POLE / Nr 1 (4) / 2024

Piotr Lemieszko

W swoim czasie, za pamięci

Przecież w świecie stworzonym nie istnieje nic, co kiedyś nie będzie musiało zginąć. Nie tylko to, co w każdej chwili ginie i popada w zapomnienie, codzienny potok marnotrawionych gestów, ulotnych wrażeń, myśli zajmujących umysł przez mgnienie oka, wytartych słów, których nie obejmuje ani litościwa pamięć, ani archiwum odkupienia; także dzieła sztuki i intelektu, owoce długotrwałej, cierpliwej pracy, prędzej czy później niechybnie znikną.

Giorgio Agamben, „Nagość”, przełożył Krzysztof Żaboklicki, Warszawa 2010.

(…) Nie potrafiłbym im wytłumaczyć, po co tu przyjechałem. Sam nie bardzo wiem. W poszukiwaniu przeszłości? Żeby zobaczyć, co się stało z dniami, które minęły?

Andrzej Stasiuk, „Wschód”, Wołowiec 2014.

 

Uczę się, chcę się przygotować do zjazdu, na którym będę miał do napisania parę testów i zweryfikowana też zostanie moja umiejętność konwersacji. Mam nadzieję, że wszystko się powiedzie: zaliczę testy, a moja zdolność small talku wreszcie zostanie potwierdzona oceną.

 

 

Oczywiście, to nie jest kronika zapowiedzianej śmierci: ale tak, zrezygnowałem z analitycznej terapii grupowej, zrobiłem to w ten sposób, że nie poszedłem do ośrodka w trzy kolejne dni, co zgodnie z regulaminem kończy się wypisem. Otrzymałem telefon od terapeutki i skorzystałem z możliwości, aby przyjść na sesję podsumowującą. Był to poniedziałek. Wykorzystałem tylko jedną sesję, ponieważ później bardzo chciałem wysłuchać wieczornego koncertu Jana Peszka w poezji Krystyny Miłobędzkiej i z towarzyszeniem Silberman New Trio.

Sesja bardzo mnie zaangażowała, sporo mówiłem, nieco odgrywałem. Powiedziałem o swoich myślach o tym, że terapeutka podczas podsumowania poprzedniego cyklu nie dotknęła mnie, nie przywitała się ze mną – o tym powiedziałem w środku sesji. Mówiłem też o tym, co uniemożliwiało mi aktywne, mówiące uczestnictwo w drugim cyklu – o postrzeganiu grupy jako wobec mnie agresywnej, czyhającej na moje potknięcia, ludzi sukcesu w przeciwieństwie do mnie człowieka nie-sukcesu – zatem choć trochę udało mi się wypowiedzieć swe stałe rojenia.

 

 

Gdy siedzisz w kawiarni, ogarnia cię wyzwolenie. Ponieważ siedzisz sam, pijąc herbatę, ogarnia cię wyzwolenie. Słuchasz wielu głosów, gdy w kawiarni jest wielu ludzi. Niektórych słyszysz lepiej: wiesz, o czym mówią; niektórych gorzej, słyszysz tylko strzępy pojedynczych słów.

Tam, gdzie jest wiele ludzi, przepływ myśli jest tak ogromny, że ty nie musisz już nic myśleć.

Myśli innych ludzi dają ci ogromną siłę.

Nieważne, co myślę: nie myślę pewnie nic mądrego, nie myślę czegoś zbyt banalnego.

Teraz możesz być taki, jak oni. Gdy przestajesz myśleć w miejscu, gdzie pada wiele słów, w tobie nic się nie zmienia.

Jest to bardziej korzystna sytuacja dla ciebie, bo widzisz, że gdy ty przestajesz myśleć, następuje przesunięcie równowagi. A raczej równowaga zostaje zachowana. Równowaga ilości myślenia, równowaga energii myślenia.

 

Jedno z moich ostatnich postanowień dotyczy tego, by pić słabszą herbatę. Nie jest to jednak żadna trzecia droga. Podsumowanie jednoznacznie wskazuje bowiem, że picie mocnej herbaty skutkuje bolącym żołądkiem. I choć przełyk jak każdy mam tylko jeden, nie trzeba ograniczać się do jednego kubka.

 

Także, stwierdza to Med Korso Feciane, literatura maghrebska nie płynie jednym nurtem, jednak to jej wersja francuskojęzyczna ma zapewniony szeroki odbiór i może przekraczać granice kraju, w którym powstała. Lecz Francja nie jest ani matką, ani ojcem. Czy kolorowy obrazek może tworzyć więzi? Francja to ostoja solitarności.

 

 

Pisałem już przecież, że pracuję jako portier.

Pisząc to zdanie myślałem o jakiejś zgrabnej przerzutni, ot, choćby tego portiera umieścić w kolejnym wierszu – lecz dwa wersy rozpoczynające się tak samo – czy to wypada?

Czy można jednak wejść do tego samego strumienia dwa razy? Może innym razem? Teraz znowu zdecydowałem się spróbować.

 

Mam silne poczucie tego, że zamykam się bezpowrotnie na drugiego. Faktycznie, nie czekam już na Godota – cóż ta fraza, przyciężkawa, miałaby oznaczać? To się nie stanie, bo już parę, śmiesznie to brzmi, parę razy już się stało.

 

Po prostu, gdy mężczyzna skończył tam pracę, przyszła pielęgniarka i powiedziała:

– Oni już skończyli tam pracę, zamknęłam tam i zamknę też te drzwi.

Wtedy już wiedziałem, ten raz będzie inny, mniej świadomy, tego pragnąłem, aby otworzyć się bezpowrotnie na drugiego.

To takie trudne.

 

 

Byłem wczoraj na „Dziennikach motocyklowych”. Myślę, że ten obraz bardzo mocno zmieni moje życie. Oto dojrzałem, że przemiana życia dokonuje się jedynie w łączności z innymi ludźmi. A jednak bez nich, na dnie serca. Relacje, które łączą mnie z innymi ludźmi zawsze istnieją, a ich istota polega na sieci powiązań, których nie da się zerwać. To tam, na dnie serca, dzieje się to, co ważne. To, co na zewnątrz, nie jest już na zewnątrz, lecz w środku, a środek staje się zewnętrzny.

Błogosławieństwo podróży dla niej samej jedynie wtedy jest możliwe, kiedy celem staje się przemiana życia. Staje się, bo nikt nie podróżuje dla przemiany, ta sama przychodzi w czasie, który wybiera. Wtedy przychodzi wzruszenie i nieznany cel. Cierpliwość, która pozwala podróżować, otwiera na to, co nowe i nieznane, odwieczne i pochodzące z głębi wyobraźni. Cierpliwość pozwala otworzyć nowe katalogi i gromadzić niezliczone nazwy i słowa, doświadczenia. Choć wydaje się, że katalogowanie jest zimne i alienujące, to ono pozwala wyobraźni znaleźć to, co łączy cały katalog, jego istotę, klucz otwierający wiele drzwi.

 

 

Nić porozumienia łącząca gotującego i podającego do stołu, fizyczna obecność kelnera, kucharza, który wyszedł z kuchni i bystro podaje do stołu, współczucie, doświadczenie ukryte, ale bezwzględnie jasne, jedzenie podawane z ręki do ręki, wysmażone w oleju, jajecznica podawana na kartkach wyrwanych z książki. Luźna, rodzinna atmosfera tego lokalu sprzyja, żeby nabrać sił na drogę.

 

Pisanie wierszy to już zdecydowana przeszłość. Słowa zapisane to słowa niewypowiedziane [w momencie pisania]. Słowa skazane na zapomnienie. Niczego więc nie zapisuję. Po co miałbym to robić. Słowo zapisane nie ma w ogóle znaczenia, nie ma swego brzmienia. Jakie więc znaczenie ma powrót. Czy warto by wracać do tego, co pozostało, ale co pozostało tylko w archiwum. To oczywiste kłamstwo, że niczego nie zapisuję. Ciągle nie mogę przed tym się powstrzymać. Nie wiem tylko, po co zapisuję – o tym czytałem we fragmencie „Mal d’Archive” Derridy w przekładzie Adama Dziadka. Że nie wiadomo, po co jest archiwum. Jak więc je obsługiwać – czy składać wszystkie zapisane kartki w jedno miejsce, czy też być mogłoby, żeby je jakoś segregować. Więc może segregować, lecz dopiero gdy upłynie czas od momentu złożenia w jedno miejsce. Czy warto więc później sięgać po tamte kartki – i jaki mieć do tego stosunek? Czy robić to tylko z sentymentu, czy może, żeby tylko segregować? Czy przypominać sobie różne zdarzenia związane z kartką papieru, czy tylko segregować? To nie do uniknięcia. Kto mógłby tylko segregować. Czy jest ktoś taki? Gdzie szukać kogoś, kto nie ma żadnych sentymentów? Kim byłby czy byłoby? Nie wydaje się, żeby Bóg, o którym mówią, był taki. Więc gdzie to jest, czym teraz zajmuje się mój umysł. Gdzie ja znajduję siebie. Czy ja jestem taki, że mógłbym tylko segregować? O! pamiętam, gdy wiele razy tak się czułem. Lecz gdy już wiedziałem, że bywało również tak, że segregowałem z sentymentem, nie myślałem źle o bezwzględnej segregacji. Więc nie ma tego, kto tylko segreguje? Bywa czasami – lecz nie pozostaje na długo.

 

Wydawało mi się to zupełnie możliwe pisać po ciemku. Teraz to robię, więc jest to możliwe. Nie wiem, czy mogłoby to zastąpić dyktafon. Nagrywanie głosu. Mam zamknięte drzwi do pokoju. Jest duszno, ale wydaje mi się, że jest lepiej. Że to moje miejsce. Nie jestem przekonany, żeby gdziekolwiek istniało moje miejsce. Piszę teraz własne słowa, oczywiście, ale zdaje mi się, że ktoś już gdzieś je napisał. Również w tym sensie: w różnej odmianie. Być może, że gdy język nie ma końcówek fleksyjnych, napisanie czegoś oryginalnego nie jest tak częste. Być może te końcówki jednak gdzieś istnieją. Bliżej lub dalej, gdy się o nich myśli. Napisałem parę zdań. Jeśli ktoś nic nie pisze, nic nie napisze. Przez chwilę myślałem, żeby pisać, bo będzie to jakoś opłacalne. Myślę też o tym, co tutaj napiszę, czy będzie jakąś wartością dla kogoś. Czego bym chciał? Czy rzeczywiście chciałbym być pracowity? I czy nie jestem pracowity? Czego oczekuję od własnej przyszłości. Czego oczekuję do siebie, jaki jest sens mojego życia. To jakieś słowa. Może by je ładnie wydrukować czy gdzieś przemalować?

 

W poniedziałek wieczorem jak zwykle wybrałem się do kina, aby obejrzeć jakiś pouczający film. Wybór co prawda padł na „Anomalię”, ale wyświetlono „Kła”. Ten pozbawiony muzyki dokument życia rodziny z przedmieść niezwykle mnie poruszył. Jego zimna atmosfera rozgrzała na tyle moje serce, że postanowiłem bliżej przyjrzeć się temu, co i jak więzi ludzi, więzi mnie. Więzienie to nie miejsce, lecz samo odczucie człowieka. Zatem czy więźniem można określić marynarza uzależnionego od szpinaku? Rozważę tą kwestię. Powiem tak: przekrętów się nie uniknie, więc dobrze umieć dobrze przekręcać słowa. Taki prosty przykład, gdy spędziłem wczoraj wieczór z żoną mego znajomego Tomka, który poczęstował nas pasztetem z dziczyzny, która jawnie była wołowiną, bardzo chwaliłem to danie. Gdy wniesiono trzykrólskie danie, dowiedziałem się kto został królem, a kto królową. Po kąpieli, gdy nie śmierdziałem już potem, powiedziałem, jakie mam plany, jak zdobyć pieniądze. Dowiedziałem się w wieczornym dzienniku, że parlament strawił ten dzień na poście i modlitwach, tylko wieczorem odbył się huczny bankiet – więc podobnie i u mnie: do wieczora nie jadłem nic oprócz trzech kromek z masłem.

 

Przyznam Ci się, Andreasie, że w matematycznym ciągu ostatnich dwudziestu lat nie udałem się na pustynię, aby doświadczyć sytuacji granicznej. W skrócie rzecz ujmując, przesiedziałem cały ten czas w sieci opinii i łańcuchach dostaw. Zarządzając jednak miejscem w swej szufladzie, przygotowałem w niej, między świadectwem ukończenia gimnazjum, świadectwem poświadczającym moją dojrzałość i zdolność do odbycia służby wojskowej, szeleszczące, męskie koszule na kolejne dokumenty. A jakie będą to dokumenty? Cóż, mam nadzieję, że nie zarzucisz mi stawania naprzeciw okazji do korupcji, planuję podpisać umowę o partnerstwie publiczno-prywatnym… Dla niektórych konotacja korupcji ciągle jest tu jednoznaczna. Prawda jest jednak mniej kolorowa, po prostu jestem biurokratą, lubię papier i chciałbym mieć piec.

 

Jak wiem, wszystkie rozmowy zostaną spisane. Zostaną spisane również wszystkie czyny. Nie zostanie spisany tylko twój uśmiech do sympatycznej mulatki z pobliskiego solarium. Nie zostanie spisana również zawartość twojej szafy, choć jest przezroczysta. Choć twoja szafa, pełna ubrań, których nie nosisz, jest transparentna, stanowi tylko mieszkanie dla moli. Twoja transparentna szafa, pełna nienoszonych ubrań, jest wieżą słoniową dla twoich moli. Twoja przezroczysta szafa, wypełniona po brzegi ubraniami, jest domem dla moli. Konstytucją twoich moli jest twoja transparentna szafa, pełna odzieży, której nie nosisz.

W twojej szafie nie dzieli się czynów na złe i dobre, tylko na ,,zręczne” (pali: kusala – prowadzące do bardziej otwartego, szczęśliwego, jasnego umysłu) i ,,niezręczne” (pali: akusala – odcinające, izolujące nas, czyniące nas nieszczęśliwymi). Sukces i moralność twoich moli wyznaczą nowe trendy rozwoju współczującego, wędrującego świata.