Głowa bez klamek


 

1. 

I jestem zła, jestem naprawdę wściekła. Złość to najbardziej niedoceniana emocja w ludzkim świecie. Niepożądana, nieakceptowana, zazwyczaj przykrywana uśmiechem, zbywana milczeniem. Złość piękności szkodzi. To słyszałam całe dzieciństwo i młodość. Nie wolno było się złościć. Ale z jakichś dziwnych powodów wolno było się złościć, gdy było się Chłopcem, Mężczyzną. Owszem, może nie na całego, może i nie było to do końca na miejscu, ale jednak istnieje to przyzwolenie na męską agresję, wściekłość, bicie się – dadzą sobie po razie i jest spokój (Chłopcom i Mężczyznom nie wolno innych rzeczy – nie wolno im się bać, płakać i być słabymi. Ale dziś nie o tym). Ponieważ jako ludzka istota urodziłam się z biologicznie kobiecym ciałem przystosowanym do rodzenia, zostałam Dziewczynką. Tym dziwnym, nieokiełznanym bytem, którego wszyscy się boją i który wszyscy gnoją. Bo mogą. Bo Dziewczynka jest słaba. Z założenia, z urodzenia, z zasady. Dziewczynka jest własnością. Dziewczynka nie może się złościć. A jeśli się złości, nie może tego okazać. Bo złość piękności szkodzi, a dla Dziewczynki to przecież piękność powinna być najważniejsza. Bo zostanie ukarana – biciem, milczeniem, ignorowaniem, dyscyplinowaniem, poczuciem winy, zawstydzaniem, ośmieszaniem, strachem, przemocą. Dziewczynka w tym świecie będzie całe życie krzyczeć w środku z bezsilności, ze złości i z niemożności jej wyrażenia. Ta złość będzie narastać, obrastać jej wnętrze, twardnieć, jątrzyć, strupieszać, lodowacieć, unieruchamiać nabrzmiałymi naciekami. Dziewczynka jest wychowywana do uległości. Do bycia grzeczną, miłą, cichą, do słuchania, a nie do bycia wysłuchaną, do rozumienia, a nie do bycia rozumianą. Do bycia posłuszną. Dziewczynka za jakiś czas stanie się Kobietą. A Kobieta musi słuchać. Musi spełniać swoje kobiece powinności. Znaleźć męża, urodzić chociaż jedno Dziecko (choć to zawsze za mało, mimo iż w rzeczywistości nawet to – to jest w tym świecie o wiele za dużo), stworzyć dom, posprzątać, ugotować, uprać, zadbać, być odpowiedzialną, uśmiechać się, nie kwestionować. Słuchać, gdy inni jej mówią co powinna robić, jak powinna żyć, kiedy stracić dziewictwo, kiedy znaleźć sobie chłopaka, kiedy wyjść za mąż i za kogo, kiedy urodzić Dzieci i ile, urodzić czy usunąć, pracować czy nie pracować, uczyć się czy się nie uczyć, osiągać sukcesy czy nie osiągać, być ambitną czy nie być, starzeć się z godnością czy bez niej, rozwieść się czy się nie rozwodzić, zajmować się wnukami czy nie, być samą już do końca czy… A w środku wciąż tkwi ona – jak zardzewiały gwóźdź w ranie, która ropieje całe życie. Złość, dla której nigdy nie można znaleźć ujścia. 

W tym świecie urodziłam się Dziewczynką i nią pozostałam. Nigdy nie stałam się Mężczyzną, ani Kobietą, albowiem zawsze mówiłam jak Dziewczynka, rozumiałam jak Dziewczynka i myślałam jak Dziewczynka. Taka jest moja cena za życie na tej planecie. Zawsze odsłonięty miękki brzuszek, biały i wrażliwy, którego nie potrafię ukryć, choćbym nie wiem jak się starała. Choćbym nie wiem jak bardzo była Chłopcem, który mnie chroni, i każe mi zakładać buty na płaskim obcasie i spodnie, żeby było łatwiej uciekać przed przemocą i gwałtem, gdy nocą wracam sama do domu. Bo przecież mam cycki i cipkę. To z założenia predestynuje do bycia gwałconą, dotykaną (ależ z ciebie niedotyczka), całowaną (3 klasa liceum i tak słabo się całujesz?, dlaczego nie chcesz pocałować dziadka, przecież będzie mu przykro), komentowaną (nie garb się, nie ma się co wstydzić takich ładnych cycuszków), klepaną w tyłek, molestowaną (przecież to tylko żarty; to z sympatii). Nie do bycia widzianą i słyszaną, ale do bycia macaną jak mięso w rzeźni, ruchaną, ocenianą jako ładna (ruchalna) lub brzydka (takiej bym nawet nie zgwałcił), traktowana jak przedmiot, stworzony do tego, żeby się podobać, ale ogólnie to taka cnotka-niewydymka, bo jednak zawsze bałam się Mężczyzn – nauczyłam się tego bardzo, bardzo wcześnie. 

To, kim jestem w Domu i co tam jest piękne, co jest miłością, co jest prawdą, tutaj, na Ziemi jest karą, tutaj zostało zbezczeszczone, tutaj utraciłam swoją niewinność, ufność i wiarę. 

Dlaczego nie wolno mi się złościć? Bo złość oznacza brak zgody. Brak zgody na przemoc, gwałt, upokarzanie. Bo gdy głośno powiem, gdy zacznę wrzeszczeć: jestem wściekła! – musi to zostać usłyszane, i musi pojawić się pytanie: dlaczego jesteś wściekła? A gdy ktoś o to spyta, musi się liczyć z odpowiedzią. A ta odpowiedź obnaży, pokaże palcem, oskarży. Ciebie, ciebie i ciebie, i tego, i tamtą. Kurwa. 

Czy więc odważysz się zadać mi to pytanie? 

Czy odważyłxbyś się zadać to pytanie Aileen Wuornos – jednej z najbardziej znanych seryjnych morderczyń w historii? Choć przecież nie była pierwszą ani ostatnią, nie zabiła najwięcej, ani najokrutniej, były wcześniej i później seryjne dzieciobójczynie, mężobójczynie, kobiety, które zabijały dla pieniędzy, z zemsty, ze strachu. A jednak to ona została królową. Aileen Wuornos od dziecka bita, porzucana, zaniedbywana, zdradzana przez „najbliższych”, wykorzystywana, gwałcona, prostytuująca się prawdopodobnie od 12 roku życia za piwo i papierosy (cigarette pig – tak na nią wołali). Zaszła w ciążę w wieku 14 lat, urodziła w ośrodku dla młodocianych matek, Dziecko natychmiast oddała do adopcji. Aileen, która już jako dorosła kobieta w ciągu jednego roku (1989 – 1990) zastrzeliła siedmiu białych mężczyzn, z których wszyscy byli jej „klientami” (według jej zeznań w ciągu tego roku miała ich ponad czterystu). Tych, którzy korzystają z usług prostytutek nazywa się klientami. Jakby miało to taką samą wagę jak klient restauracji czy klient salonu obuwniczego. Słowo „klient” nie uwłacza, słowa „prostytutka”, „dziwka”, „kurwa”– owszem. Aileen została skazana na karę śmierci przez białych mężczyzn i przez nich uśmiercona poprzez wstrzyknięcie trucizny w 2002 roku. Przed śmiercią, we fragmencie swojego oświadczenia powiedziała: „Zamordowałam tych mężczyzn, zgwałciłam ich, kiedy byli już zimni jak lód. I zrobiłabym to ponownie. Nie ma żadnego powodu, by trzymać mnie przy życiu, dlatego, że znowu bym zabijała. Jest we mnie zemsta, która wydobywa się wszystkimi porami, mam dość ciągłego słuchania, że jestem szalona. Byłam wielokrotnie badana. Jestem zdrowa i próbuję mówić prawdę. Jestem tą, która najbardziej nienawidzi życia ludzkiego i ponownie bym zabiła”. Aileen – agresywna, skrzywdzona, krzywdząca, wkurwiona, niekochana, wrzeszcząca, szalona, nazywana brzydką, potworem w ludzkiej skórze, uznana za poczytalną, uznana za niepoczytalną, miała taki piękny uśmiech, który rozświetlał całą jej twarz niczym latarnia. Również w jednym z ostatnich wywiadów przed śmiercią powiedziała z tym swoim uśmiechem: „Bóg tam będzie, Jezus Chrystus tam będzie i wszystkie anioły i tak dalej. I wiesz, gdziekolwiek jest tamto miejsce, myślę, że to będzie bardziej jak w Star Trek, gdzie przeniosą mnie do statku kosmicznego, stary, a potem przeniosę się na inną planetę lub coś w tym rodzaju. Ale cokolwiek jest tam, wiem, że będzie dobrze […]”. 

Istoto, która nosiłaś tutaj ziemskie imię Aileen, cieszę się, że jesteś już w swoim Domu, na swojej planecie, i gdziekolwiek to jest, w jakimkolwiek wymiarze, wszechświecie, przestrzeni i czasie lub ich braku, możesz tam wreszcie odpocząć. To, co spotkało ciebie, to, co spotkało mnie, to co spotkało wszystkie inne istoty na planecie Ziemia, nie miało i nie ma żadnego sensu. Bo tutaj nic nie ma sensu. Ludzie poszukują sensu od początków istnienia ludzkości, bo to w jakikolwiek sposób usprawiedliwiłoby ich istnienie. Jednak istnienie Ludzi nie ma żadnego sensu, myślę, że sens istnienia skończył się, gdy Ludzie zaczęli go poszukiwać. Jakże to całe zło mogłoby mieć sens? Czy jest równoważone przez dobro, piękno i miłość? Przez dobro, które czasem, z rzadka, udaje nam się z siebie wykrzesać, co jest tak bardzo trudne, gdy zaznało się zła? Przez piękno sztuki, architektury, muzyki, literatury, przyrody? Piękno, którego chwytamy się jak brzytwy, choć jaki to wszystko ma sens w obliczu tragedii gwałconego Dziecka, Dziecka ginącego z głodu, Dziecka umierającego w komorze gazowej? Czy zło jest równoważone przez miłość? A czymże jest miłość? Przymusem, pod którego jarzmem tkwią Dzieci swoich rodziców, małżonkowie i małżonki, członkowie i członkinie wszelkich wspólnot i społeczności? Miłość, która każe znosić przemoc, ból, cierpienie? Miłość, którą można sprzedać i kupić (bo tutaj wszystko można zamienić w handelek, sprzeeeedam trochę miłości, sprzeeeedam, niedroooogo, ja dam coś tobie, ty mi coś dasz, jakoś ten wózek będzie się turlał dalej)? Miłość, którą można oprawić w ramki, postawić na półce i mówić wszystkim: „hej, wszyscy, zobaczcie jak tutaj się kochamy”, podczas gdy pod powierzchnią jest tylko zgnilizna, hipokryzja i zamiatanie brudów pod dywan? 

Ale przecież miłość jest najważniejsza. Musisz kochać, musisz wybaczać, musisz rozumieć. Ja już nic, kurwa, nie muszę. 

Ale tak, chcę kochać. Chcę kochać swoje Dziecko. Istotę, którą stworzyłam i sprowadziłam na ten świat nieświadomie, bez należytej oceny ryzyka i odpowiedzialności. Gdy decydowałam się na to, żeby urodzić ludzkie Dziecko, nie wiedziałam kim jestem, nie wiedziałam czego chcę, nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo jestem zniszczona, jak głębokie zadano mi rany i jak bardzo to wpłynie na to, jaką jestem ludzką Matką. Jestem mieszanką instynktu, który każe mi chronić cię za wszelką cenę, i żrącego cierpienia, przed którym nie mogę cię uchronić, moje ludzkie Dziecko, moje ukochane Ludzkie Dziecko, na które byłam kiedyś taka zła, bo tak bardzo domagałaś się ode mnie tego, czego ja nie dostałam. I jeszcze chcę kochać kogoś, kto nie wiem, czy istnieje na tej planecie. Naprawdę nie wiem. Bo bycie samotną na Ziemi, to kolejny piekielny krąg w tym i tak piekielnym piekle. Chcę kochać kogoś mi równego, przy kim będę mogła się odsłonić do żywego i nie zostać dźgnięta w to żywe. Kogoś, kto chciałby mnie poznać, usłyszeć i zobaczyć, taką, jaką jestem. A jeśli nigdy go nie spotkam, do końca będę szła sama. Bo dla mnie w tym życiu i w miłości nie ma już miejsca na kompromisy, na puste gesty, na namiastki uczuć. Dla mnie jest już tylko tak tak nie nie, wszystko albo nic, prawda albo pustka. Tylko nie wiem, czy kochać potrafię, bo nie wiem, co znaczy Miłość. 

Aileen, ta wściekłość musiała kiedyś znaleźć ujście, musiała eksplodować. Ty eksplodowałaś pociągając za spust, ja eksploduję pisząc te słowa. Jeśli nie dojdzie do eksplozji, nieunikniona będzie implozja. Wściekłość zostanie uwolniona do wewnątrz, poprzez cichą rezygnację, zaprogramowaną uległość i posłuszeństwo wobec silniejszych, wobec systemu, którego częścią pozostaniemy. Wściekłość, która nie znajdzie ujścia na zewnątrz, wyrodzi się w autodestrukcję, nałogi, choroby, depresję, tkwienie w przemocowych relacjach, zgadzanie się na to, co niewyobrażalne i karygodne, na powolne umieranie. Lub ostateczne rozwiązanie, ostre cięcie – wyraz największej rozpaczy i absolutnej niemożności dalszego dźwigania tego życia takim jakie ono jest, unicestwienie samej/samego siebie, pętla, ostrze, kula. 

Aileen, ty wybrałaś unicestwienie innych, co nieuchronnie zaowocowało unicestwieniem siebie. Full score, Aileen. Ja latami wybierałam implozję, a teraz zamiast zabijać wybieram słowa, jedyne co mi pozostało. 

W moim świecie, Aileen, takie i takich jak ty umieszczano by w odosobnieniu i pozwalano odnaleźć siebie, w ciszy, w spokoju. Rozmawiano by z tobą; pozwolono by ci czuć to, czego wcześniej nie mogłaś czuć; pozwolono by ci powiedzieć to, czego nigdy nie mogłaś powiedzieć; pozwolono by ci płakać nad sobą i swoim zniszczonym życiem, nad twoją utraconą niewinnością, nad wykorzystanym ciałem. Nie karano by cię, ale leczono, z łagodnością i miłością. Bo niczyja to wina, a już na pewno nie twoja, sama się nie stworzyłaś, stworzyła cię rodzina, społeczeństwo, system, taki jest po prostu ten świat, nikt nad nikim się tutaj nie rozczula, wszyscy jesteśmy tego częścią, wszyscy cię stworzyliśmy, a ty stworzyłaś nas. Więc dobrze, że jesteś już bezpieczna na innej planecie, gdzieś daleko stąd. 

Na Ziemi zakazane czyny karze się śmiercią. Teraz już nie tak często i nie wszędzie, ale kiedyś egzekucje były powszechne. Egzekucje były publiczne. Ku przestrodze. Za zabójstwo, za kradzież, za kolaborację, za zakazaną miłość, za zakazane myśli, za pochodzenie, za dezercję, w niektórych krajach za cokolwiek właściwie. Ukrzyżowanie, topór, szafot, pętla, płonący stos, strzał w głowę lub pierś. Nawet teraz, gdy kary śmierci wykonuje się w więzieniach i osoba skazana może sobie wybrać, czy śmiertelny zastrzyk, czy porażenie prądem (na krześle elektrycznym), choć może to też być z góry narzucone: ukamienowanie, powieszenie, uduszenie azotem, komora gazowa, rozstrzelanie, więc nawet teraz te egzekucje mogą być publiczne. Może nie na placu, może nie w tłumie, ale taką egzekucję może obserwować garstka ludzi, rodziny i przyjaciele ofiar, policjanci/tki, prawnicy/czki, prokurator/ka. Kiedyś często egzekucje były publiczne, a w przypadku powieszenia osoby powieszone pozostawały wystawiane na widok publiczny, dniami, tygodniami powiewały na wietrze. Ku przestrodze. Uważaj! Nie krzycz, nie czuj, nie złość się, nie odmawiaj, nie śmiej się za głośno, najlepiej w ogóle się nie śmiej, możesz się uśmiechać, dziewczynki powinny się uśmiechać, uśmiechaj się, uśmiechaj się przez łzy, coś taka skrzywiona? We śnie mogłabym codziennie rano w drodze do pracy przechodzić przez jakiś plac na jakimś blokowisku i widzieć dwóch wisielców rozwieszonych jak pranie na sznurze rozpiętym między budynkami. [nigredo] Patrzyłabym na nich codziennie, i mimo, że bym tego nie widziała bo byliby ubrani, osłonięci jakimiś zawojami, to wiedziałabym, że  każdego dnia postępuje proces rozkładu i mumifikacji. Powiewaliby na wietrze i jeden z nich, ten śmielszy, miotany wiatrem, trącałby tego drugiego pod żebro, trochę dla żartu, bo nudno tak wisieć. A ten trącany uchylałby się zirytowany i mówiłby „Przestań, co robisz?”, aż wreszcie odpadłaby mu głowa, ale on nadal by wisiał, mimo że przecież był powieszony za szyję. Przystanęłabym nieopodal i rozmawiałabym z sąsiadem, który też tam mieszka, i powiedziałabym: „Warto by ich było może odciąć…”, a sąsiad pokiwałby głową i potarłby dłonią policzek. Już dobrze, już można, już nie musicie tu wisieć, odcinam was, już nikt nie będzie musiał oglądać waszych gnijących ciał, przecież was już tam nie ma. To tylko powiewające na wietrze truchła. Już się was nie boję, Odejdźcie w pokoju, zniknijcie mi z oczu, już nie słyszę waszych głosów i skrzypienia sznura. 

We śnie jestem w mojej kaplicy [albedo], w mojej świętej budowli, gdzie nie słyszę już głosów, i jestem tu tylko ja. Moja świątynia jest zbudowana z wielkich, betonowych bloków poukładanych niczym klocki, którymi bawiłam się jako Dziecko. Na czworokątnych filarach opierają się wielopiętrowe konstrukcje pnące się ku niebu. W mojej świątyni panuje łagodne światło, które delikatnie, geometrycznymi pasmami przenika pomiędzy szarymi blokami. Dookoła rosną wysokie, wysokie drzewa, które gałęziami muskają ściany mojej świątyni i chronią mnie przed światem. Jest tutaj cicho i spokojnie, tutaj mogę czuć wszystko, mówić wszystko, płakać nad sobą, nad moim zniszczonym życiem, nad moją utraconą niewinnością. We śnie jestem taka jakbym się dopiero co urodziła, lśniąca, czysta, prawdziwa, wolna. To moje art brut, moja surowa sztuka krwi i ognia, sztuka wariatek, szaleńców, odrzuconych, wypchniętych na margines, tworzona w szpitalnych salach, w celach więziennych, w pokojach głów bez klamek. [rubedo] Moja głowa jest pokojem bez klamek, ale zamiast wygłuszających materaców są w niej betonowe ściany, a ja stoję na środku i płonę i krwawię i patrzę na was oknami oczu. Patrzę na was, Ludzie. 

Najwyższa Rado, jeśli ten raport jawi się wam jako wołanie szaleńca, to tak, jestem szalona bo trudno żyć na tej planecie i pozostać przy zdrowych zmysłach. Ten raport jest nie tylko wiadomością przeznaczoną dla was, od których jestem teraz tak daleko, oddzielona od Domu milionami jednostek czasowych, przestrzennych, gdzieś między wymiarami, na krańcach któregoś z wszechświatów, na planecie, która jeszcze nie powstała i na planecie, której już nie ma. Ten raport jest również listem do Ludzkości, zapisem tego co tutaj zobaczyłam, i co przeżyłam jako Człowiek. O, nie jest to list miłosny, ani też buchalteryjny wykaz zysków i strat, bo wynik takich rozliczeń byłby oczywisty. To jest wołanie, zachrypnięty, chory wrzask z najgłębszych piekielnych kręgów, ze świata, który nie powinien istnieć, bo nie ma niczego, co mogłoby wynagrodzić bycie żywą istotą tutaj. Nie ma lekarstwa, choć są tacy, którzy chcą w to wierzyć, terapie, leki, joga, medytacja, modlitwa, praktyki duchowe, zdrowe jedzenie, sport, spacery, kontakt z przyrodą, kontakt ze zwierzętami, miłość, seks, sztuka. A jednak wszystkich tutaj ogarnia szara chmura, którą nazywa się depresją. Depresję w tym świecie również uważa się za chorobę, którą można wyleczyć, doprowadzić Człowieka do jakiego takiego stanu, żeby jeszcze trochę pożył, wrócił na łono społeczeństwa, pracował, zarabiał, pomnażał materialne dobra, był produktywny i nieustannie produkował, słuchał, służył, trwał. Ale według mnie jest to naturalny stan ludzkiej duszy, która w tym świecie nie może lśnić jasnym światłem, przytłoczona okrucieństwem jakiego się tutaj na co dzień doświadcza i obserwuje. Tego stanu nie da się wyleczyć, można go jedynie zrozumieć, poznać jego źródła, spojrzeć sobie prosto w oczy i powiedzieć: tak, widzę cię, widzę twoje cierpienie, czuję twój ból, słyszę twój płacz, rozumiem twój lament, wytrzymaj jeszcze trochę, niedługo przyleci po ciebie Star Trek i zabierze cię, stara, na inną planetę. 

 

2.

Gdy teraz jadę tym pociągiem i patrzę na jemioły przyssane do topól, które są tak kruche, tak łamliwe mają gałęzie, znowu przypominam sobie o śmierci, właściwie chyba cały czas o niej myślę, i myślę też o tym jak można mierzyć czas. Jak można cofać, przewijać do przodu, zatrzymać, zrobić zbliżenie, puścić w zwolnionym tempie. Czasem nie sposób tego kontrolować, tempo zwalnia samo, a ty nagle znajdujesz się bardzo blisko, tak blisko, że czujesz zapach, ciepło, dotyk koszuli nocnej podwiniętej zbyt wysoko. Zatrzymujesz się, jesteś tam i chcesz uciec, ale powietrze, które cię otacza, jest czarne i gęste jak smoła. Też tak czasem masz? 

Kiedyś często śnił mi się tamten pokój. We śnie był większy niż w rzeczywistości, a sufit był niżej. Żyrandol dawał przyćmione światło, takie, od którego od razu chce się spać. Kanapy i meblościanka były brązowe, fotele i zasłonki były żółte, a dywan był brązowo-żółty. W tym pokoju zawsze byłam sama i nie dziwiło mnie to. Czułam się tam bezpiecznie. Pewnego razu wyszłam na balkon i okazało się, że jestem na parterze, a nie na drugim piętrze jak w rzeczywistości. Z balkonu można było zejść schodkami do ogródka. Usiadłam na tych schodkach, było ciepło. „Był ciepły, letni wieczór”. Zapaliłam papierosa. Po prawej widziałam duże skrzyżowanie, którego nie ma tam w rzeczywistości. Na wprost parking, a w oddali czerwone, migające światełka na kominach elektrowni. Często też bywałam na osiedlu, bloki były wyższe, wieżowce, a nie 3-piętrowe jak w rzeczywistości. Chyba miałam tam kogoś odwiedzić, ale nigdy nie pamiętałam numeru mieszkania. 

 

Wracając do pokoju – lubiłam w nim być. Siadywałam na fotelu i oglądałam telewizję. To był duży, czarny telewizor, na którym stał magnetowid. Nigdy nie wychodziłam na korytarz, bo po jego drugiej stronie znajdował się żółty, żółty pokój. Wszystko w nim było żółte. Był tam żółty, żółty fotel, żółty, żółty telewizor i żółta, żółta lampa. Nawet szafa i dywan były żółte i żółte były paprotki, które stały na żółtej, żółtej półce. Tylko okna były czarne i błyszczące jak wielkie oczy, w których odbijałam się ja, pokój, korytarz, lustro, telefon, wieszak na kurtki, drzwi do łazienki, drzwi do pokoju, pokój po drugiej stronie korytarza, i jego czarne błyszczące oczy. 

W rzeczywistości po drugiej stronie korytarza wyłożonego linoleum, które udawało parkiet i było wytarte od częstego szorowania, znajdował się czarny, czarny pokój, a w tym pokoju był czarny, czarny fotel, czarny, czarny telewizor  i czarna, czarna lampa. Nawet szafa i dywan były czarne i czarne były paprotki, które stały na czarnej, czarnej półce. Okno też było czarne i można było tylko zerkać na nie kątem oka, bo nie dało się do niego podejść. Tak naprawdę to było sztuczne okno, imitacja okna, wyklejona fototapetą przedstawiającą czarne, czarne bloki, na tle czarnego, czarnego nieba. A te bloki miały też czarne, czarne okna, wszystkie wyklejone fototapetą imitującą normalne życie normalnych ludzi. Śniadanie, powtórki programów dla nocnej zmiany, obiad, kolacja, zmywanie naczyń, papieros na balkonie, dobranocka, dziennik, film o 20.00, kino nocne, reklama (kobieta szykuje kolację dla siebie, męża i dwójki dzieci. Stoi przy blacie kuchennym, kroi chleb i smaruje go masłem. Patrzy w ciemną szybę okienną, a potem odwraca się i stawia kanapki na stole. Kobieta w oknie uśmiecha się od ucha do ucha, oblizuje wargi długim sinym językiem i mówi: ach, jakie dobre masło, to masło jest najlepsze). 

 

Kiedy fototapeta zmieniała się w taką, która przedstawiała szare, szare bloki na tle szarego, szarego nieba, wychodziłam na podwórko i bawiłam się z innymi Dziećmi. Skakałośmy z rozbujanych huśtawek, albo bujałośmy się tak długo aż chciało się wymiotować, albo krew szła z nosa.  

W porze obiadu z imitacji okien wychylały się babcie i matki i krzyczały. Krzyczały wiele razy, a my wiele razy odpowiadałośmy, że jeszcze chwilkę, ale wreszcie wszystkie znikałośmy z szarego, szarego podwórka i wchodziłośmy po schodach na pierwsze, drugie i trzecie piętro, zdejmowałośmy buty, myłośmy ręce i jadłośmy rosół z makaronem, kotlety mielone, ziemniaki tłuczone i kapustę z pieczarkami. A na deser było ciasto. I był kompot. 

 

Był sobie czarny, czarny kosmos, a w tym czarnym, czarnym kosmosie była czarna, czarna galaktyka, a w tej czarnej, czarnej galaktyce był czarny, czarny układ słoneczny, a w tym czarnym, czarnym układzie słonecznym była czarna, czarna planeta, a na tej czarnej, czarnej planecie był czarny, czarny kontynent, a na tym czarnym, czarnym kontynencie był czarny, czarny kraj,  a w tym czarnym, czarnym kraju było czarne, czarne miasto, a w tym czarnym, czarnym mieście było czarne, czarne osiedle, a na tym czarnym, czarnym osiedlu był czarny, czarny blok, a w tym czarnym, czarnym bloku było czarne, czarne mieszkanie, a w tym czarnym, czarnym mieszkaniu był czarny, czarny pokój, a w tym czarnym, czarnym pokoju był czarny, czarny fotel, a na tym czarnym, czarnym fotelu siedział czarny, czarny dziad, a na czarnych, czarnych kolanach czarnego, czarnego dziada siedziała czarna, czarna Dziewczynka, a ta czarna, czarna Dziewczynka miała czarne, czarne oczy, duże i błyszczące. Oboje patrzyli na ekran kolorowego, kolorowego telewizora. 

 

Ale teraz wracam pociągiem z pracy i patrzę na topole. Machają do mnie łysymi gałęziami w zapadającym mroku. Jest już koniec listopada. We śnie z głośnika odzywa się optymalnie miły, optymalnie profesjonalny głos o optymalnej wysokości: „Przypominamy, że do Snu Zimowego pozostały jeszcze 3 dni. Powtarzamy, do Snu Zimowego pozostały jeszcze 3 dni. Z dniem 34 listopada rozpoczynamy Sen Zimowy. Pracownicy elektrowni będą spać jak co roku w trybie zmianowym, aby podtrzymać ciepło. Dziękujemy za ich służbę. Proszę pamiętać o uszczelnieniu okien, zaryglowaniu drzwi, przygotowaniu komfortowego gniazda oraz przygotowaniu szklanki wody i małej przekąski na wypadek chwilowego wybudzenia. W przypadku wybudzenia proszę nie sprawdzać, ile czasu pozostało do Wiosennego Przebudzenia, oszczędzi to niepotrzebnego niepokoju. W przypadku braku stałego miejsca zamieszkania zapraszamy do Zimowych Noclegowni zlokalizowanych pod następującymi adresami: Plac Cholera 13, Teraz Polska 21, Topiel 16, Boleść 164, Kapitalna 14. Ilość miejsc jest dostosowana do wypisu osób zarejestrowanych jako nieposiadające stałego miejsca zamieszkania. Osobom tym zostaną zapewnione komfortowe gniazda oraz odpowiedni i wygodny strój. Proszę pamiętać, że Sen Zimowy jest obowiązkowy dla wszystkich obywateli, obywatelek i obywateląt, i wszyscy jesteśmy odpowiedzialni i odpowiedzialne za jego niczym niezakłócony przebieg. Przypomnijmy sobie teraz z jakich powodów Sen Zimowy został wprowadzony pierwszy raz w trybie próbnym w 2028 roku. Sen Zimowy pozwala nam zaoszczędzić energię potrzebną do ogrzania mieszkań, miejsc pracy i naszych ciał; skutecznie ogranicza stres spowodowany historycznym już świętem Bożego Narodzenia oraz zakończeniem kalendarzowego roku; zapobiega sezonowej depresji, która łatwo może przerodzić się w przewlekłe stany de…” 

Ping! to komunikator w telefonie. Pisze Klaris: „No, i co dziewczyny, znalazłyście sobie kogoś na Sen Zimowy?” Ping! Pisze Zyta: „Ja tam wolę spać sama. Spać trzy miesiące z kimś, kto zarzuca ci nogę na brzuch i chrapie do ucha to nie dla mnie. Już to raz przerabiałam i nigdy więcej. Wolę gniazdować w moim panieńskim pokoiku u rodziców. Ale ty na pewno sobie kogoś przygruchałaś na ostatnią chwilę 😉” Ping! Pisze Klaris: „Och, nie musisz być złośliwa. Ja tam lubię mieć kogoś do gniazdowania. Zawsze to cieplej, no i człowiek nie budzi się sam 😉” Ping! Pisze Zyta: „A ty, stara? Z kim śpisz?” „Sama. Zostaję w mieście. Jak sobie nikogo nie znalazłam wcześniej, to nie będę teraz szukać na ostatnią chwilę. Wysiadam, muszę kończyć. Miłego Snu Zimowego” Ping! Pisze Klaris: „Słodkich snów, dziewczęta.” Ping! Pisze Zyta: „Dobrego snu i miłego Wiosennego Przebudzenia 😊”  

Z głośnika sączy się miły głos, niczym dym z papierosa: „Śpijmy więc. Prześpijmy święta, prześpijmy sylwestra, prześpijmy Kevina samego w domuKevina samego w Nowym YorkuKevina samotnego w każdym domu, prześpijmy Potop (przypalanie boczków Kmicicowi oraz „jam ran twoich niegodna całować”), prześpijmy Pana Wołodyjowskiego (nabijanie Azji na pal), prześpijmy Milczenie owiec (obdzieranie kobiet ze skóry), prześpijmy Piątek 13-goKrzyk 1Krzyk 2 i Krzyk 3. Prześpijmy bigos, groch z kapustą, kompot z suszu oraz wódkę, wino i whisky, prześpijmy przymusowe przytulanie, przymusowe pocałunki w usta, pytania: czy już kogoś masz, kiedy dzieci, kiedy schudniesz, kiedy się porządnie ubierzesz, czemu zawsze jesteś taka niezadowolona, czemu się nie uśmiechasz, no coś taka skrzywiona, przecież nie było tak źle, inni mieli gorzej, czemu jesteś taka dziwna, kiedy będziesz normalna tak jak my? [nigredo – ja przynajmniej mam odwagę to poczuć, powiedzieć, że boli, że bardzo mnie boli, tu mnie boli i tam mnie boli, że chodzę zgięta w pół z bólu, że płaczę w pociągu, na ulicy, w supermarkecie, chodzę alejkami, wybieram produkty, niewiele, chleb, żółty ser, masło i płaczę, po cichu, choć powinnam szlochać, zawodzić, wypłakać wszystkie łzy zamiast je łykać, powinnam krzyczeć – bo w tym świecie czasem pozostaje już tylko to – zamiast skulona przemykać pod ścianami, żeby nikt nie zauważył. Teraz wam do śmiechu?, uśmiechajcie się!, czemu się kurwa nie uśmiechacie?] Prześpijmy gotowanie, przypalanie, zmywanie, gotowanie, przypalanie, zmywanie, prześpijmy szampana, fajerwerki i obowiązkową, zbiorową radość. Prześpijmy wojnę, zarazę, globalny kryzys, upadek zachodniej cywilizacji, itd. Spać. Przespać święta, przespać nowy rok, przespać stary rok, przespać zimno, przespać samotność, przespać ciemność i mrok zapadający po szaro-szarawym dniu, przespać wszystko. „Stacja Warszawa Senna” oznajmia miły głos z głośnika. Sen we śnie. Wysiadam. 

 

 

Joanna Łańcucka


 

CZYTAJ TEŻ