POLE / Nr 1 (4) / 2024

Grzegorz Wróblewski

Słyk

Z twórczością Marka Słyka zetknąłem się jeszcze w czasach przedpotopowych. Najpierw gdy Twórczość publikowała jego kawałki „W barszczu przygód” (1979-1980). Potem miałem okazję zaliczyć „W rosole powikłań” (1982) oraz „Grę o super mózg” (1982). Natomiast z książką „W krupniku rozstrzygnięć” (1986) zapoznałem się trochę później, wypadłem wtedy na dobre z rodzimego obiegu, gdyż wyjechałem na stałe z Polski w 1985. I czytałem, pisząc dyplomatycznie, „nieco innych autorów”, w „nieco innych” niż polski językach. Więc początki lat 80-ych. Rodził, umacniał się wtedy (70/80) nadwiślański punk, zaczęły się wiadome rewolucje/polucje, niewolnicy babilońscy na sekundę przetrzeźwieli, stało się na chwilę to, co miało się niby politycznie (socjalnie/kulturowo) stać etc. Czasy ponure, dla wielu stymulujące & rozwojowe. Ale na pewno nie dla mnie… Słyka uważano początkowo w PL za niegroźnego wariata, odjechanego pisarza, fantazyjnego epigona kolegów z USA. Zresztą podobna była recepcja Philipa K. Dicka, którego w Polsce też na początku olewano jako postrzelonego, mało poczytalnego twórcę niepoważnej fantastyki naukowej. Dopiero w latach 90-ych zrobiła się na niego giga-moda. Jednym z naprawdę nielicznych gości, którzy doskonale załapywali wtedy Dicka, był z pewnością Krzysztof Jaworski. Podobnie miała się rzecz z Ballardem itd. Ale Słyk miał jednak nieliczną grupę „wyznawców”. Ktoś go mimo wszystko czytał i o nim przynajmniej na pół gwizdka dyskutował. Z miejsca wiadomo było, że to głos odmienny, bardzo nietypowy. Nie byłoby np. pierwszych (lata już późniejsze) książek choćby Nataszy Goerke, gdyby nie Słyk, czy w jej przypadku jeszcze inny (never mind) poeta. Generalnie Słyka jednak ewidentnie przeoczono (fajansiarska Akademia, przede wszystkim). I teraz, po wielu latach, możemy się zabawiać we wspominki/wspominajki. Odświeżać („odkrywać na nowo”) niewolnikom jego zapisy, podobnie jak stanie się zapewne z wierszami Biculewicza, a za jakieś 15-20 lat z poezją Lopeza Mausere. Syndrom obciętego ucha van Gogha. Masa tworzących sztukę/literaturę ludzi to zaliczała i będzie do usranej śmierci zaliczać. Byłem przekonany, że o Marku Słyku nigdy już nie będę miał okazji z nikim porozmawiać. Ale (na szczęście!) się pomyliłem. Człowiekiem, który mnie zaskoczył, był Henryk Bereza. Ulica Widok (Warsaw Ghetto). Zawalona starymi gazetami & pismami kawalerka Henryka. Dałem mu dwie miniatury malarskie, żeby zawiesił nad wyrkiem, cieszył się z nich, choć były odpowiednio „egzystencjalne” i w sumie w żaden sposób nie ożywiły tej jego „skrytki”. I popijaliśmy za każdym razem (fotel, na którym siadywał niegdyś Hłasko) i Słyk zaczął tam – w ramach naszego szerszego programu rozmów o filozofii/antropologii – krążyć. Henryk napisał o mojej „Nowej Kolonii”, że jest wybitna. Potem w restauracji Lotos jeden z tych ponurych znawców poezji/dramatu (również niby znawca rzeczy anglojęzycznych) uświadomił, że jeśli Bereza napisał „wybitne”, to jest to w stylu sycylijskiego pocałunku śmierci i będę przemilczany (glanować mnie w pismach wtedy jakoś nie miano już siły, ale przecież do tej pory wiocha to systematycznie od czasu do czasu zawzięcie robi). Naszym przewodnim tematem była oczywiście genialna książka Aleksandra Majkowskiego „Życie i przygody Remusa”, przetłumaczona z jęz. kaszubskiego przez Lecha Bądkowskiego. Debile nigdy szerzej jej nie załapali, a my godzinami, przede wszystkim na temat tego arcydzieła. Bez romantyzmu, konkretnie. Porównywaliśmy Majkowskiego do Bułhakowa itd. Bo żadne tam wysadzanie Kamieńca Podolskiego w powietrze (zamiast się solidarnie podzielić złotem z Ordą) nie może się z Majkowskim równać. To postać z tych absolutnie najwybitniejszych. Henryk miał też niezłe pojęcie o Neue Sachlichkeit. Zdawał sobie sprawę, jak niemieckie sztuki wizualne mogły wpłynąć na choćby Borgesa.

 

ryc. Mariusz Czeżyk

 

Ale ciągle Słyk i Słyk, co by się stało, gdyby… Wtedy fala „ibero” definitywnie byłaby osłabiona i inaczej wyglądałaby literacko cała nawet planeta. Jego duch ciągle nam w tych maratonach intelektualnych, wielogodzinnych sesjach, towarzyszył. Gdyby kutasiny akademickie poświęciły nieco więcej czasu, gdyby nie były skorumpowane towarzysko, gdyby ktoś na poziomie choćby zero+ mógł w odpowiednim momencie podskoczyć. Słyk… Nie było sygnału. Jedynie smętne pomruki tzw. wszystkowiedzących proroków, że to legenda, środowiskowy fenomen. Słyk szaleniec i odmieniec. Więcej fal dotyczyło wtedy z Berezą tajemnicy Drzeżdżona, kodów kaszubskich. Nie wiedzieliśmy, jak mówić o hłaskoidalnych twórcach typu Pastuszek. Zajmowała nas przeważnie jego genialna „Dobranoc”. Potem pisarz ten utknął w USA i już nie było przełomu. Cisza… Mniej już udane rejestry za oceanem. Ciekawe, że Słyk pojawiał nam się w przeróżnych wędrówkach, kontekstach. Czasem niemożliwych! Choćby przy okazji Alfreda Kubina („Die andere seite”), z której to książki tak chętnie skorzystał Kafka. A nawet te nasze szlaki na ul. Widok wiodły do ulubionego przeze mnie i Henryka – Rosendorfera. I tutaj chodziło, rzecz jasna o „Budowniczego ruin”.

 

I jeszcze wstawka. W latach 80-ych bardzo często przesiadywałem z różnymi załogami na Polach Mokotowskich. Nasze peregrynacje… Na przykład spokojnie mogłem rozmawiać o Słyku z założycielem DAABU Piotrkiem Strojnowskim. Odlot odlotem, ale on idealnie załapywał, że Słyk to z pewnością ultrarealista, pisarz wręcz czysto polityczny. Z innej tylko strony. Polityka to grzyby, delikatnie/brutalnie/niesłychanie poplątana psychika! Ziemia, a nie podświadoma promocja Mordoru. Halucynacja, która jest wyjściem po zakup kani czy innych malinowych pomidorów. A „Mała apokalipsa” Konwickiego i jego patent z całopaleniem jest jedynie babilońskim graniem na emocjach biednych, rozedrganych emocjonalnie oazowców. Wąsaczy & brodaczy – supporterów śpiewających po zakrystiach bardów. Bez sensu wydawała mi się debata wokół Słyka (gdzieś tam na ostrych obrzeżach knajp Mokotowa), że Słyk odleciał od rzeczywistości, od „czystego” realizmu, że „W barszczu przygód”, to jedynie trasa meskalinowa. A ciekaw jestem, czym właściwie są sny, niby często na maksa odrealnione. To te właśnie malinowe pomidory, o których było powyżej… Jeśli Słyk był dla wielu (jednak) wiarygodny, to był wiarygodny. I nie potrzeba nam tu żadnych nowych szkół psychoteraupetycznych. A że prekursor w polskim badziewiu postmodernizmu? Bez mięcha nie ma anioła. Nie widzę niczego specjalnego w tzw. wewnętrznej trasie Słyka. Winda nie działa, wchodzimy na setne piętro. Widzę jego selekcję informacji. Białkowej. Sto razy bardziej specyficznej od wielu obecnych wikipedystów.

 

Czy czas jest po naszej stronie? Czy najbardziej adekwatna byłaby piosenka Brygady Kryzys „To, co czujesz, to co wiesz”? Who knows… Nigdy u Słyka nie interesowały mnie jego „skoki w bok”, surreal, zaplątany w psycho & efekty specjalne klimat. Raczej (paradoks) sztywny, gdzieś tam w oddali skryty egzystencjalny szkielet wyjściowy, to nasze słynne ziemskie zagubienie, krążenie wokół skowytu/barszczu, czyli życiowej jednak kupy. Był mistrzem odbarwień/zabarwień, dodatku „fucking crazy” (idealnie przemyślanego), prostego, obsesyjnie dozowanego & perfekcyjnie, moim zdaniem, sugestywnego. Co mogło słusznie powodować odmiany szybkich fascynacji, uznania go za planetarnego nowatora literackiego. Jak niekiedy Philip K. Dick. Myślę, że takich tras można szukać obecnie u wybitnych pisarzy polskich, przykładowo: Pietrala („Story Jones”), Orzeł („Przedświty”), Siwecki („Hyper-Gender”), Obara („Gracze”). To zupełnie inne pisanie, ale też silne, obsesyjne i odpowiednio nowatorskie. Za słabo, mimo lokalnej mody, (s)komentowane. Listę można rozszerzyć, ale delikatnie, gdyż podobnych „poszukiwaczy świadomości”, przygód krokodyla (w kumulusie zanurzonym w barszczu) mało jednak jest w Polszy. To ta sama (mocno, co prawda, odległa) rodzina, co Słyk, zakręcona w szaleństwie lub quasi (rozbitej) regularności formalnej, mimo że dla mniej oblatanych w myśleniu literackim/filozoficznym tego typu idea/diagnoza, zapodanie właśnie tych kilku osób, może wydawać się tutaj (kontekst Słyka) czymś nieźle (!!!) absurdalnym.

 

Nie mam pojęcia, co o Słyku napiszą jego obecni fani-fanki, jakie ścieżki odnajdą i ponownie, na nowo nam zapodadzą. Są to oceany możliwości interpretacyjnych, kompletnie nie ruszone zagadnienia. Popis dla krytyków, psychologów, antropologów… Dla mnie pisarz ten był literackim geniuszem (Gieniem – jak mawiali w czasach dino git ludzie). Częściowo również i dzięki niemu mogłem w późniejszym już czasie czytać/analizować książki takich max twórców jak np. DeLillo czy Fuentes. Wszystkie te beznadziejne „punktowania” dot. Słyka, że postmodernizm, magiczny realizm, surrealizm, albo paranoidalność/fantastyka są w zasadzie pozbawione sensu. To raczej jednak jedna wielka, przestrzenna impresja. Kontrolowany performans. Cząstki gwiezdne – pięknie płynne, dezintegracja (o dziwo) perwersyjnie zaplanowana. Po raz pierwszy czytałem go w wieku 17 lat. Na Dolnym Mokotowie. Ale w czaszce pozostał przez masę ziemskich sezonów i nie wzięło się to przecież z jakiegoś młodzieżowego kultu typu „guru-stachuru”. Więc czapka z głowy dla Słyka. Niech mu ziemia lekką będzie. I na koniec, to oczywiste, że tzw. ilustracje do Słyka to nie ukochany w polskim badziewiu, szanowny, rozmarzony figuratywnie-groteskowo, naiwista Maśluszczak, że powinien to zrobić np. o sto lat świetlnych bardziej zaawansowany A. Jorn. Z całym szacunkiem i się ode mnie odwalcie. Ale, o czy my tutaj rozprawiamy… Żal dupę ściska i niczego nikomu nigdy nie udowodnimy, będą grane tylko w/w wspominajki i podrywy (podskoki) kilku (chwilowo?) zafascynowanych Słykiem osób.