Kolonialna idylla: różne odczytania „Dwóch poważnych dam” Jane Bowles


 

 

– Miły wieczór? – dziewczyna spytała pannę Goering zachrypniętym głosem.

– Cóż – odparła panna Goering – wychodząc dzisiaj, nie miałam właściwie na myśli spędzenia miłego wieczoru. W dużym stopniu zmusiłam się do wyjścia, bo po prostu brzydzę się samotnym łażeniem po nocy i wolę nie opuszczać czterech ścian. Ale doszło już do takiego punktu, że zmuszam się do tych niewielkich wypadów. 

Jane Bowles, „Dwie poważne damy”, tłum. Andrzej Sosnowski 

 

 

Niewykryty autyzm 

 

Co wydarzyło się raz, nie wydarzyło się wcale. Czasem nawet coś, co wydarzyło się wiele razy, trzeba kompulsywnie powtarzać. Zrozumiałam to, widząc, że druk w moim egzemplarzu „Dwóch poważnych dam” z zaledwie 2005 roku już zaczął blaknąć! Farby drukarskie i jakość druku w Państwowym Instytucie Wydawniczym w pierwszych latach XXI stulecia najwyraźniej odbiegały od najwyższych standardów. Na pewno nie odbiegało od nich ani na milimetr doskonałe tłumaczenie Andrzeja Sosnowskiego. 

 

Poniżej zapisuję wrażenia z lektury po 20 latach. Kiedyś wydawało mi się, że to tragiczna pani Copperfield, ta sama, która jedzie z mężem do Panamy, natychmiast wpada na kilka prostytutek i zakochuje się w jednej z nich, jest tą ciekawszą. Nic bardziej błędnego! Obie są cudowne, ale to Christina Goering, zdziwaczała autystka o religijnym, fanatycznym zacięciu, jest prawdziwym sztosem, a przynajmniej ukrytym klejnotem, który całe te lata ukrywał się na widoku. Ale od początku. 

 

„Dwie poważne damy”, to jak wiadomo, jedyna ukończona powieść Jane Bowles. Została opublikowana w 1943 roku. Zrazu została potraktowana jako małe kuriozum. Recenzenci określali książkę mianem „dziwacznej”, „zakręconej” czy wręcz „szalonej”. Najlepsze, na co wówczas mogła liczyć, to protekcjonalizm krytyków, piszących, że o ile będzie miała jeszcze w życiu szczęście, pani Bowles [...] stworzy coś choć odrobinę bardziej trafiającego w powszechne gusta. 26-letnia wtedy autorka była egerią wąskiego kręgu nowojorskiej awangardowej sztuki i półświatka, nazywaną przez Trumana Capote’a „wiecznym gagatkiem”. 

 

Kontekstem jej prozy, o czym kwadratowi recenzenci mogli nie wiedzieć, nie była wielka amerykańska powieść, ale camp takich gejowskich autorów, jak Ronald Firbank czy też humor Ivy Compton-Burnett. Wszystko u Bowles rozgrywa się w przedziwnie idącym języku i sposobie prowadzenia narracji, dzięki którym, jak trafnie opisał to kiedyś John Ashbery, nie sposób przewidzieć końca zdania na podstawie jego początku ani kolejnego akapitu na podstawie poprzedniego […] a jednak całość płynie cudownie i nieuchronnie ku swemu okrutnemu, klarownemu finałowi. 

 

Powieść śledzi losy dwóch kobiet, tytułowych dam, które z różnych powodów pragną wyższej egzystencji i swoistego „zbawienia”, choć wybierają ku temu odmienne ścieżki. Obie są dość stateczne, choć każda na swój sposób: jedna uwięziona przez pieniądze, druga przez małżeństwo. Frieda Copperfield i Christina Goering zresztą znają się towarzysko i obracają w tych samych wysokich kręgach, bywając na tych samych przyjęciach, choć w samej książce spotykają się tylko dwukrotnie: raz na początku, a drugi raz tuż przed jej zakończeniem. 

 

Christina Goering jest dogłębnie zdziwaczałą dziewczynką, której nikt nie lubi i nie rozumie. Problemem jest jej wizja tunelowa, w której raczej nie ma miejsca na branie pod uwagę potrzeb innych osób. Mimo swego niezrównoważenia, nie jest całkowicie niesympatyczna. Dziś powiedzielibyśmy, że cierpi na jakieś zaburzenia lub autyzm. Zastanawiałam się w czasie lektury, czy ten „niewykryty autyzm” cokolwiek zmienia w naszej percepcji panny Goering. Z pewnością dziś, we współczesnej kulturze terapii, rzucamy się z prędkością światła, aby wszystko nazwać i zdiagnozować. Pomaga to może w ochronieniu różnych osób przed nazywaniem ich „wariatami” i ich obrażaniu, ale czy w wypadku panny Goering pomaga wyjaśnić niesamowitość tej postaci, jak i jej egzystencjalną zagadkę? W końcu nie każda osoba autystyczna doznaje nieprzepartej chęci zbawienia religijnego poprzez zanurzanie się w sprawy, których nie znosi. Albo wręcz przeciwnie, ale nie o to chodzi. 

 

Z braku własnych koleżanek, Christina znęca się zupełnie bezinteresownie nad bogu ducha winną Mary, koleżanką swojej siostry, Sophie. Sophie w przeciwieństwie do niej jest niezwykle popularna, nie cierpi Christiny jak wszyscy inni, a Christina porywa Mary jedynie po to, aby, jak przypuszczamy, zrobić jej na złość. Następnie poddaje ją przedziwnym rytuałom. Odosobnienie i zdziwaczenie Christiny wywołały bowiem w niej poczucie misji i chęć zostania przywódczynią religijnej sekty. Każe Mary wdziać szary worek, w którym wycina jedynie dwa otwory na oczy, i zaciąga ją nad rzekę. I, kiedy już jesteśmy pewni, że dziewczynkę utopi jak w scenie z jakiegoś slashera, okazuje się, że chce ją jedynie – i siebie – utytłać w błocie. Nic zdaje się w tej scenie, jak i w życiu Christiny, nie mieć większego sensu, poza głęboką ludzką samotnością, na którą błoto, jak się okazuje, jest tylko częściowym lekiem. 

 

Ze względu na swoją specyficzną psychikę, dorosła już Christina, która ma kupę szmalu, mieszka sobie zupełnie sama w jakimś pałacu albo innej willi, przez co nieustannie przyciąga do siebie podejrzane osoby, pragnące wyssać od niej kasę. Majstersztykiem jest scena, w której przyjmuje ona w domu niejaką pannę Gamelon, która jest najbardziej nieciekawą osobą na świecie, i po około 5 minutach proponuje jej, by z nią zamieszkała. 

 

Christina zdaje się traktować świat zewnętrzny, którego kompletnie nie zna, gdyż była zbyt bogata i niezrównoważona, by go poznać, z rozbrajającą, dziecięcą wręcz bezbronnością. Po durnej hohsztaplerce Gamelon spotyka na jakiejś posh imprezie niejakiego Arnolda, tęgiego przygłupa, który po ok. 5 minutach wyznaje jej miłość i zaprasza do siebie do domu. W naszych czytelniczych umysłach z siłą huraganu powiewają już czerwone flagi i mnożą się wykrzykniki: co, kobieto, robisz?, ona jednak pakuje się do taksówki, chociaż kompletnie nie ma na to ochoty. Po czym już w mieszkaniu odkrywa, że Arnold, facet srogo po trzydziestce, nie tylko wciąż mieszka z rodzicami, ale co więcej, cała rodzina jest sforą pojebanych popaprańców. Dość powiedzieć, że w ciągu kilkunastu minut od początku wizyty Christina znajduje się w pogrążonym w ciemnościach i nieogrzewanym pokoju, gdzie jest zmuszona, szczekając zębami z zimna, wysłuchiwać kolejno lobotomicznych tyrad ojca Arnolda, jego niezrównoważonej, chorej z zazdrości matki, która chce ją zabić, oraz samego, Arnolda, będącego istnym wcieleniem mentalnego skapcanienia. 

 

Kiedy już jest z powrotem w domu, Arnold zjawia się u niej znowu, jak gdyby nigdy nic, i miałam nieodparte wrażenie, że od początku konspirowali z Gamelon w tym istnym spisku durniów, chcących jedynie wykolegować szlachetną, ale naiwną Christinę z jej pełnego przepychu mieszkania, i wyłudzić od niej kasę. Okazują się jednak działać osobno, a cokolwiek nimi powoduje, chciwość czy głupota, zostaje natychmiast i tak zawstydzone, ponieważ ekscentryczność Christiny znacznie je przewyższa. Otóż w poszukiwaniu moralnego oczyszczenia i boskiego zbawienia, panna Goering pragnie opuścić luksusową willę, aby wieść proste życie w gównianej chatce na Staten Island, gdzie wkrótce to przedziwne menage à trois się przeprowadza. Kurtyna. 

 

Droga upadku 

 

Oczywiście cudu pisarstwa kogoś tak dogłębnie unikatowego, jak Jane Bowles, nie można wyjaśnić przez prostą analizę biografii, ale przytoczenie pewnych podstawowych szczegółów nie zaszkodzi. Urodziła się w 1917 roku w Nowym Jorku jako Jane Auer w bogatej żydowskiej rodzinie. w rodzinie panował mit, że gdy była niemowlęciem, pielęgniarka upuściła ją, uszkadzając jej kolano, dlatego utykała. Miała nawet przezwisko dla chorej nogi, „Crippie”. Najgorsze przyszło znacznie później. W wieku czternastu lat spadła z konia, łamiąc tę ​​samą nogę. Po serii operacji zachorowała na gruźlicę stawu kolanowego; wylądowała w specjalistycznej klinice w Szwajcarii, gdzie leżała na wyciągu. Latami nosiła gips. Uczył ją prywatnie facet, który lubił jej opowiadać o chorobach wenerycznych. 

 

Mieszkająca w odosobnieniu od świata, który znała, mówiąca wtedy wyłącznie po niemiecku, Jane miała o wiele za dużo czasu na przebywanie wyłącznie w swym świecie wewnętrznym. Czytała Prousta, Louis-Ferdinande’a Celine’a i uświadomiła sobie, że jest lesbijką. Wykształciła osiemdziesiąt różnych fobii, jak również cierpiała z powodu permanentnego bólu. Najśmieszniejsze jest to, że na statku powrotnym do Ameryki, pod koniec lat 30-ych, kiedy siedziała na pokładzie i czytała „Podróż do kresu nocy”, podszedł do niej facet, który oznajmił: Céline, c’est moi, po czym okazało się, że mówi prawdę. 

 

W Nowym Jorku Bowles, której noga wciąż tkwiła w gipsie, stała się dandysem, zaczęła nosić męskie ubrania i rzuciła się w wir życia nocnego lesbijskich barów Greenwich Village. Jej matka była zdesperowana, żeby wybić jej homoseksualizm z głowy, przyjmując skądinąd genialną taktykę aprobaty i tolerancji. Przerażona tym obrotem spraw Jane, która poznała wówczas (za pośrednictwem samej Eriki Mann) uprzejmego, powściągliwego młodego kompozytora, Paula Bowlesa, postanawia go szybko poślubić. 

 

Moim skromnym zdaniem Bowles był osobą średnio przyjemnego charakterku, ale jego homoseksualizm poręcznie komplementował lesbijstwo Jane. Podobno na samym początku relacji jeszcze sypiali ze sobą, po czym dość szybko stwierdzili, że nie będą przeszkadzać swoim osobnym homoromansom. Czemu piszę „średnio przyjemny”? Przede wszystkim Bowles był przeciwieństwem Jane: cerebralny, wyważony, skryty i pracoholiczny, a przy tym efektywny. W przeciwieństwie do Jane, wszystko w życiu przychodziło mu łatwo, zwłaszcza twórczość, a także wielość rodzajów sztuk, którym się oddawał. 

 

Z wieloaspektowej analizy postawy Jane wynika, że z sobie tylko znanych powodów najbardziej pasjonowało ją robienie dokładnej odwrotności tego, czego pragnęła (patrz cytat z panny Goering na początku). Nie z przekory ani chęci bycia oryginalną. Po prostu inaczej nie mogłaby sobie tego wybaczyć, jakby postępowanie przeciwko własnej naturze było rodzajem metafizycznej konieczności. Nic dziwnego, że postanowiła poślubić Paula, którego miała w zwyczaju opisywać znajomym jako swojego „wroga”. W pewnym sensie był jej niezbędny. 

 

Przeklęte świergotanie maszyny 

 

Bowles (Paul) wkurza mnie też dlatego, że w pewnym sensie pożarł życie Jane. Kompletnie stłamsił ją tam, gdzie była najbardziej utalentowana. Początkowo nie był pisarzem, dopóki Jane nie opublikowała „Dwóch poważnych dam”. Najwyraźniej pozazdrościł jej i sam zaczął pisać, po czym okazało się, że, jak we wszystkim, ma talent i wkrótce po całym mieszkaniu świergotała już tylko jedna maszyna do pisania. Jak o tym wie każda osoba pisząca, dla weny nie ma nic gorszego, niż sukces drugiej, zwłaszcza bliskiej osoby oraz dochodzące z drugiego końca stołu odgłosy stukania w klawiaturę. 

 

W 1947 roku Bowles wyjechał do Tangieru, gdzie wielokrotnie już wcześniej jeździł z gejowską śmietanką artystyczną, m.in. Aaronem Coplandem i Christopherem Isherwoodem, który nazwał Sally Bowles z „Goodbye to Berlin” na jego cześć. Miał dość pisania muzyki dla innych i realizował swoją fantazję bycia „podróżnikiem”, pisząc w pustynnych hotelach. A także nawiązując znajomości z młodymi marokańskimi chłopcami, którzy zostawali jego „protegowanymi”, jak Mohammed Mrabet, i którym „pomagał” rozwijać pisarskie kariery. 

 

Jane dołączyła do niego rok później i to, co przeżyła, można wyczytać m.in. na kartach „Pod osłoną nieba”, choć nieco podkoloryzowane (tzn. bardzo), zwłaszcza jeśli chodzi o płcie ich kochanków. Przede wszystkim zaś, przytłoczona oszałamiającymi sukcesami Paula („Niebo” stało się bestsellerem, za nim poszły opowiadania i pieniądze), piła mnóstwo ginu i podrywała kobiety spotkane na tangierskim targu. Muszę pisać, ale nie mogę pisać. Pisała akapit, przekreślała, pisała nowy, prawie identyczny, i też przekreślała. Znalezienie formy idealnej zdawało się niemożliwe. Żeby coś robić, piła, gotowała, brała benzedrynę, by przyspieszyć pisanie. Nie było jednak ucieczki od tego jednego jedynego zadania. Patrzę na przybory do pisania, jakbym widziała nazistów. Uhm. 

 

Powieściowe małżeństwo Copperfieldów ma więcej niż wiele zbieżności z Bowlesami, a w książce pan Copperfield/Bowles wypada jako taka właśnie mieszanka błyskotliwego humoru i egotyzmu. Taki właśnie był. Kiedy byłam młodsza i czytałam „Damy” pierwszy raz, oczywiście byłam bardziej zakochana w pani Copperfield, niż pannie Goering, gdyż, jak się mojemu naiwnemu 20-letniemu ja wydawało, była tą bardziej tragiczną i nieszczęśliwą. Dziś wydaje mi się, że jest ona w powieści może nie mniej interesującą, ale bardziej konwencjonalną z dwóch „dam”. Gdyż albowiem z dwóch ścieżek, jakie obie damy wybierają, ku sublimacji, świętości i wolności, pani Copperfield wybiera tę bardziej wyświechtaną: upadek poprzez zapadnięcie się w seks i nałóg. Ani myśli spędzać w Panamie czas w szacowny sposób lub oddawać się orientalistycznym ekscytacjom swojego małżonka. Podejmuje niespodziewaną próbę wyrwania się z dotychczasowego życia, nawiązując relacje z kobietami w Hotel de las Palmas – wspaniałym, obskurnym miejscu, prowadzonym przez fascynującą Panią Quill, właścicielkę tego zarazem baru, hotelu i burdelu. 

 

Nie ma większego sensu opisywać, „co” się tutaj dzieje. Pani Copperfield wydaje się – i ma co do tego słuszność – że w lokalnej młodej prostytutce Pacifice, w której się zadurza, odnalazła klucz do swojego samozniszczenia, którego tak usilnie pragnie. Obsypuje dziewczynę prezentami i pieniędzmi, przenosi się do hotelu Las Palmas na stałe i tam baluje z dziewczynami. W sumie super. Jest w końcu na swój sposób kobietą szczęśliwą. Ale alko ma to do siebie, że w końcu zbiera żniwo. Kiedy pod koniec powieści, już z powrotem w Ameryce (dokąd zabrała Pacifikę), spotyka ponownie pannę Goering, na jej dość wredne ależ ty chyba zupełnie rozpadłaś się na kawałki, reaguje ripostą: 

 

– Tak jest – powiedziała pani Copperfield, z bardzo wstrętną miną uderzając pięścią w stół. – Rozsypałam się kompletnie, czego zresztą pragnęłam przez tyle lat. Wiem, że sama ponoszę całą winę, ale mam teraz swoje szczęście, którego bronię jak lew, mam też autorytet i pewną dozę śmiałości – której, jeśli dobrze pamiętasz, nigdy przedtem nie miałam. 

 

Kolonialna idylla i styl zadłużony w złym guście 

 

„Drobny” szczegół „umknął” mi za pierwszym razem 20 lat temu: wszystkie kobiety „lekkich obyczajów”, z którymi obcuje pani Copperfield, są czarne. Wszyscy, którzy z nimi sypiają lub są posiadaczami czegokolwiek w tym rozdziale powieści, są natomiast biali. W tłumaczeniu Sosnowskiego konsekwentnie kobiety te nazywane „Murzynkami” (w wersji oryginalnej Negress). Niewątpliwie Sosnowski musiał tłumaczyć język, którym posługiwała zarówno jego pisarka, jak i osoby wtedy żyjące. Dzisiaj to byłoby już trudniejsze. Powieść Ronalda Firbanka, literackiego pobratymca Bowles, „Smutek w tropikach”, której przekład Sosnowski opublikował w 2025, oryginalnie nazywała się „Prancing Nigger”, czyli „Butny Murzyn” (taki tytuł znalazł się w numerze Literatury na świecie, poświęconej Firbankowi). W którymś momencie wydawcy anglosascy zaczęli wydawać tę książkę pod tytułem „Sadness in Sunlight”, i na tej oto wersji Sosnowski oparł swój naturalnie nawiązujący do Claude’a Levi-Staussa tytuł „Smutek w tropikach” (zamiast „Smutku tropików”). 

 

Tym, co jeszcze pamiętam z lektury „Dam” sprzed 20 lat jest fakt, że powieść nie robi sobie nic wielkiego z tych etniczno-kolonialnych szczegółów. Nie dam głowy, jak Bowles postrzegała swoją pozycję białej kobiety w kraju afrykańskim, nawet jeśli było to miejsce tak zeuropeizowane i międzynarodowe, jak Tangier. Była na pewno świadoma kierowanego wobec siebie antysemityzmu i nazywała siebie w listach kulawą lesbą, Żydówą. W powieści kilka razy padają antysemickie obelgi. I myślę, że zachowanie tego brutalnego wydźwięku rasizmu, jak i antysemityzmu oryginalnie zapisanego w powieści jest bardzo ważne. Nie oznacza bowiem ani trochę, że Bowles je pochwalała. Ale interesujące jest, jak rasizm i antysemityzm przenikają do kampu i jak kamp może je interesująco pokazać. 

 

Panama to nie Maroko: ten znajdujący się pomiędzy Kostaryką a Kolumbią ostatni odcinek tzw. Ameryki Środkowej, przedmurze Ameryki Południowej, można potraktować jako metaforyczne „wkroczenie w kolonialne nieznane”. Musiałam wcześniej czytać chyba z zawiązanymi oczami, heh, ale wtedy przynajmniej to usytuowanie nie wydawało mi się tak istotne. Nie było niczym więcej niż tropiki Ronalda Firbanka albo Raymonda Roussela. Czyli dekoracją. To ciekawe, bo wszystkie te trzy osoby, Roussel, Firbank i Bowles, mnóstwo podróżowały, czasem do najdalszych znanych zakątków globu, ale jednak „tropiki”, „egzotyczne kraje” czy inne odległe miejsca, które opisywali, nie mają prawie albo zupełnie nic wspólnego z miejscami rzeczywistymi. Ich wypreparowanie łączy się bezpośrednio z nie dającym się przyszpilić niekonwencjonalnym stylem, o którym miłośnik całej trójki, ale szczególnie Jane Bowles, John Ashbery pisał, mając na myśli tę ostatnią, że jest nieustannym cudem. 

 

Styl Bowles ma wiele wspólnego z kampem, choć stuprocentowym kampem nie jest. Spójrzmy, co sam Andrzej Sosnowski, nasz narodowy specjalista od literatury kampowej oraz wybitny tłumacz „Dwóch poważnych dam”, powiedział o przekładanym przez siebie Firbanku: 


Trudno poważniej myśleć o czymś, co w ogóle nie interesowało czytanego autora. No i wyobraźmy sobie, że każda z tych etykiet to jakaś karteczka: karteczka z napisem „kamp” albo z napisem „queer”, albo „postkolonializm”. Przyczepiony do Firbanka taki papierowy żagielek, bo wszystkie te etykietki są papierowe, pociągnie go na dno. Autor daleko nie popłynie, nawet papierowe określenie jest za ciężkie. Nawet kamp. (…) I może nie na tym polega przyjemność czytania. Widziałbym Firbanka niedaleko Raymonda Roussela, pod względem stopnia sztuczności czy nierzeczywistości tego, co obaj wytwarzają. (…) W posłowiu do wydania amerykańskiego Firbank bardzo ładnie ściemnia, mówiąc, że chciał napisać powieść o Wiedniu. Ale Kairulla, stolica Pizuergi, gdzie umieścił akcję powieści, tyle ma wspólnego z Wiedniem, co Afryka w „Impressions d’Afrique” Raymonda Roussela z kontynentem afrykańskim. Obaj autorzy tworzą trochę jakby zgodnie z formułą: W Polsce, czyli nigdzie. Ewentualnie: czyli wszędzie.  

(„Pisarz doskonale błahy”, A. Sosnowski, wywiad w Dwutygodniku)  

 

Nikt niestety wywiadu z Sosnowskim o Bowles nie przeprowadził, a ktoś powinien. I nie mogę niczego spekulować, ale coś mi się sądzi, że też udałoby mu się ją „wybronić” zarówno z zarzutu rasizmu, jak i kolonializmu, a może nawet kampu. 

 

Kamp wiąże ze sobą kolonializm i homoseksualną odmieńczość, dzisiaj odnajdywaną i dekodowaną w tekstach Firbanka, Roussela i Bowles, zwłaszcza w „Smutku w tropikach”, gdzie autor łączy ze sobą Innego seksualnego z Innym kolonialnym (choć, jak upiera się w cytowanym wywiadzie Sosnowski, Firbank o żadnych takich sprawach nie miał pojęcia ani nie przyszły mu one na myśl). Istnieje jednak możliwość, że kamp jako styl konstytuuje się właśnie z połączeń spraw, o których nie można mówić wprost (straight), wymagając pewnej ukośności lub przegięcia stylu wobec stylu straight. Jest to budowane konkretnie wobec heteronormatywnej normalności, jak i jest rodzajem porozumiewawczego kodu. W przypadku Bowles interesuje mnie, czy jej stylistyczne przekrzywienie wobec stylu straight jest w ten czy inny sposób sugestią (post)kolonialności nie tylko tej powieści, co sugeruje, że kampowe spojrzenie Bowles na kolonializm (w „Dwóch poważnych damach”, ale i w pozostałej twórczości), na który nie pozostawała ślepa, było sposobem krytyki tego systemu. 

 

Zbawienie 

 

Kamp, opisany jako styl zadłużony w dekadenckim obrazowaniu, świadomie sięgający po to, co przesadne, sztuczne i w „złym guście”, na pewno nie wyczerpuje aspektów pisarstwa Bowles. Daleko mu do tego, choć Bowles była oczywiście od początku pisarską diwą gejów – Tenessee Williams nazywał „Damy” swoją ulubioną książką. Wydaje mi się to nieprzypadkowe. Williams, pisarz, dla którego prawa moralne istniały w sposób oczywisty, absolutny i były czymś namacalnym, dostrzegał radykalne moralne stawki, znajdujące się u rdzenia osobowości Bowles. Wydaje mi się, że połączyły się tu psychologiczne konsekwencje zarówno nieustannego cierpienia, wywoływanego przez chorobę od wczesnego dzieciństwa, jak również stygmat żydowskości, o której Bowles tylko napomyka, choć wzmianki o Żydach w jej twórczości zawsze są antysemickie. Doświadczenie samotności, a zarazem inności, i to w tak wielu wariantach, a także dosłownego wyobcowania, jakiego doświadczyła żyjąc w sanatorium w Szwajcarii, przyłożyły się do wspólnego wykreowania ekscentryczności, która była tak ekscentryczna, że mogła być przez współczesnych traktowana tylko protekcjonalnie, lekceważona („gagatek” Capote’a, bezustanne podkreślanie jej niekonwencjonalnego uroku i wdzięku). 

 

Urok, wdzięk, urwisowatość, tak, ale pod pręgierzem samozatracenia, aby otrzymać zbawienie. Bowles była też niezwykle wrażliwa na klasę społeczną. Interesują ją relacje władzy, dynamika i dialektyka dominacji i uległości. Jest zrozumiałe, że jej bohaterki – obie uprzywilejowane – mogłyby doświadczać szczególnego dreszczu w świadomym wyborze uległości, zwłaszcza wobec osób, które stoją niżej od nich pod względem statusu społecznego i inteligencji. Wiedząc poniekąd dobrze, co znaczy władza, celowo wybierają slumming i są zafascynowane, niekiedy w irytujący sposób, życiem klas niższych i tzw. hołoty, co wyraża się w nieco obłąkańczym sposobie, na jaki obie dążą do autodestrukcji. Jest to przynajmniej coś, nad czym, zwłaszcza pani Copperfield, w niemal feministycznej interpretacji, może mieć kontrolę. Wybiera życie wśród prostytutek i półświatka, zarówno po to, żeby upaść, jak i dlatego, że beznadziejnie ściga pewien sen, w którym doświadczyła siebie jako Innego, a przebywanie w towarzystwie pijaków i prostytutek najwyraźniej podążanie za tym snem jej umożliwia. 

 

Christina Goering podejmuje natomiast własną, osobliwą próbę wyzwolenia. Postanawia żyć za ułamek swoich dochodów i kupuje wzmiankowaną już norę na Staten Island, gdzie zamieszkuje z panną Gamelon i Arnoldem. Ten dziwaczny układ, jak możecie się domyślić, nie będzie w stanie zbyt długo przetrwać. Wkrótce panna Goering zaczyna potajemnie wymykać się promem na Manhattan. Zaczyna odwiedzać nadbrzeżne bary, nawiązuje znajomości z podejrzanymi mężczyznami (i kobietami) i staje się kimś, kogo można określić jedynie mianem ekskluzywnej call girl. Seks jednak nie jest istotny w żadnym z tych wątków. Jest raczej symbolem wolności, do której się dąży. 

 

Zniszczenie 

 

Po publikacji “Dam” Bowles napisała kilka opowiadań, zebranych w tomie „Proste przyjemności”, powstałych w latach 1944-1951. W nich powtarzają się motywy z „Dam”, choć w innych wariacjach. Trochę komplikuje się też kwestia klasy. W „Obozie Katarakta”, chyba najwspanialszym z nich, dwie mieszczańskie siostry łączy bardzo zaburzona więź. Między siostrami panuje nierówność pod względem uczuć, jakimi siebie darzą, co musi znaleźć bardzo brutalny i destrukcyjny finał. Niemal w każdym z opowiadań znalazły się typowe dla autorki zestawienia ze sobą kobiet dominujących i słabych, a także skupienie się na chwilach kryzysu psychologicznego. Sposób, w jaki Bowles oddaje stan umysłu pogrążonego w nieustannych przemianach, przypomina powieść grozy, a jest zarazem niesamowicie zabawny. Jej prozę zdaje się przenikać poczucie, że ​​ów chaotyczny stan umysłu jest ludzkiej egzystencji absolutnie niezbędny. 

 

Paul powiedział o twórczości żony, że charakterystyczne jest dla niej dostrzeganie dramatu, który rozgrywa się przed nami w każdej minucie – dramatu nieodłącznie związanego z samym życiem. Istotnie, od strony fabularnej opowiadania te pełne są najbardziej prozaicznych niekiedy wydarzeń, które nagle przerywa coś, co się w tych ramach nie mieści. Jedna z dwóch sióstr z „Obozu Katarakta”, traktowana jak popychadło niepewna Sadie, najbardziej boi się huku okolicznego wodospadu, w którym słyszy, jakby ktoś wymawiał jej imię. Nad – symboliczną lub nie – otchłanią zdają się wisieć wszyscy. Bohaterowie zachowują się, jakby majaczyli, mają nieobecne spojrzenia, a ich wypowiedzi są nielogiczne. W „Gwatemalskiej idylli”, señora Ramirez, która miała być „trzecia damą” w powieści, ale ostatecznie wypadła z książki, nagle traci pamięć podczas sceny uwodzenia zwyczajnego do bólu faceta na delegacji służbowej, który pod wpływem seksu z nią zaczyna również dziwnie się zachowywać. Na pierwszy rzut oka zwyczajna rozmowa między Amerykaninem a Marokańczykiem we „Wszystko jest przyjemne” jest pełna jąkania, niedopowiedzeń i nabiera niejednoznacznego, homoerotycznego podtekstu. 

 

Poza Tangierem, Bowlesowie przebywali m.in. w Meksyku, jak również przez pewien czas mieszkali samotnie na wyspie u wybrzeży Sri Lanki, którą Paul, uwaga, kupił za kasę z sukcesu książki, w której opisał Jane. Kupił też jaguara (samochód). Na wyspie tej miał stać jeden ośmiokątny dom, pozbawiony elektryczności i bieżącej wody; wszyscy, czyli Bowlesowie i, jak mniemam, ich służba, spali razem w jednym dużym, wspólnym pomieszczeniu. Każdego ranka, bez wyjątku, Paul budził się przed świtem, przemierzał swoje „włości” ubrany w sarong, w którym dokonywał powitania wschodu słońca, a następnie zabierał się do pracy. Jane natomiast, która kochała życie towarzyskie, czuła się osamotniona, nudziła się, nie miała dyscypliny Paula. Każdego dnia – niezmiennie – zabierała się do wypijania ogromnych ilości ginu, prokrastynowała i nienawidziła samej siebie. Nocami nie mogła spać. 

 

Bowles potem ukończyła już tylko jedną sztukę, „W letnim domku” (koniec lat 40-ych), której wystawienie na Broadwayu nie zdobyło pozytywnych recenzji, co ją zniechęciło. Zawsze próbowała napisać coś innego niż do tej pory, ale zdawała się być organicznie do tego niezdolna. Te rzeczy, gdyby powstały, byłyby pewnie równie genialne, jak „Dwie poważne damy”, ale jej to nie zadowalało. Wzięła sobie do serca krytykę „Dam”, która nazywała powieść niedorzecznością, żartem, czymś zbyt błahym. Nie wierzyła więc, że „Damy” w ogóle są powieścią i próbowała napisać coś pozbawionego żartów, aby udowodnić, że jest „prawdziwą artystką”. 

 

Starzenie się musiało być trudnym doświadczeniem dla wiecznego gagatka. Bowles latami brała lek na nadciśnienie, Serpasil, którego nie wolno było przyjmować wraz z alkoholem. Wywoływał on depresję i poczynił ogromne szkody w mózgu. Zaczęły jej wypadać włosy i obawiała się, że w ciągu roku wyłysieje. Zawsze uważała się za osobę niezniszczalną niczym opancerzona ciężarówka, lecz powoli osiągała kres wytrzymałości. Mieszkając w raju – czy też w raju według wyobrażenia Paula – przeszła załamanie nerwowe, a potem serię udarów, z których pierwszy nastąpił w 1957, kiedy miała 40 lat. 

 

Gdyby chcieć wymyślić sposób na zniszczenie umysłu pisarza – powiedział Paulowi londyński lekarz, gdy po udarze u Jane rozwinęła się afazja – nie sposób byłoby znaleźć skuteczniejszej metody. Jane, która władała biegle arabskim, francuskim i hiszpańskim i słynęła z talentu do naśladowania innych, teraz myliła słowa: „wysoki” z „niskim”, „ona” z „on”. Przez ostatnie lata leczyła się w szpitalach psychiatrycznych w Maladze, a jednak twierdziła, że nie jest szalona i tylko strach mógłby wywołać u niej szaleństwo. Ze strachu czy nie, podobnie jak jej bohaterka panna Goering, przed śmiercią zapragnęła religii. Cóż mogło być bardziej przerażającego dla osoby niewierzącej niż poddanie się Bogu, w którego nie wierzyła? Paul uważał, że została zmanipulowana przez hiszpańskie zakonnice ze szpitala, w którym przebywała, ale kto wie, może był to jej ostatni przytomny żart. W końcu często żartowała, że chciałaby być przywódczynią religijną. 

 

Ołtarzyk 

 

Poznając niepokojącą, wprawiającą niekiedy w ogromny smutek zgodność między życiem Bowles a życiem niektórych jej bohaterów ma się nie tyle wrażenie istnienia pewnej „poetyckiej sprawiedliwości”, co szczerości, która zawsze znajdowała się w jej twórczości, zawsze sprawiającej zwodnicze wrażenie zbyt lekkiej. Jej nagrobek w Maladze koło szpitala był przez wiele lat nieoznaczony i zawalony śmieciami. Został w latach 90. niemal zrównany z ziemią pod budowę autostrady. Jej mąż “nie wierzył w nagrobki” i olał całą sprawę. Jej szczątki uratowała więc pewna hiszpańska nastolatka, fanka Bowles, która dowiedziała się o jej nagrobku z gazet i sfinansowała przeniesienie na nowy cmentarz. Opiekuje się nim, nie wiem, czy wciąż, niejaki ojciec José, prywatnie fan jej książek. Osobiście nadzorował on jej pochówek, a obok łóżka stworzył swego rodzaju ołtarzyk jej twórczości. Na honorowym miejscu znalazł się kosmyk jej niegdyś tak buńczucznie nastroszonych włosów.

 

 

Agata Pyzik


 

CZYTAJ TEŻ