I.
Sycylia. Mimo pewnej tego retorycznej nieświeżości, nie mogę zacząć tekstu o Sycylii słowem innym niż „Sycylia”. Wynika to z ciężaru konotacyjnego tego słowa, jego splecenia z miriadami sieci asocjacyjnych, jego umoszczenia w języku i kulturze. Tekstu o Koh-Rong nie trzeba by, a nawet wręcz nie należałoby zaczynać od słowa „Koh-Rong”, bo nie należy zaczynać od niewiadomej. Tymczasem „Sycylia” natychmiast wprowadza nas do literatury, do historii, do mitologii – ale także do popularnych wyobrażeń i marzeń o południu, morzu, słońcu i „dolce vita”. Wprowadza bogactwo i obfitość tematów i tradycji, także w literaturze polskiej. Jest słowem-cytatem. Narracją. Iwaszkiewicz nie odczuł co prawda konieczności rozpoczęcia książki o Sycylii pt. „Książka o Sycylii” od słowa „Sycylia”, tylko od słowa „książka”, ale może to być do wyjaśnienia, przy innej okazji. Ja w każdym razie tę konieczność retoryczną odczuwam. A więc: Sycylia.
Sycylia, zacznijmy od najważniejszego, czyli klimatu, to biegun gorąca, miejsce przejściowe pomiędzy Afryką a Europą, leżące w tym samym pasie równoleżnikowym co Andaluzja, Peloponez i południowa Turcja – rejony znane z bezlitosnego gorąca; jej południe leży nieco bliżej równika niż najbardziej na północ wysunięte obszary Tunezji. Byłem kilka razy w Maroku i tam dopiero na południe od Atlasu robi się jeszcze goręcej, a nad Atlantykiem jest nawet chłodniej niż w śródziemnomorskim letnim piecu, prawie nieprzemijającym, stabilnym, kręcącym się w miejscu wyżu, który spowija wyspę na dwa najgorętsze miesiące – lipiec i sierpień to naprawdę kocioł żaru. Nawet gdzie indziej we Włoszech Sycylia uchodzi za mitycznie i morderczo gorącą, a z punktu widzenia jakiejś Adygi czy Friuli (regionów alpejskich) Sycylia to czysta baśń o smoku ziejącym ogniem, krainie wulkanów i cerberów, coś niewyobrażalnego.
To powiedziawszy, należy zauważyć, że występują tu pory roku i poza niesamowicie gorącym latem, przez osiem miesięcy panują całkowicie umiarkowane warunki, zima jest łagodna i przynosi deszcze, wiosną i jesienią klimat jest wręcz doskonale przyjazny – to nie są jakieś Indie, gdzie w zasadzie każda pora roku jest niezwykle uciążliwa, każda na swój sposób. Mimo to na Sycylii trochę żyje się tak, jakby upał trwał cały rok – kilkugodzinna popołudniowa „sjesta” obowiązuje również w zimie, gdy zupełnie nie jest to potrzebne. Przez cały też rok sycylijskie śniadanie to lody i granita.
Ponieważ piszę ten tekst do działu „turystyka”, należy chyba nadmienić, że na Sycylię najwygodniej jest dostać się pociągiem, przy czym najdogodniejszym rozwiązaniem wydaje się trzyprzesiadkowa podróż przez Wiedeń, Wenecję i Rzym. Istnieje też nocny pociąg z Wiednia do Rzymu, ale z niego nie korzystałem, gdyż od samotnego podróżnika z jego czworonożnym kompanem, a w zasadzie kompanką, wymagane w nim jest wykupienie jednoosobowej kabiny sypialnej, na który to luksus jednak sobie ze skąpstwa nie pozwoliłem.
Inną opcją, którą jednakowoż odradzam, jest przemieszczenie się tam białofioletową puszką Wizzair, która łączy wiele miast polskich z wieloma miastami na przedmiotowej wyspie, nie oferując jednak żadnych uroków, zwłaszcza zaś skracając czas podróży do upiornego minimum 2,5 h, które dla każdej wrażliwej duszy oznacza traumę i potężny stres. Człowiek jako zwierzę lądowe powinien ze wszech miar unikać gigantycznego stresu fruwania, a właściwie nie fruwania tylko pędzenia z odrzutową prędkością przez stratosferę; to, jak często pozwalamy sobie na tę traumę, świadczy tylko o tym, jak bardzo niezdrowe są nasze czasy. Maksimum tysiąc kilometrów dziennie można pokonać bez narażania się na psychiczny uraz, koniecznie po ziemi lub wodzie, nigdy w powietrzu, chyba że dwudziestoosobowym śmigłowym samolotem. Podróż pociągiem – chciałbym to powiedzieć osobom bez doświadczenia kilkudniowego wojażu w tym środku lokomocji – tylko do 6 – 9 h jest męcząca i niecierpliwiąca. Jeśli trwa dłużej, jest czymś niesamowicie relaksującym i dającym duszy wspaniałe ukojenie sama przez się; to doświadczenie medytacyjne.
Najpierw trzeba niestety minąć Polskę oraz Czechy, które ośmieszają polski międzynarodowy pociąg z Warszawy do Wiednia, przekształcając go na swoim odcinku w „regionałkę” obsługującą po drodze wszystkie dziury, co jednak ma swój urok za sprawą fal „nastupujących” i „wystupujących” obywateli Czech, którzy dla Polaka zawsze stanowią osobliwie „inną”, tajemniczą, a w porywach nawet „wyższą” cywilizację. Ich kultura osobista, nawet u bardzo prowincjonalnych pasażerów, jest nienaganna i przepojona jakąś łagodnością, która dla Polaka może w pierwszej chwili wydawać się wręcz „policzkiem” wobec jego wiecznej gotowości do bycia aroganckim. Trzeba zauważyć, że pociąg z Warszawy do Wiednia (jak i ten relacji powrotnej) w całej podróży stanowi najsłabsze ogniwo, żeby zacytować Kazimierę Szczukę, pokazując, że mimo dużych ambicji PKP intercity wciąż jeszcze ma do nadrobienia wiele lekcji, zwłaszcza gdy chodzi o komunikację z pasażerami i informację wewnątrz pociągu – żadnego monitora z mapą, żadnej info o prędkości, opóźnieniu etc., etc. – wszystko to w pozostałych pociągach było standardem.
Z Wiednia za to wyjeżdża się już w nieomal rozpustnym, oczywiście jak na dzisiejszą kolej, standardzie – jedna trzecia skórzanych miejsc zaledwie jest zajęta, w pociągu panuje luksusowa pustka, a za oknem roztacza swój porządek schludna i gospodarna Austria; trawniki przytorowe są równo skoszone (co uznać trzeba za grubą przesadę), takie belki od torowisk i inne klamoty, co u nas leżą w nieładzie porozrzucane w krzaczorach i przy budach z powybijanymi szybkami, tu piętrzą się w porządnych pryzemkach obok świeżo odmalowanych na biało budyneczków kolejowej infrastruktury; pociąg na każdą stację zajeżdża nieomal co do sekundy (sic!) punktualnie, i takoż odjeżdża; całość wygląda super świeżo i nowocześnie, tak metalicznie-nowocześnie, jakby została oddana do użytku wczoraj, większość konduktorów to Czarnoskórzy i Hindusi (w zasadzie to „Indianie”) w bardzo ładnych mundurach, wśród nich najbardziej „naj” był oczywiście Sikh ze swoim dumnym pomarańczowym turbanem; w ichniejszym warsie pyszne austriackie kiełbaski. Nie ma co, Austria ma swój sznyt, swoje multikulti, swoją dyskretną tolerancyjną wielmożność, swój wypracowany styl. Aż chce się pomyśleć, że ten zjeb Bernhard totalnie pomylił się co do Austrii, oczernił ją, tu w każdej dziurze do pociągu wsiadają szczęśliwi kolorowi ludzie, widuje się pary transrasowe i/lub nieheteroseksualne, niektóre pociągi pomalowane są w tęczę, a do tego jeszcze niektóre osoby czytają papierowe gazety, co już jest niesamowicie cywilizowane. Zero faszyzmu, serio. Austria to bajka dla grzecznych dzieci. Przypomina mi wiersz o wyspach Bergamutach (vide). Raczej miało się wrażenie, że za najmniejszego „haila” poszłoby się tu natychmiast do paki, zostawszy odprowadzonym przez czarnoskórych polizei z parytetem płci (ale już za skręta nie, co skądinąd szanuję, zważywszy, że ze skrętem prędzej mnie można zobaczyć niż hajlującego).
O Austrii długo by można się rozwodzić, ale podróż nie trwa tak długo; prawie zaraz za Wiedniem zaczynają się już góry, a potem rosną i rosną, więc robi się coraz piękniej, aż w końcu po 4,5 h docieramy do granicy włoskiej, wysoko w Tarvisio, pomiędzy Karyntią a Friuli. Pociąg, jak to na granicy lubi bywać, stoi tu se nawet i pół godziny, więc można wyjść na spacer; okolica stacyjki położonej w górskiej dolinie w niczym jeszcze nie przypomina Włoch, ale na szczęście komunikat na stacji nieomylnie już świadczy o tym, że do nich dotarliśmy: „Attenzione. Allontannarsi dalla linea gialla!”. Zawsze mówię, że nic tak nie świadczy o języku włoskim jak to, że nawet zdanie „oddalić się od żółtej linii” brzmi w nim jak jakiś parnasistowski wers. Nucąc pod nosem „allontannarsi dalla linea gialla” wypalam pierwszego na ziemi włoskiej skręta, a mój pies, zadowolony w alpejskiej trawie, rosi ją pierwszą kałużką moczu. Uwielbiam tego włoskiego dziada od komunikatów stacyjnych, Włosi wszędzie mają, od Tarvisio po Agrigento, tego samego dziada na stacji od komunikatów; jego głos od lat niezmieniony, tchnie włoską biurokracją i jej typowo włoską jakby nieco pompatyczną „spinką”, czymś jakby wiecznie ostrzegawczym (nawet gdy zapowiada pociąg, to robi to ten włoski dziad megafonowy skrajnie ostrzegawczo, „na baczność”), ale jednocześnie nie jest to stresujące, tylko opiekuńcze; to taki zatroskany, ale i srogi padre, ten dziad stacyjny (z kolei w Austrii komunikaty wypowiada kobieta o tonie psychoterapeutki). Od razu człowiek wie, że wrócił do Włoch, gdy słyszy dziada mówiącego „attenzione, allontannarsi dalla linea gialla”. Łzy wzruszenia stają mi w oczach, gdy go słyszę.
Wiadomo, że w podróżach najciekawsze są granice, a spośród granic najciekawsze są granice morskie i górskie, mniej zaś te śródlądowe, bowiem w ich przypadku zawsze zachodzi ciągłość, ukazująca pewną ich umowność czy sztuczność. W przypadku gór po drugiej stronie zwykle oczekuje nas coś zupełnie odmiennego niż po tej, od której zaczęliśmy. Alpy kończą się dość nagle, po prostu widzi się ostatni pagór a poza nim już bezkresną równinę Padańską, krainę malaryczną, duszną, ale jednocześnie bardzo, jak na Włochy, „północną”, jakby wstępną – bo Włochy stają się coraz bardziej włoskie ku południu; pojawiają się pierwsze palmy, ale jeszcze nie całkiem tu znikły swojskie iglaki. Pociąg jest klimatyzowany, ale zza okna widać, że wkroczyliśmy do krainy potężnego lata, nie takiego chudego jak u nas, tylko mocarnego. Wszystko jest tu już inaczej, jesteśmy na rdzennym terytorium Imperium Romanum, jak by powiedział mój świętej pamięci licealny profesor łaciny Jerzy Roman Kaczyński, skądinąd także subtelny, acz niespełniony, prozaik, prekursorski neoklasycysta lubujący się w tematyce queer zanim jeszcze nazywała się queer; co prawda granicę Imperium przekroczyliśmy już dawno temu, gdzieś w okolicach zadupiastego morawskiego Preszowa, ale oto zawitaliśmy do serca Italii, wkroczyliśmy w objęcia innej niż środkowoeuropejska cywilizacji. Jesteśmy w świecie, w którym herbaty się w zasadzie nie pija, a w każdej łazience występuje bidet.
Owszem, wielu podróżujących do Włoch zauważyło ten urzekający fenomen Italii, że mianowicie nigdy nie brakuje tu w łazience, choćby była mikroskopijna, bidetu; tak jest – znów – od Bolzano do Trapani, nieodmiennie, jest to standardem takim samym jak espresso i jak nutella, złotą regułą, która manifestuje się w naszych oczach wręcz ostentacyjnie, jakby Włochy chciały zakomunikować przybyszom, że bidet jest czymś tak oczywistym i niezbędnym, że stawia się go nawet tam, gdzie pozornie brakuje miejsca – komunikat ten można, rzecz jasna, wziąć do siebie i mieć za złe, jeśli pochodzi się z kraju, w którym uchodzi on za zbytek. Ale choć nonszalanckie i ciążące ku pewnej inherentnej ruinacji, Włochy mają swoje święte nienaruszalne pan-włoskie standardy. I są to wysokie standardy, co najważniejsze. Czasem wysokie wbrew bezpośrednim korzyściom, jak np. w przypadku tutejszego espresso, sprzedawanego po 1-2 euro, a robionego z niewyobrażalnej dla nas ilości kawy – nikomu to się raczej szczególnie nie opłaca, ale mocne espresso jest po prostu świętym prawem człowieka w tym kraju, basta. No więc zawsze myślałem, że z bidetami jest podobnie – nikomu się to nie opłaca, ale każdy Włoch ma święte prawo do bidetu. Do pewnego stopnia tak jest, ale ściśle chodzi o to, że każdy Włoch ma obowiązek posiadania bidetu, tak bowiem stanowią przepisy. Cóż, czasem wypełnianie obowiązku czyni wolnym, jak uważał Kant, tzn, on uważał, że zawsze, nie „czasem”.
Łatwo domyślić się, że prawo to wprowadzono nie tak bardzo z troski o higienę włoskich tyłków, jak z troski o licznych tu producentów wyposażenia łazienkowego, być może pod naciskiem jakiegoś lobby ceramicznego; nie sprawdzałem dokładnie okoliczności powstania tego prawa, bo do tego tekstu z zasady nie robię żadnego researchu, więc mogę tylko spekulować jak było, ale obstawiałbym, że tak to właśnie było, chodziło o powiększenie rynku ceramiki łazienkowej. Tak czy owak, niezależnie od przyczyn, sprawa pokazuje, jak nawet nieczyste – a może w tym wypadku „czysto-nieczyste” – zamiary u źródeł mogą w końcu przynieść więcej pożytku niż szkody. Włochy są jedynym znanym mi na świecie krajem powszechnego występowania bidetu. Wierzcie mi, że nie jest to byle co, móc z niego korzystać zamiast naszych papierków. Wyższy poziom, bez dwóch zdań. (Mówię to, bo wiem, że wielu Polaków „się nie ośmiela” – a to wielka strata. Kto raz użył bidetu, rzekłbym nawet, nigdy już nie będzie tym, kim był wcześniej. Ale bez obaw, polskości nikomu to nie podmyje.)
Jedziemy dalej. Przed nami jeszcze ze dwie godziny do Wenecji, krainą płaską i nizinną; nudną; jakże osobliwą częścią Włoch, w 80% górzystych, jest ta ogromna równina, nieomal rozmywająca się w oparach duchoty, ale też uporządkowana i uprzemysłowiona, z naprawdę budzącą poważanie infrastrukturą; wszakże tylko wyniesienia terenu mogą nadać krajobrazowi jakiejkolwiek duchowej głębi. Miasteczka wszelako tu nie byle jakie, jak to we Włoszech, nawet jakieś Pordenone czy Treviso mają swoją godność. Cały czas trzy albo i cztery tory prowadzące prostą linią po horyzont. Wreszcie Mestre, przemysł, parkingi, hotele, parkingi, porty, kontenery, laguna. Tutaj zaczyna się jednak czuć pewną wzniosłość, gdy na niskim horyzoncie rysuje się skąpany w słońcu skyline Serenissimy.
Dworzec Santa Lucia w Wenecji ma klimat międzynarodowego lotniska, kwitnie handel dobrami zbytkownymi, ludzie ze wszystkich stron świata itp., nie ma coczego tanio i smacznie zjeść, za to przy peronach pełno jest różnych freaków z biennale czy innych art-worldowych imprez, wyczekujących z tabliczkami wizytowymi innych przybywających tu freaków, z którymi witają się z ostentacyjną wylewnością, oznaczającą nie tyle szczerą czułość, co przynależność do międzynarodowej bohemy; kobiety w okularach o grubych czarnych oprawkach, geje w bermudach i z walizeczkami na kółkach „dolce and gabbana”, rozpuszczone pudle ujadające wściekle na mojego psa z wysokości biustów swoich pań, nader dostojnych, skądinąd, dam. Przychodzi mi do głowy, żeby dla hecy podejść do któregoś z oczekujących freaków i podać się bezczelnie za osobę oczekiwaną, np. za jakiegoś performera z Paragwaju, ciekawe, co by z tego mogło wyniknąć, w dobie internetu byłoby to dość łatwe do przygotowania in situ, no ale że jestem z psem i mam pięćdziesiąt lat a nie dwadzieścia pięć, oraz biorąc pod uwagę, że nie jestem do nikogo podobny (przynajmniej w artworldzie, jednak dość towarzysko wąskim), pozostawiam ten pomysł do zrealizowania komuś innemu, kto będzie tędy przechodził i akurat będzie miał chętkę na taki psikus.
Sama Wenecja, jaka jest, każdy wie, zatem powiem tylko, że wbrew moim najczarniejszym obawom udało się tu spędzić kilka godzin w oczekiwaniu na ekspres do Rzymu przyjemnie, tj. na uboczu, z dala od tłumów i hajlajfowo-turystycznej frenezji, jaka tu panuje, w miejscu, w którym pies mógł komfortowo zrobić kupę, co oszczędziło mi nieco stresu. Zmierzając w jego stronę mijałem gwiazdy światowej sławy festiwalu filmowego, który właśnie tu trwał, m.in. bodajże Agnieszkę Holland, która jednak mnie w tłumie nie rozpoznała, mimo że przed laty poznaliśmy się osobiście na kolacji u wspólnej znajomej. Widziałem też kogoś, kto do złudzenia przypominał Leonarda di Caprio, ale to chyba był tylko ktoś bardzo podobny, bo nie budził żywego zainteresowania na ulicy (skądinąd, jak ludzie odróżniają gwiazdy od osób bardzo do nich podobnych, nie mam jako żywo zielonego pojęcia).
Włochy to, jak wiadomo, kraj mnóstwa mniejszych i większych patologii (aczkolwiek to chyba można powiedzieć o prawie każdym kraju, za wyjątkiem może kilku najszczęśliwszych), czyli problemów, które są tak stare i odwieczne, że nikomu nie przychodzi już nawet do głowy, żeby coś z tym zrobić, a w przypadku kolei włoskich – skądinąd usługi na, moim zdaniem, bardzo dobrym poziomie, trochę ustępującym niemieckiemu – największa patologia to ciągłe strajki personelu kolejowego; nie wiem, ile już razy w życiu spotkał mnie strajk na włoskiej kolei, jest to bodajże najczęstszy rodzaj strajku, z jakim miałem osobiście do czynienia.
Nie wynika to bynajmniej z tego, żeby włoscy kolejarze byli jakoś szczególnie dyskryminowani czy wyzyskiwani, o, wręcz przeciwnie, konduktorzy i konduktorki, bo innych tu nie widać, nawiasem mówiąc, znowu przeważnie „białej” rasy, czy po prostu rdzennie włoscy, wyglądają na zadowolonych z siebie członków klasy średniej-średniej, dobrze zaetatowanych urzędników państwowych, toteż jeśli nieustannie prowadzą oni walkę klasową, to dlatego, że ich pracodawca, łagodne i nieco, jak wszyscy wiedzą, niezgułowate państwo włoskie, po prostu im na to pozwala, przestrzegając w tym wypadku skrupulatnie prawa pracy. Z tego powodu walka klasowa włoskich kolejarzy przybrała relatywnie intensywny i ciągły – zgodnie z hasłem „lotta continua” – charakter, wyrażając się w strajkach; mniejszych tak pewnie z raz na miesiąc, a większych, ogólnowłoskich tak parę razy w roku, ze szczególnym uwielbieniem związkowców dla sezonu wakacyjnego.
Rozbestwienie i roszczeniowość tej grupy są legendarne; myślę, że we Włoszech wszyscy nienawidzą kolejarzy, acz to spekulacja niepoparta żadną wiedzą, a jedynie silnym przeczuciem. Skądinąd są to bardzo mili, cywilizowani ludzie, chętni do pomocy, zupełnie jak nie nasi, zasadniczy i „władczy”. W ogóle we Włoszech jednym ze znamion cywilizacji jest to, że urzędnicy, przynajmniej ci niższego szczebla, nie są „władczy” tylko raczej względnie „koleżeńscy”. Niemniej te ich ciągłe strajki to moim zdaniem gruba przesada, i myślę, że jakkolwiek reakcyjnie by to nie zabrzmiało, przydałby się tu jakiś Rafał Brzóska, na tych włoskich kolejach, bo naprawdę ci związkowi baronowie za bardzo się tu rozpanoszyli, ku uprzykrzeniu wszystkich innych, acz najmniej burżuazji.
No więc i tym razem nie obyło się bez strajku na włoskich kolejach; wróciwszy na dworzec z mojej weneckiej pustelni, zauważyłem komunikat, że ogólnowłoski protest związku maszynistów (to zaś, można przypuszczać, zupełnie inna organizacja niż związek konduktorów albo związek zawiadowców) rozpocznie się o 21-ej. Do Rzymu miałem planowo dotrzeć o 22.30. Czy maszynista mojego pociągu rozpocznie strajk o 21-ej gdzieś w polu na granicach Lacjum, czy jeszcze wcześniej w jakichś etruskich ostępach? Niestety nie było to wykluczone.
Maks Wolski
CZYTAJ TEŻ