
W swojej najnowszej książce „Gierymscy. Zazdrosny talent” Marek Sołtysik – malarz, prozaik, krytyk literacki i znawca sztuki – ponownie sięga po temat polskiego malarstwa XIX wieku. Po dobrze przyjętych opowieściach o Kossakach i Matejce autor bierze „na warsztat” braci Gierymskich – Maksymiliana i Aleksandra. Tworzy tym samym fascynującą, zbeletryzowaną biografię dwóch wybitnych realistów, którzy „gadali z kolorem”, a których życie i twórczość spajał nie tylko talent, ale i zazdrość.
To nie jest książka naukowa – autor zastrzega to wyraźnie. „Gierymscy. Zazdrosny talent” to utwór literacki, zrodzony z długoletnich kwerend i lektur, ale przede wszystkim z wrażliwości pisarza, który patrzy na malarzy jak na bohaterów dramatu. Sołtysik nie rekonstruuje ich życia krok po kroku, lecz prowadzi opowieść pełną powrotów i reminiscencji – niczym obraz złożony z migoczących plam wspomnień i emocji.
Podtytuł „zazdrosny talent” można odczytywać na kilka sposobów: jako zazdrość młodszego brata Aleksandra o Maksymiliana – „ten Oleś, brat Maksa” – o pozycję w rodzinie, o względy ojca, a może nawet o prawo do samodzielności. A on, młodszy brat, zawsze był na coś za mały, był Olesiem, nigdy uczestnikiem, zawsze postacią drugiego planu (s. 107) – pisze Sołtysik. Zazdrość ta mogła również dotyczyć sukcesów malarskich, które Maksymilian osiągnął wcześniej, wyjeżdżając do Monachium i szybko zdobywając uznanie. Wreszcie można ją rozumieć jako metaforę artystycznego współzawodnictwa – bracia Gierymscy nieustannie dążyli do doskonałości, stawiając sztukę ponad wszystko. Malowanie było dla nich sensem istnienia, życiowym imperatywem.
Sołtysik pokazuje ich nie tylko jako genialnych realistów, lecz także ludzi uwikłanych w obsesję tworzenia. Ich obrazy – pełne prawdy i światła – są niemal fotograficzne. Obu prześladowały jednak słabe nerwy, które z czasem przerodziły się w poważne choroby. Maksymilian Gierymski, uczestnik powstania styczniowego, cudem ocalał z rzezi swoich towarzyszy broni. Te dramatyczne doświadczenia powracały w jego twórczości, stając się jej znakiem rozpoznawczym. Jego „Powstaniec z 1863” (ok. 1869) i „Patrol powstańczy” (1872-1873) należą dziś do ikon polskiego malarstwa historycznego. Sołtysik portretuje go jako artystę melancholijnego i wycofanego: Znużony, przestał nawet bywać w swej ulubionej cukierni u Tambosiego. Mówił, że najweselej mu w domu, gdy jest sam. Grał na fortepianie, czytał książki. Wchodził w literaturę piękną, zachwycając się Turgieniewem. Przeżył w gruncie rzeczy niewiele, w wieku dwudziestu siedmiu lat czuł przesyt (s. 82). Zmarł młodo – mając zaledwie 28 lat – na rozległe zapalenie opłucnej o podłożu gruźliczym.
Druga połowa XIX wieku to czas, w którym realizm odgrywał kluczową rolę – zarówno w malarstwie, jak i w literaturze. Władysław Reymont, aby napisać „Ziemię obiecaną”, pojechał do Łodzi i obserwował tamtejsze życie z reporterską dociekliwością. Podobnie postępowali Gierymscy. Maksymilian, by wiernie oddać polskie motywy, prosił rodzinę o przysyłanie do Monachium „babskich spódnic”, dbając o każdy szczegół. Aleksander z kolei przemierzał warszawski Solec i krakowski Kazimierz, szukając inspiracji w codzienności żydowskich dzielnic.
Sołtysik z czułością i literackim nerwem odtwarza atmosferę Monachium – miejsca, gdzie narodziła się tzw. szkoła monachijska, skupiająca polskich malarzy szukających wolności artystycznej poza granicami zaborów: Monachium w trzeciej ćwierci XIX wieku było wymarzonym miastem dla tych polskich malarzy, których mierziła zatęchła atmosfera salonów wystawowych na zniewolonych ziemiach polskich, gdzie – bez względu na zabór – urządzali się grupowo plastycy, którzy, jakoś tam się rządząc, coraz mniej mieli do powiedzenia w sztuce (s. 49).
To właśnie tam Maksymilian zdobywał uznanie, dojrzewał artystycznie, ale też gasł – nękany chorobą i wspomnieniami powstania. Autor przywołuje jego los z empatią i wyczuciem, jak w powieści psychologicznej: malarz, który „gadał z kolorem”, odcinał się od ludzi, a jednak tworzył dzieła pełne ciszy, światła i prawdy.
Nie mniej poruszająca jest część poświęcona Aleksandrowi. Sołtysik kreśli jego portret słowami: Neurotyk – zniechęcony, łatwo zrywał kontakty – nie mógł być jednak człowiekiem o mrocznej naturze, ponieważ tworzył obrazy świetliste, pełne przejrzystości. Kategorie, w jakich można je rozpatrywać, należą do sfery estetyki. Żadnych ideologii! Stanisław Witkiewicz powie, że twórca „Trąbek” przetapia farbę na blask światła, na drganie, przenikanie się barw okolonych powietrzem (s. 128).
W książce nie zabrakło również postaci z artystycznego kręgu epoki. Pojawia się Helena Modrzejewska – muza Aleksandra, kobieta o magnetycznej urodzie i sile, inspirująca całe pokolenie artystów. Dzięki niej, jak pisze Sołtysik, Gierymski namalował „Altanę”, a twarze kobiet na obrazie noszą rysy wielkiej aktorki.
„Gierymscy. Zazdrosny talent” to książka o sztuce, ale też o psychice artysty – o napięciu między braterstwem a rywalizacją, o miłości i zawiści, o cienkiej granicy między pasją a obłędem. Sołtysik pisze stylem eseistycznym, plastycznym, chwilami poetyckim. Jako artysta pozwala sobie na różne anegdoty, które wzbogacają narrację.
Aleksander Gierymski wypowiedział kiedyś znamienne słowa: Od śmierci brata zostałem człowiekiem! Trudno bowiem było mu wydostać się spod cienia sławy starszego brata, Maksymiliana, i zdobyć własne uznanie. Jednocześnie nie sposób zapominać, że Aleksander wiele mu zawdzięczał – obaj często dzielili mieszkanie i pracownię artystyczną, m.in. w Monachium i w Rzymie, a młodszy brat uważnie podpatrywał jego warsztat. W „Święcie Trąbek” Aleksandra można dostrzec echo wcześniejszych realizacji Maksymiliana, to on bowiem pierwszy podjął tę tematykę. Z czasem jednak Aleksander wypracował własny styl – pełen światła, emocji i realizmu. Pozostawił po sobie dzieła o wyjątkowej sile wyrazu, wśród których szczególne miejsce zajmują „Żydówka z pomarańczami” (1880–1881), „Święto Trąbek I” (1884) oraz jego ostatnie, uznawane za „arcydzieło luminizmu”, „Wnętrze Bazyliki św. Marka w Wenecji” (1899). Niestety, już w latach 70-ych XIX wieku artysta zaczął popadać w stany maniakalne. Jego przyjaciel, Stanisław Witkiewicz, dostrzegał u niego „zmaltretowanie psychiczne” i skierował go do doktora Władysława Gajkiewicza, który zalecił leczenie w sanatorium w Steinhofie pod Wiedniem. Po Wiedniu, Paryżu, ostatnie miesiące życia Gierymski spędził we Włoszech, zmagając się z chorobą nerwową i problemami finansowymi. Zmarł w szpitalu psychiatrycznym w Rzymie, pozostawiając po sobie dorobek, który na trwałe wpisał się w historię polskiego malarstwa.
W czasach, gdy biografie często stają się produktem, Sołtysik daje nam opowieść prawdziwie literacką – pisaną nie akademickim językiem, lecz językiem emocji i światła. Książkę czyta się z ogromną przyjemnością; jedynym mankamentem dla mnie jest brak kalendarium – krótkiego zestawienia najważniejszych dat i wydarzeń z życia Maksymiliana i Aleksandra, które ułatwiłoby orientację w narracji. Mimo to „Gierymscy. Zazdrosny talent” to solidnie napisana, zbeletryzowana biografia dwóch wciąż zbyt mało znanych, a przecież wybitnych malarzy.