędzić z matką Boże Narodzenie, ale zamiast tego przyjechała na pogrzeb. Telegram bardzo rozbawił mnie i Paula. Chciałam natychmiast odpowiedzieć, ale po prostu nie miałam jak. Najpierw tłok na poczcie, potem ulewa, a kilka dni później śmierć Soni — i w końcu przegapiłam właściwy moment. A przecież miałam zamiar napisać coś, co rozśmieszyłoby Louiego. Teraz już nie pamiętam co. Opowiem Ci wszystko, kiedy się zobaczymy, choć zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle uda nam się spotkać jeszcze w tym roku. Libby, bardzo zmartwiły mnie Twoje wiosenne plany, ale zarazem ucieszyłam się, że znów wyruszasz w trasę. To wspaniała wiadomość zarówno dla Ciebie, jak i dla wszystkich, którzy tak uwielbiają Twój śpiew.
Po śmierci Soni zaczął się Ramadan i przez kilka tygodni spałam zaledwie po parę godzin, bo nie potrafię zasnąć, kiedy inni krzątają się po domu i jedzą — Cherifa, Eisha i mała dziewczynka. Oczywiście w ciągu dnia, kiedy Cherifa spała (aż do wpół do czwartej po południu), Eisha i ja jak zwykle byłyśmy na nogach. Mnie nigdy nie udaje się spać dłużej niż do dziewiątej, a przeważnie budzę się już o ósmej, bez względu na to, o której położę się do łóżka, jak dobrze wiesz. Podczas Ramadanu zasypiałam dopiero o szóstej czy siódmej rano. To był okropny miesiąc. Nie miałam siły napisać do Ciebie i Louiego ani wyjaśnić, dlaczego tak długo milczałam. Byłam wyczerpana i roztrzęsiona, więc nie mogłam nawet zadać Wam tych wszystkich pytań, które chodziły mi po głowie. W każdym razie chyba nie poszło aż tak źle (przynajmniej pod względem prestiżu). Zaraz przytoczę Ci fragment listu Petera Owena, żebyś sama mogła ocenić. Obawiałam się angielskiej „hańby”, ale nic takiego mnie nie spotkało. Recenzji w The Times nie uznałam wprawdzie za dobry znak, ale przynajmniej jej autor nie kwestionował wartości książki. Po prostu nie przypadła mu do gustu, podobnie jak twórczość Ivy Compton-Burnett, której również nie lubi. A oto, co napisał Peter Owen: Książka wzbudza tutaj duże zainteresowanie prasy i jest traktowana jako ważna pozycja, na co zresztą zasługuje.
Jeszcze przed ukazaniem się był pełen sceptycyzmu, bo nie miał najlepszego zdania o recenzentach. Przypuszczam więc, że musi być zadowolony. Ale dosyć już o książce. Dobrze, że mam teraz więcej egzemplarzy. Nie ma sensu wysyłać Ci jednego za pośrednictwem Petera Owena (wydawcy), skoro znacznie szybciej dostaniesz go, zamawiając bezpośrednio. Poczta między Marokiem a Anglią działa wprawdzie całkiem nieźle, ale książka i tak szłaby dłużej niż przy zwykłym zamówieniu.
Teraz najbardziej zaprząta mi głowę Twoja podróż do Europy. Boję się, że wyjedziesz, zanim zdążę przyjechać do Ameryki. Paul planuje wyjazd na początku kwietnia. Kiedy najpóźniej powinnam tam dotrzeć, żebyśmy mogły się jeszcze zobaczyć? Albo jak długo musiałabym zostać w Ameryce, żeby doczekać się Twojego powrotu? Proszę, odpowiedz mi jak najszybciej. Jeśli zamierzasz spędzić w Europie wiele miesięcy, mogę oczywiście nie być w stanie czekać aż tak długo. Moja matka właśnie przeszła zapalenie płuc. Przez kilka tygodni nie miałam od niej żadnych wiadomości i coraz bardziej się martwiłam. Już zamierzałam wysłać telegram, kiedy wujek napisał, że poparzyła sobie rękę przy gotowaniu gulaszu. Nie uwierzyłam mu i poprosiłam, żeby wyjaśnił, co się naprawdę stało. Dopiero wtedy przyznał, że matka dochodzi do siebie po chorobie i wkrótce sama napisze. Wysłałam jej telegram, że w razie potrzeby przylecę samolotem. Jeżeli nie będzie to konieczne, przypłynę dopiero najbliższym statkiem w marcu, a jeśli okaże się, że nie ma pośpiechu, przyjadę zgodnie z wcześniejszym planem, razem z Paulem, na początku kwietnia. Boję się, że gdyby była zdana wyłącznie na pomoc niemal niewidomego męża, zupełnie opadłaby z sił. Oczywiście poradziłam jej, żeby na czas powrotu do zdrowia zatrudniła pokojówkę albo kogoś, kto odciąży ją w codziennych obowiązkach. Nie wiem nawet, czy matka przebywa w szpitalu, czy jest już w domu. Jeśli przyśle mi telegram z prośbą, żebym przyjechała, oczywiście pojadę. Ale wtedy chyba nie udałoby mi się z Tobą zobaczyć, prawda? Siedziałabym u matki w Miami na kanapie. Ma tam zresztą tylko dwa pokoje, a do miasta jest bardzo daleko. Bóg jeden wie, co teraz zrobię. Mój ojczym widzi już tak słabo, że nie może ani gotować, ani prowadzić samochodu, a przez ostatnich kilka miesięcy jego wzrok jeszcze się pogorszył. Obawiam się więc, że nie będzie w stanie w niczym jej pomóc. Czekam na telegram, a tymczasem proszę, napisz mi, jak długo jeszcze zostaniesz w Ameryce i kiedy zamierzasz wrócić. Wcześniej myślałam, żeby za zgodą Paula pojechać z Florydy do Nowego Meksyku, a potem do TreeTops — albo na odwrót. Moglibyśmy w ten sposób przedłużyć pobyt w Ameryce, może nawet na tyle, żebyśmy zdążyły się zobaczyć po Twojej europejskiej trasie, jeśli tylko uda się to wszystko jakoś zorganizować. Czy jest jeszcze choćby cień szansy, że Ty i Louie ponownie tutaj przyjedziecie? Nie sądzę. W każdym razie proszę, wyślij mi telegram, a może lepiej po prostu napisz, kiedy wyjeżdżasz do Europy i kiedy wracasz. Po tej podróży do Anglii to wszystko po prostu mnie przerasta. Teraz bardzo żałuję, że nie przyjechałam na Święto Dziękczynienia. Wysyłam ten list z ciężkim sercem. Ucałuj rodzinę. Ściskam Cię najmocniej.
Jane
1. Jane i Paul wymyślili prywatną zabawę: Paul wcielał się w papugę imieniem Bupple Hergesheimer, a Jane odgrywała rolę jej ciotki, Teresy Brawn. Stąd Jane często rozpoczynała listy słowami Dearest Bupple (lub też Buppie bądź Bup), a podpisywała się jako Teresa.
2. Hanout (arab.) — niewielki sklepik lub stragan, zazwyczaj oferujący artykuły spożywcze i inne produkty codziennego użytku. W Maroku tradycyjny element lokalnego handlu, często prowadzony przez właściciela i jego rodzinę.
3. Aid es-Seghir (arab. ʿĪd aṣ–Ṣaghīr, dosł. „małe święto”) — tradycyjna nazwa święta Id al-Fitr, obchodzonego przez muzułmanów na zakończenie ramadanu, miesiąca postu. W Maroku jest jednym z najważniejszych świąt religijnych i rodzinnych.
4. M’sallah — jedna z historycznych dzielnic Tangeru w Maroku, położona w pobliżu centrum miasta.
5. Libby Holman (1904–1971) — amerykańska piosenkarka i aktorka teatralna, znana z występów na Broadwayu. Przyjaciółka Jane i Paula Bowlesów, związana z nowojorskim środowiskiem artystycznym i literackim. W latach czterdziestych XX wieku Jane Bowles wielokrotnie przebywała w jej posiadłości w Connecticut.
CZYTAJ TEŻ