80
– Johnny on the spot – usłyszeliśmy głos za placami, kiedy schodziliśmy po drabince na łąkę. I jeszcze raz: – Johnny on the spot!
Tak jej się spodobało? Tylko co to właściwie miało znaczyć? Jaś na miejscu? Kogo miała na myśli? Nas? Dlaczego?
Duża kobieta z małym psem. Który właśnie biegł w naszą stronę, wydając z siebie krótkie warknięcia. Zabrzmiało to jakoś zgrzytliwie, kamiennie, roche, roche! Od razu straciliśmy ochotę na żarty. Bo te małe też przecież mają zęby. No i są małe, więc nerwowe. Bo cały czas mogą czuć się zagrożone.
– Nie trzeba się bać, nie gryzie – próbowała nas uspokoić.
Nie gryzie, pewnie, wszystkie właścicielki psów tak mówią. A potem, że to dziwne, bo nigdy przedtem się nie zdarzyło. To znaczy rzadko. I patrzą na ciebie jakoś tak dziwnie, coraz mniej przepraszająco, coraz bardziej jakby z wyrzutem. Że takiego spokojnego pieska sprowokowaliśmy.
– No i jak tam było? – spytała. – Się podobało?
I nie czekając na odpowiedź mówiła dalej:
– Ostatnio to miejsce stało się bardzo popularne. Ludzie z całego świata walą tu drogami i łąkami. Niedawno mieliśmy grupę rowerzystów, Argentyńczyków. Choć tak po prawdzie to nie wyglądali.
– Nie wyglądali? – spytaliśmy niepewnie.
– Na Argentyńczyków nie wyglądali – wyjaśniła. – Ani na rowerzystów.
– A na kogo?
– To jacyś Azjaci byli.
– Azjaci?
– No bo oczy skośne, cera ciemna, włosy jak u kruka.
– Jak u kruka? – spytaliśmy.
– Jak u kruka – powtórzyła. I że tacy mali byli, dodała.
– Mali? – spytaliśmy z niepokojem. – Jak mali?
– No bo tak dotąd – pokazała dłonią – mi sięgali. Konusy.
Przypomnieliśmy sobie tych naszych, wczorajszych. To może to jednak nie był sen? Ani żadne majaki? A jeśli nawet, to nie tak całkiem od rzeczywistości oderwane?
– Mówili, że tak się cieszą, że mogli wreszcie na własne oczy zobaczyć. Zapytałam ich, dokąd teraz zamierzają jechać. Donikąd, odpowiedzieli, zobaczyliśmy i wracamy do domu. Tyle kilometrów tylko po to, żeby to jedno miejsce zobaczyć? Niesamowite, pomyślałam.
– I to na rowerze – dorzuciliśmy.
– No właśnie – podchwyciła. – Przecież z Argentyny to szmat drogi. I w dodatku przez wszystkie te morza musieliby się przeprawiać.
– Chyba nie na rowerach, prawda?
– No raczej nie. Samolotem mogli przylecieć do Londynu, z Londynu wziąć pociąg do Plymouth i tam dopiero wynająć sobie te rowery i przyjechać. Wtedy mieliby do pokonania niecałe 40 mil zamiast dziesięciu tysięcy. Choć to nadal sporo. Przynajmniej dla mnie byłoby to duże wyzwanie. Bo chyba nigdy nie przejechałam w życiu tak długiej trasy za jednym zamachem.
– A skąd pewność, że ze jednym zamachem?
– No faktycznie, nie ma. Mogli przecież rozłożyć to sobie na kilka etapów. Mogli też do St. Austell autobusem albo dalej pociągiem przyjechać. I tu na miejscu rowery wynająć. Tak byłoby najprościej. Ale jak było naprawdę? Szkoda, że nie zapytałam. Pewnie za bardzo byłam zafascynowana tym przedstawieniem, które odwalali, żeby się nad takimi mało ważnymi szczegółami zastanawiać.
Mówiła jak nakręcona. Jakby miała covid. W sensie, że długo z domu nie wychodziła. Wreszcie po raz pierwszy wyszła i od razu kogoś dorwała. Więc musi się wygadać. Bo w domu nie ma do kogo gęby otworzyć. Jako że sama, tylko z tym psem mieszka. Może o to jej właśnie chodziło? Z tym tajemniczym Jasiem na miejscu? Że się tak szczęśliwie nawinęliśmy?
Piesek, który wcześniej leżał spokojnie obok nas, teraz się podniósł i zaczął kręcić. Jakby się znudził leżeniem i zastanawiał, co ciekawego może zrobić taki mały piesek jak on na takiej pustej, kamienistej łące, kiedy jego właścicielka jest przez dłuższy czas zajęta rozmową i nie zwraca na pieska uwagi.
Z drugiej strony, John to popularne określenie wychodka. Więc Johnny on the Spot mogłoby znaczyć toi toja, toaletę turystyczną. Przypomnieliśmy sobie, że widzieliśmy jedną taką na ebayu, przenośną, plastikową, z wielkimi, wybałuszonymi oczyma. Te oczy, po podłączeniu do prądu, wyskakiwały ze zbiornika z wodą nad toaletą. Z głośników leciała skoczna piosenka, a klapa, jakby to górna szczęka była, zaczynała głośno kłapać w rytm muzyki. Śpiewający Jasiu, jakoś tak się to nazywało.
81
Pies skończył się zastanawiać, bo chyba znalazł odpowiedź. Z miną kogoś, kto wie, co robi, ruszył w obchód. Jego pani też już dalej leciała:
– No i zamiast pójść dalej, dla tego spektaklu zostałam, żeby popatrzeć, co robią. Myślałam, że zachwycają się kształtem i widokiem, albo tym niecodziennym kontrastem między naturą i architekturą. Ale zachowywali się jak jacyś geolodzy, kaplicę jako taką mieli gdzieś, chodziło im o sam materiał, o skałę i kamienie. Próbki jakieś pobierali, tu coś odłupali, tam coś zeskrobali.
Czytaliśmy przed chwilą w telefonie, przypomnieliśmy sobie, że to najwspanialsze w Brytanii i jedno z najlepszych na świecie stanowisk, w których występuje jakaś rzadka odmiana granitu. Ale nie pamiętaliśmy, jak się nazywa.
– Zastanawiałam się, czy mogę im na to pozwolić – mówiła dalej kobieta. – Przecież gdyby wszyscy tak robili, w końcu kamień na kamieniu by się tu nie ostał. Może powinnam zacząć pobierać opłaty za wstęp?
Spojrzała na nas, jakby w oczekiwaniu. Na co? Czy jest właścicielką tego terenu, spytaliśmy, żeby zmienić temat. Bo założyliśmy, że nie jest. Ale ona odpowiedziała, że tak. I to takim tonem, jakby to miała być rzecz oczywista. I dalej patrzyła na nas wyczekująco. Pies też się zatrzymał i patrzył. Też czekał.
Spytaliśmy, czy jest Kornijką. Przytaknęła, ale jakiś tak dziwnie, jakby niechętnie. Niespodziewanie schyliła się gwałtownie, podniosła kij z ziemi, zamachnęła się i rzuciła. Aż psa daleko gdzieś porwało. Więc nabraliśmy odwagi i czy zna kornijski, zapytaliśmy. W odpowiedzi już chciała chyba przecząco pokręcić głową, ale zmieniła zdanie i powiedziała, że zna, ale trochę tylko, tyci, tyci. Bo takie czasy. Tu rozłożyła na boki obie dłonie w geście, że cóż niby można na to poradzić. No i że Kornijką jest z wyboru raczej niż z urodzenia. Jak wielu tutaj. I że może z tymi Argentyńczykami też tak było? Może urodzili się w Mongolii, ale jeśli wyemigrowali do Argentyny i jeśli czują się Argentyńczykami, to jak mają o sobie mówić?
A jak ma, zapytaliśmy, na imię?
Pies przyniósł kij i wypuścił jej pod nogi. Czekał.
– Bentley – powiedziała.
– Jak?
– Bentley – powtórzyła.
– Jak ten samochód?
– Jak ten samochód – potwierdziła. – Ale nie jesteśmy spokrewnieni.
No i że ona pisze się Bentleigh, wyjaśniła, bo jak się mówi, to nie widać, a samochód jest Bentley. Tak, to prawda, że rzadkie imię, przyznała. Ale jednak. A nazwa samochodu nie od imienia, tylko od nazwiska wzięta. W sumie samochód to ona, pomyśleliśmy, w sensie gramatyki. Bo w angielskim wszystko, co związane z męskimi przyjemnostkami, takimi jak samochód, jacht czy kobieta, są rodzaju żeńskiego. Więc pasuje.
Piesek w końcu zrozumiał, że nie ma na co liczyć z tym kijem i wrócił do tego, w czym mu przerwano. Powolnym krokiem obchodził teren dokoła nas. Niczym ochroniarz, który musi zaznaczyć swoją obecność w newralgicznych miejscach, zatrzymuje się na chwilę tu i tam. Ochroniarz zwykle wyciąga telefon i przykłada do jakiegoś czytnika. Pies telefonu nie ma, więc przykłada nos do ziemi i wciąga. A potem siusia i idzie dalej.
82
– Butch w filmie „Pulp Fiction”, zaraz po nokautem wygranej walce, od pasa w górę goły i spocony cały, z czerwonymi rękawicami bokserskimi na obu rękach, wsiada do żółtej taksówki – powiedzieliśmy. – Pamiętasz tę scenę?
Kiwnęła głową.
– No i taksówkarka, Esmeralda, krótka choć na długo w pamięć zapadająca rola Angeli Jones, aktorki odkrytej przez Tarantino i potem chyba znowu zapomnianej, no więc ta Esmeralda mówi mu najpierw, że słyszała w radiu, że ten jego przeciwnik umarł, a potem pyta, jak ma na imię. Butch mówi, że Butch. Więc ona pyta, co to znaczy, a on na to, że nic. I wyjaśnia, że American names don’t mean shit, honey.
I co, pewnie chcielibyśmy wiedzieć, co jej imię znaczy, domyśliła się. Jeśli znaczy. Nie zaprzeczyliśmy. Znaczy, znaczy, potwierdziła, bo to angielskie, nie amerykańskie. Choć amerykańskie też znaczą, ten rzeźnik Butch po prostu nie wiedział, co mówi. W końcu właśnie się dowiedział, że kogoś zabił. Nawet na takim prostaku musiało to zrobić wrażenie. I że jak z nazwiskiem, to ona nie wie, wyjaśniała dalej, ale Bentleigh, imię dla dziewczynki, pochodzi od staroangielskich słów beonet, co znaczy trawa, i leah, leśna łąka. Co raczej nie ma niczego wspólnego z samochodami. Za to z naszym wyspiarskim krajobrazem, zakończyła, bardzo dużo.
– Jak to? – zdziwiliśmy się. – Przecież tu nie ma lasów.
– Prawie nie ma. Ale to prawie czyni różnicę. Bo jednak są. A że nieliczne, to tylko czyni je ważniejszymi. No i trzeba podkreślić, że w czasach, z głębi których wynurzyło się moje imię, mieliśmy zupełnie inną sytuację. To znaczy wtedy jeszcze były lasy. Dopiero później zaczęto je masowo wycinać, żeby budować wojennych facetów.
Men of war, powiedziała. Co nas nie zdziwiło. Bo wiemy już, że używa się tego w znaczeniu okrętów wojennych. Choć nie do końca wiemy, dlaczego. Właściwie to w ogóle nie wiemy. Ciekawe, czy ona wie.
A znasz taki film, spytaliśmy, o kobiecie, która pomyliła samochód z facetem?
– Samochód z facetem? Raczej nie. Jesteś pewien, że nie włożyłeś sobie stopy w usta?
Bo tak się czasem mówi, put your foot in your mouth. Co znaczy pomylić się. Albo coś z czymś.
– To znaczy nie tyle pomyliła – sprostowaliśmy – co samochody ją kręciły. Zamiast ludzi. Do tego stopnia, że z nimi sypiała. A z jednym miała dziecko.
– Tak? Nie, nie widziałam. Chyba nie. A jaki tytuł?
Nie pamiętaliśmy. Ale przypomnieliśmy sobie to stado samochodów, niby elektrycznych owiec, napotkane wczoraj. Zastawialiśmy się, czy jej o tym powiedzieć. A jeśli weźmie nas za wariatów? Nie wzięła. Nawet się nie zdziwiła. Zamiast tego powiedziała, że pewnie, zna właścicieli tego stada. Kiedyś rzeczywiście hodowali owce. Ale słabo im szło, bo na ich łąkach to więcej kamieni było niż trawy. To się przebranżowili. Bo tak nakazuje „agilny” model biznesu. Cokolwiek to znaczy.
83
Kamienie, no właśnie, przypomnieliśmy sobie. I zapytaliśmy ją, czy to nie dziwne, że tu nie tylko na polu, ale i w nazwach same kamienie. I opowiedzieliśmy jej o tym, jak Roche by Roche, czyli kaplica Kamień koło wioski Kamień, skojarzyło nam się z Gertrudą Kamień, co dało potrójny kamień, a potem jeszcze ten Francuz, Henryk jako czwarty Kamień. W wierszyku zatytułowanym „Kamień”.
To ciekawe, co mówimy, powiedziała Benia, ale że najpierw, w kwestii formalnej, zaznaczyła, musi nam zwrócić uwagę na różnice w wymowie i może też w znaczeniu. Bo nie każdy kamień znaczy kamień. I nie każdy kamień wymawia się tak samo. Nie wiedzieć czemu, prawie wszyscy obcokrajowcy, których spotyka, mówią na to miejsce rosze. Pal licho tych zza morza, ale Anglicy też tak mówią. Tylko Francuzi mówią rosz. Czyli blisko wersji poprawnej. Oni tak mówią, bo wiedzą, jak wymawiać takie słowa bez ogonka na końcu. Nie na darmo są Francuzami. No i jeśli czytają, że na końcowej literce ogonka nie ma, to znaczy, że mamy nie tylko prawo, lecz i obowiązek tę literę w wymowie ignorować.
– Ale to nadal nie jest – domyśliliśmy się – wersja poprawna?
– Nie – potwierdziła. – Bo w takich sytuacjach decydujące jest to, w jaki sposób nazwy czy imiona wymawiają ci, którzy są ich właścicielami. A miejscowi nie mówią ani rosze, jak te czekoladki, Ferrero Rocher, ani rosz, jak Francuzi, tylko po swojemu, rołcz. Jak w… – urwała.
– Jak cockroach? – podpowiedzieliśmy.
– No tak – przyznała niechętnie. – Albo cockroaching – dodała nieco bardziej ochoczo.
– Karaluszenie? – spytaliśmy. – Co to takiego?
– Czasownik karaluszyć ma kilka znaczeń. Najważniejsze to utrzymywanie wielu równoległych związków intymnych naraz. W tajemnicy jednych przed drugimi.
Pies właśnie domknął pętlę i pewnie ma teraz w grafiku przerwę. Bo zaprzestał dalszego obchodu, wrócił do nas i położył się w trawie.
– A to dlaczego?
– Dlaczego akurat karaluszenie? Od popularnego przekonania, że jeśli w jakimś miejscu zauważymy jednego karalucha, prawdopodobnie w pobliżu znajduje się wiele innych robali, nawet jeśli ich nie widzimy. Słuchałam kiedyś audycji w radiu o tym, jak uniknąć karaluszenia albo zostania skaraluszoną. Myślałam, że powiedzą w niej, że najlepszym rozwiązaniem jest nie karaluszyć. Ale nie. Oni mówili, że karaluszyć można, tylko trzeba to zmienić na uczciwe karaluszenie. To znaczy niczego nie ukrywać. Wtedy jest ok. Tylko że wówczas to już żadne karaluszenie.
Wyraźnie sprawiało jej to przyjemność, że może nas tak uświadamiać. Jakbyśmy jej dziećmi albo uczniami w szkole byli. Nam to też odpowiadało. Lubimy słuchać, więc nic przeciw tej roli nie mamy.
Drugie znaczenie odnosi się do psów, mówiła dalej, choć nie byłą pewna, czy wszystkich, ale na pewno do greyhoundów. I że oznacza pozycję, w której piesek leży na plecach z uniesionymi łapami albo wszystkimi kończynami. Co znaczy, że pieskowi jest bardzo dobrze. I że czuje się przy tobie bezpiecznie. Spojrzała na swojego, który w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku owszem, leżał, ale nie na plecach, tylko na boku. Bo chyba nie był chartem. I że jaki słodki, powiedziała, prawda?
– Właściwie to jakiej on jest rasy? – spytaliśmy.
– Kto? Ben? Nie wiem. Może żadnej? Czy każdy musi należeć do jakiejś rasy? – rzuciła w przestrzeń pytanie, a nie doczekawszy się odpowiedzi dodała: – Do jakiejś małej, jak już.
– Ben? – chcieliśmy się upewnić, czy się nie przesłyszeliśmy. – Tak go nazywasz?
Zignorowała nasze pytanie, zupełnie jakby go nie usłyszała.
– Karaluchy, tak Niemcy na Francuzów kiedyś mówili – powiedziała w nagłym zamyśleniu.
– Tak? Dlaczego?
– Kto to wie? – rzuciła niedbale. Ale chyba miała już gotową odpowiedź: – Może dlatego, że dla Francuzów avoir le cafard, mieć karalucha, znaczy czuć się na niebiesko. Czyli podle. A oni chyba ciągle się tak czują.
I czy byliśmy we Francji, zapytała, czy jechaliśmy kiedyś paryskim metrem. No, to powinniśmy wiedzieć, o co chodzi, powiedziała, kiedy potwierdziliśmy.
– Oni zawsze mają takie ponure miny, jakby ich zęby bolały – powiedziała i na chwilę zamilkła. Jakby sobie coś bardzo smutnego przypomniała.
Ben najwyraźniej nie mógł długo wytrzymać w jednym miejscu. Zastrzegł uszami i znowu poderwał się z trawy. Pewnie udawał, że słyszy coś niepokojącego. A teraz udaje, że zamierza sobie z tym niebezpieczeństwem poradzić.
– A samo roach – podjęła niespodziewanie Benia – może też znaczyć płoć. Taką niewielką rybkę słodkowodną. Albo pet, kocówkę skręta.
84
Na ile Benia to wszystko wiedziała, tak sama z siebie, trudno powiedzieć. Bo cały czas mówiąc do nas jednocześnie zerkała w telefon. A tam jakiś odpowiednik naszej Gupetty mógł cały czas słuchać naszej rozmowy i automatycznie podsuwać jej wiadomości, komentarze, Bóg wie, co jeszcze.
– No dobrze – zapytaliśmy – ale co z tytułem?
– Czego? – zdziwiła się.
– No tego utworu Gertrudy Stein, „Roche”?
Kiedy pierwszy raz o Gertrudzie wspomnieliśmy, nie było wiadomo po jej reakcji, czy wie, o kogo chodzi, czy nie, bo od razu przeszła do tej długiej dygresji. A teraz zachowywała się, jakby dobrze wiedziała, o kim mowa. Ale nie wiadomo, czy sama z siebie, czy z telefonu.
– Trzeba by najpierw ustalić, co autorka miała na myśli – zaczęła rzeczowo. – Kamień w sensie kamienia, czy Kamień jako nazwisko. Bo wiersz jest jednym z całego cyklu portretów słownych, które Gertruda układała o swoich znajomych. Takich jak Picasso. Co wskazuje na Henriego Rochego, który pisał się z ogonkiem na końcu i pewnie tak się mówił. Więc trzeba go czytać rosze. Z drugiej strony, jak tu widzę, w tytule ogonka nie ma – teraz już całkiem jawnie wpatrywała się w ekran telefonu, nie krępując się nami. – Więc może być kamień. Trudno powiedzieć. Pytanie też, czy tak zapisane celowo, bo tak zdecydowała Gertruda, czy przez pomyłkę.
Można było odnieść wrażenie, że my w jej telefonie się znajdujemy i że do tamtych nas mówi, nie do tych, co tu z nami stoją.
– No i co w tej sytuacji? – spytaliśmy.
– No właśnie, co? – zawiesiła głos, przeniosła wzrok z ekranu na nas, po czym przeszła do konkretów: – Mówiłam już przecież, chwilę temu, że w takich sytuacjach ostateczny głos mają sami zainteresowani.
– Czyli kto?
– Czyli albo ten Henryk, albo… – urwała na chwilę. – Albo nie. To znaczy Henryk nie. Bo przecież on mógłby nie wiedzieć, czy to o nim, czy o kamieniu, czy może, co najbardziej prawdopodobne, i o jednym, i o drugim.
– Więc co?
– Więc pozostaje Gertruda.
– Ale jej spytać nie możemy – zauważyliśmy.
– Moglibyśmy.
– Jak?
– Gdyby ci Azjaci na rowerach z Argentyny jeszcze tu byli.
– A, no właśnie, co to za historia, z tymi Azjatami? To znaczy, czego oni tu właściwie szukali? Próbek skał?
– Nie, to była tylko przykrywka. Jak się okazało. Ich głównym celem było zdejmowanie opowieści.
– Co? – pytamy. Bo chyba coś źle usłyszeliśmy.
– Przyjechali zdejmować opowieści.
– Jakie opowieści?
– Normalne, znaczy się geologiczne.
– Przyjechali zdejmować geologiczne opowieści?
– Tak. Albo telluryczne. Znaczy, ziemne. W ziemi albo skale zdeponowane.
– Po co?
– Żeby je zbadać. Zapisać. Poddać analizie. Ustalić narracyjną strukturę, zidentyfikować formę, ustalić funkcję.
– To kim oni byli? Geologami czy narratologami?
– I jedno, i drugie. Geonarratolodzy.
– Geonarratolodzy – powtórzyliśmy i popadliśmy w zadumę.
Ben od dłuższego czasu tkwił w jednym miejscu, daleko od nas. Najwyraźniej coś przyciągnęło jego uwagę. Węszył i kręcił się dokoła. Może wywęszył jakąś opowieść? I właśnie ją sobie odbiera z depozytu?
85
– A jak? – zapytaliśmy po dłuższej chwili milczenia.
– Co jak? – zapytała Benia.
– Jak oni to robili? – wyjaśniliśmy. – Ci geonarratolodzy. Jak zdejmowali te geologiczne albo telluryczne opowieści. No i jakie to były, te opowieści, na przykład?
– Różne. Na początku im te takie zwykłe w ręce wpadały. Czyli te wszystkie na użytek naiwnych układane i podawane przez wieki z ust do ust. Na temat tego miejsca. Legendy, podania. Mniej lub bardziej prawdziwe. O tym, że Kamień w Kamieniu to miejsce wyjątkowe. No bo wiadomo, duże kamienie, szczególnie te najbardziej spektakularne i ciekawie posadzone, zawsze cieszyły się ludzkim zainteresowaniem. Dlatego wybudowano tu tę kaplicę. Pod wezwaniem świętej Gonady. To jedna z najmniej znanych naszych świętych osób. Poza Kornwalią pewnie nikt o niej nie słyszał. Legenda mówi, że była książęcą przechrztą.
Urwała i patrzyła na nas jakby w oczekiwaniu na jakieś pytanie. Nie doczekawszy się tego, podjęła:
– Jej ojciec był księciem i wyznawał starą wiarę. A ona, jako pierwsza w rodzinie, przyjęła chrzest. Czym doprowadziła ojca do wściekłości. Próbował ją różnymi metodami zmusić do porzucenia obcych wierzeń. Nie widząc innego wyjścia, Gonada postanowiła uciec z domu. I tu właśnie znalazła schronienie, między tymi skałami. Jak wielu pustelników przed nią. Bez dachu nad głową. Ten wraz z całą resztą, znaczy kaplicą, dopiero po jej śmierci został wzniesiony. Bo rozsławiła ją cudowna moc czerpania wody wprost ze skały. Używała jej do picia i udzielania chrztu wszystkim chętnym. Choć według innej wersji tej opowieści, Gonada nie była wcale religijna, mieszkała tu sama z powodu wstydliwej choroby. I nie była żadną księżniczką, zwykłą kobietą wygnaną z rodzinnej wioski. Tak była cała pokręcona, że ludzie bali się na nią patrzeć. Bo wierzyli, że przez oczy mogą się zarazić.
– Pokręcona? – przerwaliśmy jej.
Choć właściwie to nie wiadomo, czy jej, czy komu innemu. Bo już od jakiegoś czasu zastanawialiśmy się nad tym, kto właściwie do nas mówi. Bo Benia, jeśli to w ogóle Benia, opowiadała na kilka dialogujących ze sobą głosów. Przynajmniej na trzy wyraźnie różne głosy. Jak aktorka na scenie. Albo w radiu. Albo wariatka. Można też było odnieść wrażenie, że to nie ona mówi. Że tylko markuje mówienie, ruszając ustami, a tak naprawdę te dziwne głosy wydobywają się z telefonu, który cały czas przed sobą, przy piersiach trzyma.
– No tak, pokręcona, zwłaszcza jej twarz – powiedział pierwszy głos. – Wyglądała jakby przez wyżymaczkę przeszła. Kilka razy z rzędu.
– W tamtych czasach na syfilis nie było lekarstwa – powiedział głos drugi.
– Jak człowieka raz dopadło, to już do końca życia chodził cały pokręcony nie do poznania – dodał trzeci.
– No chyba że wcześniej umarł – powiedział drugi głos.
– Znaczy przed śmiercią? – zapytał pierwszy.
– No tak – potwierdził drugi. – Więc tak naprawdę nic o niej nie wiemy.
– O śmierci! – ucieszył się trzeci.
– O świętej – sprostował drugi. – Nawet tego, czy była kobietą. Samo imię, Gonada, czasem też Gonad, jest w tej kwestii niejasne. Więc równie dobrze mogła być facetem.
– Lub nie wiadomo kim – dodał trzeci.
– No i jest jeszcze wersja o trędowatym starcu, Gonadzie – powiedział pierwszy głos.
– Też go z wioski wyrzucili – powiedział drugi – i musiał tu szukać schronienia.
– Pewnie by szybko umarł, gdyby nie ta Gundera, kochająca córka, która mimo sporej odległości codziennie przychodziła z wodą i jedzeniem.
– A skąd – zapytaliśmy – te głosy?
– Jakie głosy? – zapytał głos. Nie był to jeden z tych trzech. Nie był to też jej głos, to znaczy ten, którym wcześniej jako jednym mówiła. Jakiś nowy, na razie nieznany. I dobiegający z innej strony. Nie od Beni, stojącej przed nami z telefonem w dłoni, poruszającej ustami.
– Dlaczego mówisz tyloma różnymi głosami? – spytaliśmy.
Na to Benia nic nie mówi. Jakby dopiero teraz się zorientowała, że coś jest nie tak. Patrzy na nas jakby jej słów zabrakło.
Just ignore it – usłyszeliśmy.
Znowu ten nieznany głos, znowu gdzieś za plecami. A jej usta nawet się nie poruszyły. Odwróciliśmy się gwałtownie. Za nami siedział ten jej Benek i z niewinną miną, jak gdyby nigdy nic, przyglądał nam się uważnie.
86
– Ale jak? – zapytaliśmy bezradnie.
– Co jak? – zapytała Benia za naszymi plecami. Tym razem, dla odmiany, normalnie. Znaczy swoim zwykłym głosem.
Jak ona to zrobiła? Może jest nadzwyczaj uzdolnioną brzuchmówczynią? A może to my, przemknęło nam przez myśl, jesteśmy brzuchosłuchaczami? Cokolwiek by się miało za tym kryć. Na wszelki wypadek postanowiliśmy nie ciągnąć wątku.
– Jak oni to robili? – zapytaliśmy.
– Gunreda z Gonadem?
– Nie, ci Argentyńczycy, jak oni to robili? W sensie, jak je zdejmowali? Te opowieści. O tych wszystkich gonadach. Jakim sposobem?
– Różnie. Jedni uzbrojeni, inni gołą ręką.
– Jak to, ręką?
– To znaczy dłońmi przede wszystkim, ale tak naprawdę to całym ciałem. Takie ruchy wykonywali, jakby tańczyli w spowolnionym tempie. Trochę jak to ich azjatyckie tai chi to wyglądało. Przemieszczali się i na różne sposoby rozkładali ramiona, dłońmi coś w powietrzu macali. Czasem kładli się na ziemi i się o nią brzuchem ocierali. Albo o skałę. Jak pies, kiedy go przypili.
Wszystko to już bez żadnych wygłupów, własnym głosem Benia mówiła. Bez słowa wyjaśnienia, jakby nic się nie stało. Jakby tego incydentu z głosami nie było. Więc przestaliśmy się nad tym zastanawiać. Zwłaszcza że to, co mówiła, stawało się coraz ciekawsze. Może tak już po prostu jest, że zdarzają się pewne anomalie, których nie da się wyjaśnić i nie mamy innego wyjścia, jak się z tym pogodzić?
87
– A ci uzbrojeni? – spytaliśmy.
– Co uzbrojeni?
– No ci uzbrojeni, co robili?
– Mniej więcej to samo, tylko z uzbrojeniem.
– To znaczy?
– Przyrządy mieli.
– Jakie?
– Różdżki.
– Różdżki? Jak Harry?
– Harry the Prince?
– Harry the Potter.
– O, coś tak mniej więcej. Tylko nie rzucali zaklęć.
– To co robili?
– Kije trzymali w rękach i szli, wystawiając je przed siebie. To były takie rozwidlone gałęzie. Trzymali za te rozwidlenia na wysokości swoich podbrzuszy, tak że czubek gałęzi celował gdzieś w podłoże przed nimi. Kroczyli wolno i tymi kijami w przestrzeni macali. Aż któryś nagle się zatrzymywał. Co znaczyło, że coś wymacał. Ale nie wiedział co. Więc w bezruchu dalej macał.
– To sami faceci byli?
– Nie, kobiety też były. Znaczy jedna. Zamiast kija miała wahadełko.
– Wahadełko?
– No taki ciężarek, stożek z metalu na sznurku. Kręciła nim w koło i czekała. Bari miała na imię czy jakoś tak. Jak Barbara, ta święta od kopalni u Anglików. Święta Barbara z wahadełkiem.
U Anglików, no tak, bo oni tu przecież kornijskiego Pirana zamiast Barbary mają. Od tych wszystkich podziemnych spraw.
– Czekała? Na co?
– Aż jej jakaś emanująca z ziemi narracja na to kręcenie wpłynie.
– Wpłynie?
– Znaczy, zakłóci. Bo zakłócenie to oznaka kontaktu.
– I co wtedy?
– Wtedy można zacząć odbierać. A jeden typek jeszcze inaczej, z innym, z przyrodzonym uzbrojeniem.
– Znaczy z czym?
– Znaczy z niczym. Goło latał. Chodził z szeroko na boki rozstawionymi nogami, dużą literę A przez to przypominając. A to, co tam miał pomiędzy, to mu się tak kołysało. Ni to na boki, ni to w koło. Coś jakby połączenie ruchu różdżki i wahadełka.
88
– Ten na goło uzbrojony był najciekawszy – powiedziała Benia. – Nie wiem, może dlatego, że jedyny.
– Jedyny goły?
– Jedyny facet.
– Jak to?
– Bo to była para. Jedna kobieta i jeden chłop.
– Coś tu się chyba nie zgadza. Mówiłaś o grupie chłopów.
– Bo rzeczywiście tak myślałam – przyznała. – Ale najwyraźniej zostałam w błąd wprowadzona. I chłop jednak był jeden, jak się później okazało. Tylko tak się jakoś dynamicznie prowadził, że początkowo wzięłam go za kilku. Jakby się reprodukował. Najpierw ubrany, potem goły. Wiem, pewnie brzmi to nieco fantastycznie, ale cóż, tak było, co mogę na to poradzić. Sama tego nie rozumiem.
Patrzyła nam w oczy, jakby chciała się upewnić, że jej wierzymy. A potem znowu w telefon wzrok wbiła.
– Gdzieś kiedyś czytałam – powiedziała po chwili – że podczas ćwiczeń tai chi człowiek w odpowiednio głębokim transie może, jakby to powiedzieć, zwiększyć swoją liczebność. Wyodrębnić z siebie więcej postaci. Które wszystkie są z jednej strony jedną osobą, z drugiej trzema różnymi. Coś jak ja teraz, ja z przeszłości i ja z przyszłości, w takiej najprostszej, potrójnej postaci.
89
– Jak już mówiłam – mówiła dalej Benia, nie precyzując, w której postaci – oni specjalnie tu do Roche przyjechali. Nic innego ich nie interesowało. Pytałam, czy gdzieś jeszcze chcą się wybrać, może do kopalni albo do St Austell. A oni, że nie, że nawet do Edenu nie zamierzają. Choć wiedzą, jaka to atrakcja. Cały dzień w jednym miejscu, między tymi skałkami spędzili. Na noc namiot chcieli sobie tu rozbić i z rana ruszyć w podróż powrotną. To zaprosiłam ich do siebie.
– W podróż powrotną? – przerwaliśmy. – Czyli dokąd? Do Argentyny?
– Właściwie to nie wiem. Nie zapytałam. Na wschód pojechali, w stronę Plymouth. A stąd do Argentyny to chyba na zachód by trzeba.
Uśmiechnęła się rozbrajająco. Nie zapytała, pomyśleliśmy. W sumie to o wiele ważnych spraw nie zapytała. Co mogłoby się wydawać nieco podejrzane. Ale z drugiej strony jest spójne. Czyli nie podejrzane. W sensie takim, że ten brak istotnych pytań do niej pasuje. Bo nas też przecież jak dotychczas o nic nie pytała. To znaczy skąd, dokąd i po co jesteśmy. Jakby wolała snuć domysły niż pytać. Jako i my często czynimy. Więc nie mamy się czemu dziwić.
– Zjedliśmy kolację w salonie, potem wzięliśmy kieliszki i wyszliśmy do ogrodu, żeby dalej rozmawiać – snuła Benia. – Zapadał zmierzch, rozpaliliśmy ognisko. Dyskutowaliśmy, śmialiśmy się i pili wino do późnej nocy. Ale ciągle miałam uczucie, że coś przede mną ukrywają. Że nie mówią wszystkiego. Tak jakby dzielili się ze mną tylko wybranymi, bezpiecznymi historyjkami. A te ważniejsze, po które tak naprawdę tu przyjechali, zostawiali dla siebie. W pewnym momencie ona zasnęła i wynieśliśmy ciało do sypialni. A kiedy wróciliśmy do ogrodu, on nagle zrobił się bardziej wylewny. Bardziej skory do dzielenia się. Do tego stopnia, że zamknął oczy i dał mi samej pogrzebać w surowym materiale. To znaczy w tych opowieściach, które udało mu się zdjąć. Jedna szczególnie mnie zaciekawiła. Bo łączy się z Dafną. Znaczy z pisarką, dla której tu kiedyś postanowiłam się osiedlić.
– Z Dafną du Maurier? – zapytaliśmy z nadzieją.
– Tak, tak! – potwierdziła.
Najwyraźniej ucieszyło ją, że coś o niej wiemy. I od razu wybadała, ile wiemy. A jak już się dowiedziała, to chętnie wprowadziła nas w szczegóły swojego projektu badawczego, który Dafny, jej twórczości i życia, dotyczy. Dlatego zbiera wszelkie związane z nią opowieści. No i dzięki zbliżeniu z tym geonarratologiem udało jej się poznać kolejne.
– Dlatego mówiłam wcześniej o tych zmarłych – powiedziała niespodziewanie, wytrącając nas na chwilę z kontekstu.
– O zmarłych? – nie mogliśmy sobie przypomnieć.
– Rozmawialiśmy o wierszu „Roche”. Bo nie mogliśmy ustalić, o czym albo o kim on jest. I że pozostaje zapytać Gertrudę. Tylko jak?
– No właśnie, jak?
– Podobna sytuacja była z Dafną. Bo też wiele rzeczy z nią związanych pozostaje tajemnicą. Ale okazało się, że to zdejmowanie opowieści jest ponadczasowym rozwiązaniem. Zagłębiając się w te opowieści, poszukiwacze tacy jak ci dwoje z Argentyny, docierają do czasów minionych. W ogromie tego, co tam w głębi ziemi zostało zapamiętane, mogą poszukać głosów osób, które już nie żyją. No i tak właśnie udało im się trafić na Dafnę. Ale o niej samej później opowiem, jeśli będzie okazja. A teraz z innej beczki. To znaczy z tej samej, ale inna opowieść. Ben był nią wyraźnie zafascynowany.
– Ben, pamiętasz tę opowieść? – krzyknęła w stronę psa. I do nas, ciszej: – Ben to wszystko słyszał. Może posłuchamy, jak on to zapamiętał?
– Ben umie mówić?
– No pewnie. Ben, chodź tu do nas. Pamiętasz tę ostatnią opowieść? Przypatrywałeś się z taką ciekawością, kiedy ją z niego zdejmowałam. Pamiętasz?
Ben skinął głową.
– No to opowiedz nam, jak to było.
I Ben zaczął opowiadać.