Faetony (3)


Co ja widzę


 

Królem życia jest bogaty, widzem życia jest biedny, choć można to odwrócić, można uczynić biednego królem życia, wystarczy dać mu odpowiednią religię. Jaka religia ratuje go przed szaleństwem? Czy też raczej: jaka religia jego szaleństwo sublimuje? Jest to ostatnio buddyzm zen albo hinduizm, bardziej niż katolicyzm, chociaż katolicyzm też zadziała, jeśli zostanie odpowiednio podany, chociaż pewności nie mam i nie biorę za to odpowiedzialności. Odpowiedzialność mogę brać tylko za to, że skupiłem się na własnej świadomości. Dodam, że każdy ma możliwość skupienia się na własnej świadomości, co jest zasadniczo zdrowe. Przy okazji, odrobina Wedanty: Jestem może widzem wydarzeń, ale jestem też widzem wszystkiego i zawsze, a to znaczy, że jestem absolutem i nie ma nic większego ode mnie. Ktoś mógłby powiedzieć: kompleks wyższości wynikający z kompleksu niższości, byłoby to jednak spłycenie sprawy niedwoistości. Zainteresowanych tym wątkiem odsyłam do poematu „Asztawakragita”.  

 

Tak czy inaczej, nie można się zbyt długo gniewać. Nie chodzi o to, że się od tego choruje, chodzi o to, że nie da się gniewu zbyt długo w sobie utrzymać; dosyć szybko rozchodzi się po kościach. Czyli gniew jest jak chmura, dlatego od razu lepiej go sobie darować, lepiej się pośmiać niż unosić gniewem. Można iść w totalną wszechprzenikającą pozytywność, cokolwiek by się nie działo poza tym, zwłaszcza że nie ma niczego poza nią, gdyż jest totalna. 

  

Niekiedy się irytowałem, ale to już minęło, teraz tylko patrzę vel obserwuję rynek pracy i relacje międzyludzkie. Jako niegdysiejszy chwilowy akademik, prowadzę życie jak działalność badawczą. Jaka ona jest, taka jest, ale jest, niewątpliwie. „Wegetację z zaciśniętymi zębami” podyktowałem do dyktafonu tuż po zakończeniu rozmowy telefonicznej z dziekanem jakiegoś wydziału krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Nie obrażam i nie poniżam, naprawdę nie pamiętam jaki to był wydział a pan dziekan wydał mi się uroczym rozmówcą. Zadzwonił do mnie z propozycją, abym poprowadził 160 godzin zajęć z teorii sztuki dla studentów pierwszego roku, grafiki albo malarstwa. Dużo godzin, więc niby gratka, tyle że wiadomo kto tkwi w szczegółach: 50 zł za godzinę brutto, zrobić to dla studentów, o ile sobie dobrze przypominam, można ich kształtować, ich wizję sztuki. Podczas rozmowy dowiedziałem się też, że jestem wybitny a moja sława dotarła, itd., że zapoznano się z moimi tekstami, itd., i czy mógłbym na umowę zlecenie poprowadzić 160 godzin zajęć, stawka godzinowa to 36 zł na rękę. Pana dziekana w tym miejscu pozdrawiam i dziękuję za uczciwą ironię, którą rozbrzmiewał jego głos podczas naszej rozmowy.  

Dla niepoinformowanych: umowa zlecenie w szkole wyższej oznacza, że wypłatę dostaje się dwa razy w roku, a nie co miesiąc (jak na umowie o pracę). W toku nauczania z miesiąca na miesiąc się pieniędzy nie widzi, zlecenie biorą więc w takich sytuacjach wyłącznie hobbyści z zasobami, którzy mogą sobie pozwolić na wypłatę dwa razy do roku, ponieważ żyją z czego innego. Jako że nie jestem tego rodzaju hobbystą, zaproponowałem, że jeśli rektor zaproponuje mi pół etatu (czytaj: nieco wyższą stawkę godzinową oraz miesięczną pensję), wszak 160 godzin, to dużo godzin, na pół etatu wystarczy, wtedy z przyjemnością się zgodzę. Dziekan powiedział, że czarno to widzi, ale obiecał, że zapyta rektora i wtedy da mi znać. Oczywiście nie dał, ale też się tego spodziewałem i nie mam pretensji, mówię o tym tylko w celach poglądowych.    

Taki jest kontekst powstania „Wegetacji z zaciśniętymi zębami”, która popłynęła na fali gniewu. Jednocześnie gniew stał się tematem. Teraz jednak jestem już gdzie indziej, zajęty innymi sprawami i rzeczami.  

Co ostatnio robię? Rozglądam się, obserwuję nową branżę, jeżdżę taksówką, czyli uberem. Jest to chwilowe, acz przyjemne. A chwilowe jest z powodu nędznej realnej stawki: 20 zł netto za godzinę jazdy, tak to mniej więcej wychodzi dla wynajmujących samochód od firmy taksówkarskiej, czyli od tzw. partnera. Pieniądze wpływają jednak na konto raz w tygodniu, więc da się żyć. Aktualnie obserwuję także lodówkę, zgodnie z zaleceniem fachowca (ścięty na łyso, uzdolniony technicznie, ładna głowa, orli nos, niebieskie oczy), który był u mnie dziś rano i uzupełnił w niej brakujący czynnik chłodzący, freon albo izobutan. Zalecił też dwudziestoczterogodzinną obserwację lodówki, a w razie, gdyby nie chłodziła, rozmrożenie i ponowne jej uruchomienie. Gdyby nadal nie chłodziła, decyzja odnośnie dalszego postępowania będzie należeć do producenta. Dlatego obserwuję.  

Popijam wino, delektuję się południowym słońcem, zza okna dochodzi pocieszny śmiech dziatwy szkolnej, zagłuszany rytmicznie warkotem piły spalinowej ogrodników przycinających krzewy pod blokiem, ja natomiast wybieram trzeci wiersz na konkurs poetycki oraz obserwuję lodówkę. Nie o tym miałem jednak mówić. Cofnijmy się o kilka lat.  

 

Pociąg pędził przez pustkowie, kiedy podniosłem się z fotela numer 88 i poszedłem do Warsu na piwo. Dziś tego bym już nie zrobił, piwo zawiera przecież cukier i fitoestrogeny, od których mężczyznom rosną piersi, a tego typu transformacja mnie nie interesuje. Teraz wybrałbym czerwone wino, którego w Warsie nie ma, albo whisky, która jest w Warsie, ale tylko w jednym. Wtedy jednak nie miałem podobnych problemów. Ludzi sporo, jak to w Warsie, poprosiłem sympatycznego zażywnego ukraińskiego barmana o piwo, a kiedy mi je podał podszedłem do pierwszego wolnego siedzenia, po drugiej stronie stolika nad talerzem żurku pochylał się najwyraźniej zmęczony podróżny. – Można się dosiąść? – zapytałem. – Jasne – mówiąc to podróżny kiwnął głową znad żurku. Postawiłem na stoliku zakupione przed chwilą piwo kraftowe i usiadłem. Pamiętam, że tyskie już wyszło, wziąłem więc kraftowe, nieco droższe i przesadnie aromatyczne, ale miało przynajmniej mocniejsze kopnięcie. Tak wtedy myślałem, a spoza pleców uprzejmego podróżnego wyłaniała się ogromna czarna waliza na kółkach. Dotarło do mnie, że jej właściciel jechał w Warsie nie tylko dla posiłku, swoją walizę musiał przewozić na podłodze, ponieważ nie mieściła się na żadną z półek przeznaczonych do przewozu bagażu, nie dało się jej też przewozić na podłodze, bo całkowicie tarasowała przejście między rzędami siedzeń, wagon z przedziałami także nie wchodził w grę, zostawał więc Wars, jako wagon najbardziej przestronny i najmniej uregulowany (wiadomo, że mistrzowie ściemy potrafią w nim przesiedzieć całą podróż przy jednej herbacie). Ale wracając do walizy… Była to waliza, do której spokojnie mogłoby się zmieścić ciało dorosłego człowieka.     

 

 

Marcin Polak