Maciej Czerwiński


Jurica Pavičić, "Czerwona woda"

Jurica Pavičić,
"Czerwona woda",
przeł. Leszek Małczak,
Noir sur Blanc 2025, 280 stron


 

 

Jaką miarą mierzyć wartość powieści kryminalnej? Czy miarą właściwą dla tego gatunku, czy raczej po prostu stosować ogólne kryteria literackie? Odpowiedzi na tak postawione pytania może być wiele, tak jak wiele może być odpowiedzi na pytania o dobrą literaturę w ogólności. Oczywiście, istnieją pewne obiektywne kryteria, którymi posługuje się teoria literatury i krytyka literacka, ale one niekoniecznie są wystarczające, a bywają złudne. Zresztą różne są kręgi odbiorców rozmaitych gatunków literackich, więc czytelnicy mogą mieć – i najczęściej mają – różne oczekiwania od literatury, w zależności o tego, co czytają i co cenią. Miłośnicy powieści kryminalnej to z całą pewnością audytorium wyjątkowe, rozpoznający w pierwszym kontakcie konwencje literackie stosowane przez autorów tego gatunku, które albo je w zaktualizowanej formule odtwarzają albo oferują coś zupełnie nowego, by czytelnika jeszcze bardziej zaskoczyć. Z kolei miłośnicy literatury w ogóle, a więc niekoniecznie zaczytujący się w kryminałach, ale do nich nieuprzedzeni, mają bodaj nieco inne spojrzenie. Ponieważ słabiej znają konwencje kryminałów, i nie mogą ich potraktować jako zaproszenia do wyszukanej gry literackiej, więc siłą rzeczy ich oko podąża ku czemuś innemu. Oni szukają w powieści kryminalnej czegoś jeszcze. Nie twierdzę, że tego nie robią miłośnicy kryminałów, ale pewnie czynią to inaczej. Na styku tych dwóch obiegów literackich, uwikłanych w bezlik „porozumień” i kompetencji, rodzi się miejsce do pogłębionych eksploracji.     

Takie rozważania nasuwają się przy lekturze powieści chorwackiego pisarza Juricy Pavičicia pt. „Czerwona woda” (Noir sur Blanc, 2025, tłum. Leszek Małczak). Jest to  kryminał, w którym autor zaprasza czytelnika, by wspólnie z nim rozwikłał zagadkę zaginięcia pewnej nastolatki Silvy. Rzecz dzieje się w Dalmacji, w miejscowości Misto (miejsce fikcyjne). Silva to siostra bliźniaczka Matego. Rodzeństwo mieszka z rodzicami Jakovem i Vesną gdzieś w pobliżu Splitu. Pewnego dnia Silva znika. Najpierw wszyscy to bagatelizują (oczywiście poza czytelnikiem, któremu narrator wielokrotnie wcześniej wysyła sygnały, że to poważna sprawa i że będzie miała poważne konsekwencje), by wkrótce okazało się, że Silva przepadła jak kamień w wodę.  

Rozpoczynają się poszukiwania, zgodnie z logiką gatunku – najpierw spokojne i racjonalne, następnie gorączkowe i nerwowe. Uruchomiona zostaje milicja (tak, milicja, ponieważ rzecz dzieje się w 1989 roku, przed upadkiem komunizmu i wojną w Jugosławii), brat i ojciec Jakov działają na własną rękę. Dochodzi do przedwczesnych aresztowań i rękoczynów, ale bez skutku. Silvy jak nie było, tak nie ma. Pojawiają się różne wątki – zabójstwo, ucieczka (jeden z tropów, przez chwilę bardzo prawdopodobny, okazuje się fałszywy), narkotyki, prostytucja. Napięcie narasta przez całą książkę, aż do końca, kiedy wiadome staje się, że… no właśnie nie ma co zdradzać, co staje się wiadome, ani czy w ogóle coś staje się wiadome i czy sprawa zostaje wyjaśniona. Bo ma to być suspens. I jest.   

Ale wróćmy do punktu wyjścia. Czy oprócz historii o zaginionej dziewczynie jest w tej książce coś jeszcze – coś, co czytelnikom niekoniecznie mającym wiedzę o kryminałach wyda się ciekawe i ważne? Tak jest, i to w kilku aspektach. Po pierwsze, jest to powieść obyczajowa o nachyleniu socjologicznym, ponieważ zdarzenia z pierwszego planu akcji dzieją się na tle ważnych, ba przełomowych wydarzeń politycznych i społecznych. Po drugie, jest to też powieść psychologiczna, ponieważ dramat zaginięcia dziewczyny jest pretekstem do naświetlenia głębokich zmian, jakim podlegają ludzie, gdy przytrafia im się wielka tragedia rodzinna. Podążymy oboma tropami.     

W tle roztacza się ponura rzeczywistość transformacji: upadające fabryki, robotnicy tracący pracę – zdezorientowani i nieprzygotowani, a także cwaniacy, którzy lepiej odnajdują się w rzeczywistości przekształceń niż ludzie przyzwoici. Ale jest jeszcze coś, co naznaczyło Chorwację na początku lat dziewięćdziesiątych – rozpad Jugosławii. Najpierw pojawiają się suche informacje:  

Na początku kryzys polityczny rozpętał się na całego. Wszędzie rozmawiano o wojskowym puczu, który nie doszedł do skutku. Po Nowym Roku rząd z powodu gigantycznej inflacji przeprowadził denominację dinara, odcinając cztery zera. Pod koniec miesiąca chorwaccy i słoweńscy komuniści opuścili w Belgradzie, jak się okazało, ostatni zjazd Związku Komunistów Jugosławii. Państwo właściwie przestało istnieć.  

A po chwili zaczyna się wojna, którą w powieści przynosi kilka obrazów – mocnych i niepokojących.  

Wiadomości były straszne i z każdym dniem coraz gorsze. W Osijeku i Đakovie od rana trzy razy ogłaszano alarm przeciwlotniczy. W Szybeniku toczono walki przy moście prowadzącym do miasta. W żadnych wiadomościach, ani porannych, ani popołudniowych, nie mówiono o Drnišu. Wiedzieli już, co to oznacza. Drniš został stracony, ale telewizja nie chciała o tym informować. 

 Kolejny krok to rekrutacja młodych, którzy zmierzają na front. Vesna, matka zaginionej Silvy, jako nauczycielka znała ich wszystkich. Mieli takie same mundury, ten sam wyraz twarzy. Wszyscy byli tak samo przerażeni (podobna scena była u Prousta). Wśród rekrutów był również niejaki Adrijan Lekaj, którego przez pewien czas milicja podejrzewała o zabójstwo Silvy. To on zginie pod sam koniec wojny, stając na minę, a scena przedstawiająca jego ostatnie momenty jest nadzwyczaj przejmująca:  

Adrijan wypuszcza z rąk gałęzie i odrzuca je na bok. Wie, że nie ma dla niego ratunku. Jedyne, co może zrobić, to uratować innych. „A więc to by było na tyle”, myśli i czuje piekącą gorycz rozczarowania, jakby spotkała go jakaś niesprawiedliwość. (…) Ponownie rozgląda się wokół siebie. Patrzy na mech, wilgotne drzewa, zielone korony drzew i mały skrawek nieba. Patrzy na miejsce, w którym umrze, i nie może się nadziwić, dlaczego to właśnie tutaj ma pożegnać się z życiem. Wzdycha raz i drugi. W końcu rusza nogą i czeka. Czeka krótko, bo po chwili następuje eksplozja i widzi tylko palącą biel. Biel, w której wszystko znika.  

Ten niezwykły kadr ma nie tylko znaczenie jednostkowe, ale i społeczne. Adrijan jest Albańczykiem, zamieszkującym Dalmację, o czym świadczy jego nazwisko i profesja ojca (cukiernik, piekarz), więc jego bohaterska śmierć – której wcale przecież nie chce – daje szanse jego wspólnocie na wtopienie się w chorwacką ojczyznę. I to się dzieje. Jego ofiara w kontekście społecznym ma, jak to się mówi, sens. W chorwackiej pamięci zbiorowej albańscy obrońcy są czczeni na równi z chorwackimi. Ale jego odejście na froncie jest też przestrogą, bo wojna, choć może się wydawać sprawiedliwa, przynosi zawsze ofiary, nierzadko zupełnie niewinne.  

Jest tu pewna osobliwość. Rodzina Silvy właściwie wojny nie odczuwa. Zaginięcie córki tak silnie wpływa na życie tej małej wspólnoty i tak dalece je zmienia, że brutalny konflikt zbrojny rozgrywa się w tle, tak jakby ich w żadnym stopniu nie dotyczył. Nasuwa się w tym momencie skojarzenie do pewnych nurtów malarstwa. Ma się na przykład czasem wrażenie, że na niektórych obrazach Breughela postaci na pierwszym planie nie dotyczą zdarzenia dziejące się w tle. Tak samo jest w tej powieści. Bez wojny rodzina Silvy i tak cierpi, więc los może właśnie z tego powodu oszczędza jej kolejnej dawki bólu. Ale tragedia rodzinna naznacza ich życie w taki sposób, że z czasem okazuje się, że nie potrafią wspólnie funkcjonować, a każdy z nich z osobna nie potrafi  poradzić sobie sam ze sobą. Jakov i Vesna się rozwodzą, a Mate nie znajduje dla siebie miejsca na ziemi, mimo iż zakłada rodzinę i zostaje ojcem. Szuka siostry przez dwadzieścia siedem lat, konsekwentnie i metodycznie. Jeździ po Dalmacji i po Bośni, ale ślady prowadzą go dalej – do Włoch, do Hiszpanii, do Szwecji, i zmieniają jego życie tak dalece, że i on się rozwodzi, a jego nową partnerką życiową zostaje kobieta, która w momencie zaginięcia Silvy była przesłuchiwana jako świadek. Czytelnik z nieukrywaną satysfakcją śledzi takie poplątane losy postaci, prowadzące je w wiele miejsc i skutkujące różnymi zaskakującymi konsekwencjami. W tym sensie powieść Pavičicia to naprawdę coś więcej niż kryminał.   

Ale – rzecz istotna – nawet jeśli akcja powieści toczy się w wielu europejskich miastach, to jest ona niezwykle chorwacka, a właściwie dalmatyńska. Postacie, a czasem nawet narrator, mówią językiem inkrustowanym lokalnym dialektem, w pierwszym kontakcie rozpoznawalnym przez czytelnika rodzimego. Są też osobliwości typowo dalmatyńskie – topografia przestrzeni osad nadmorskich, charakterystyczne uroczystości, życie codzienne, rodzaj komunikacji. Jurica Pavičić jest pisarzem wywodzącym się z Dalmacji, dla którego wszystkie te kulisy są ważne, ale nie tylko jako dekoracja czy stylizacja, lecz jako coś zupełnie naturalnego. Oczywiście, polski czytelnik nie może tego wszystkiego wychwycić, ale może z tym dzięki przekładowi obcować.     

I wróćmy do dylematu, od którego wszystko się zaczęło. Jeśli kryminał uznać za gatunek powieści popularnej, co być może jest pewnym uproszczeniem, ale pozwala na uchwycenie jego miejsca w uniwersum literackiego komunikowania, to niektóre kryminały wydobywają go z takiej kwalifikacji, czyniąc z niego literaturę, którą określa się mianem wysokiej. Nie jest to czas na rozważanie zasadności podziału literatury na wysoką i niską (a więc na przykład popularną); tutaj chodzi o to, że konwencja kryminału może być – i w tym wypadku niewątpliwie jest – kanwą do opowiedzenia o czymś jeszcze, nie tylko o fakcie zaginięcia i akcji poszukiwania, ale również o społeczeństwie i o ludziach. To zresztą jest znak rozpoznawczy tego autora. Powieści Pavičicia podejmują tematy społeczne, i nierzadko robią to w sposób kontrowersyjny. Tak było ze słynną powieścią „Owce z gipsu” (1997), która później została zekranizowana i zdobyła uznanie publiczności i branży filmowej. Autor opowiada w niej o zbrodni dokonanej przez chorwackich żołnierzy na cywilach podczas ostatniej wojny. Dla wielu Chorwatów temat takich zbrodni nie powinien być nagłaśniany, ponieważ Serbowie chcieli zniszczyć Chorwację, a Chorwacja się tylko broniła. Jeśli zdarzały się ofiary, to należy o nich zapomnieć. Ta powieść – jako zbiorowy wyrzut sumienia – była z pewnością komentarzem do spektaklu, który miał miejsce w Chorwacji, kiedy rozpoczęły się procesy w Trybunale Haskim przeciwko chorwackim generałom. Choć inna powieść Juricy Pavičicia pt. „Syn Prometeusza” (2020) nie była aż tak nagłośniona, to jednak i ona podejmuje trudny temat – pamięci o drugiej wojnie światowej i o komunizmie, a także krytycznym okiem spogląda na współczesne aberracje w branży turystycznej (nawiasem mówiąc, policjant Gorki Šain z „Czerwonej wody” staje się tym razem głównym bohaterem nowych intryg).   

Za sprawą takiego podejmowania tematów, a także w wyniku żywej aktywności autora jako znanego publicysty, Jurica Pavičić jest przedmiotem niewybrednych ataków – a to jako lewak, a to jako wróg Chorwacji. Powieść „Czerwona woda” ten schemat w pewnym sensie przełamuje. Owszem, są tam sygnały, które wrażliwe oko chorwackiego patrioty z łatwością wychwyci, i chętnie skrytykuje, ale  na tyle subtelne i nieistotne, że powieść otrzymała ważną chorwacką nagrodę Ksaver Šandor Gjalski, uznawaną za wyróżnienie środowiska konserwatywnego. Gdy została przyznana, jeden z członków jury powiedział mi wtedy mniej więcej coś takiego: jestem dumny, że daliśmy to Juricy Pavičiciowi, wbrew tradycyjnym podziałom, bo to jest naprawdę znakomita powieść.  

I nie może być wątpliwości. Powieść Juricy Pavičicia jest świetna. Ma wszystko, czego wymagający czytelnik poszukuje w literaturze, i trudno by ją było doprawdy sklasyfikować jako literaturę popularną, choć sam autor od takiej kwalifikacji nie ucieka, ale gatunek kryminału wykorzystuje, by konfrontować czytelników z rzeczami ważkimi, takimi jak traumy kolektywne, które trwają za sprawą żywej pamięci społecznej.

 

 

Maciej Czerwiński


 

CZYTAJ TEŻ