Ladybug

Obdarty ze skóry, wdowi synek milczy jak zaczarowany,
bo oto mamy znów trzy stopy, stańcowane pantofelki rano,
kiedy się nic nie pamięta, to rozkłada się planszę jak szmatę
i to wtedy oczywiście zadzwoni koleś od wiersza z kablówki,
w którym serio wspomina ci o „erotycznych archiwach”?
Ale też karnety w formie listów miłosnych zostały wydane,
zostaje dla ciebie Nic, które zbijało je w jeden bloczek wiersza
To masz bardzo solidny grzbiet! Nogą będzie ci gruchotanie
wielokrotnych przemieszczeń kości, tak by się zgadzały oczka,
które się wyrzuca, zlicza się wszystkich, i ruszamy do siebie
Dawniej szeptem ważne informacje podawaliśmy dodając,
zniekształcając je kształtem, swoim głosem połącz znów
w delikatne jasne znaki, kreślone ruchem nacięć zamknięcia,
w które wpychasz dłonie – podwodne litery-narośla, (pip-pip!)
powstałe z ruchu fal, są w sumie są zapisem doszczętności
wróżby, którą chce się usłyszeć, i mimo ograniczeń wejścia:
– Ciemniejesz – tak myślę o sobie ostatnio
Na progu drżą już ciężkie kamienne nogi połączone snem,
niech mój wiersz wzmacnia je, gdziekolwiek ruszyły dawniej


 

Fall Street

Ze zwykłej dykty świat, na poły scena prowincjalnego teatru,
pełno śmieci w rogu kryształowego pałacu, który spłonął
jak w Londynie! Pani się bardzo tym podnieciła, bo to był blef,
dlatego odwróciłam powoli głowę w kierunku cmentarza
Druk kolczasty wysoko wyznaczał granice szarego nieba
Tędy się nie przechodzi, proszę Pani, pozostają śmiertelni,
też jest ta stacja, jest tak głośny huk, że nie będzie spokoju
dla nikogo, ruchomy peron, czujesz się jak w doku, kuzynie
Zanim coś przyjedzie, musisz się zdrowo lub chorobliwie
rozhuśtać w oczekiwaniu na kogoś, kto może nas zabrać
w lepsze rejony, może ty powiesz „Zwariowałaś jak wszyscy
w tym dziwnym mieście, nie można ich już nawet policzyć,
ani też pieniędzy, które by mogli zarobić tu i tam, tu i tam”
Trzymajmy się razem, to się nic nie wydarzy, jęknął łazarz,
usnął na progu najtańszego sklepu, śpioch cały z resztek,
a upalony haszyszem dzieciak krzyczy „Nie patrz na mnie,
jakbyś chciała mnie zbawić w wierszu z krwi miesięcznej,
nie udawaj, że mnie nie zapomnisz, kiedy oni przybędą”
Jest ulica w kamiennych lornetkach dobić pozostałych jeszcze,
czmychnął z niej nawet cień, z kufra wydobywa się dym, kadzidło,
mój skarbie otwierany tajemnicą, a ten ciężki dywan weź i podnieś


 

Cykady ostatniego podboju

Wypadało śmiertelnym zrobić rundę i obiec dookoła kobierzec,
gdy królewna zabawiała się nie tyle z karłem, co ze swoim gardłem,
próbując przemówić poważnym głosem, ale koziołkowała do rzeki,
której zimne dłonie gotowe były na to, i co, ukłucie w czyim sercu?
Tak, tak zawodzi stara maszyna, zabierzemy ją ze sobą, przyda się
w drodze, powodując serię wydarzeń, których będziemy świadkami,
skoro je sami piszemy jako rozbitkowie wschodniej spedycji, to podbój?
To drzazgi, co powbijały się wszędzie i nawołują całość bez końca
Już dawno wszystko się skończyło, a one stale dają świadectwo
że, że, że byłyśmy kiedyś podbrzuszem wielkiej łupiny, szurałyśmy
po dnie cichego śpiewu, opierałyśmy się dzielnie falom dnia i śmierci
A teraz wiemy, że musimy usłyszeć się z daleka i połączyć ten trzask


 

Surfer na fioletowej fali

Wczoraj niezdarnie przewracaliśmy się w łóżku z boku
na bok, ze snu żebra potwora-fali, szkielet różowej
miejscami uniesienia znikającymi w fioletach gałęzi,
która kwitnie i pnie się dziko, koński dom zegareczka
pozbawiony jest tych wskazówek, dla kogo jest otwarty
Nie mierzy się z czasem, ile z miłą chęcią śmigłami otwiera
paszcze chmur, moi mili!
W żabocie z fal, które odsłaniają nowego i wdzięcznego trupa
(a nie lubi, jak się go tak nazywa, choć jego halucynacje zapisujemy),
jest poświata, jest prześwit, oszałamiające eliksiry jaśminu,
bo często tych martwych, na którym opieram kopyta całuję
Ale jest też frajda na wstecznym biegu i co ty wiesz o górach?
Nie wiem nic, dlatego piją ze mnie mleko, krew, wino, sól,
odchodzą pijani na boki tworząc śliczny wąwóz na dnie morza


 

Pocztówka z Cypress Hills

Połóż się obok, jeszcze jest trochę miejsca,
bo tniesz cicho nożykiem litery w trumnie,
w której trzymamy na taką okazję
ostatnią błyskotkę, och, pozwól nam
podczepić ją pod coś ruchomego –
i pod światło, to zobaczymy się w niej

 

wiersze z przygotowywanego tomu „Dziennik podróży”

 

 

Bianka Rolando