Zaułek bez-troski (13)

Miszki już nie ma. Umarła. 

Leży na balkonie, małe sztywne ciałko. 

Piję wino i dzwonię po znajomych. To pomaga odegnać ból. Na chwilę, jak każda używka. Potem znów zostaję z nim sama. 

Jeszcze dziś leżałyśmy obok siebie. Żywe. Ona owinięta w swoją puchową kołdrę, ja w swoją. Leżałam i patrzyłam na nią, jaka jest piękna. Myślałam egoistycznie, że jeżeli już musi umrzeć, niech pożyje jeszcze trochę, żebym mogła się na nią napatrzeć. 

Na jej łapuńcie, na kochane oczka, na całą cudowną mordkę. Przysuwałam twarz i starałam się dyszeć, żeby wlać w nią trochę mojego oddechu, mojego życia. 

Miała złamaną miednicę i urazy głowy, ale pęcherz i nerki działały. Przez dwa dni karmiłam ją kroplówką z nadzieją, że jednak z tego wyjdzie. Zdaniem weterynarzy nie była świadoma. Mnie trudno było w to uwierzyć, bo wydawała różne odgłosy: buntowniczo krakała, kwiliła, miauczała jak kot. Też do niej mówiłam – pochrząkiwałam, chichotałam, coś mamrotałam. 

 

Wychodzę na balkon, podnoszę Miszkę, przytulam.  

Jest sztywna. Ale przecież nigdy nie była łatwym psem. Nie łasiła się.  

Urodziła się w Wilnie. Mój znajomy, Patrick, kupił ją za dziesięć marek od pijanego Rosjanina na wileńskim targu Gariunaj. Sprzedawca nie wiedział, że to szczenię chihuahuy. Podejrzewaliśmy, że ją ukradł, a może nawet bił, bo choć spragniona bliskości, pozostawała nieufna. Tak się do niej przywiązałam, że Patrick mi ją oddał. Wyjechałam z Wilna do Warszawy z Miszką pod pachą.  

 

Byłyśmy nierozłączne przez szesnaście lat. Nie chadzałam do miejsc, gdzie jej nie wpuszczano. Towarzyszyła mi na spotkaniach w litewskim parlamencie i na wypadach do dyskoteki. Przeszmuglowałam ją na Białoruś, do Kaliningradu i do Maroka. Przez miesiąc przekonywałam głównego weterynarza Madagaskaru, żeby dał jej prawo wjazdu na wyspę. W paryskiej restauracji wmówiłam kelnerowi, że to gremlin z litewskich ostępów, którego przywabia się na sól. Chodziła bez smyczy. Lubiła siedzieć na ramieniu wczepiona pazurkami w ubranie ni to wiewiórka ni to lisek. 

 

Biegłam przez świat, a ona za mną w podskokach. 

 

2 

Budzę się o świcie całkowicie świadoma. Miszka nieżywa leży na balkonie na zielonym kocyku. To jest rzeczywistość. Nie ma w tył zwrot, maszyny czasu, ani z kim negocjować jej powrotu do żywych. Od paru lat miewałam sny o tym, że coś jej się stało. Zaginęła albo umarła. Budziłam się z ulgą czując pod kołdrą jej obecność. Pamiętam ten strach, tę niepewność z pogranicza snu i jawy – w jakim świecie jestem ja, a w jakim ona. Czy w tym samym? 

Dziś budzę się bez wątpliwości, jakbym dostała pałką w głowę. Moje nogi chodzą, moje ręce wykonują jakieś czynności. Nie mogę jeść. Od czasu do czasu lecę na balkon i ją głaszczę. Za każdym razem kładę rękę na jej ciałku z bezsensowną nadzieją, że wyczuję oddech. Płacz przychodzi falami. Zatapia mnie. Odpływa. 

Miszka zginęła przeze mnie. Zsunęła się w nocy z łóżka i zamiast na prawo do kuchni, gdzie stała jej kuweta, poszła na lewo na balkon. Załatwiła się i ponownie pomyliła kierunki, przecisnęła przez pręty balustrady i spadła z trzeciego piętra. 

Prowadząca ją weterynarz rozpoznała początki demencji. Ja wolałam delikatniejsze określenie – że dziwaczeje. I mogła tak sobie dziwaczeć jeszcze długo, gdybym nie zostawiła uchylonych drzwi na balkon. 

Wiem, że moje poczucie winy jest absurdalne, bo nie byłam w stanie przewidzieć jej zachowania. Balkon nie był niebezpieczny, ona się przecisnęła. I tu się zapętlam. Bo gdybym tylko pomyślała, żeby na wszelki wypadek dodatkowo osłonić balustradę siatką…  

Miszka prawie nie słyszała, cierpiała na zaćmę, straciła węch. Niewykluczone, że miała guza mózgu. Znajomi stawiają tezę samobójstwa. Opowiadają o starych i chorych psach, które odeszły z własnej woli: jeden wyskoczył przez okno, drugi utopił się w stawie. Nie kupuję tej teorii. Przenoszenie odpowiedzialności na zwierzę to nic więcej niż obrona przed poczuciem winy za wypadek. 

 

3 

Zabieram Miszkę na wieś. Pakuję wraz z kocykiem w zielony wór, który przewieszam przez pierś na skos tak, że leży na moim sercu. Podróż, najpierw autobusem, potem pieszo, zajmuje nam trzy godziny. Głaszczę ją, gdy idziemy drogą, którą tyle razy sama pokonała. 

Stos konstruuję z tyłu domu, koło warzywnika. Na dno idą grube kłody, ułożone na płask jedna przy drugiej. Potem trochę słomy, drobnica. Na tym buduję konstrukcję z gałęzi, polewam odrobiną nafty, podpalam. Zajmuje się, bucha. Od razu mogę zacząć podrzucać polana. Czekam pół godziny na prawdziwy gorąc. 

 

Miszka wygląda jakby spała. Całuję ją. Zawijam w białe prześcieradło. Podnoszę. To trudny moment. Ogień trzaska. Muszę się przełamać, żeby ją na nim położyć. Biały materiał w mgnieniu oka czernieje. Dorzucam polan, żeby podsycić płomień, również po to, by zasłonić czarny pakunek. 

Tupię, wyję, przeskakuję przez ognisko. – Misza, Misza! – krzyczę – No dobrze, może ty kochałaś mnie bardziej, niż ja ciebie, bo ja byłam całym twoim światem, a ty tylko częścią mojego, ale za to ja będę kochać cię dłużej!  

Kurewska sprawiedliwość! Znowu wyję, wyrzucam ręce w górę, okręcam się. 

– Miszka, przepraszam cię! Wybacz! Nie zawsze chciałam cię pieścić, nie zawsze chciałam się bawić. Ale przecież byłyśmy po równo! Ty też miałaś kaprysy! 

Pilnuję, żeby podkładać drewno, biorę polana ze stosu, łamię gałęzie z przywleczonych drzew. Przez chwilę słyszę skwierczenie i widzę na czarnym pakunku bąbelki. To chyba wytapia się tłuszcz, ale że Miszka chudzinka ważyła półtora kilograma, dużo tego nie ma. Przykrywam bąbelki polanem. 

Ryczę. Popłakuję. Gadałam byle co: że niebo pełne chmur, że fiołki obrodziły. I to najważniejsze: że nie wiem, jak bez niej żyć. Przez chwilę mam ochotę poprosić Miszkę, żeby mnie nawiedzała jako duch. Ale nie, jej duch tu w tej chwili ulatuje z dymem, ostatecznie kładąc kres jej niepowtarzalnej miszkowatości. 

A to, co pozostało…. W żarze znajduję parę kosteczek. Zachowuję jedną, prześliczną, kość udową wielkości zapałki z dwoma główkami. Popiół następnego dnia wysypię na warzywnik i coś na nim posadzę.  

 

Rano nie wytrzymuję. Lecę do ogrodu i jak narkoman na głodzie zaczynam wygrzebywać z popiołu jej kosteczki, przesiewając dwa razy. Segreguję je, układając kupkami – żebra i piszczele jak słomki, kręgi jak miniaturowe afrykańskie maski. Nie jestem gotowa z nimi się rozstać. 

 

4 

Miszka staje mi przed oczami, malutka, czarno-biała z uszami na sztorc. Przesuwa się jak na taśmie filmowej, której nie można zatrzymać. Gdy wchodzę do pokoju, gdzie na tapczanie rozrzucona pościel, pierwsza myśl jest taka, że jej w tej pościeli nie ma. Uprzątnęłam miejsce, gdzie robiła siusiu, i teraz ta pusta przestrzeń krzyczy o jej braku. 

Noce spędzam na kanapie, bo nie umiem sama spać w Naszym Łóżku. Zawsze miałam brudny prawy rękaw kurtki, na który ją sadzałam podnosząc z ziemi. Wystarczy, że popatrzę na kurtkę, a już beczę. Otaczają mnie znaki i symbole jej obecności. Staram się je likwidować, ale to nie takie proste. Gdy coś usunę, nadaję temu znaczenie. Wyrzuciłam jej lekarstwa, jej szampon, oddałam jej karmę na nerki, schowałam zielony płaszczyk. Ostatnio sikała byle gdzie, na podłodze zostały dwie plamy, które starłam z pełną świadomością, że coś tracę. 

Usiłuję przestać użalać się nad sobą. Ojojoj, jaka jestem biedna, bo jej nie ma. A Ona, Miszka, jaka była? Czego pragnęła? Czy jej nie zawiodłam? Wysyłała różne sygnały. Czy umiałam je odczytać? 

Byłyśmy jednością. Tak bardzo, że właściwie nie istnieje w moich wspomnieniach. Trudno przecież pamiętać, co i kiedy robiła twoja ręka albo noga. 

A że ją zawiodłam, przynajmniej raz, to wiem na pewno. Rok temu poznałam u znajomych Gabriela, pana po siedemdziesiątce. Wziął Miszkę na ręce z pewnością, świadczącą o wprawie: 

– Pani oczywiście wie, że chihuahuy potrafią mówić. 

Osłupiałam. Gabriel, który opuścił Polskę po marcu 68, w Izraelu ożenił się z Palestynką, właścicielką chihuahuy. I on tę wspólną psinę, również rodzaju żeńskiego jak moja Miszka, choć krótkowłosą, nauczył mówić.  

– Trzeba zaczynać, gdy pies jest młody, mieć dużo, dużo cierpliwości. Może przyswoić od dziesięciu do dwudziestu słów, które wymawia świadomie, normalnym nie skrzekliwym głosem. 

Chihuahua Gabriela zginęła w wieku siedmiu lat, pod kołami samochodu. Ja jego historii dałam wiarę, ponieważ coś mi przypomniała. 

Po moim powrocie do Polski co niedziela spotykałyśmy się u mamy na lanczykach. Sałata, łosoś, butelka wina. Chichrałyśmy się, a Miszka o tę naszą komitywę była zazdrosna, czemu dawała wyraz. Raz mama powiedziała: – Popatrz, jaka jest czujna, posłuchaj, jakie dźwięki wydaje. Jakby chciała uczestniczyć w naszej rozmowie, jakby chciała mówić. 

Zlekceważyłam to spostrzeżenie. W świetle rewelacji Gabriela, niesłusznie. Być może wtedy było już za późno, żeby wyrobić jej umiejętność mowy, ale mogłam przynajmniej spróbować docenić Jej wysiłki. Pokazać, że Ją rozumiem. 

 

5 

Spotykam na ulicy panią, która kiedyś na widok Miszki zakrzyknęła: – Boże, co za śliczna pierdółka! – Jej twarz tężeje na wieść, że Miszka umarła. Ja znów beczę. Gdy zbliża się atak płaczu, dobrze jest otworzyć usta i zrobić trzy szybkie wydechy z dmuchaniem. To trochę pomaga. 

W sklepie spożywczym zaprzyjaźniona sprzedawczyni pyta, gdzie Miszka. Dowiedziawszy się, że jej już nie ma, próbuje mnie pocieszyć: – Minie trochę czasu i kupi sobie pani nowego pieska. – Jej niezręczność, która kiedyś by mnie zirytowała, dziś mnie ujmuje. Dziękuję jej za życzliwość. Staram się wychodzić z domu. Robię kilometry piechotą. Załatwiam zaległe sprawy administracyjne, bo to nie wymaga wysiłku myślenia. Szukam obecności innych ludzi. Uważałam się za osobę, która lubi samotność. Iluzja. Od szesnastu lat nigdy nie byłam sama. Bez Miszki jestem niekompletna. Czy to źle, że byłam od niej tak bardzo zależna? 

W galerii handlowej wzdrygam się na widok obfitości przedmiotów. To tylko rzeczy – pozór, blichtr. Inaczej odbieram relacje międzyludzkie – dla niektórych osób jestem milsza, z innymi zrywam kontakt. Nie chcę udawać ani się wysilać. Już rozumiem, co jest takiego wyjątkowego w zwierzętach. My je karmimy, ale one kochają nas za darmo. Nie pragną mieć. Są całkowicie zanurzone w byciu. 

 

6 

Oswajanie czyjejś śmierci składa się podobno z czterech etapów: buntu, rozpaczy, smutku, zaszufladkowania. Nadal jestem na etapie rozpaczy. Chcę wyjść z tego stanu, a jednocześnie nie chcę. Zracjonalizować ból po jej stracie i zagrzebać gdzieś na dnie, wydaje mi się zdradą. 

Kiedyś stwierdziłam, że Miszka jest moją platońską drugą połową, dopełnieniem idealnym. A dlaczego nie? Czy wiara w przeznaczenie, wyraz tęsknoty za bliskością i zrozumieniem, musi być zarezerwowana dla ludzi? Może każdy z nas jako swoje idealne dopełnienie ma również psa, kota, pumę, hienę, bociana… I tylko życie jest tak urządzone, że mało komu trafia się to szczęście, żeby napotkać swój siostrzany byt – pod postacią człowieka czy konia, wszystko jedno. 

Kochałam Miszkę. Była miłością mego życia. Niby prosta sprawa – dziewczyna i jej pies. Nie ma uczuć prostych. Kiedyś śniłam, że odgryzam Miszce głowę. 

Każde uczucie to po trosze zniewolenie. Te więzy zostały zerwane. Jestem wolna. Wolna do czego? 

 

[Komentarz autorki: Zwierzę się. Jak również trochę zezwierzęcę. Po śmierci mojej suczki rasy chihuahua przez pół roku brałam antydepresanty. Ratowałam się również pisaniem i autoanalizą, bo jak wiadomo, albo i nie, przerobienie traumy na słowa pomaga. Nocami, płacząc, napisałam tekst, któremu nadałam tytuł „Treny”, w nawiązaniu do klasyki: wierszy Kochanowskiego po śmierci córki Urszuli. Chciałam go opublikować, co okazało się niemożliwe. Brakowało społecznego przyzwolenia na zrównanie rozpaczy po śmierci zwierzęcia z rozpaczą po śmierci człowieka. Byłam śmieszna, przesadzałam. A tak w ogóle, to nie był temat. 

Minęło piętnaście lat. Nasz stosunek do zwierząt ewoluował. Bardziej troszczymy się o ich dobrostan i już (chyba?) jesteśmy gotowi uznać, że łączą nas silne więzy emocjonalne. Niekiedy silniejsze niż z ludźmi.  Śmierć ojca nie wycisnęła ze mnie ani jednej łzy.] 

 

Irena Wiszniewska