Wakacje wyjarzmionej

O „Wakacjach w domu” Renaty Bożek, z odniesieniami do „Wyjarzmionej”

Renata Bożek,
"Wakacje w domu",
Państwowy Instytut Wydawniczy 2026, 336 stron


 

 

Tekst niniejszy należy zacząć od uwagi, tzw. disclaimera, że zapewne nie przeczytałbym był drugiej powieści Renaty Bożek pt. „Wyjarzmiona” (wyd. 2024), gdyby nie fakt, że autorka od wielu lat jest moją bliską znajomą, a nawet, nie bójmy się tego słowa, przyjaciółką. Nie przeczytałbym jej, ponieważ, by zacytować anegdotę, jaką opowiadała mojej śp. nauczycielka polskiego w liceum pani Anna Grajewska o wypracowaniu nt. „Chłopów” jednego ze swoich dawnych uczniów, „zacznę od tego, że jeśli tematyka wiejska w ogóle mię interesuje, to jedynie z perspektywy dworskiego ganka”  –  tymczasem „Wyjarzmiona” podejmuje odpychający dla mnie temat dziewiętnastowiecznej wsi w lubelskiem, i to z perspektywy kurnej, początkowo przynajmniej, chaty. Oczywiście, to cytat na wyrost, bowiem nie cieszę się, inaczej niż niektórzy z prominentnych członków ZPW, korzeniami ziemiańskimi, wszakże są moje korzenie na tyle niewiejskie, że pozwalam sobie na pewną obojętność wobec modnego ostatnio tzw. „zwrotu ludowego”; nieszczególnie mnie on inspiruje sam w sobie.  

Co powiedziawszy, należy od razu zauważyć – a wiem to właśnie dzięki rzeczonej długiej znajomości z Renatą Bożek – że autorka nie podjęła tematu lubelskiej wsi, i to historycznej, na fali panującej właśnie na niego koniunktury. Przeciwnie, choć jej pierwsza, bardzo dawno temu wydana powieść „Madame Sinobroda” (2005), była raczej „miejska” i obyczajowa, nie bardzo związana z wiejskością, to przecież autorka o swojej wiejskości opowiadała, często szczegółowo, już od dawna i na długo zanim stało się to modne; pamiętam wręcz czasy, gdy nazbyt długie opowieści o wiejskości budziły nawet pewne zażenowanie, co dziś byłoby już nie do pomyślenia. W tym sensie Bożek była prekursorką, zwiastunką i awangardą zwrotu ludowego avant la lettre i na swój sposób prowadziła walkę klasową na froncie włościańskim, jeszcze zanim większość ośmieliłaby się wymówić te słowa, początkowo samotnie i na przekór nurtom. Dziś afirmacja wiejskości nic już nie kosztuje, ale wówczas nie była ona czymś oczywistym. Zarazem trzecia jej powieść, wydane w 2026 „Wakacje w domu” to rzecz, po którą sięgnąć mógłbym skądinąd, bowiem w tym akurat przypadku tematyka wiejska przeplata się z miejską na korzyść tej drugiej, a fabuła osadzona jest we współczesności, co prawda futurologicznie przedefiniowanej.  

Autorka, dodajmy jeszcze we wstępie, znana jest ze swej ożywionej, czy względnie ożywionej, działalności w Związku Pisarzy ze Wsi, którego była współzałożycielką i, może przede wszystkim pomysłodawczynią –  jeszcze w pierwszej połowie drugiej dekady b.w., kiedy to zaczęła snuć opowieść o zrzeszeniu pisarzy o wiejskich korzeniach, „otwartym jednak również na pisarzy bez wiejskich korzeni”, co zawsze mnie urzekało. Nie było też dla mnie nigdy zagadką, że idea ta zrodziła się z literatury raczej niż z ziemi ornej, że ma wymiar meta-dyskursu, i od początku była ona przede wszystkim pewną narracją, niepozbawioną wymiaru ironiczno-parodystycznego – wszak autorka nigdy osobiście nie doiła krowy ani nie ćwiartowała wieprzka, wywodząc się z wiejskiej elity. Tak samo nazwa „Pole” jest nader zręczną grą dosłowności i aluzji, przywodząc na myśl tyleż pokryte łanami żyta morgi, co i dyskurs socjologii literatury Pierre’a Bourdieu i jego centralne pojęcie „pola literackiego”. To właśnie na tym polu przecież chcą siać członkowie związku; na nim zająć swoją parcelę i uwłaszczyć się na swoim. Generalnie stowarzyszenia nie budzą we mnie wielkiego respektu, chyba że mają w sobie coś z parodii i tzw. „mockery”, toteż zawsze kibicowałem idei ZPW.  

Pisarze dzielą się, by przejść do rzeczy ważniejszych, na całkowitych i niecałkowitych, ci pierwsi cokolwiek robią, robią to literacko, tworzą tekst, narrację, metaforę każdym swym czynem. Do takich właśnie należy – jak powinno wynikać ze wstępnych uwag – autorka „Wakacji w domu”. Jest ona pisarką całkowitą. Pisarze całkowici tym jeszcze różnią się od niecałkowitych, że są całkowicie odporni na koniunktury, a ściśle ich brak, i niezależni od wydawców – nawet długie przestoje i beznadziejne lata w poczekalniach baronów publikacji nie zniechęcają ich ani na jotę do pisania i nie odbierają im przekonania o tym, że jest ono ich żywiołem. Mówię to wszystko o pisarzach całkowitych właściwie opierając się teraz wyłącznie na przypadku Renaty Bożek; reprezentuje ich ona godnie. Pomiędzy jej debiutem a drugą publikacją upłynęło wiele lat, w czasie których autorka nigdy nie zajęła się zawodowo na poważnie, ani nawet na pół gwizdka, czymkolwiek innym niż pisaniem, pędząc żywot skromny i pełen marzeń, o których realizmie ktoś sceptyczny mógłby wątpić – ja akurat nie wątpiłem, gdyż staram się na ogół pohamowywać swój sceptycyzm. Jest to znamię pisarki pełnej, do krwi i kości, niezłomnej i dojrzałej. „Wakacje w domu” są owocem długiej, wieloletniej pracy – co również stanowi o ich unikalności, bo jak często mamy do czynienia z rzeczami, które powstawały wiele lat? 

Nie jest łatwo powiedzieć w skrócie czym i o czym są „Wakacje w domu”, ale na pewno można o nich powiedzieć coś, czego nie można powiedzieć o wielu innych utworach aspirujących do tego miana, że są one powieścią – tzn. wielowątkowym utworem fabularnym opisującym losy grupy bohaterów w przeciągu pewnego czasu. Forma ta nie jest, jak wiadomo, w obecnych czasach szczególnie faworyzowana, a jednocześnie produkuje się mnóstwo produktów powieściopodobnych. W omawianym przypadku mamy do czynienia z literaturą, która wie, czym jest i niczego nie udaje – to również nie jest ostatnio normą w powszechnym obiegu, bowiem autorki świadome literacko wypierane są z rynku przez różnych mniej lub bardziej udolnych i bogobojnych naturszczyków pisarskich, których świadomość ukształtowały w najlepszym razie festiwalowe dysputy, a nie solidna erudycja i długotrwałe ćwiczenie. Krótko mówiąc, w przypadku Bożek mamy do czynienia, jestem przekonany, z autorką rangi znacznie wyższej, niż by na to wskazywały udzielane jej zaszczyty. (Choć zdaje się, że i na tym polu osiągnęła ostatnio co nieco, lecz nie wiem co, bo nie śledzę stosownych ogłoszeń.) 

Jako powieść są jednocześnie „Wakacje w domu” czymś formalnie niedookreślonym, czy może, nie bójmy się tego słowa, eksperymentalnym. Książka oscyluje pomiędzy powieścią kryminalną dla młodzieży a obyczajową tragikomedią z elementami powieści historycznej i dystopijnej. Wyróżnia się kilka wątków/tematów: wzloty i upadki związku romantycznego Róży i Jerzego, poszukiwania przez tę pierwszą zaginionego skarbu, psy wojny, rozterki artysty-geja-ze-wsi-w-wielkim-mieście. Interferującą oscylacją jest ta zachodząca pomiędzy perspektywą kryptopierwszoosobową a standardowo trzecioosobową – tutaj mogą się pojawić pewne zastrzeżenia co do ostatecznego efektu w aspekcie autentyczności. Kolejną ta, jaka zachodzi pomiędzy tonem tragiczno-żałobnym a ironiczno-nihilistycznym; pomiędzy dyskursem emocji a dyskursem socjoekonomii relacji. Oscylacje te powodują, że całość jest migotliwa, skoczna i wartka, choć niepozbawiona momentów kontemplacyjnego rozpisania. Szczegółowość opisów wchodzi w zwarcie z wielością perspektyw. 

Jako taki eksperyment z formą powieści i jej konwencjami gatunkowymi „Wakacje w domu” wydają się tekstem ryzykownym – ale ryzykownym właśnie w wymiarze śmiałości i rozmachu zamysłu, a nie niezrealizowanych ambicji. Jeśli autorka dostaje rzadko, jak mi się wydaje, zadyszki w jego realizacji, to dostaje jej na wysokościach, na jakie większość wspinających się nawet nie wchodzi, o jakich nawet nie słyszała. Dlatego nie będę analizował szczegółowo potknięć, które dla czytelników, wychowanych przez o wiele niższych lotów literaturę niż ta, i tak będą niezauważalne. Albowiem „Wakacje” są świadectwem talentu i „dużego” warsztatu nawet tam, gdzie wydają się niedopracowane czy niedoredagowane. 

Potwierdzają tym samym to, co prezentowała już „Wyjarzmiona” – także eksperymentalna i ryzykowna, głównie ze względu na język, mający wyobrażać sposób myślenia wiejskiego dziecka (co prawda inteligentnego i zdobywającego wykształcenie) z XIX wieku – projekt karkołomny i tak zagrożony porażką, że strach mówić. Mimo to „Wyjarzmiona” wychodzi z tego wyzwania na miarę Reymonta obronną ręką, również dzięki wielkiej inwencji i wyobraźni literackiej autorki. Siłą rzeczy historię i świat przedstawiony w tej powieści musiała Renata Bożek wymyślić, jedynie posiłkując się własnym doświadczeniem, co jest świadectwem tak śmiałości, jak i zdolności. 

Z kolei materiał użyty w powieści „Wakacje” jest, można się domyślać, głównie autobiograficzny (czy jak to się teraz powiada autoetnograficzny). Główną postacią jest Róża Belawender, w jakimś stopniu alter ego autorki, która użycza jej swoich rysów, doświadczeń i emocji. Ideologicznie reprezentuje ona feministyczny marksizm-nietzscheanizm; tzn. łączy ideę „miłości jako śmiertelnej wojny płci” z ideą walki klasowej, ostatecznie przedstawiając w zabawnie socjoekonomistycznym ujęciu życie pary jako scenę walki klasowo-płciowej o zasoby. Jeśli przyświeca tu Engels z jego ideą, że kobieta była pierwszym niewolnikiem, to jednocześnie w sukurs przychodzi Nietzsche z jego pomysłem buntu niewolników i resentymentu jako siły napędowej ich walki. Róża pełna jest resentymentu i buntu, „zarzucając” Jerzemu, że ten lepiej zarabia, jakby to była jego wina i moralna ułomność (w zgodzie z nietzscheańską analizą) – kapitalnie i zupełnie bez wstydu i owijania w bawełnę pokazana jest tutaj nieodróżnialność „słusznego klasowego gniewu” od „starej ludzkiej zawiści”, także w jej feministycznym wariancie. Róża jest chytra, roszczeniowa, wyrachowana i transakcyjna –  jednocześnie będąc czarującą, afektowaną, rozmarzoną i gapowatą. A w tym wszystkim jej głównym celem pozostaje jakaś mglista wolność i emancypacja (może nie taka mglista, zważywszy jej manifestacyjnie materialistyczne rozumienie, które nadaje całości urok nieomal socrealistyczny). To postać nie papierowa i jednowymiarowa, ale złożona, pełna pęknięć i niekonsekwencji. Co do autentyzmu tego wątku nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń, przykuwa on czytelnika swoją szczerością, głębią i humorem.  

W kwestii wiejskiej leitmotiwem jest temat „wstydu”; można zrozumieć, że dla pisarzy nurtu ludowego opracowanie tego tematu jest pewną koniecznością – ale choć i Renata Bożek pisze o wstydzie, to jednak wydaje się, że nie nadaje on tonu jej pisarstwu, a nawet nie kręci się blisko jego jądra, wręcz przeciwnie, pisarstwo to jest całkiem nie wstydliwe, a nawet bezwstydne w niektórych wątkach intymnych – choć nie chodzi o bezwstyd wulgarności, tylko bezwstyd szczerości wobec ciała i jego marnej, zasadniczo, a nawet czasem odrażającej kondycji, a także materialistycznych pobudek i motywacji bohaterów. Ton autorki jest ironiczny, cyniczny, czasem wręcz nihilistyczny – choć i na drugim biegunie rozczulający, sentymentalny i jakby dziecinnie czy dziewczęco (przepraszam za to słowo tych, którzy czują się dotknięci) naiwny. 

Zarazem trzeba też zauważyć, że choć w powieści karty rozdaje Róża, to Jerzy, jej partner i wymarzony, choć niedoszły, mąż, przedstawiony jest również w pogłębiony i niejednowymiarowy sposób, nawet jeśli proporcjonalnie nie aż tak szeroki, jak Róża. Tak np. ukazany jest Jerzy jako nieomal fanatyczny wielbiciel Brucknera. Czy w ogóle jest możliwe, żeby najbardziej na świecie lubić Brucknera, a nie, dajmy na to, Bacha czy Beethovena; słuchać regularnie symfonii Brucknera, a nigdy nie słuchać symfonii boskiego Ludwika? – to nie mieści mi się w ogóle w głowie, autorka musiała to wymyślić, bo żaden żywy człowiek na świecie nie mógłby słuchać wyłącznie Brucknera, chyba że szaleniec. Podobnie, nieustające rozmowy o Brucknerze – a nigdy o Vivaldim, Wagnerze, czy Schoenbergu – wydają mi się przesadą; zwykli ludzie takich obsesyjnych rozmów nie prowadzą. Gdy bohaterowie wdają się w kolejną dyskusję o Brucknerze, chciałoby się krzyczeć do nich: a Chopin? A Mozart? A Bizet? A oni nic tylko Bruckner i Bruckner!  

(Ten szalony pomysł kłóci się z ogólną zasadą widoczną u Renaty Bożek, by nie wykraczać poza granice racjonalności i nie wdawać się, zwłaszcza, w naiwne reprezentacje świata irracjonalnego –  pomimo dość znaczącego udziału snów, wizji i fantastyki w obu powieściach (zwłaszcza w „Wyjarzmionej” wydaje się to nieuniknione), zachowana zostaje rama pewnej „trzeźwości”, którą należy zauważyć i podkreślić: autorka, co bardzo się chwali, nawet opisując zabobon robi to niezabobonnie, acz oszczędza też nam zbyt oczywistego antropologicznego dystansu. Najlepszą tego ilustracją są długie i szczegółowe dywagacje na temat „kołtuna”; świadczące jednocześnie o bardzo solidnym przygotowaniu merytorycznym i rzetelnym researchu, jak przystało na szanującą się powieść historyczną.) 

Pomijając powyższe zastrzeżenie centralny w „Wakacjach” opis pary w jej rozkładzie i zarazem trwaniu, prowizoryczności i długodystansowości, przyciąganiu i odpychaniu, powstawaniu, ginięciu, wydaje się w książce najciekawszym z wątków, przynajmniej mnie, który uważam, że powieść zawsze powinna być przede wszystkim o miłości: powieści bez miłości są wydmuszkami, z jednym jedynym wyjątkiem powieści Bernharda, które choć nie mówią o miłości, to jednak są powieściami. Skądinąd uważam też, że powieść zawsze powinna być przygodowa – i również ten aspekt „Wakacje w domu” posiadają, snując wątek poszukiwania przez Różę „mitycznego” jaja „Faberge”, wartego miliony, które chciałaby po części przehulać, a po części oddać na schroniska dla bezdomnych psów. Wątek ten jest zawiły i pełen barwnych postaci drugoplanowych, coś dla miłośników powieściowych łamigłówek i śledztw sięgających do wojennej historii – a zarazem poprowadzony z dystansem i w tonie pastiszu przypominającego „Opętanych” Gombrowicza. 

W ogóle Renata Bożek jest autorką z ducha Gombrowicza, w tym sensie, że powieść jest dla niej autorskim kosmosem, konstrukcją formy z gotowych, lecz preparowanych przez nią elementów; subiektywnością, która próbuje osadzić się w rzeczywistości i stać obiektywną. Zarazem, jak zresztą przystało na pisarkę całkowitą, a nie częściową, jej powieści mają wspólny rdzeń, podobną problematykę, a wreszcie – tę samą bohaterkę, ponieważ Róża z „Wakacji” jest niejako reinkarnacją bohaterki „Wyjarzmionej”. Lekkość, ironia tego pisarstwa nie przeczą jego wadze i istotności, przeciwnie, czynią je właśnie tym bardziej wyrazistym, a przy tym pozbawionym pretensji i niestawiającym oporu przy lekturze. 

Na koniec zauważę jeszcze, że pisarstwo Renaty Bożek ukształtowane zostało głównie przez ducha postmodernizmu – forma jej powieści jest formą transformującą się i nie przywiązaną do jakichś sztywnych reguł, w finałowych częściach „Wakacje” wydają się czymś innym niż w początkowych; wkracza rozpad i dystopijna deformacja rzeczywistości; świat okazuje się fundamentalnie pozbawiony fundamentów, książka jakby traci framugi, redefiniując się w trakcie swego biegu. 

Jestem niezmiernie ciekaw, czy po drugiej, a także zapowiadanej już trzeciej, powieści Renata Bożek zyska wreszcie należne jej pisarstwu uznanie; pewne jaskółki zdają się to zapowiadać. Ciekaw też jestem, czy autorka będzie się trzymać tematyki chłopskiej, czy też przeniesie swoją bohaterkę na jeszcze inne sceny i w jeszcze inne uwarunkowania ideowe/problemowe. Pisarki całkowite bywają wszak całkiem nieprzewidywalne.

 

 

Maks Wolski


 

CZYTAJ TEŻ