Beniamin Lazar
Posąg i pszczoła
Jakieś 50 km od miasta Yogya (czyt. Dżogdża) na wyspie Jawie znajduje się starożytna, buddyjska świątynia. Prawdopodobnie znasz ją z widzenia, bo pojawia się na zdjęciach w mediach jako jeden z architektonicznych cudów świata: to rozległa, wznosząca się piętrami, ścięta z wierzchu, ale jednak piramida schodkowa (do nich zaliczana), wybudowana na planie mandali (jantry) i zwieńczona centralną dagobą (stupą) w kształcie dzwonu lub odwróconego kielicha patrząc inaczej…
Borobudur jest obecnie przede wszystkim atrakcją turystyczną, zabytkiem, nie stanowi miejsca kultu (na Jawie dominuje islam), choć w pobliżu świątyni znajduje się klasztor buddyjski, więc niewykluczone, że odbywają się tam czasem ustalone ceremonie religijne… Świątynia jest otoczona parkiem z całą konieczną infrastrukturą: sklepiki z pamiątkami, restauracje i bary, i plac ze straganami, gdzie można tradycyjnie zjeść; są też łazienki, gdzie można po jawajsku wylać na siebie kubeł wody czy to dla zwykłego orzeźwienia/higieny, czy dla rytualnej ablucji, jeśli ktoś przyjechał złożyć np. śluby.
Obszar świątyni wraz z otaczającym parkiem jest ogrodzony, a bilet wstępu na cały dzień; z tej przyczyny zjawiłem się tam z rana, ale też dlatego, że w ciągu dnia, w pełnym słońcu robi się nie do zniesienia. Zbliżał się właśnie koniec pory suchej i skwar doskwierał w dwójnasób…
Po wejściu na teren od razu ruszyłem główną aleją w stronę świątyni. Robi wrażenie; najpierw zza drzew wyłania się jej bryła z poczerniałego kamienia wulkanicznego; wygląda kosmicznie; potem uwagę zaczynają przyciągać mniejsze elementy architektury, południowoazjatyckie (jawajskie) wykończenia i kształty, a z bliska reliefy; cała świątynia jest pokryta płaskorzeźbami, na ścianach dookoła jej wznoszących się platform są wyryte sceny rodzajowe z życia Buddy, które w ostrych kontrastach padającego na nie światła słonecznego przypominają chwilami Wayang czyli jawajski teatr cieni z hinduskim herosem Ardżuną w roli głównej (Jawa w swojej historii miała okresy dominacji różnych kultur, stąd ich wątki i motywy często przenikają się w lokalnej sztuce nadając jej dalekowschodniemu charakterowi wykwintnego eklektyzmu).
Na szczyt, pod główną stupę/dagobę można wejść bezpośrednio prostymi, wysokimi schodami, ale drogę można, a nawet powinno się wydłużyć (do sześciokilometrowej pielgrzymki) idąc dookoła pięciu wznoszących się platform pełnych prostokątnych zaułków i reliefów, coraz wyżej, aż na trzy okrągłe, górne tarasy świątyni, gdzie wokół centralnej dagoby ustawione są w trzech okręgach aż 72 podobne, ale nieco mniejsze dzwonki/stupy…
Rozciąga się stamtąd imponujący widok. Jakieś 30 km na północny wschód wznosi się wulkan Merapi, bardziej na południe, w rozległej dolinie leży historyczne miasto Yogya, a dalej za nim niewidoczny, bo zamglony Ocean Indyjski; czuć go w powietrzu jak zarośnięte tropikalnym lasem wzgórza ciągnące się szerokim pasem na zachód od świątyni, aż po stożek drugiego widocznego z Borobudur wulkanu Sumbing – jest na co patrzeć, głęboko odetchnąć i poczuć miejsce.
Poza widokiem, na górnych, okrągłych platformach świątyni, uwagę przyciągają owe kamienne odwrócone kielichy czy dzwonki, tzw. dagoby mniejsze. Jest ich dużo, są ażurowe i można do nich zajrzeć przez romby otworów… Pod każdą siedzi Budda w jednej z unikalnych pozycji, różniących się między sobą nieraz tylko mudrą tj. ułożeniem dłoni i palców… Nie wiem z jakiego powodu, być może dla lepszego ukazania siedzących pod nimi postaci, kilka z tych dagob jest otwartych; zdjęto z nich wierzchołki (albo ich nie odbudowano); dzięki czemu można dobrze przyjrzeć się postaciom; odniosłem też wrażenie, że uczyniono tak, by dać im swobodnie patrzeć na ów imponujący widok; posągi są naturalnych rozmiarów i siedzą na cokołach otoczonych okrągłą krawędzią rozebranej stupy. Jeden z nich jest wyjątkowy: zgodnie z legendą, jeśli go dotkniesz, wiadomo: przyniesie szczęście.
Czy to był ten? Nie pamiętam, ale był na pewno zwrócony na zachód, a na jego głowie, na znajdującym się na jej wierzchołku typowym dla buddyjskich posągów płomyku, który na tych z Borobudur wygląda bardziej na kok albo zwinięty kwiat lotosu; (w miejscu sahasrara – jego czakry korony) siedziała duża, czarna pszczoła podobna do naszej, uznanej już za wymarłą, a jednak nadal żyjącej, zadrzechni fioletowej… Ta pszczoła na głowie posągu w Borobudur była podobna, ale dużo większa.
<p”>+
Na górnych tarasach świątyni spędziłem tyle, ile byłem w stanie znieść słońca w zenicie; potem ruszyłem na dół w poszukiwaniu cienia.
Przyświątynny park służy do wypoczynku, ale przeszkadzać w nim może nadmiar ludzi; na wykoszonym trawniku pod drzewami były już porozkładane kocyki, ktoś tu i ówdzie drzemał sobie smacznie (po posiłku)… Poszedłem dalej w stronę pobliskiego wzgórza; gdzie wśród drzew, w miejscu z widokiem na świątynię trafiłem na drewnianą altanę w stylu typowego jawajskiego, półotwartego zabudowania mieszkalnego, tzw. „łarungu”; bez ścian, ale z porządną drewnianą, uniesioną ponad grunt podłogą i dobrze wyciosanym dachem – tak właśnie wglądała owa napotkana na wzgórzu altana; była niewielka, miała jakieś 3×4 m elegancko minimalistycznej, zadaszonej powierzchni.
Usiadłem… Na Jawie trzeba umieć siedzieć na podłodze, na której nie zawsze znajdzie się poduszka. Chociaż krzesła i kanapy są również w użyciu, w tradycyjnych domach może zdarzyć się, że trzeba będzie usiąść bezpośrednio na podłodze. Dla kogoś, kto ćwiczy np. jogę, nie stanowi to problemu; usiadłem więc w wygodnej półasanie na zadaszonym podeście, wzrok zawiesiwszy na najwyższej stupie świątyni i z uspokojonym oddechem oddałem się swobodnej kontemplacji/medytacji.
Od czasu do czasu coś wyrywało mnie z bezmyślnego skupienia: jakiś ptak, jaszczurka, motyl; altana stała w leśnym zagajniku, z którego drzew rozpoznawałem tylko palmy kokosowe porastające zbocze wzgórza. Ktoś właśnie pojawił się wśród nich, chyba ogrodnik; szedł z koszem i z narzędziem w rodzaju zakrzywionej maczety. Podszedł do jednej z palm, wyjął z kosza sznur, opasał się nim i zarzucił pętlę na pień, a potem z maczetą wiszącą u pasa zaczął się po nim wspinać. Był zwinny, miał niesamowity wykrok, robił półmetrowe kroki stawiając stopy w nacięciach w palmowym pniu; podciągał sznur i robił następny krok, jak po drabinie, aż wkrótce znalazł się wśród korony pierzastych liści. Zrzucił stamtąd kilka orzechów, ściął nadłamany liść i zszedł z powrotem na ziemię. Załadował do kosza zrzucone orzechy i podszedł do następnej palmy… Ależ to był obrazek (wart niejednego biletu wstępu): patrzeć na niego w pracy, zarazem uświadamiając sobie, że ten drzewiasty zagajnik nie był dzikim lasem, tylko ogrodem.
To chyba wtedy pomyślałem, by zostać tam na noc, na owym zadaszonym podeście; by nie wracać do miasta, do hotelu i wynajmowanego w nim pokoju. Ta zieleń, powietrze, łagodny cień drzew i widok na świątynię; w Yogya i Kuncen (w mojej dzielnicy) takich warunków nie było – a tu dach nad głową jest, gdyby miało lunąć, i wygodna podłoga… Wprawdzie trwała nadal pora sucha, ale popołudniami chmury gromadziły się już na niebie i zgodnie z oczekiwaniami, każdego dnia mógł z nich spaść pierwszy obfity deszcz.
W pewnym momencie do podestu podeszło dwóch Jawajczyków. Przyszli z drugiej strony wzgórza, gdzie za gęstymi bambusowymi zaroślami prowadzone były prace ziemne, wykopaliska? Ci dwaj byli najpewniej stamtąd; mieli ze sobą jakieś plany, rysunki techniczne; wyglądali na architektów… Zauważyłem ich kątem oka, szli zajęci rozmową, której nie przerwali przysiadając na krawędzi podestu tuż za mną…
Ich obecność nie burzyła mego bezmyślnego skupienia; nie rozumiałem języka, co sprawiało, że słyszałem lepiej jego melodię, która w naturalnym otoczeniu leśnego ogrodu płynęła rytmem ludzkich głosów… Siedziałem w półlotosie, a kiedy poczułem, że od tego nieruchomego siedzenia zdrętwiała mi stopa, zmieniłem pozycję, na co oni, dotąd zwyczajnie zagadani, poderwali się, jakby zobaczyli ducha…
– Nie zauważyli mnie? Przecież usiedli obok! Wprawdzie wśród mocy jogicznych jest wymieniona niewidzialność, ale…
– Nie żartuj. Po prostu zaaferowani zagwozdką budowlaną zapomnieli o tobie, bo się nie ruszałeś.
– Może, ale miny mieli jakby zobaczyli posąg, który ożył.
Przeprosiliśmy się z uśmiechem; spłoszeni architekci na podeście jednak już nie usiedli. Zabrali papiery i kłaniając się odeszli, a ja siedząc dalej bezmyślnie skupiony/rozproszony na najwyższej dagobie świątyni, zmieniałem od czasu do czasu pozycję, aż późnym popołudniem przez megafony rozwieszone w parku nadano komunikat, że zbliża się zamknięcie obiektu, więc goście proszeni są do wyjścia…
Przez chwilę wahałem się, czy jednak nie wstać, ale kiedy komunikat powtórzono, siedziałem już na dobre. Minęło jeszcze jakieś pół godziny i wtedy pojawił się strażnik… Podjechał na rowerze, był w typowym mundurze ochrony; przystanął, przyjrzał mi się, jakby rozważając co ze mną zrobić, ale bez słowa zawrócił i odjechał.
Tymczasem tenże właśnie strażnik, na koniec swojej zmiany, jak zwykle rutynowo objeżdżał na rowerze park, by sprawdzić czy wszystko w porządku. Kiedy wjechał na wzgórze naprzeciwko świątyni, na stojącym tam zadaszonym podeście spostrzegł kogoś, kogo być tam nie powinno; zdarzają się zagapieni turyści, jednak nie wolno zostawać na terenie świątynnym na noc, więc podjechał bliżej, ale wtedy zorientował się, że to nie siedzący człowiek, tylko kamienny posąg.
Przystanął zdziwiony, że nikt mu o tym nowym posągu nie powiedział, i z postanowieniem, że zapyta o to rano w biurze, zawrócił rower i popedałował do bramy, bo śpieszył się na wieczorne wyjście z przyjaciółmi. Zmierzch w tropikach zapada szybko.
+
Zmierzch w tropikach zapada szybko, a noc robi się natychmiast gęsta, jakby ktoś zgasił światło – usłyszałem od pewnego Norwega, który przy okazji świętowania najdłuższego dnia (apogeum białej nocy) w Bergen, opowiadał o swoim wyjeździe do Ekwadoru i o tym, jak razem z kolegą z wyprawy postanowili zanocować na dziko w lesie, a kiedy nadszedł zmierzch, przyzwyczajeni do norweskiego, niekończącego się latem dnia, nie zdążyli rozwinąć namiotu, bo słońce zaszło i zrobiło się ciemno, jakby ktoś zgasił światło.
– Nie to co u nas, gdzie trajektoria słońca przebiega po łuku, tym niższym i bardziej łagodnym, im dalej na północ, aż po koło podbiegunowe, gdzie czasem nie chowa się wcale. Podczas białych nocy zaledwie znika nie przestając rozjaśniać nieba spod horyzontu; w przeciwieństwie do tego w tropikach (w strefie międzyzwrotnikowej) gdy słońce jest w zenicie, zachodzi pod kątem prostym i od razu wpada głęboko pod horyzont.
– Dlatego robi się tam tak szybko gęsta noc, a poczucie jej gęstości wzmaga ponadto wysoka wilgotność powietrza.
Powróćmy jednak na zadaszony podest w przyświątynnym parku, gdzie postanowiłem przenocować… Z powodu wspomnianej wysokiej wilgotności powietrza zrobiło się chłodno, a miałem tylko cienki śpiwór, więc na deskach nie było zbyt wygodnie, nadleciały też komary… Zasnąć nie dawały niepokojące odgłosy lasu i szelesty w stropowych belkach (najpewniej gekony), a kiedy już prawie… Wtedy obudził mnie muezzin.
Gdyby zaśpiewał poranną modlitwę delikatniej, ale przez megafon, na przesterze, w pobliżu starożytnej buddyjskiej świątyni… terribile!. Nie chcę nikogo urazić, ale ta rywalizacja między meczetami, który będzie głośniej, a jest ich w niektórych miejscach sporo (na przykład w mieście), prowadzi do wybuchów tak nieznośnego jazgotu pięć razy na dobę, również w nocy i nad ranem…
– Normalny, muzułmański terror, ale wtedy i tam, na niewygodnym podeście, pogryziony i zmarznięty, tę wykrzyczaną przez megafon, poranną modlitwę fadżr przyjąłem z ulgą, bo oznaczała, że chociaż było ciemno jak w środku nocy, wkrótce wzejdzie słońce (pod kątem prostym) i zrobi się szybko jasno i ciepło. Znowu gorąco.
Kolejny upalny dzień w parku i na świątyni wyglądał jak poprzedni, aczkolwiek gdybym nie został tam na noc, prawdopodobnie nie zapamiętałbym tej czarnej pszczoły, od której wzięła się cała powiastka! …bo kiedy następnego dnia zobaczyłem ją ponownie w tym samym miejscu, na głowie Buddy, olśniło mnie, że to nie przypadek, że to jej miejsce, wypoczynku? Obserwacji… Właśnie poderwała się do lotu w stronę wzgórza, lasu, palm i „mojej” zadaszonej platformy. Poleciała sprawdzić, czy ktoś tam jest, a może czy nikogo nie ma? Znikła, by po chwili powrócić na głowę Buddy na jego czakrę korony. Czysta świadomość w ciele pszczoły. Żywy miniaturowy dron… – wtedy pojąłem, że ten kamienny posąg również żyje.
Czyż można coś jeszcze dodać? Większość reszty dnia spędziłem na obserwacji tejże pszczoły. Jak wcześniej opisałem: była czarna i duża (większa od szerszenia). Odlatywała czasem aż nad las i pobliskie wzgórza, by szerokim łukiem okrążyć świątynię albo daleko w stronę rysującego się na horyzoncie Merapi; na tle jasnego nieba widać ją było jak poruszającą się czarną kropkę, czasem traciłem ją z oczu, ale pojawiała się znowu, by zniknąć na dłużej. Wtedy wracała z innej strony, albo po prostu zauważałem ją na jej miejscu, na szczycie głowy Buddy.
Próbowałem zrobić jej zdjęcie. Nie było to łatwe, bo nie miałem aparatu z obiektywem, a wspinać się na cokół nie wypadało, tym bardziej że byłem obserwowany. Przez pszczołę na pewno (i Buddę), ale też przez ludzi, bo na najwyższych okrągłych tarasach świątyni (symbolizujących oświecenie i nirwanę) było chwilami sporo turystów, w większości Indonezyjczyków; pojawiały się całe wycieczki młodzieży, studentów, rodziny z dziećmi, weselne pary, ale… chwilami byłem tam jedynym białym. Białym opalonym.
Zabawne, bo w Yogya często zdarzało się, że ktoś zaczepiał mnie na ulicy prosząc o wspólne zdjęcie (taki jawajski zwyczaj: mieć zdjęcie z „białym”), co w dobie powszechnych smartfonów sprawia, że na Malioboro (głównej ulicy miasta) nieraz wypada uprzejmie zatrzymywać się i pozować z kimś do selfie niemal co kilka kroków. Dzieje się tak zwłaszcza w miejscach turystycznych, jak Borobudur, gdzie tamtego dnia, na górnych tarasach świątyni obserwowałem pszczołę próbując zrobić jej zdjęcie, tymczasem co rusz ktoś odwracał moją uwagę prosząc, czy może mieć je ze mną – taka reminiscencja przypowieści Zhuangzi o świerszczu i sójce, może nią zakończę…
PS.1. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Borobudur, wiedziałem, że już gdzieś widziałem tę niesamowitą, trójwymiarową mandalę, aż przypomniało mi się, że jej symboliczny wzorzec (bez żadnego podpisu) pojawił się w słynnej książce amerykańskiej kontrkultury pt. „Remember, Be Here Now”; w książce bardzo wyjątkowej, bo w znacznej części rysowanej, która jest czymś w rodzaju poradnika duchowego będąc zarazem wprowadzeniem do jogi, opowieścią o ruchu Flower Power i o fascynacji Dalekim Wschodem, a także o eksperymentach z LSD prowadzonych na Harvardzie przez psychologów Timothy Leary’ego oraz Richarda Alperta, który zasłynął bardziej jako hippisowski guru Ram Dass, autor książki. Polecam.
PS.2. Na koniec parafraza taoistycznej przypowieści o świerszczu i sójce, czyli o przygodzie pewnego grzybiarza, na którego w lesie, nagle i znienacka wpadł rozpędzony, kolorowy ptak; była to chyba sójka, ale tak niezwykła w swoim zachowaniu, że zaciekawiony grzybiarz skręcił za nią, by zobaczyć, co się dzieje. Tam, gdy dobrze się rozejrzał, zauważył świerszcza, na którego polowała modliszka (zwana religijną); to ją sójka chciała złapać, ale zagapiła się i wpadła na grzybiarza…
– Łaał, co za ekosystemowy łańcuch zdarzeń! – zadziwił się z satysfakcją grzybiarz-przyrodnik, który zapomniał tymczasem o grzybach, a zdziwił się tym bardziej (i to na serio), gdy podeszli do niego dwaj żołnierze. Okazało się, że idąc za sójką, zaaferowany, naruszył strefę graniczną i zażądano od niego wyjaśnień. Avete capito? Ahoj
Beniamin Lazar
CZYTAJ TEŻ