Kazał mi wymieniać imiona wszystkich córek Wotana

Słowo o „Pijaczku” Macieja Sieńczyka

Maciej Sieńczyk,
"Pijaczek",
Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej 2025, 336 stron


 

 

Proza Macieja Sieńczyka przypomina prozę Jerzego Pilcha. Nie chodzi tylko o podobieństwo tematyczne, chociaż to też, chodzi jednak przede wszystkim o styl. Wyszukane frazy służą to do opisu rzeczy pospolitych oraz są dowcipnie splatane z pełnymi wulgaryzmów wynurzeniami inteligentnego frustrata (albo niespełnionego inteligenta-nihilisty). Pilch tak właśnie stosował swoje barokowe frazy, choć u niego pływało to w sosie protestanckim, o czym u Sieńczyka nie ma mowy. Sformułowanie „w sensie ścisłym” występuje w „Pijaczku” na szczęście tylko raz, jako sygnatura dla wtajemniczonych. Nie jest to zresztą zarzut, ów wpływ Pilcha. Pisząc prozę alkoholową, Sieńczyk penetruje niszę dosyć dobrze rozpoznaną i wyeksploatowaną, by wspomnieć tak szanowanego przez Pilcha Wieniedikta Jerofiejewa (który także łączył styl wysoki z rynsztokowym) czy Hansa Falladę (piszącego zdecydowanie bardziej „obiektywnie” i wprost). A skoro już mowa o wpływach, to z drugiej strony widzę, czy też bardziej słyszę w „Pijaczku” „Ostatnią taśmę Krappa” Samuela Becketta. Jest to bowiem proza otwarcie dokumentalna, autor, podobnie jak Krapp, usiłuje sobie przypomnieć przeszłość w oparciu o nagranie magnetofonowe, przewija taśmę, odsłuchuje ponownie, odnotowuje niuanse jakości nagrania (jak też niuanse sytuacyjne), sporo tam niedopowiedzeń, chrząknięć, wulgaryzmów niepełnych zdań. Fragmenty luźne przeplatane są z gęstymi, światła jest na kartach tej książki niekiedy sporo, jak w dramacie, innym znowu razem wciąga czytelnika zwarty i drobiazgowy komentarz narratora. Ściślej, wciąga mnie, tzn. książka zaczęła mnie wciągać koło siedemdziesiątej strony, by w połowie wciągnąć już na dobre. Zresztą, im dalej, im bardziej to się rozkręca, tym jakby lepiej. I o ile sama końcówka jest przewidywalna, to została napisana w zasadzie pięknie.  

Narracja została usłana anegdotami o wydźwięku komicznym. I tak na przykład narrator Maciej wcielił się pewnego razu w rolę erotycznej przynęty Pijaczka, gdyż żal mu było kolegi beznadziejnie wygłodniałego miłości i ulegającego notorycznym fatalnym zauroczeniom. Przywołuję tę anegdotę oczywiście wyłącznie po to, aby jednoznacznie potępić tego rodzaju niemoralnie praktyki. 

 

Podczas gdy Pijaczek zachwiewał się za moimi plecami, Wąsata pytała podejrzliwie: „A czy to Zygfryd nie namówił cię, abyś do mnie zadzwonił?”, na co odpowiadałem: „Nie, już dawno go nie widziałem”, dodając prędko: „Wiesz, może spotkajmy się pod moim blokiem, to pójdziemy na spacer”. Poczciwa Wąsata, która mieszkała dość daleko, wysiadała z autobusu, po czym szła ku mnie, a wtedy, co było nieuniknione, z uroczystą miną zza węgła wyłaniał się Pijaczek, cały pokraśniały od wypitej właśnie pryty. Mimo że z nerwów wypalił przed chwilą pół paczki papierosów, starał się przydać swoim ruchom pozór nonszalancki, szedł krokiem niespiesznym, z rękami w kieszeni, niczym artysta w świetle reflektorów. Gdy dziewczyna z okrzykiem: „Wiedziałam!” robiła w tył zwrot, szybko oddalając się w stronę przystanku i żadne błagania oraz prośby nie mogły jej od tego odwieść, Pijaczek porzucał całą swobodę, nakazywał mi gonić ją, a gdy nie chciałem, sam biegł za nią, wołając: „Zaczekaj, chciałem ci coś powiedzieć!”, a potem już tylko: „Ty kurwo!”.   

 

Sieńczyk opisuje czasy, kiedy wszyscy, z wyjątkiem może Szymborskiej…, siedzieli przed telewizorem wpatrzeni w oczy rosyjskiego hipnotyzera, następnie oglądali „Ogniem i mieczem”, słuchali Koncertu życzeń i kibicowali omnibusom w Wielkiej Grze. Rytm życia (Kępiński… ktoś, coś?) był wtedy znacząco inny niż dziś, młodzi nie pamiętają, gdyż nie było ich w planach. W planach było piwko na ławce z kolegami oraz (gdzieś tam w przyszłości, może już niebawem) kariera literacka albo malarska). Autor-intelektualista, dysponujący umysłem analitycznym, wspomina tamten czas przez pryzmat jednoosobowej historii, która staje się przedmiotem wnikliwej refleksji. Rozpoznaje w Pijaczku swojego idola czasów młodości, superbohatera obdarzonego superpamięcią, nietuzinkowy intelekt, jednocześnie studiuje jego wstrząsające zachowanie wykraczające daleko poza granice dobrego smaku. Skrupulatnie opisuje też przemiany, jakim ulegała ich relacja. Analizuje sposób wypowiadania się, gwarę w użyciu ironicznym, akcenty, itd. Zabawne wrażenie wywołuje waga przywiązywana przez rozmówców do erudycji, wartości, która przeszła już dzisiaj do historii aksjologii. „Pijaczek”, poza tym, że jest bardzo dobrą książką, jest także rezerwuarem pamięci kulturowej, szeroko pojętej, składającej się z filmów, seriali, stereotypów, slangu, gwary, marzeń, przekonań, relacji społecznych, umeblowania, literatury, itd.   

Obecny na co drugiej stronie książki górnolotny styl opowiadania posiada wyraźną funkcję komiczną. Na przykład, ani raz nie pada w „Pijaczku” słowo „obgadywanie”, a w miejscu, gdzie mogłoby paść, autor wybiera wyszukane „komentowanie charakteru i obyczajów osób trzecich”, podobnie tam, gdzie normalnie powiedziałoby się „zero siedem”, autor mówi: „butelka wódki o pojemności trzy czwarte litra.” Książka usiana jest tego rodzaju wyborami stylistycznymi. 

Autobiograficzny dokument Sieńczyka jest prozą psychologiczną. I choć generalnie autor opisuje bohatera w sposób przyjemny i możliwie obiektywny (efekt obiektywnej prawdy jest w prozie psychologicznej, więc subiektywnej, osiągany przez denuncjowanie samego siebie, własnych nadużyć – przez co czytający odnosi wrażenie, że autor mówi prawdę, gdyż nie ukrywa wstydliwych szczegółów na swój własny temat). Książka jest właściwie plotkarskim katalogiem wykroczeń, jakie bohaterowie popełniają względem siebie nawzajem, choć na pierwszym planie znajdują się te popełniane przez umieszczony w tytule obiekt fascynacji tudzież nostalgii narratora.    

Pijaczka, najpierw chamowatego, epatującego hitleryzmem i gombrowiczyzmem, polubiłem nie tak od razu, raczej stopniowo, a tak naprawdę zacząłem go lubić dopiero w kontekście nicnierobienia. Jest on bowiem urodzonym nierobem, nicponiem, bezrobotnym kontemplatykiem absurdu, ale i piękna istnienia, poza tym, że jest pijaczkiem spod bloku, z ławki, spod sklepu. A pokażcie mi zakonników, którzy nie pili, czy to piwa, czy to wina klasztornego, czy to bimbru z gruszek, no pokażcie. Kontemplatycy, przynajmniej dopóki zdrowie im dopisuje, prawie zawsze stosują chemiczne wspomagacze duchowego wglądu, w kulturze zachodniej na bazie spirytusu (wszak Spiritus Sanctus est), gdzie indziej na bazie ziół, grzybów czy kaktusów. W dobie globalizacji dostępne jest oczywiście już wszystko, wszędzie naraz, ale „Pijaczek” traktuje o epoce transformacji ustrojowej w Polsce trudniejszej (lubelskiej), jak też o czasach post-transformacyjnych i początku milenijnych, dlatego pierwsze skrzypce gra w nim tzw. pryta, piwo i fajki. Zatem, odkąd zorientowałem się, że czytam o niezrzeszonym kontemplatyku, lektura nabrała szwungu. Okazało się, że jest to proza żywa, zawierająca wybitne passusy. Do tego dochodzi nagromadzenie odniesień kulturowych, które współdzielę z autorem, przez co lektura nabrała charakteru egzystencjalnej bliskości, jakby to byli moi ludzie, wszak z takimi (podobnymi) kolegami siedziałem – cóż z tego, że kilka później – w postpeerelowskich mieszkaniach, na ławce pod blokiem, odwiedzałem knajpy i przeżywałem epifanie szwendając się po terenach zielonych, tyle że nie Lublina, a Krakowa. Także i ja w dzieciństwie podziwiałem „Niewolnicę Izaurę” w jej zagmatwanej relacji z Leônciem Almeidą, którą to relację studiowaliśmy z dziadkiem siedząc na kanapie.   

Refleksja na zakończenie jest taka, że po lekturze „Pijaczka”, jak też w jej trakcie, nie sposób nie zakochać się w literackiej polszczyźnie, o ile już wcześniej się jej nie kochało.                

Książka zawiera ponadto świetne pustkowe ilustracje dobrze oddające leniwą magię Lublina. Dziękuję.   

 

 

Marcin Polak


 

CZYTAJ TEŻ