Matylda Głowacka


 

Eurydyka: zanim połączysz kropki ona odleci

Prawda jest w dziewczynie którą mijasz w markecie 
palisz strupa gdy się uśmiechnie po kolejnych zepsutych 
wymianach handlowych ona łupi oczami w promocjach 
głaszcze pomarańczowe etykiety dłońmi spękanymi 
od suchej wody z rodzinnej rzeki która za nią nigdy nie zapłacze 
chowa palce objęte brakiem w diamentowych szamponach 
od Nivea przelatuje przez chemię kosmetyczną jakby grała 
w klasy tańczy na rusztowaniu wzroku 
rozpoznaje swoje poziomy bez waszej wysokości 
czuję że oplata mnie aura miejsca więc dostaję czkawki 
od pierwiastków z alejki i syntetycznej magnolii 
zwraca na mnie uwagę nasze wózki stykają się 
metalową rufą 

 

II 

Wymijamy się jak najważniejsze życiowe cele 
chcę jej odkłaczyć płaszcz i zdradzić sekrety 
spod wycieraczek z kotami gdy ucieka zawraca głowę 
jak kurs a morze wypływa z tęczówek wyrzuca jak glony 
zaproszenia by sprostać byciu strzałą okręgów toalet 
inicjatywa rozpada się jak fraktale 
brokułów gardło szumi od zieleni a pragnienia 
rumienią się jak hokkaido z którego nie wyłuskamy 
dla siebie jesiennych emerytalnych zup z wciśniętym 
niczym pal viralowym goździkiem czmychnęła w stronę 
antonówek Królewna Śpieszka rozumiem z niej mniej 
niż z pieczenia bezy złożona jak ciasto francuskie 
posyła uśmiechy zaklęte w ucieczkach 
smutki przeklęte w źrenicach jak gwiazdki anyżu 
gdy odwraca w moją stronę głowę włosy przebijają powietrze 
i zagłuszają koncert atomów jestem pewien że jej oczy 
są bardziej szczere niż spacer spłoszonego ciała 
wypada z rytmu upuszcza produkty ręce odpuszczają 
jak połamane szczudła nadciągam by jej pomóc nadciągam 
by jej zdradzić że kupuję ją bez promocji mógłbym zaprosić 
do karocy koszyka wyjechać powściągam wyobraźnię 
jak refluks 

 

III 

Układamy teraz puzzle nadajemy nowe miejsca rozrzuconym 
produktom i znaczeniom ale Jenga nadchodzi jak Jehowa 
gdy palce wpadają w przepaść produktów przewijają się nagle 
jednorazowe białe szaty dla ofiar studniówek i obietnic 
nie dla cesarza a być może po cięciach 
myśli że jajka zostały potłuczone tylko dlatego że istnieją 
pobite gazy ślepa uliczka 
przyspiesza porządkowanie rzeczywistości odsuwa 
mnie od siebie na milimetry które parzą mi wnętrze 
jak sztorm gdy chcę jej powiedzieć że wszystko 
co złe mogłoby się dobrze połączyć a spadków 
miłosnych nie odrzuca się jak co poniektórych 
notarialnych owocówek odzysk to złoża minerałów 
o których śnią pulpity palców ona przebiera nogami 
niczym baletnica by dostać się do jeziora kas 
nabija produkty rwącą pesetą rąk 
płaci w sposób przed którym ucieka 
pakuje nasze lata do papierowych toreb 
ekologiczna sprząta falstarty przymierzy nie ufając że przecież 
sam mogę popierać zakwitające unie z drugiego obiegu 
wpada w blender miasta odwraca głowę jak szpik kwiatów jedynie raz 
przepraszając za to że była na wojnie 
nic nie powiem a przecież chcę za nią krzyknąć 
w twojej strefie pakowania jest artykuł który może się znaleźć 
w naszym życiu drzwi obrotowe pędzą jak gilotyna 
gdy szukam rewolucji charakteru w moim gardle 
Ona zostawia po sobie kostkę masła zabieram ją 
do domu jak chłodną relikwię głaszczę końcem 
noża jakby było kobietą której nie chcę skaleczyć 
tylko zapamiętać dopóki engram 
nie zjełczeje


 

Roszpunka, Los Angeles 2007 (we have grown up)

Zajechaliście mnie do szaleństwa 
tak że do dziś nie mogę spać 
 
Nigdy nie kobieta
 

 

Kiedy głowy rozbiorą się z kobiet by pokiwać światu 
żyłami co biegną w cięciwach i strupach po kątach 
obiektywów i skokach na główkę aut 
oni wydrapią sobie spojówki by zdobyć 
maszynkę która wycięła kobietę ze wzgórza umysłu 
następnie sprzedadzą lub włożą do akwarium z dolarami 
jak to musi być trzymać za szybą gilotynę która ścina Perseidy 
krzywda jest przeźroczysta śmiech dopuszczalny 
przez Kodeks Prawa Światowego transparentny jak łzy 
myjące podłogi sklepu niedoszłego azylu 

 

II 

Mężczyźni wolą blondynki ale tylko takie które strzegą 
pukli jak snów i smyczy z kluczami do willi 
więc idzie na nią ten który miał ściągać pioruny i brudne łapy 
grabieżców przeganiać muchy mącące spokój gondoli 
idzie i mówi będę twoim ostatnim fryzjerem bierze nożyczki 
do sądu gdy ucho słyszy młotek aprobaty przytnie jej wolność 
przy samej skórze już nigdy nie rozpuścisz sypkich gąsienic 
rodzinnej hańby skazujemy cię na wieczny warkocz 
szalone dziewczyny potrzebują gumki do włosów i pieczy 
gdy myślami próbują wykluć się ku światu 
będziesz samodzielna tylko wtedy gdy oddzielisz w sobie złość 
od rozpaczy tracąc stery i konta twoje parasolkowe szermierki 
kiełkują dostajesz płaszczkę największy parasol pod jakim stałaś 
czy to nie wspaniałe stracić na trzynaście lat dotyk deszczu?

 
Każdego dnia powoli umierasz 
popie naszej kultury 
liżemy twoje plakaty paląc świeczki 
gdy prosisz ojca o zapalniczkę bez strajków 
nie jesteś taka lucky jak my kiedy cię wyciągamy za uszy 
z głośników mundurki szkolne poszły do wojska 
gdy próbujesz być sobą śpiewasz zawsze piano 

 

III 

Mijają lata ktoś siada ci na gardle i na wątrobie 
lud ujmuje się za tobą wynosi na ołtarze przetrawione ciało 
celtyckiej księżniczce obcięto włosy tym razem bez nożyczek 
i naszej wiedzy 
teraz wychodzisz z gawry by pokazać że samostanowisz 
zwracają ci wolność zmartwychwstaje Jagna Ameryki 
ale przepłukana octem władzy gubisz szyfr dorosłości 
wirujesz jak Marylin opowiadasz baśnie na Instagramie 
robisz sadzonki z przekleństw przymierzasz ubrania które obejmą 
w pasie przekrój straconych kalendarzy nikt cię nie odnajduje spokojnej 
w ścianach twojego domu 
ktoś mówi że cię już z nami nie ma 
ktoś widzi że strach wciąż wiąże ci buty 
że twój dom to pustelnia nadal mieszkasz bez schodów 

 
Dziś kręcimy teledysk bijemy się w wyrośnięte na twoich krążkach piersi 
i pamiętniki (brak wiedzy to oznaka społecznego szaleństwa) 
dziś wszyscy jesteśmy łysi 
za fałszowanie w balladach o współczuciu 
wstyd obejmuje nas kuratelą 


 

Chłopiec z zapalniczką

Idzie chłopiec z wypiekami od mrozu 
jak z malinowych chmurek 
wynurza się z kapsuły miasta 
gdy nie śpią jedynie pręgowane koty 
gwiazdy tępo dudnią o dachy 
kurtka strzeże rozgwiazd betlejemskich na plecach 
torsu jak fortepian kalendarza skóry 
co odlicza dni do odprawy nie z jego świata 
metalową puszką 

 
Idzie chłopiec i zjada biały puch 
koi się ciepłem miejskich lamp 
rysuje struny na szybach domów 
by w nie uwierzyć dostroić lęk 
księżyc wlewa w niego głos 
który potrafi odświętnie zaśpiewać 
drzwi otwierają się jak skrzydła groźnych ptaków 
oni wzdychają z rozmachem 
spojrzeniami żują gardło nacierają śniegiem 
ostatnie zwrotki spuszczą manto konsonansom 
puszkom brzęczącym od groszówek i przeciągów 

 
Idzie chłopiec i słyszy trzaskanie miast 
szczękanie słowami dziękczynienia 
jeśli będzie się trzymał dźwięków jak skał 
skórzane buty i żeńskie warkocze 
porosną jego niebo


 

Irysy (1889)

311 twarzy fioletu bo śmierć może pachnieć zwłaszcza gdy 
obłęd anektuje ogrody nie mam mu za złe jest tylko  
słodką fałdą przekwitu – ta nawozi jakiś start z końcem lata  
szpitalne ogrody zamieszkuje ten najchłodniejszy  
trzymam w piórniku ususzone płatki żeby pocieszyły pędzle którym  
zdradzono że mogą już tkać mokrą pustkę nigdy nie wyjrzawszy zza bram  
kwiaty posiniały jak nasze szaleństwo choć posadzili je by pytały nas o tęsknotę  
maskowały schyłek powolnych spacerów alejkami z krwi i kości  
zasadzały się na nosy tych którzy myślą naiwnie – ogród nie jest labiryntem  
a Eurydyka w białym czepku mówi czule nie tylko by kraść krew kłującym podstępem  
nie mieć wyjścia przenośnie nie mieć wyjścia poza przenośnią  
przenieść się do starych sprawnych oczu i uszu  
odciąć dualizm który jak wampir szpitalny pobiera farbę  
przyczepić się do ostatnich nieprzeterminowanych protonów  
mieć cywilną odwagę być jedynym niepasującym białym kwiatem  
wytarzać się w prawdzie koordynować myśl słowo obraz i dźwięk – to pestka  
lecz spionizowana dusi przełyk a pamięć jest jak skurcz reminiscencji  
co z jakiegoś powodu odrzuca taśmy o bezpiecznych przestrzeniach  
moi przyjaciele nie wiedzą kim jestem ale cieszą się gdy daję im kwiaty  
moi przyjaciele nie wiedzą kim jestem bo zwiędł im czas  
gramy na boisku przetrąconym engramem  
gubimy imiona jak kapsułki ale wszyscy znamy irysy  
przychodzą nocami przez okna i zatoki mieszają w głowach – za dnia pozwalają  
bawić się jak ludzie spoza murów w kwiaciarnie randki łagodzenie konfliktów i pogrzeby  
ćwiczymy na sobie umieranie wewnętrzne i dostateczne by potem  
nie zaniemówić na zawsze od widoku pustych łóżek  
ścielimy kwiatami jeszcze ciepłą pościel tych  
których umysły modliły się do purpurowych poddanych Iris  
o rychłą i sprawiedliwą tęczę  
bo zatrzymanie serca leczy  

 
zastygnąć w fiolecie z czasem odejść  
wtedy powoli wykluje się błękit

 

 

Matylda Głowacka


 

CZYTAJ TEŻ