DZIADEK WIECZNIE ŻYWY
Natalka Suszczyńska,
"Wygoda",
ArtRage Warszawa 2025, 112 stron

Nowa książka Natalki Suszczyńskiej, nazwana przez wydawcę powieścią, w istocie robi wrażenie notatek do powieści. Luźne kartki, wypełnione rezultatami spostrzeżeń, przemyśleń, wspomnień i fantazji, układają się w zbiór aforyzmów. Bywa – i to często – że drobiazgowo opisywane fakty i zdarzenia obracają się w żart (niekoniecznie z wyższej półki).
Narratorką jest autorka, osoba – co podkreśla – z pokolenia milenialsów. Ma problem z ustaleniem tożsamości, raczej sobie jednak nie pomaga, staje na początku drogi poszukiwań korzeni, wykpiwa się półżartem, w końcu próbuje się rozprawić ze stereotypem, walcząc bronią… którą jest stereotyp właśnie.
Dobrze: swoją książką zdaje się dążyć do zbadania uniwersalnej tajemnicy ludzkiego losu. „Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?” – pyta w dwóch początkowych śródtytułach. Oczywiście nawiązując do monumentalnego płótna Paula Gauguina, obrazu-niemego krzyku, owocu głębokiego przeżycia, obrazu skomponowanego z mistrzowską konsekwencją, w którym nie znajdzie się skrawek takiego zbędnego miejsca, gdzie jakiś następca artysty ważyłby się dodać coś jeszcze. Poza tytułem i wielkim formatem nie ma w książce innych nawiązań do sławnego obrazu. Obraz natomiast wyobrażony przez współczesną autorkę wyobraża świat nie poprzez rzeczywistość niezbadanych wysp tropikalnych, lecz poprzez barwy Podlasia i kolory flagi białoruskiej. Postaci na nim ma być kilkadziesiąt tysięcy, niektóre z nich są ukryte lub półukryte pod warstwami kolejnych malatur z następnymi postaciami ludzi, którzy żyli. To już nie klasycznie doskonałe dzieło sztuki, lecz mozolnie wykonywany palimpsest, gratka dla poszukiwaczy prawdy o rodowodach.
Choć miała uczonego dziadka, humanistę, który wsławił się jako badacz tradycji, piewca i propagator kultury Podlasia i wspólnie z żoną był autorem licznych podręczników, narratorka wyjawia, że drzewo genealogiczne, na szkolne zadanie domowe, wykonała „za pięć dwunasta” i z braku dostatecznej wiedzy dodawała po kilka wymyślonych imion i nazwisk w każdym pokoleniu. Oszustwo zaowocowało bardzo dobrą oceną. Problem moralny dla wykonawczyni skażonego drzewa genealogicznego najwyraźniej nie istnieje; a przecież – o czym wiadomo także z indywidualnego doświadczenia – każdy dodany sfałszowany element, bardzo podobnie jak każdy wymazany, wywołuje zgrzyt, robi ogromną krzywdę nie tylko pamięci tych niesłusznie dodanych lub wymazywanych, ale niszczy historię, prostą drogą prowadzi do degradacji kultury. Można się domyślać, że autorka wie o tym, podchodzi do sprawy krytycznie, potrafi bowiem (zawsze posługując się ładnym językiem) podkreślić:
Podczas kiedy starsi rozkładali się już w podziemiach, młodsi przeliczali ich lata. Tak długo dodawali i odejmowali, aż im się juz nic nie zgadzało. Zrezygnowali, rzucili papiery w kąt i stwierdzili, że ci, którzy przyszli na świat przed wojną, to kłamczuchy.
I bardzo się ucieszyli.
Narratorka wie! Wie, ale pozostanie z tymi niecierpliwymi i nieuważnymi, którzy się urodzili po wojnie. Bezpieczniej to, zawsze rozsądnie, ale… No tak, nie warto się zasklepiać w pretensjach sięgających czasów minionych, niech lepiej pozostaną wygasłe, „trzeba z młodymi naprzód iść”, co nie musi oznaczać niewiedzy o przeszłości, rzutującej na teraźniejszość, zwłaszcza gdy się jest bystrą wnuczką uczonego Mikołaja H. (nie podaję sławnego na Polskę północno-wschodnią nazwiska, bo go i nie podano w „Wygodzie”), człowieka, który poprzez wpływ na dzieciństwo wpłynął na rozbudowanie potrzeby gorączkowego (jak to w czasach obecnych) poszukiwania tożsamości.
Dziadek Mikołaj to Podlasie, Podlasie to pamięć o dziadku – po śmierci patronie ulicy w nowej dzielnicy dużego miasta. Dziadek to także srogi człowiek (niekiedy zabawny, ale nie można mu tego powiedzieć), siedzący wśród ksiąg przy dwóch maszynach do pisania: jednej z czcionką cyryliczną, drugiej – z łacińską. Związany ściśle z tym miejscem, z lasami, które nie mają dlań tajemnic. Bardziej niż babcia, która była bieżenką – z wyboru, dla lepszego życia, kilkunastoletnia skorzystała z roszad politycznych, znalazła się w domu dziecka w Rosji sowieckiej, a później w Rzeczypospolitej, w Warszawie, została służącą w bogatej, burżuazyjnej rodzinie żydowskiej. Słuchając fantazjujących opowieści babci i widząc trud dziadka, zasłużonego pedagoga i badacza, z magnetofonem przemierzającego najbardziej niedostępne knieje celem dokonania nagrań białoruskiego folkloru, z uporem poprawiającego batiuszkom język i styl kazań, utwierdza się w prawosławiu. Jeszcze w szkole podejmuje kilka prób nauki białoruskiego, wreszcie: Na studiach po raz kolejny postanowiłam nauczyć się białoruskiego. (…) Oprócz mnie zamiar nauki białoruskiego miała jeszcze jedna osoba. Za mało na otwarcie kursu. Potem lektorka poszła na macierzyński, więc zajęcia zniknęły z oferty.
I wszystko się rozwala o bylejakość.
Powracam do kwestii osoby dziadka, z jednej strony postaci wydobywanej przez Natalkę Suszczyńską z niepamięci, z drugiej zaś tej pamięci dostatecznie nie przywracającej wskutek niewyjawiania jego personaliów, z trzeciej – osoby powieściowej, którą należy zaliczyć do tych, co zaludniają literaturę tak zwaną gatunkową. Nie będę czytelnikom odbierał radości z niespodzianki z pogranicza horroru. Dość, że odejście dziadka okazało się bardziej skomplikowane niż jego życie. Jeśli opisana ze szczegółami zadziwiająca historia przetrwania dziadka jest metaforą, to co mamy zrobić z realiami, zawłaszczającymi metaforę? Może ja nie rozumiem pewnych form żartu, ale wyznam, że ironię wolę bardziej finezyjną, a ceniąc dobry, cienki dowcip, czuję się zażenowany, gdy przychodzi mi stanąć wobec humoru-satyry rodem z pisemka dla mało wybrednych. Przykład satyrycznej opowiastki autorki. Kiedy mniej więcej? Nie wiadomo. Jakaś wycieczka piszących Podlasian do Warszawy, ustawianie ich w rzędy, wybór najwyższego wzrostem jako najlepszego… Wybaczcie. Może istotnie ta proza jest skierowana do milenialsów, ludzi z pokolenia autorki. Może do nich, nieustraszonych widzów filmów klasy B, wmawiających, że „takie jest życie”, dotrze jakaś prawda zawarta w rewelacji o niby-pośmiertnych losach słynnego dziadka. Metafory – jeśli się czai – nie wychwyciłem. Dodam – nie zdradzając pikantnych szczegółów – że ten rozdział z życia i śmierci uczonego przodka naznaczony został aktywnością nie żadnej innej, tylko radzieckiej nauki, bo wszak na ówczesnych uniwersytetach studiował ten pożyteczny i trochę dziki człowiek.
A poza tym historia toczy się gwałtownie i taśma z jej biegiem przewija się na naszych oczach. Toteż: W domu słowo „ruski” było zakazane, i to tak mocno, że zapisując je teraz, spodziewam się kary (…). Jednocześnie coraz częściej słyszałam to słowo od liberalnych polityków albo trafiałam na nie w książkach lewicowych autorów. (…) A potem Rosja zaatakowała Ukrainę i teraz ruskie są wszędzie.
W próbach ustalania tożsamości narratorka, przeskakując, podąża śladami przeszłości zarówno historycznej, znanej głównie z opowieści rodzinnych, jak i z własnych wspomnień – a przewija się w nich i przemoc domowa, przedstawiona bez realizmu, z poetyckim wdziękiem – porusza ponadto jakże dziś modne zagadnienie zmierzchu instytucji rodziny i co do tego zdaje się nie mieć wątpliwości, wpisuje się w ogólny chór głosów. Nagle w rozważaniach wyrwa – co to i skąd? Autorka ustawia się zgodnie z trendem w kwestii zakładania tężni w miastach i miasteczkach oraz tamże zamawiania murali przez włodarzy. Jest za tężniami – choćby najmniejszymi – i jest przeciwko muralom. Nie bardzo wiadomo, jaki jest powód wprowadzania tych i podobnych kronikarsko-felietonowych uwag na karty książki, w zamierzeniu powieści, oczywiste jest natomiast i naukowo stwierdzone, że większość nowomodnych, na chybcika skleconych tężni nie dość że nie spełnia wymogów higieny, to może u użytkowników spowodować poważne infekcje dróg oddechowych. Co zaś do murali – zapewniam, że nawet wśród tych zamawianych przez notabli może zdarzyć się arcydzieło. (Podobno debiutujący powieściopisarze pchają zachłannie do jednego worka wszystkie swoje spostrzeżenia, utrapienia i refleksje. Ależ wszystkiego się nie wciśnie i nie ma takiej potrzeby! Kwestia odrzucenia balastu powinna być jasno postawiona na etapie redakcji). Autorytatywne wypowiedzi, nie poparte argumentacją, mogą podczas lektury wywołać najwyżej uśmiech pobłażania. Jakże się mają do subtelnych dociekań autorki, której intencje nie są dla mnie wystarczająco jasne? Czego chce? Asymilacji? Wyodrębnienia się? Wyróżnienia?
Na marginesie: Juliusz Kossak w niemowlęctwie był ochrzczony dwukrotnie – w cerkwi we Lwowie i w kościele w Bochni. Ani dla niego, ani dla rodziny, ani dla miłośników talentu nie miało to aż takiego znaczenia. Nie wiem, być może na Podlasiu kwestia pochodzenia, wiary i religii jest niezmiernie ważna w ocenie człowieka, ale na przykład w Krakowie ta kwestia nie wymaga wzmożonej uwagi. Byli tam tacy duchowni kościołów prawosławnych już w ostatniej ćwierci XIX-go wieku, którzy robili wiele, aby nie dopuścić do konfliktów z rzymskimi katolikami. Współżycie wielu narodów i wyznań układało się raczej harmonijnie, Jan Matejko zaprojektował liczne obrazy w przebogatym ikonostasie w greckokatolickiej cerkwi Podwyższenia Krzyża Świętego przy ulicy Wiślnej w Krakowie, a prace malarskie wykonał, rzymski katolik, tak jak Matejko, Stanisław Rossowski. Nie było swarów. W latach siedemdziesiątych XX-go wieku, kiedy studiowałem w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, dwaj wysoko cenieni i kochani przez studentów pedagodzy-artyści to byli prawosławni. Jeden z nich był nawet diakonem. Pośród ich asystentów także bywali prawosławni. Trudno mi więc wczuć się w problem poruszany przez pisarkę, aczkolwiek muszę brać pod uwagę różnice środowiskowe. Może im bliżej, tym gorzej?
Marek Sołtysik
CZYTAJ TEŻ