Oferowana stawka była znośna, wbrew ostrzeżeniom w przewodnikach: Pisali, że poza wszystkimi oczywistymi niebezpieczeństwami, jakie wiążą się z tym kierunkiem podróży, dodatkowo należy liczyć się z faktem, że ceny są bardzo wysokie – nie istnieje normalny obrót gospodarczy, a każda usługa „turystyczna” jest ponoć świadczona przez lokalne mafie i obliczona na równie podejrzaną klientelę, przyjeżdżającą w różnych brudnych interesach, na ogół z dużą forsą. Zapłacić trzeba czasami – ostrzegali – więcej niż w najbogatszych metropoliach świata – naturalnie za dużo niższy standard. Wiedziałem, że w takich krajach sprawy faktycznie czasem mają się właśnie w taki sposób i byłem na to gotowy. Tymczasem podyktowana cena wynosiła około połowy sumy, którą za podobną odległość – do hotelu Majestic, gdzie postanowiliśmy się zatrzymać, mieliśmy z lotniska około dziesięciu kilometrów – policzą w przeciętnej zamożnej metropolii tak zwanego Zachodu. Tak czy siak, spokojnie było nas stać, jednak wyczuliśmy u kierowcy wyraźną intencję dobijania targu. Być może nie miał na to ochoty, ale taki był zwyczaj i postanowił być dłużny temu zwyczajowi, zaś przebieg pertraktacji był taki: Karol od niechcenia zaproponował pół stawki. Szofer od niechcenia się nie zgodził. Wydawało się, że żadnej stronie negocjacji (w każdym razie jako część jednej ze stron mógłbym powiedzieć to za siebie) w ogóle nie zależało na korzystnym wyniku. Alicja? Ona wręcz popędzała wszystkich wzrokiem, żeby się zabrać jak najprędzej. W końcu stanęło – arcy-demokratycznie – na trzech czwartych.
Wsiedliśmy; trzeba było zająć konkretne miejsca w środku. Rozejrzałem się: za kierowcą busa dwie ławy, na każdej mogły się zmieścić właśnie trzy osoby (my na pewno – nikt z naszej trójki nie był ani atletyczny, ani tłusty), zaś z przodu obok kierowcy jedno wolne miejsce. Wydawało się oczywiste, że usiądziemy za kierowcą we trójkę, w mojej głowie migotało tylko jedno pytanie: Czy jeśli ta teoretyczna oczywistość przeistoczy się w fakt, Alicja zasiądzie pośrodku, wciśnięta między nas, czy jednak – tak jak w samolocie – obok Karola G., który zajmie miejsce centralne albo – co zdawało mi się najmniej prawdopodobne, ale niewykluczone – pośrodku będę ja („Nie, tak nie może się stać”). Kierowca zaproponował Alicji – z uśmiechem zawadiackim, aczkolwiek chyba w ogóle pozbawionym pikantnych podtekstów – by usiadła z przodu, na co ona przystała – z lekkim skrępowaniem, upewniwszy się najpierw, że mikrobus ma pasy bezpieczeństwa.
Ruszamy. Alicja, jak się rzekło, na siedzeniu przednim; twarz częściowo ukryta w mroku przeciwsłonecznych okularów. Miała przed sobą szeroką przednią szybę; wyglądała jak pewna siebie podróżniczka kochająca pęd szybkiego przemieszczania się i rozległe panoramy za oknami. „Co prawda w tym przypadku nie będzie to raczej tego typu panorama, jakich większość Pewnych-Siebie-Podróżniczek oczekuje…” – pomyślałem. I dlatego właśnie, jak sądzę, miała pewne wątpliwości, zwłaszcza że miasto uchodziło za bardzo niebezpieczne, wszystkie dostępne przewodniki wręcz krzyczały na temat niebezpieczeństwa, zanim jeszcze wymieniały nazwę tego miasta. Nie widać było po kierowcy, by miał przy sobie broń, a zwłaszcza nic nie wskazywało na to, żeby samotny pojazd był częścią jakiegoś „konwoju” – czytane przed wyjazdem bedekery zalecały podróże po terenie Republiki wyłącznie „autoryzowanymi konwojami”.
Świeciło teraz piękne słońce, przed którym umiejętnie ochroniła oczy za pomocą mocnych ciemnych szkieł (na płycie lotniska, tak samo w samolocie, miała inne… kiedy je zmieniła i dlaczego?). Za uchyloną szybą, przez którą wystawiała prawą dłoń, powiewał słaby wietrzyk. Ukradkiem obserwowałem – to spoglądanie samo mi się narzucało – jak A. poddaje się owym abstrakcyjnym istotom: światłu, przestrzeni, powietrzu, i jak robi jej się wyraźnie coraz lepiej.
Ja i Karol siedzieliśmy dziwnie blisko siebie, podobnie do siebie ubrani, co już chyba zostało na początku tej części protokołu przywołane. W świetle słońca atakującym przez szyby mikrobusu, w tym świetle, które musiało dodatkowo wyjaławiać obrazy zdruzgotania („ujrzymy je wkrótce w tak zwanej pełnej krasie” – pomyślałem), stawaliśmy się w ogóle dość podobni do siebie, to znaczy: dosyć obcy wobec samych siebie (to akurat odczucie od dawna mi towarzyszyło) a jednocześnie w tej obcości dosyć podobni nawzajem (takie wrażenia podobieństwa względem bliźnich nachodziły mnie rzadziej i zwykle miało to miejsce w dosyć przykrych momentach). W takim jednak razie charakter ewentualnej tożsamości między nami opierał się jakimkolwiek próbom określenia – tożsamość postaci noszących nasze ciała, lecz oddzielonych od własnej świadomości, tożsamość dwóch figur, które zatraciły wewnętrzną oryginalność.
To była dziwna spółka Hoffmann & Guliwer, to nie byliśmy do końca ja i on.
„A przecież w końcu powinienem zachować nad wszystkim pełnię kontroli!” – pomyślałem i miałem aż ochotę to wykrzyczeć.
„Nic, najważniejsze to nie denerwować się faktem, że wszystko się rozłazi” – dokończyłem myśl; bezgłośnie, całe szczęście.
Pamiętam to dokładnie. A ile było podczas jazdy do hotelu sekwencji, kiedy w tym samym momencie uśmiechaliśmy się! I nie wiem, skąd się brały te uśmiechy, nawet w moim przypadku. Może po prostu chodziło nam o Alicję, która właśnie „opuściła nas”, i która, jak mniej lub bardziej niezamierzenie obserwowaliśmy, siedząc jak królowa, lekko ruszała prawym udem i (znów) wstrząsała włosami w sposób dla siebie dotychczas, czyli przed wyjazdem, nietypowy.
Czy wtedy od razu obaj uświadomiliśmy sobie ten bardzo dziwny charakter naszego podobieństwa? A może po prostu od początku wiemy, że daliśmy się zwabić w pułapkę (choćbyśmy nie byli pewni, kto dokładnie ją zastawił i na kogo) i śmialiśmy się z tego, że w ciągu nadchodzących dni tak mało będzie zależeć od nas samych?
Okolice lotniska okazały się faktycznie jedną wielką masakrą… chciałem napisać „makabrą”, ale masakra też całkiem nieźle pasuje; decyzja: brak korekty. Żelazne klatki zardzewiałych rusztowań. Opuszczone doki. Ostatnie walki, w tym zwłaszcza ostrzały cięższej artylerii, na które nałożyła się dodatkowo seria huraganów, rozsypały prowizoryczne bieda-domki zbudowane z deszczułek, dykty, pustaków i falistej blachy, wcześniej wciśnięte w każdy wolny kąt przestrzeni. Porozrzucane fragmenty płatów blachy, desek, papierów, robiły jednak na mnie z minuty na minutę coraz mniej dramatyczne wrażenie – scena wyglądała raczej jak zaśmiecona płyta stadionu po koncercie: Obrazy tak różne co do sensu, a zewnętrznie tak bliskie – jak zwykle bywa z obrazami.
Wszędzie, po każdym skrawku przestrzeni, jaki mogłem zobaczyć, krążyły jakieś postacie; na ogół w pojedynkę – głównie młodzi mężczyźni, ale zdarzały się również rodziny, czasem wielodzietne i wielopokoleniowe. Niektórzy wyglądali tak, jakby czegoś konkretnego (i to niekoniecznie pieniędzy lub jedzenia) szukali w tej przestrzeni pustych placów i zniszczonych budynków, z których żaden nie nadawał się ani do zamieszkania, ani do normalnej pracy zarobkowej. W miejscach, gdzie widziałem tylko stertę przypadkowych obrazów, oni mieli najpewniej swoje dobrze oznaczone punkty orientacji.
„Być może żyją w częściowo niewidzialnym świecie, a ja widzę tylko najgorsze jego części.” – pomyślałem. „Ile jest takich niewidzialnych światów, które ostatnio rozrosły się w czasie i przestrzeni poza mną i poza moją wiedzą?!” – myślę sobie teraz. W jaki inny sposób, w każdym razie, mógłbym wytłumaczyć gesty, które wykonywali – pełne zmysłowości lekko teatralnej, a przy tym najwyraźniej celowe – ich swobodę w zaludnianiu przestrzeni nie przystającej w zasadzie do żadnej formy egzystencji, w tym nawet do form jawnie wykluczonych i upadłych? Chociaż to nieznośnie artystyczna wizja, prowizorycznie jestem do niej w miarę przekonany.
Widziałem potem ludzi drzemiących na fotelach lub na sofach ustawionych wzdłuż drogi – czasem zaskakująco komfortowych. Z ich ciał bił taki rodzaj bezbolesnej apatii, jak gdyby na stałe zamieszkali w tych przydrożnych rewirach, jakby były one teraz ich domostwem, chociaż poza meblami do spania nie widać było dobytku… Kiedy zwolniliśmy przed jakimś ostrym zakrętem, zobaczyłem starszą pomarszczoną kobietę o twarzy pokrytej plamami, na sobie miała suknię tkaną w herbaciane róże, siedziała głęboko zamyślona na lekarskiej kozetce z przerdzewiałą ramą… Obok niej stał na taborecie zgaszony telewizor; wątpię, czy mógł działać.
Słońce się schowało. Nad miastem teraz panoszy się szaruga, choć póki co nic nie zapowiada żadnej burzy. Wszystko jest jeszcze bardziej rozgorączkowane. Jadąc dalej, patrzę jak pod sklepieniem tej upalnej szarości przemieszczają się nadal rozmaite figury. Postacie, figury, osoby… Ludzie, Ludzie, Ludzie. Coraz bardziej wydawało mi się, że…
(…)
Wiem, to pewnie tylko złudzenia naiwnego turysty, oglądającego nędzę zza parawanu dewizowego uprzywilejowania, ale mimo wszystko świadomie poddałem się temu powierzchownemu oglądowi… Czy w ogóle ostatnio patrzyłem na coś inaczej? W każdym razie naszły mnie bardzo różne myśli, niejako wyłonione z owej powierzchowności naiwnego turysty; spostrzeżenia osoby patrzącej od niechcenia. Dobrze, powrócę do zarzuconego, skreślonego fragmentu, który wykropkowałem. Z ostrożności przytoczę go kursywą; wolno ten passus pominąć.
Oni wszyscy, a przynajmniej ci z nich, którzy są jako tako nakarmieni (innych na razie w stolicy Republiki nie widziałem) podjęli specyficzną grę, która nie miała nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, przynajmniej takim, jakim widzą go mieszkańcy stron, w których ceni się (albo raczej, w których ludzie myślą, że najbardziej cenią) pragmatyzm i użyteczność:
Wszystko to bowiem wyglądało tak, jak gdyby ci przechodnie próbowali udawać życie wielkiego miasta, którego wokół nie było. Po najdrobniejsze szczegóły! Jedyną „solidniejszą” scenerią peryferii na drodze z lotniska były tymczasem olbrzymie betonowe płyty, oprócz tego może jeszcze jakieś tam baraki… na stosunkowo dalszym planie fragmenty konstrukcji niejednoznacznego dla mnie przeznaczenia, zniszczonych przez ogień i pociski bądź niedokończonych, do tego pnącza dzikiej trakcji elektrycznej, pojedyncze zazwyczaj rozklekotane samochody, no i niebo – teraz znowu nieomal bezbarwne w swej upalnej szarości. Tymczasem oni w tej przestrzeni improwizowali rytm miasta wielkiego i żywiołowego, dostarczającego różnorodnych wrażeń. Miasta, jakiego może nigdzie już nie ma.
Mnóstwo ludzi chodzących w tę i we w tę, tudzież wysiadujących w oczekiwaniu (czy na pewno? Na co?). Natomiast niewiele dało się zauważyć przedmiotów osobistych i zestawów rzeczy, które sugerowałyby cel ich zgromadzenia. Wydawało mi się, że widziałem parę kramów, lecz mogły to być rupiecie stanowiące bardzo skromną własność koczujących bezdomnych. Niektórzy nachylali się nad nimi, gestykulowali, ale po co? – tego nie byłem w stanie dojrzeć…Nie byłem w stanie dojrzeć zza szyby samochodu (lekko przyciemnianej).
Jechaliśmy dość prędko…
…A w rytmice ich ruchów zawarte były gesty kredytobiorców wchodzących do banku aby złożyć weksel na zabezpieczenie poważniejszej umowy, grymasy neurotycznych samotników z wyboru oczekujących na tarasie kawiarni wymarzonego spotkania, do którego rzecz jasna nigdy dojść nie może (nawet jeśli osoba, którą zapraszali, przyjdzie i odpowie „tak”), pośpiech obrotnych przedsiębiorców pędzących z jednego biznesowego spotkania na drugie, trzecie, czwarte… piąte biznesowe spotkanie. Oczywiście, nie było to dosłowne naśladownictwo, na to byli zapewne zbyt dyskretni bądź zbyt niedbali o detale – być może zarazem jedno i drugie, jednak analogie nie były wcale dalekie. Były zauważalne, nawet po bardzo pobieżnej obserwacji.
Czy wzorcem mogło być – przez chwilę zamigotała mi pod kopułą taka myśl – na przykład po prostu to miasto, z którego właśnie przyjechałem? Byłby to fascynujący akt naśladownictwa, w którym kopia – abstrakcyjna, absurdalna, prowizoryczna, niewiarygodnie zubożała – byłaby żywsza od oryginału, bardziej wypełniona krwią i ciałem, przepojona wciąż doczesnością.
Jeżeli przyjąć, że na świecie wciąż jakoś istnieją sobie trzy światy, z których trzecim jest właśnie opisywany, czym byłby drugi świat? Różniłby się od pierwszego rzeczami zarazem detalicznymi i zasadniczymi: Byłoby to coś, patrząc estetycznie, dosyć podobnego do świata trzeciego – obskurna mieszanina bieda-nowoczesności z podupadłą tradycją, tyle że nikt, a przynajmniej żaden tak zwany „zwykły człowiek”, nie byłby mordowany ani więziony arbitralnie przez wojsko, policję albo bojówkarzy; ryzyko śmierci w napadzie bandyckim również byłoby znikome. Nawet biedak miałby prąd i w miarę czystą wodę, od biedy przyzwoite jedzenie, antybiotyki na wypadek infekcji i środki przeciwbólowe na wypadek potrzeby. Z uwagi na te różnice świat drugi bywałby dla ludzi z trzeciego świata rajem. Natomiast dla pierwszoświatowców pełną gębą – dla tych często załatwiających w bankach sprawy poważniejsze niż te, które zwykle dręczą klientów detalicznych, dla tych, którzy mogą pozwolić sobie na przymus wysiadywania na przyjemnych tarasach załatwiając przez laptop biznesowe sprawy, a jednocześnie poszukując wzrokiem kochanków nietypowych i niekonwencjonalnych – drugi świat to pewnie tylko troszeczkę mniej nieludzki gatunek apokalipsy. Jeżeli świat drugi, będący na tle świata trzeciego miejscami wybawieniem (przynajmniej tam, gdzie oszczędza codziennego cierpienia) jest dla świata pierwszego niewiele mniej żałosny, powinno się wydawać, że świat pierwszy na tle świata trzeciego będzie w ogóle cudem niewyobrażalnym.
Tymczasem sprawy są bardziej zagmatwane. Świat pierwszy (i to właśnie ten świat pierwszy „pełną gębą”, jego crème de la crème) miejscami wydaje się krzywo-lustrzanym odbiciem świata trzeciego. Oraz vice versa.
Tyle zanotowałem. Najpierw postanowiłem wykropkować ten fragment w ostatecznej edycji – zbyt pretensjonalny, „orientalistyczny” itp. Jednak nie mogę dotąd znaleźć lepszych słów na coś, co mimo wszystko chciałem opowiedzieć. Bardziej boję się tego, że dalsza część wycieczki potwierdzi tę hipotezę w okolicznościach przykrych i paradoksalnych niż tego, że ją sfalsyfikuję.
Odkąd zabudowa zaczęła się zagęszczać (od pewnego momentu dominowały dwupiętrowe budynki, na ogół ustawione w zwartym rzędzie, w większości sprawiające wrażenie zamieszkałych – tylko pojedyncze były wypalone i bez okien), atmosfera robiła się bardziej podminowana. Pojawiło się trochę ludzi z bronią, na ogół nieumundurowanych. Co prawda w większości szli niespiesznie, chyba zmęczeni duchotą, mimo że klimat w tych stronach przez większość roku jest ten sam, nie było więc to żadne wyjątkowe lato. Powłóczyli nogami tak jakby nie zmierzali w określonym kierunku i, co więcej, byli pozbawieni jakichkolwiek intencji; karabiny zawieszone na ramionach sprawiały wrażenie noszonych z czystego przyzwyczajenia i być może tylko lekka fizyczna niewygoda sprawiała, że o nich nie zapomnieli. Mimo wszystko… w miejscach, w których ostatnio bywałem, broń w widocznym miejscu nosi tylko policja…
Żadnych odgłosów strzelaniny nie słyszałem. Żadnych oznak bezpośredniego zagrożenia nie widziałem.
– O! Plac Trzech Kominów! – Karol z lekką drwiną wyciągnął palec wskazujący, gdy wreszcie znaleźliśmy się na granicy Centrum, mając okazję podziwiać pierwsze wielkomiejskie założenie. Wcześniej o nim czytałem, starając się jako tako „przygotować” (cudzysłów był potrzebny) do wyjazdu. Oto jedno z założeń, którymi ozdobiono stolicę w początkowym okresie władzy wciąż rządzącej, przynajmniej oficjalnie, junty inicjującej tak zwaną erę „Z” – „okres totalnej sanacji – moralnej i ekonomicznej”.
Plac Trzech Kominów znajduje się nad zatoką, przy czym jest wyraźnie odsunięty od morza, oddzielony od wody trasą szybkiego ruchu, wzdłuż której stoją pojedyncze kioski i posterunki wojskowe. Cała przestrzeń placu wkrada się w głąb miasta, wychodzą zeń ulice prowadzące do centrum finansowo-administracyjnego. Plac Trzech Kominów jest swego rodzaju bramą wjazdową do śródmieścia, co staje się widoczne, zwłaszcza kiedy jedziesz z lotniska. Główną jego atrakcję stanowią trzy pomniki w formie kominów fabrycznych: czterdzieści metrów wysokości każdy, postawione na gołym chropowatym betonie, z którego kiedy niekiedy przezierają (tak przynajmniej było, gdy przejeżdżałem tamtędy) żeliwne pręty, czasem nawet na oko dwu- albo i trzymetrowe, zardzewiałe, o dosyć niejasnym przeznaczeniu. Każdy komin zupełnie innej barwy: czarny, niebieski i czerwony. Komin pomalowany na czarno miał opiewać górnictwo, czerwony komin hutnictwo, niebieski energetykę wodną.
Samo centrum miasta nadal wyglądało dość biednie, jednak odczuwalny był wyraźny postęp w porównaniu z miejscami, które ledwie kwadrans temu widzieliśmy. Większość zabudowy to budynki na tyle bezstylowe, że trudno nawet nazwać je nowoczesnymi, ale były też bardzo przyzwoite okazy bauhausowskiej awangardy, a nawet zdarzały się i kamieniczki à la Belle Époque – na ogół zaniedbane, ale nie na tyle, żeby nie dało się dojrzeć nawet z okien pojazdu (ruch trochę spowolnił) szczątków jakiegoś ornamentu przedstawiającego igraszki Psyche i Amora albo burzliwe dzieje Ulissesa. Były też biurowce z lat ostatnich, pojedyncze, ze szkła (zwykle refleksyjnego), mierne architektonicznie, takie jakie u nas wystawia na zapadłych przedmieściach pragmatyczna i oszczędna firma w rodzaju hurtownika plastikowych doniczek. Ale były – co więcej, niektóre wyglądały nowiutko, jak spod igły.
Na ulicach sporo motorowych riksz, widziałem ze dwa wozy zaprzężone w woły. Ale samochodów też nie brakowało i wcale nie był to pejzaż złożony tylko z ledwie ruszających się pół-wraków sprzed trzydziestu trzech lat + wojskowych dżipów oraz pojedynczych, dyskretnie sunących, przyciemnianych limuzyn jakichś mrocznych warlordów (tych w zasadzie nie było). Sporo globalnych marek średniej klasy, raczej nowych – klasyczne auta familijne, głównie kombi. Pod kilkoma względami było zatem lepiej, niż mógłby się spodziewać ktoś posługujący się wyobrażeniami zamożnego i bardzo wrażliwego na krzywdę telewidza z dostatniego kraju. Czy istnieją naprawdę rozpaczliwe miasta, takie absolutnie bez nadziei?
Taksówkarz wyglądał jak miłośnik rocka z końca lat sześćdziesiątych albo – prędzej – początku lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku („Dwudziesty wiek” – nieraz już tego wyrażenia używałem! Ale dopiero teraz mnie zafrapowało! Wiek dwudziesty – jak to dziwnie dziś brzmi!) Zastanawiałem się, czy jest to przypadek czy może celowa stylizacja. Kogoś mi on przypominał, jakąś gwiazdę sceny… Chyba Tony Iommi – gitarzysta Black Sabbath… W klimatach tej epoki, no może ciut wcześniejsza, była i muzyka, którą puścił.
Time, time, time is on my side.
Yes it is
Now you always say
that you want to be free…
Załóżmy, że czas teraz jest po mojej stronie. Dobrze, ale czy ja mogę jeszcze coś w ogóle stworzyć?
Hotel Splendid Majestic mieścił się na obrzeżach downtown miasta stołecznego, po przeciwnej względem lotniska stronie centrum. Na jego temat uzyskaliśmy sprzeczne informacje. Jedne źródła pisały (mało wiarygodnie), że to po prostu jedyny czynny w ostatnich miesiącach hotel w mieście, nie licząc miejsc bardziej zakamuflowanych, przeznaczonych dla „wybranych” gości biznesowych, oraz przybytków z pokojami na godziny, inne z kolei, że jeden spośród kilku, lecz jedyny, który zapewnia relatywny poziom bezpieczeństwa i komfortu, z grubsza porównywalny z międzynarodowymi obiektami klasy średniej. Jedyny, czy nie jedyny – te rozbieżności nie miały dla nas znaczenia. W Majesticu nie robili problemu z rezerwacją online, witryna nie wyglądała na oszustwo. Nie mieliśmy zamiaru ryzykować poszukiwań jakiegoś innego miejsca, które, nawet jeśli istniało, mogłoby się okazać dużo mniej wygodne, ani nocować w burdelu (mimo wszystko!). W innych krajach można do woli nie ufać komercyjnym przewodnikom – pomijając już ich ogólny poziom oraz styl, relacje często nie są precyzyjne w szczegółach. Tu jednak nie było innego wyjścia jak tylko zdać się na zalecenia trójki przeraźliwie nijakich współautorów bedekera z serii dla miłośników „nietypowych destynacji”, prywatnie – tak głosiły noty biograficzne na przedostatniej stronie – studenta politologii, świeżo upieczonego doktora antropologii i wreszcie kulturoznawczyni z jednego z pięćdziesięciu najwyżej notowanych w świecie uniwersytetów. Te osoby autorskie, chyba nieświadome stanu rzeczy, mieszały w wątpliwej klasy dziele mimowolną parodię idealizmu i political correctness z wiązką nieudolnie pedantycznych porad świadczących o mentalności purytańskich skner, dla których – w jakiej części świata by się nie znaleźli – nie ma ważniejszego problemu od dylematów typu: „jak nie dać się okantować na trzy grosze kupując na bazarze puszkę rybnych konserw” albo „jak znaleźć schronisko młodzieżowe z czystymi prześcieradłami bez dopłaty”.
Ktoś, owszem, może nam zarzucić (albo przynajmniej mnie jako kronikarzowi tej wyprawy), że brak innych źródeł informacji, przymuszający niejako do pełnego zaufania jedynym posiadanym, nie czyni tych informacji prawdziwszych w większym stopniu, niż to wynika z samego ich stosunku do rzeczywistości: Bo jeśli w Państwie Króla Ubu gazeta oficjalna nazywa psy kotami, nie czyni to psa kotem, zaś argument, że w Państwie Króla Ubu brak jest gazet twierdzących co innego, nie ma wielkiej wagi. Bardzo odważnym typem jest ten ktoś, rzadkim w dzisiejszym świecie typem, a przecież mówi rzeczy silnie oczywiste. Niechaj jednak uwierzy, że nie mieliśmy w zanadrzu roztropniejszego rozwiązania niż wybór Majestica; dla miejscowego kierowcy był to raczej oczywisty kierunek.
Sam hotel postawiono na niewielkim, chyba sztucznie usypanym wzniesieniu (chociaż naturalnych wzniesień na obrzeżach miasta nie brakuje), co daje spory atut w postaci możliwości podziwiania tutejszej panoramy, zwłaszcza jeżeli jest dostępny wolny pokój na jednym z wyższych pięter. Sam budynek ma osiem kondygnacji. Białe pudło o przeciętnej architekturze nawiązującej do Le Corbusiera czy paru jemu podobnych, pochodzi na oko z początku drugiej połowy wieku dwudziestego (znów XX wiek!). Nazwanie barwy tynku białą jest (oczywiście) uproszczeniem, jako że tę biel, która pewnie była oryginalnie przewidzianą barwą, pokrywa aktualnie jasnoszary osad, wśród którego można znaleźć obszary składające się z ciemniejszych, brunatnawych plam. W niektórych (uczciwie trzeba przyznać, niezbyt wielu) partiach, tynk jest odłupany, ukazując pod sobą szarość betonu – banalną, choć jednocześnie wzruszającą.
„Beton to sprawa ducha – jak żadna inna materia” – pomyślałem.
fragment książki „Opowieści Hoffmanna”
Wiktor Rusin
CZYTAJ TEŻ