przełożył
Artur Grabowski


 

Diagnozy gardełka

Przylatuje z nierozpoznawalnym tril tr p prrrtr sszśź. 

Arytmiczne dźwięki. Błędnie rozumie nawoływania innych ptaków. Szalony, neurotyczny. Raczej trudny do rozpoznania; wygląda jak skrzyżowanie rudzika amerykańskiego z wróblem europejskim – kolor nijaki. Bez wątpienia ze względu na stan psychiczny. 

 

Żadnych cech gatunkowych. 

 

Musiał przekroczyć jakieś granice. Ma obcy akcent. Nie ma ptasiego paszportu (albo dokument utracił ważność). 

 

Ej ty, ptaszku, przełączasz melodie z flory na florę. Większość ptaków to migranci, ale ich szlak jest jednoznaczny: z domu – śmietnisko albo południowoamerykańskie lasy deszczowe – do domu. Mamy tu ścieżkę pełną dziur i wykrotów. Horror vacui. 

 

Ten ptak stara się bardziej niż inne. Jest niespokojny, usilnie próbuje się dostosować, a przebłyski paranoi świadczą o tym, że uciekł spod jakiejś dyktatury. 

 

Proponuję mu leki. Odmawia. Prowadzę grupę wsparcia dla emigrantów i wysiedleńców. Zapraszam przydomowe ptaszki; siadamy w kręgu. Korzystamy z aplikacji „Stwórz własną migrację”. Wszyscy wypełniają pola, które natychmiast są rzutowane na planszę. Doświadczenie wspólnoty jest wspaniałe – wszyscy lecimy tym samym lotem. Ale ptak graniczny trzyma się z daleka. 

 

Zdecyduje się na lot samotny. Dlaczego miałby zadowolić się czymś gorszym; sprzedać duszę za komfortowe demony farmaceutyków? Im bardziej pod wiatr poleci, tym silniejsze będą jego skrzydła.


 

Królowa Matka

Wyszła na polanę, chuda, apatyczna, w rudej szacie. Wtem uszy jej drgnęły niczym zdziczały gest dłoni królowej. Ale poza mną tłoczyły się tu jedynie źdźbła trawy, łubiny, jaskry, jastrzębce i wyki. Stała tak chwilę, płakała. A był to płacz w obcym języku.  

Za płaczem szły cienie, skacząc po główkach stokrotek i mleczy, a ona wodziła za nimi oczami. Nagle wydała z siebie wysoki i metaliczny dźwięk – krótki, rytmiczny alarm.  

Patrzyła na mnie z oddali. Jej oczy proste jak sosny i pewne jak dęby. Krążyła tam i z powrotem, wrzeszczała, wybuchając raz po raz salwą głośnych szczeknięć. Czy udawała ranną, żeby jej szczenięta mogły gdzieś przycupnąć? Czy może szczenięta już były ranne? Czy tym szczekaniem chciała się oddać w ofierze?  

Susza, burze, głód, myśliwi, rysie i niedźwiedzie. Czy pewnego dnia wścieklizna we krwi każe jej się zwrócić przeciw własnym dzieciom?  

Nie ukoił jej ani deszcz, ani koniczyna kładąca się do snu, ani wiatr przeczesujący trawę (trawie wszystko jedno, w którą stronę się pokłada). Czy zasiała łzy na przyszłe kołysanki?  

Gdzieś tam nad głowami trznadle śpiewają w żółtych jarmułkach. Nie wiedzą zapewne, na którą stronę kłaniają się źdźbła, a jednak żną nieskończone łany traw psalmami radości. Źdźbła jedno za drugim tulą się do ziemi.  

Zawyła. W jej krzyku krzyczały wszystkie matki. W jej wyciu wyło samo macierzyństwo. Płacz mojej mamy odbił się echem w jej krzyku. Płakała w niej Matka pod krzyżem. Płakał mój płacz za dziećmi, których nie będę miała. 

Była grobem. Wyjącym grobem Łazarza. 


 

xxx

Wiersz to sowa śnieżna. Nieszpory wydm, mistyka upierzenia. Podążaj za nią po półokręgu. To nie liturgia; raczej misterny ruch szydełka. Biegunowe przeciwieństwa: bielsze od śniegu usiane smugami czarnych hieroglifów, niczym skrzydła na tle nieba. 

 

To sakrament wydm. A otrzymujemy go nie z własnej woli. Musimy uwolnić się od ziemi. Spoza wydm, z trawy, przychodzi łaska. Pozostają nam mapy, wróżby, modlitwy bez odpowiedzi. Płonący krzak, zjawa, olbrzym na opustoszałym polu. Ścieżka bywa kręta; biegnie labiryntami zaprzeczeń, mylnych tropów, metonimii.  

 

Sowa śnieżna cała jest ślizgowym lotem. Przez chwilę świeci na brzegu. Przekrzywia głowę, wyrzuca kulkę. 

 

Wiersz, wciąż kanciasty, z kościami doświadczenia. 


 

xxx

Na lotnisku, przed odlotem z Polski, kupuję kiełbasę. Kiełbasa, kiełbaska, kabanos, kabanosik. To mój transkontynentalny posag. Ofiarne dziecko mojego języka. Obcy bogowie unoszą się nad nami. Jeśli Bóg pozwoli, że wpuszczą moją kiełbasę, zjem ją jak świętość spowitą w kadzidło, okrążę stół wznosząc gregoriańskie śpiewy. Wariacje Folkbergowskie. I oto taśma wyrzuca mój bagaż. Z miną spiskowca przekładam kiełbasę z bagażu podręcznego do bagażu rejestrowanego. Rozglądam się. Modlę się o moją kiełbasę w drodze do odprawy celnej. Aniołowi cieknie ślina, Święty Jerzy zaraz przebije włócznią skwierczącego smoka. Mój bagaż przechodzi przez „kiełbasiany skaner”. Czy stara kiełbasa może odrodzić się jako młoda? Celnik odciąga mnie na bok, trzyma moją kiełbasę pod światło. Jego słowiańskie trofeum. „To zapieczętowana kiełbasa” – oświadczam z dumą. Przywiozłam nowy gatunek. „Ale nie zadeklarowałaś żadnych mięs”, mówi urzędnik. „Zapieczętowana kiełbasa nie jest mięsem?” „Zapieczętowana kiełbasa to zapieczętowana kiełbasa!” mówię, a aniołowie stróże mojej zapieczętowanej kiełbasy roją się dookoła. Rozsiewają twarze pod czujnym światłem śledztwa. Urzędnik mruga, kiedy powtarzam uparcie: „Zapieczętowana kiełbasa to zapieczętowana kiełbasa”. Wygląda na oślepionego. Moja hipnotyczna aliteracja wrzuca go z powrotem w wody jego dzieciństwa, gdzie węgorze podrygują w rytmie szkockich tańców. O, cudowna aresztowana kiełbaso! Święty patronie aresztowanych, módl się za nami. Niech nowe gatunki kiełbasy zmiłują się nad nami. O, złotogłowa lasówko, śpiewaj swoją pieśń wędrowną: kiełbasa, kiełbasa, kiełbasa. Kiełbaso męczenników. Zapieczętowany patriarcho. Niechaj cię połknie Dziewica Wolności.


 

xxx

Przemyt to przekład. Między podmiotem a przedmiotem. Między ideą a realnością. Między realnością a cieniem. Między zaimkiem a rozkaźnikiem. Tym, którzy nie mogą się puścić, pozwala zagnieździć się w dwóch miejscach naraz. To tęsknota za bilokacją. Byli w tym biegli niektórzy chrześcijanie: Św. Antoni z Padwy, św. Ambroży z Mediolanu, św. Sewer z Rawenny, i Padre Pio z Włoch. Przekład i przemyt jednako wynikają z tęsknoty za obecnością. Ze straty. Mówią o niewystarczalności jednego życia, jednego języka. A niewystarczalność wyrażania tego, co niewyrażalne, ratuje nas przed bałwochwalstwem.  


 

co świadczy o przynależności

Kraina na bosaka. Swoje pierwsze zdanie zawsze będziesz miał w rodzonych płucach. Kraina Nabosaka. Babcia miała dużą szufladę ze słodyczami i rozdawała je szczodrze. Puszczała bąki. Goniła nas z bochenkami chleba nasączonymi miodem. Miłość jest gęsta i żółta. Gryzłam ją lub szczypałam w pośladki. Miłość to szczypanie. Dziadek był sową. Zobaczył raz Matkę Boską w polach. Wspólnota jest językową krewną pól. Co noc modliłam się, żeby mi się nie ukazała. Miałam za szeroki nos jak na jego gust, więc kazał mi go ściskać palcami przez 15 minut dziennie. Kiedy umarł, odmówiłam wejścia do pokoju, bo bałam się, że będzie mnie krytykował, nadal. Mój sąsiad zginął od pioruna, w oknie. Błyskawica to dziwne zjawisko. Duża żółta chwila. W czasie burzy zamykam okna. Mój brat uwielbiał wrzucać koty do studni. Na urodziny przynosił wujkowi pokrzywy. Potem była Matka Tygrysica. Udawała, że ​​umiera, kiedy nie chciałam jeść szynki. Przynosiła do domu drogocenne kamienie. Podczas pełni zabierała mnie do sąsiadki, żebym przycięła włosy. Byłam jej największym kotem. Ojciec faszerował nas jabłkami. Zjadłam ich tak dużo, że stałam się jego oczkiem w głowie. Łapał dla mnie myszy, żebym mogła biegać z nimi na smyczy, jak królowa podwórka. Gdy nie było myszy, ogarniały mnie dziwne rozpacze. W obliczu braku dolegliwości ojciec prosił mnie, żebym pluła i łapała. Zamiast tego wypuszczałam papugi na wolność. Żeby się zbliżyć do bibelotów, ekstrawaganckich dodatków, falbanek.


 

czy jest coś w dole,

nad wodą,

co trzyma się z dala od nas

Jesteśmy spleceni z maleńkich pragnień. Wirują w miliardach przebudzeń, jak ławice płotek. Pomyśl tylko, ile nisz, szczelin i skał mogłyby zamieszkiwać. W Walentynki pożyczyłeś od kogoś tulipana. Zjadłam go. Udawałam, że zwariowałam. Teraz udaję, że jestem normalna. A może, to zawsze jest tylko decyzja. Powiedziałeś, że nawet trawa nie ma tak cienkich włosów. Po tym całowaliśmy się bardziej płomiennie. Czy ścieżki naszych żyć wciąż mogą przecinać się z odległymi strumieniami myśli? Jestem po prostu po drugiej stronie lustra. Horror vacui. Wszystko przetrwało za szklaną ścianą. Jaka choroba wytryska z utraconego miejsca? Miejsca są przedłużeniami ludzi. Zawsze liczę po polsku. W pewnym sensie popełniłam samobójstwo, żeby żyć. Wolę rozum. To ofiara z natychmiastowego. Wahanie sprowadza chorobę morską. Nie możesz zabrać wszystkiego. Ofiaruj. Ofiara nie zabija, ona zachowuje, uświęca. Aż skrzydła zamienią się w krzyż. Jeśli robimy coś po swojemu, to, nie tracąc nic na szlachetności, sprzeciwiamy się łasce. Odyseusz był szlachetny. A jednak Dante umieścił go w piekle, właśnie dlatego. Podstawą piekła jest sprawiedliwość. Niebo to łaska. Nikt na nią nie zasługuje.


 

Pierwszy

raz

Pierwszy raz okazało się, że jestem poetką, kiedy moje dżinsy utknęły w łańcuchu rowerowym. Pedałowałam do domu, dżinsy kołysały się w rytmie staccato. Kiedy się wkręciły, świat się zatrzymał. Oto spodnie wciągnięte przez wielkie koło wszechświata, a przed nimi rozbłyskuje ich życie, czyli cała moja garderoba. Moja lewa noga rozpaczliwie miotała się i trzepotała, ale prawa nie dawała rady; gdybym robiła tak dalej, uszkodziłabym sobie lewe kolano. Przez chwilę noga bezużytecznie dyndała w tę i we w tę. Jedynym sposobem, by się odłączyć, było porzucenie roweru i spodni złapanych na gorącym uczynku w śmiertelny uścisk maszyny. Dla Chińczyków rower jest małym mułem, prowadzonym za uszy i poganianym gradem kopniaków. W tym momencie muszę zwolnić, by zdjąć spodnie i przebiec, w czerwonych majtkach, przez ulicę do drzwi. Na linii mety czekały: determinacja i przekręcanie klucza w drewnianych drzwiach. Neurotyczny dzięcioł. 

 

Chcę, żebyście wiedzieli, że rozegrała się tu wielka bitwa. Coś w rodzaju Tour de France. Myślałam nawet o wmurowaniu pamiątkowej tabliczki w miejscu tego wydarzenia. Od tamtej chwili robię to w kółko, rozbieram się z coraz większą ochotą, ale wciąż udaję, że tamto to był wypadek. Odkrywam tajemne przyjemności – w składniowych szprychach, w sylabicznej nagości.

 

 

Ewa Chruściel


 

CZYTAJ TEŻ