Paweł Dunin-Wąsowicz
Krwiożercze żywicielki
Taka pozycja: Jerzy Kornacki „Oczy i ręce”, Wydawnictwo B-ci Drapczyńskich, Warszawa 1934. Niecałe 150 stron małego formatu. Powieść o uczniach krawieckich, którzy w obliczu ciężkich czasów po śmierci majstra zakładają najmniejszą spółdzielnię pracy: Trzeba umieć szyć na tej maszynie, bo inaczej oczka przeskakują, albo wszystko ściąga się, ściąga i robią się fatalne supły…
Archeologia stempli na tej książce jest pasjonująca. Jest Samorząd Lokatorski Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej „Koło”, biblioteka im. St. Żeromskiego i wcześniejsza Biblioteka dla dzieci osiedla T.O.R (Towarzystwa Osiedli Robotniczych na tymże Kole). T.O.R. został po II wojnie światowej wchłonięty przez WSM. Jako najstarszą identyfikuję pieczątkę „Księgozbiór St. Żemisa”. Jak rozumiem, ofiarował „Oczy i ręce” bibliotece społecznej na Kole. Kiedy? W „Lwach wyzwolonych” Jarosława Abramowa-Newerlego można przeczytać o Stanisławie Żemisie, działaczu żoliborskiej WSM. Nie mogąc się pogodzić po II wojnie z przejawami urzędowego zawłaszczania spontanicznego dorobku spółdzielczego, podjął próbę samobójczą. Przeżył, ale stracił wzrok.
Ostatni, skasowany stempel pochodzi z Biblioteki Publicznej m. st. Warszawy (książkę nabyłem w antykwariacie Gryf na Mokotowie). Co znaczy, ze książka okazała się niepotrzebna.
Targ na Wolumenie. Maszyna do szycia. Na kartce napisane „150 zł, sprawna”. Pół dniówki z mniej niż przeciętnego warszawskiego wynagrodzenia. Okazała się niepotrzebna.
Choć jakieś prototypy pojawiały się już w końcu XVIII wieku, do produkcji maszyna do szycia weszła w końcu lat 50-ych następnego stulecia. Kiedy zaś trafiła do literatury polskiej? Kto był pierwszym bohaterem powieściowym szyjącym mechanicznie? Łatwiej odpowiedzieć na pytanie paradoksalnie odwrócone, a więc kto był pierwszą pamiętną bohaterką nieszyjącą na maszynie – otóż tytułowa Marta z powieści Elizy Orzeszkowej z 1873 r. Szukająca pracy młoda wdowa bez środków utrzymania umie trochę po francusku, ale za słabo by zmonetyzować swą znajomość języka jako nauczycielka czy tłumaczka, zaś ubiegając się o zatrudnienie w szwalni ponosi porażkę, gdyż na maszynie szyć nie umie, tylko ręcznie.
Dwa lata po publikacji „Marty” w związek małżeński z Oktawią Trembińską wstępuje Aleksander Głowacki. Zachowały się zapiski, w których pan młody zapowiada, że w prezencie ślubnym ofiaruje żonie maszynę do szycia. Cóż za oszczędność, gdy dzięki niej ubrania będzie się miało po kosztach materiału (minie co najmniej pół wieku, nim gotowa konfekcja zdominuje indywidualne szycie na miarę – jeszcze w latach trzydziestych XX w. do domu doktora Samuela Lema przychodziły raz do roku szwaczki, aby obszywać całą rodzinę, co wspominał jego syn Stanisław w „Wysokim Zamku”). Ale w prozie pana młodego publikującego jako Bolesław Prus maszyna do szycia pojawiać się będzie nie jako dodatek do domowego gospodarstwa, lecz napędzane wysiłkiem nóg narzędzie pracy zapewniające utrzymanie samotnym kobietom. W „Lalce” drukowanej w 1889 r. Wokulski obiecuje kupno maszyny bezimiennej upadłej dziewczynie (zwanej przez lalkologów „magdalenką”, rzecz ma miejsce w roku 1878), którą podnosi z dna nierządu – tak aby mogła zarobkować w przyzwoity sposób. Ten sam Prus ukazując w „Sukience balowej” pracę takiej samodzielnej szwaczki punktuje jej nędzę – brak zapłaty doprowadza kobietę do samobójstwa. W „Pałacu i ruderze” maszyna jest zastawem przy zaciągniętej pożyczce, którą trzeba wykupić.
U Gabrieli Zapolskiej w „Córce Tuśki” (1907) pan domu, niezamożny urzędnik, zostaje zdemaskowany ze swoim uczuciem przez wycinki z gazet o okazyjnej sprzedaży niedrogich maszyn do szycia – chce taką sprezentować swojej ukrywanej sympatii, aby zapewniając jej własne narzędzie, pracy poprawić jej los. Ta sama autorka w „Kaśce Kariatydzie” (1895) opisuje szwalnię, gdzie kobiety blade, bez uśmiechu na ustach, siadają przy maszynach do szycia, opierając zbolałe nogi na misternie wyrobionej podstawie, której deseń wpija się w rozpalone i najczęściej tylko pończochą osłonięte stopy. Serwisowanie maszyny Zapolska w tej powieści przyrównuje do losu ludzkiego:
Maszynę do szycia napuszcza się od czasu do czasu oliwą i oddaje do reparacji — ale to rzecz inna. Maszyny zepsutej odmienić nie można, trzeba nabyć nową, i to za drogie pieniądze. Schorowanej sługi pozbyć się łatwo — setki innych czekają dla zajęcia opróżnionej służby…
Antropomorfizacji dokonał też autor podpisujący imieniem Janusz krótkie opowiadanie „Maszyna” drukowane w roku 1900 w czasopiśmie Czytelnia dla wszystkich (znajdziemy je w dziełach zebranych Janusza Korczaka). Jego bohaterka najpierw szyła po nocach na maszynie użyczanej przez sąsiadów, potem podejmuje ryzyko zakupu sprzętu na własność – na raty.
I tak łatwo jej przyszło nabyć to swoje szczęście, tę swoją karmicielkę. Zdała tylko pięć rubli zadatku, a potem tygodniowo tylko dwa ruble. (…) Maszyna stała się żywą osobą dla biednej sieroty. Rozmawiała z tym sprzętem, całowała czasem.
– O spiesz się, moje dziecko. Widzisz, twoje utrzymanie dużo kosztuje (…) Prawie nic teraz nie jem, Ale kiedy cię wykupię, sprawimy sobie bal wspaniały. Kupię herbaty, cukru i bułek, a nawet serdelek albo dwa serdelki. (…) Wiesz co, będę cię nazywała Helenką.
Robota wykonywana dla sklepu okazuje się słabo płatna. Na czwarty tydzień zaległa ratę. Dziewczyna zastawiła pierścionek od ojca, zachorowała na tyfus głodowy – gdy wynoszono ją do szpitala wołała w malignie: Nie zabierajcie mi Helci, ja zapłacę!
Koszt maszyny kupowanej na raty pożerał większość marnego zarobku szwaczki nie tylko nad Wisłą. Piętnaście lat temu ukazał się polski przekład książki „Porządek płci. Studia historyczne” Karin Hausen z Technisches Universität w Berlinie. Autorka dowodząca rewolucyjności przejścia z szycia ręcznego na maszynowe podkreśla zarazem pozorność tej rewolucji, polemizując z amerykańskim historykiem Davidem Landem, który dostrzegał emancypacyjną rolę maszyny pozwalającej rzekomo wyzwolić się z niewolniczej egzystencji. Według wyliczeń Hansen, w Prusach spłata 135 marek za maszynę pochłaniała mniej więcej tyleż 135 – jednomarkowych dniówek, pozostawiając jedynie minimum na utrzymanie. Co więcej, po wygaśnięciu dwuletniej gwarancji dochodził niemały koszt serwisowania eksploatowanej przez pół doby maszyny.
Maszyna do szycia znalazła się na okładce wydanego w 1982 r. zbioru opowiadań Stanisława Dobrowolskiego „Kto ty jesteś” – w opowiadaniu „Z domowego archiwum” odtwarzał listy Zosi wysyłane z Warszawy w 1912 r. do rodziców w Raciążu: Gdybym miała maszynę do szycia, to mogłabym brać robotę do domu, choć marnie płacą.
Ewa Pobratyńska z „Dziejów grzechu” Stefana Żeromskiego (1908) szyjąc dla Żyda w prowincjonalnej osadzie, do której sprowadza się dla opieki nad chorym Niepołomskim, zarabia ledwie połowę swej dawnej pensji urzędniczki na kolei w Warszawie.
Choroba męża ogrodnika Kaja staje się przyczyną przeniesienia ciężaru utrzymania rodziny na żonę Joannę w powieści Ewy Szelburg-Zarembiny „Wędrówka Joanny” (1936), sięgającej do czasów sprzed I wojny światowej. W domu w zmyślonym Żeleźnie pojawiają się dwa nowe sprzęty: stara maszyna Singera i oczyszczony ze rdzy manekin. Joanna wyrusza niebawem do Warszawy wyuczyć się kroju w szkole madame Kołtaniakowej – jako wykwalifikowana krawcowa może zarobić więcej niż szwaczka. Czterdzieści lat później w zbiorze Szelburg-Zarembiny „Spotkania przy drodze” (1976) ukazuje się opowiadanie „Maszyna”, z którego odczytujemy autobiograficzny podkład tamtej powieści. I podobnie jak u Korczaka mamy do czynienia z tragiczną antropomorfizacją:
W tych ścianach, wśród tych sprzętów przebywa troje. Ojciec, Matka i córka jedynaczka. Ale tak to się tylko mówi. Naprawdę zamieszkuje izbę czworo, czwarte to – maszyna. (…)
Maszyna zajęła najlepsze miejsce. Maszynie należy się takie. Ona musi mieć światło. (…) Maszynie wolno hałasować. Hałasuje nawet w nocy, kiedy inni muszą być cicho. Maszyna daje pieniądze na chleb i na komorne.
Któregoś dnia, nie wiadomo dobrze kiedy, chyba na początku lata, z maszyną stało się coś dziwnego. Znikła. O, nie! Nie na zawsze. Nie było jej może tydzień, może dłużej, A gdy wróciła na swoje miejsce, była jak nie ta sama. Większa i jeszcze cięższa. Nie potrzebowała okiennego parapetu – miała własne nogi do stania. Mówili na nią „nożna”. No i teraz miała imię, wypisane złotymi literami na obu bokach. Śmieszne takie: S i n g e r. (…) Ta Singer, ona, zaczęła nasze pieniądze zjadać. Tak. Po parę rubli całe cztery miesiące. – I tak będzie każdego pierwszego przez cztery miesiące – powiedziała Matka z płaczem.”
Z drugiej strony przychodzą obce panie, przynoszą materiał, pytają o żurnal i zwracają się do matki per pani krawcowa.
To dzięki maszynie mogłam wcześniej uwolnić nas od długów.
Od długów ludzie uwalniają się – ale czy i od maszyn?
Matka do końca swych lat pozostała związana ze swoją maszyną.
Dziś wiem, ze to Matka była pastwą pozornie służącego jej (a więc ówcześnie nam Trojgu) przedmiotu, jaki „zarabiał na życie”, a w rzeczywistości przybliżył śmierć dzielnej, mocnej kobiety.
Bardzo często maszyna do szycia pojawiać się będzie też w twórczości pochodzącej z drobnomieszczańskiej rodziny Poli Gojawiczyńskiej (z „Dziewczętami z Nowolipek” na czele, a po II wojnie do sprzedaży na pokrycie kosztów ekshumacji ofiar powstania w „Stolicy”), ale znajdziemy ją także u inteligentki z urodzenia Zofii Nałkowskiej w jej dziennikach – jako przedmiot do sprzedaży na spłacenie sądowej grzywny, już w niepodległej RP.
Różnica między pozycją cenionego krawca a prostej szwaczki widoczna jest dobitnie w reportażu Kazimiery Muszałówny „Kosztowne dni Marglowej” opublikowanym przez Kurier Poranny w 1934 roku a dostępnym w książkowej antologii „Niepiękne dzielnice” z 1964 r.:
Rok temu… Dwie maszyny stukały w tym pokoju, oddzielonym parawanem od kuchni. Na jednej płynnie grał ścigami Teodor, mąż krawiec-specjalista od spodni. Najpiękniejsze magazyny waliły Teodorowi zamówienia, nastarczyć im nie mógł najszybszym biegiem maszyny. A na drugiej kołysała pedał Marglowa, w dorywczej pomocy starannie przykładając oko do biegu igły, pilnując szwu gładkiego i równego.
Po śmierci Teodora urywają się nagle zamówienia z magazynów.
Maszyna otwarta, gotowa do włożenia swoich ściegów w każdy materiał, byle taki był. Byle był jakikolwiek. Ale nie ma żadnego” Więc maszyna czeka – niepotrzebnie gotowa i jakby krępująco niepotrzebna (…).
Maglowa szyje 12 godzin dziennie – bo Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi – daje 30 gr za uszycie koszuli dla wojska, 20 gr za kalesony – zarabia maksymalnie 3 zł dziennie. Cały dzień tłuc na maszynie, to się jeszcze maszynę potłucze, a zarobek taki, żeby tylko nie umrzeć. Przez reportaż przenika złość na pośredników – bo wojsko płaci więcej. No i jak tylko zalegałam czternaście złotych za podatek, to zaraz komornik zajął mi maszynę Singer.
Zastanawiające, że wśród prawie dwustu polskich utworów z motywem maszyny, jakie wynotowałem sobie, odkąd sześć lat temu zacząłem je zbierać (może kiedyś o nich książka?), nie pojawia się żadna inna firma oprócz Singera.
Singer – czyli śpiewak. Popularne żydowskie nazwisko – ten od maszyny Izaak Meritt Singer po porozumieniu z konkurentem wszedł z nim w USA w spółkę w 1856 r. Warszawski salon Singera przy Marszałkowskiej opisuje w „Fantomach” Maria Kuncewiczowa. Jedyny laureat literackiej Nagrody Nobla za twórczość w języku jidysz Izaak Baszewis Singer (w angielskiej transkrypcji Isaac Bashewis…) w swoich ulokowanych w Warszawie nowelach, gawędach i powieściach rzecz jasna pisał też o krawcach i ich maszynach. Ale aspekt liryczny wydobył z tego tematu bardziej Efraim Kaganowski w utworach, które znalazły się w przełożonych na polski przez Stanisława Wygodzkiego „Warszawskich opowiadaniach” (1958). Jego bohaterkami są żydowskie szwaczki – dziewczęta z zaułków ulicy Stawki, w stronę Powązek.
Dziś, po Zagładzie, zupełnie niepojęte są subtelności, na których budowana jest ta proza. Oto do zaułka przed I wojną przybywa litwak, czyli Żyd z Rosji, posługujący się różną od warszawskiej odmianą jidysz i w związku z tym początkowo wyśmiewany przez żydowskie warszawianki:
Ale gdy się okazało, że litwak jest mechanikiem i reperuje maszyny do szycia „Singer”, dziewczyny szwaczki wzięły go w swoją obronę. (…) Szwaczki zanosiły mu maszyny do naprawy i mawiały, że „ten litwaczek ma złote ręce”. (…)
– Ano pokażcie szwoją masynę [tak tłumacz próbował oddać różnice między warszawskim a litwackim jidysz – przyp. PDW] – mówił do dziewczyny, gdy przychodziła do niego z naprawą, chwytał ją przy tym za nogę, ona zaś odpychała go od siebie, tak że o mało się nie przewracał.
Żeni się w końcu z „żółtą Sznajdlą” pracującą w fabryce tytoniowej Polakiewicza.
Drugi, także romantyczny i także językowy, wątek związany jest z agentem sprzedaży maszyn do szycia – Beriszem:
W ciągu tygodnia, gdy Berisz pokazywał się w zaułku z czarną teką pod pachą powstawał szum i zamieszanie. Dziewczęta-szwaczki i kobiety krawcowe przerywały przy pracy swój śpiew i uciekały z mieszkań, by ukryć się na strychach. Albowiem Berisz przychodził, aby się upomnieć o raty za maszynę do szycia. Był bardzo surowy. Śpieszył z długim ołówkiem w ręce, z głowy zdejmował twardy melonik i dla dodania sobie powagi mówił po polsku i groził sądem. (…) Piękne dziewczyny, szwaczki, które czuły się „pewne”, ponieważ wiedziały, że Berisz lubi je zaczepić, kpiły z niego, stawały przed nim i podparłszy się pod boki obserwowały jego oczki, które zasnuwały się mgłą, po czym Berisz częstował je czekoladkami, które zawsze miał w kieszeni.
W soboty jednak Berisz odwiedzał w zaułku Gucię-wdowę, w której był zakochany – bez wzajemności, w odróżnieniu od litwaka mechanika, który znalazł szczęście.
Nie ma co się dziwić, że bohaterem wiersza Władysława Broniewskiego „Księżyc ulicy Pawiej” został Icek Gutkind – żydowski krawiec z Murdziela = Mur(anowska) dziel(nica), marnujący przy odziedziczonej po ojcu maszynie swe młode życie. I w nadziei na zmianę angażujący się w ruch komunistyczny, wskutek czego stał się więziennym towarzyszem podmiotu lirycznego. Po wojnie w wierszu „O słowiczym okrucieństwie” Broniewski zrobił z Icka Gutkinda bohatera powstania w getcie warszawskim.
W pamiętnikach ocalonych z Zagłady na ten motyw natrafiłem już kilkanaście razy. W 1942 r. przed Wielką Akcją, kiedy wywożono kilkaset tysięcy do gazu do Treblinki, maszyna miała być przepustką do życia – jej posiadanie świadczyło o „produktywności”, prawie do pozostania w warszawskim getcie, krawieckiej pracy w tzw. szopie na rzecz niemieckiej armii. O targaniu cennej „główki” maszyny do szycia (czyli oddzielonej od stolika z pedałowym napędem) wspomina m.in. Bogdan Wojdowski w „Chlebie rzuconym umarłym” (1970).
W ostatnim zapisie zachowanego dziennika inż. Adama Czerniakowa, prezesa tzw. Judenratu, w ostatnim akapicie czytamy: Na mieście wielkie parcie do tworzenia szop. Maszyna do szycia może uratować życie. Godzinę później autor tych słów odebrał sobie życie własne, bezsilny wobec przeprowadzanych wysiedleń.
Co się stało z tym sprzętem? Niemcy po zdławieniu powstania kwietniowego w getcie warszawskim bardzo skrupulatnie gromadzili surowce wtórne z burzonych wypalonych kamienic, ale kwestia maszyn jest pewnie ciągle wielkim wyzwaniem dla badaczy z muzeum Polin. Albo z muzeum getta warszawskiego.
W znanej mi literaturze tylko Chaskiel z opowiadania Stanisława Benskiego „Dwie ulice i kozie różki” ze zbioru „Ta najważniejsza cząsteczka” (1982) czyścił starą maszynę do szycia firmy Singer, którą Alicja znalazła w gruzach getta w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku.
Zbiór opowiadań Stanisława Komornickiego „Trzy pióra” dostałem od autora z dedykacją jako dziecko w 1978 r. – był kolegą szkolnym mojego ojca (Komornicki zginął w katastrofie smoleńskiej w 2010 r. jako generał, kanclerz kapituły orderu Virtuti Militari). Początkowo nie zwracałem uwagi na opowiadanie „Maszyna”. Młody oficer ciągnącego w 1945 ku Berlinowi ludowego wojska, z którym identyfikuję autora, zauważa, że pewien jego żołnierz na piersiach ma jakiś czarny przedmiot przymocowany do plecaka paskiem przerzuconym przez ramię. Wypytuje go, co to jest?
– To jest, panie poruczniku, całkiem nowa maszyna, w pierwszorzędnym stanie, ja się na tym dobrze znam, mój ojciec był krawiec Może pan porucznik był kiedy w Wołkowysku?
– Rzućcie to!”
Ostrożnie zdjął z ramion swój ładunek i wsunął go w gąszcz rozłożystego jałowca.
Żołnierz o swoim ojcu:
– On mówił, że taki krawiec, co ma maszynę, to jest całkiem inny krawiec. On oszczędzał na maszynę.
– Tę maszynę wzięliście dla ojca? – spytał porucznik z drwiącym uśmiechem.
– Nie, panie poruczniku, teraz to ja już nie mam ojca ani nie mam matki, ani moich obydwu sióstr. Ich wszystkich zamordowali.
– Zamordowali ich?
– Tak, oni się wtedy niepotrzebnie zostali w Wołkowysku, bo oni nie wiedzieli, co to jest wojna. A tę maszynę to ja wziąłem, bo ja przecież jestem krawiec.
Komornicki nie użył ani razu słowa „Żyd”. Ale przecież to można przeczytać bez słowa.
Zagłada Żydów-krawców nałożyła się na ogólny zanik niezależnych krawców i szwaczek w masowej skali. W mieście Łodzi i gdzie indziej w nowym ustroju powstawały zakłady państwowe i spółdzielcze, w których konfekcję szyto na państwowych i spółdzielczych maszynach (dziś szyje Daleki Wschód). Społeczna historia maszyny – krwiożerczej żywicielki się skończyła.
Nieliczni mistrzowie krawieccy szyli w swoich zakładach dla elit na miarę garnitury i płaszcze – jak stary Piszczyk z powieści Stawińskiego czy Rajzeman z opowiadania Słonimskiego „Jak było naprawdę” (1966), zekranizowanego przez Janusza Majewskiego jako „Mrzonka” – może o ostatnim w Warszawie żydowskim krawcu.
Chałupniczki zarabiające domowym szyciem na maszynie znajdziemy jeszcze w powieści Danuty Bieńkowskiej „Wielka Gra” (1966) i Małgorzaty Musierowicz „Opium w rosole” oraz „Ida sierpniowa” z lat 80.
Jerzy Górzański w powieści „Madagaskar” (1981) zapodał groteskę: matka, urodzona we wsi Krzemki,
Córka biedniaków, cierpiąca na kompleks naukowy „Singera” – chciała się kształcić na krawcową (…). Kompleks naukowy „Singera” przekształcił się w obsesję samokształceniową. Teraz całymi dniami snuła się po polach i lasach, parowach i pagórkach, zbierała złom, chrust, konopie i z tak różnorodnego materiału budowała polową maszynę do szycia, tzw. pedałówkę. Mieszkańcy wsi Krzemki mawiali, widząc ją na tle oziminy lub łanu pszenicznego: „Kaźka-krawcowa znowu pedałuje”.
W ostatnich latach XX w. w Krakowie powstaje na Kazimierzu knajpa Singer, gdzie za stoliki służą podstawy do nożnych maszyn do szycia, ten trend rozszerzy się na artystowskie lokale w innych miastach.
Tomek Tryzna w „Idź, kochaj” z 2003 r. wspomni tępienie krawców prywaciarzy w latach 50-ych w Świdnicy i rekwirowanie im maszyn. Skądinąd wcześniej w „Pannie Nikt” (1992) jego Marysia Kawczak omal nie trafiła w Wałbrzychu do krawieckiej zawodówki.
W powieści Heleny Kowalik „Córka Kaina” (2009) pojawi się znienacka maszyna krajowej marki Łucznik (z Radomia) jako prezent ślubny w latach 70-ych.
Dla Doroty Masłowskiej w felietonie „Szycie” przedrukowanym w „Jak przejąć kontrolę nad światem 2” (2020) maszyna będzie już chyba tylko elementem bizarnego hobby.
Może taka za 150 zł z Wolumenu.
Paweł Dunin-Wąsowicz
CZYTAJ TEŻ