Kącik Wiesi (13)
Było ich trochę, i zawsze jak na zawołanie.
– Ady jedz, bo wystygnie – babcia wpierw łagodnie, a po chwili z przynaglaniem. – Mówię ci, jedz, bo zaraz tu przyjdzie Babok. Baabook! – Zdaje się, że już obija się po kuchni gdzieś między pułapem a drzwiczkami do skrytki w podłodze… gdy nagle odpuszcza. Policzki malucha nie mogą pomieścić więcej kaszki. Tego wędrującego Baboka nikt wprawdzie na oczy nie widział, ale przecież mógł zaszyć się wszędzie – w skrytce, szopce, stawku, a nawet pod stertą gałęzi. Inaczej rzecz się przedstawiała z Babokami uwięzionymi na wiosennych grządkach. Odziane w znoszone, dobrze znane koszule i portki, budziły raczej wesołość niż strach, a po uszczerbkach w uprawach można było poznać, że nie robiły wrażenia nawet na sarnach i zającach.
Wkrótce Baboki zyskały sprzymierzeńca w Bogu. Wielkie oko opatrzności świdrowało zdyszane dzieci, które z odległych olędrów znowu spóźniły się na nabożeństwo. Na dobitkę rekolekcjonista grzmiał z ambony o ogniach piekielnych. Teraz, by ukoić sumienie, należało odmówić kilka zdrowasiek i ojcze nasz, stale pamiętając o przestrogach z rymowanki: Grzeczne dziecko gdy wstanie (…) do paciorka uklęknie / gdy ma rączki złożone / nie odwraca się w stronę / nie odwraca nie kręci / bo ma zawsze w pamięci / że Pan Jezus jest wszędzie / a za złe karał będzie.
Ale co począć, kiedy na każdym kroku czyhały pokusy.
– Z całej święconki najsmaczniejsze są te kolorowe cukrowe jajka.
– No nie wiem, siostra przestrzegała, że do południa w Wielką Sobotę jeszcze obowiązuje post. – Rodzeństwo waha się przez chwilę, akurat przystanęli pod krzyżem. – A jeśli to podstęp, abyśmy nie wyjedli za dużo z koszyczka?! – oświeciła ich usprawiedliwiająca myśl.
Zresztą zaraz skończy się przerwa świąteczna i trzeba będzie wrócić do szkoły, gdzie też nie ma zmiłuj.
– Nabazgrolisz w zeszycie, narobisz kleksów i obrywasz witką po łapach. A poskarż się w domu, to jeszcze ci ojciec poprawi – naświetla sprawę kolega z sąsiedztwa.
– Eee, u nas nie jest tak źle, tata na co dzień przewiązuje spodnie sznurkiem i tylko ostrzega: – Ino mi jeszcze raz! Co innego mama, odezwij się nie tak… i nawet nie wiesz, kiedy zdzieli cię mokrą ścierką.
– A tam, ścierką to się nie liczy, to jakby od much się opędzać. Musiałbyś dostać pasem albo strzepliną, to dopiero byś poczuł. Ojciec regularnie nas leje, a mama ze strachu nawet nie piśnie.
– Ja to się najbardziej boję Cyganów, podobno porywają dzieci – przypomina sobie jedna z dziewczynek, kierując rozmowę na inne postrachy.
– Czy ja wiem? Ostatniego lata, gdy przez naszą wieś przejeżdżał tabor, zginęło kilka kur i kupka siana, ale dzieci… mają dużo swoich, po co by nasze kradli? Kiedyś, niedaleko stąd, na polanie, Cyganie rozbili obóz. Ciągnęło mnie do nich, ale nie śmiałem się zbliżyć i tylko kukałem zza górki, jak rozpalają ognisko, nawołują się, śpiewają.
Teraz dzieci przypominają sobie, że w zagłębieniu pomiędzy pagórkami mają do skończenia bunkier drążony w ziemi przez kilka tygodni w obawie przed wojną.
Pomimo wielokrotnie ponawianych prób, budowli nigdy nie ukończono. Temat pociągnęły lisy, kopiąc w nieckach po niedoszłym bunkrze bezpieczne schronienia dla swych młodych.
Ile to już pokoleń…