
Najnowsza książka Jakuba Grabiaka to ten typ książki poetyckiej, która zostawia nas z poczuciem, że poezja nie musi się wciąż na nowo odkrywać, by stać się zajmującą dla czytelnika. W sumie to by mogło być na tyle, mnie osobiście takie zdanie przekonałoby do sięgnięcia po „Kanikuły”, jednakże rozumiem, że dla was może być to odrobinkę za mało, więc nieco mój sąd uzasadnię.
Przede wszystkim Jakub Grabiak jest poetą obrazów już widzianych. Można by go nawet określić jako epigona stylu „ośmielonej wyobraźni”. Nie ma w tym oczywiście nic złego, jeżeli ktoś potrafi w tym stylu poruszać się z wyczuciem. Grabiak czyni to doskonale i tam właśnie znajduję siłę jego liryki. By rozjaśnić to stwierdzenie, zapoznajmy się z jednym z utworów omawianej pozycji:
zaczęło się pod kapliczką, w maju, na końcu wsi,
ona śpiewała piękniej od innych. on siedział przed gankiem
i taki już został, z rozmarzoną fajką w zębach, a w jej kominie
księżyc co noc zasypia jak pociąg w niebiosach przestawni.
wtedy wracają z pola i znudzeni siadają przed telewizorem
jak pierwsi bogowie, siłujący się z wielką rzepą,
która nie chce wyjść z ziemi, i myślą, że kiedyś się jeszcze
spotkają, na uroczysku, w pół drogi,
gdy dwugłowe drzewo rozcięte przez piorun
stoi nadal, przed płotem, na znak.
(„dwugłowe drzewo”, s. 16)
Ależ tu się magiczne przepycha z realnym! Kapliczki, pola, kominy, bogowie biorą się za bary z przestawnią i telewizorem niczym Avengersi z Thanosem w filmie Marvela. Paradoksalnie jednak takie dosyć oczywiste zastosowanie prostej techniki poetyckiego obrazowania czyni ten utwór wdzięcznym i interesującym. W „Kanikułach” widać przewagę rozsądnego tonowania stylu nad pędem do eksperymentu, przez co wiersze zawarte w książce nie uciekają nam, nie rozpierzchają się w lingwistycznej gonitwie. Zostają z nami na dłużej, zakorzeniają nas w swoich przedstawieniach, wchodząc z nami dzięki temu w głębszą relację. Nie da się tego uczynić bez pewnego rozeznania co do słuszności swojej drogi poetyckiej oraz zdolności literackich na odpowiednim poziomie. Obydwa te elementy łatwo znaleźć można w wierszach Grabiaka.
byłam tak zmęczona, że słyszałam zza ścian sapanie, w dodatku było to
moje sapanie. pominęłam to jak chwast. i jak zwykle usiadłam przy stole,
napić się kawy, patrzeć przez okno na płot, gdy życie rozpływa się
od czubków, przez dachy, przez śpiew ptaków pełzający po ziemi
w płynnym, wężowym drewnie, gdzie raz za razem
wskakiwał mój sen o pokoju, w którym mogłabym teraz być,
gdyby moja mama nie pracowała na rampie, albo wiedziała,
że to jest statek. zdjęłam kalosze i zanurzyłam nogi w wiadrze.
zdaje się, że coś podobnego zrobiło słońce. a potem pomyślałam
o wnuczku, i co robi teraz dziadek, czy bardzo za mną tęskni.
(„babcia”, s. 17)
Wiersz powyżej to pierwsza część subtelnego tryptyku, na który składają się jeszcze dwa utwory o tytułach: „dziadek” i „wnuczek”. Grabiak dociera tutaj do regionów, które są czystą wrażliwością i ciężko jest przejść wobec wspomnianych wierszy obojętnie. „babcia” nasycona jest niewymuszonym, naturalnym ciepłem. Pierwsza fraza może zwiastować nam posługiwanie się kliszą, ale poeta zręcznie unika tego, wprowadzając już w pierwszym wersie podskórny niepokój zaakcentowany eleganckim porównaniem w następnym zdaniu. pominęłam to jak chwast jest zdaniem niezmiernie dla mnie frapującym. Zahacza ono o język potoczny, jednocześnie otwierając przekonującą przestrzeń poetycką. Po raz kolejny magiczne gryzie się tutaj z realnym, nie popadając jednak przy tym w banał. Być może historia polskiej literatury zaliczy Jakuba Grabiaka w poczet epigonów Romana Honeta lub Bartłomieja Majzla, jednak należy przyznać, że wykorzystany już rytm i zapoznaną dykcję potrafi przekuć on w utwory zapadające w pamięć i dające nam poetycką próbę wysokiej jakości. Podobnie jest w utworze poniżej:
chłopi przedzierają się przez zachwaszczone tory z jeżyc
na pole, odrobić pańszczyznę.
znów jest tak cicho,
jak w płynnym złocie lub spróchniałym drewnie.
i wujek woła na obiad,
a zostawiony w aucie telefon
ucieka do ciotki po drugiej stronie wioski,
gdy zapisany jest na nim zapomniany sen.
w usta widnokręgu wpływa jedna odrąbana
od gromady kra.
upuszczony z dłoni sznurek. teraz odjeżdża, w poczekalni,
przed uchylonymi drzwiami, pod tańczącym światłem dnia.
przyszedłem w to miejsce po zapach rdzewiejących szyn.
(„echo”, s. 20)
Pańszczyzna trwa wiecznie, niezależnie od tego, czy zbierającym owoce pracy jest pan szlachcic czy też bank, do którego trzeba wpłacić kolejną ratę na sprzęt rolniczy. Jedyne co się zmienia to ilość kilometrów opuszczonych linii kolejowych, rzeczywiście bezlitośnie pordzewiałych i już w połowie oddanych w niewolę sięgającemu po swoje chaosowi nie dotkniętych nigdy sekatorem krzaków dzikiego czarnego bzu. Wiersz „echo”, jak zresztą i inne utwory „Kanikuł”, opisuje świat, który jest mi znajomy. Cieszę się, że powstają takie wiersze, wiersze, które porywają się na oddanie prawdy wibracjom duszy powstającym po wsiąknięciu w świat współczesnej post-industrialnej wsi, miejsca gdzie już ogarnięte, już ucywilizowane wciąż szczelnie przylega do dzikiego, do rzeczy, które na wieki zostały poślubione naturze. A że recenzja ukaże się w czasopiśmie publikowanym przez Związek Pisarzy ze Wsi, nie ma chyba lepszego miejsca, by „Kanikuły” Jakuba Grabiaka polecić czytelnikom.