POLE / Nr 1 (4) / 2024

Bartłomiej Zdunek


Konwencja G

ryc. Mariusz Czeżyk

 

„Heath Ledger gra Jokera” jest prawdą wtedy i tylko wtedy, gdy Heath Ledger gra Jokera. Myśl Jacka jest wypierana przez ból. Chodzi o odbyt. Niczym spierzchnięte usta, odbyt Jacka sabotuje manewr otwierania się i zamykania. Wypychania. Wyciskania. Joker niewiele by tu poradził. Chińczyk, patyczki i ostry sos zamiast łagodnego, wybrany w porywie serca, podczas popisu przed dziewczyną, mści się teraz. Zero słońca, zero jego promienia. W kiblu. Tu.

Przynajmniej deska zimna. Podobnie bym kminił. Jacek, piątka. Przybita. Świat się w tym nie rozeznał, nie zareagował. Ból nie ustał. Jacek się pochyla, dłonie kładzie pod brzuch i taka joga, zakłada, ma pomóc.

Gdy człowiek ciśnie, deska się ślizga. Pot albowiem, co tu kryć, zwilża tyłek. Podobnie, gdy walisz konia, zwróć uwagę. Jacek wie, on to ma opisane. Niejeden raz zabierał się za seks. W książce, którą pisze od wielu lat. Co to będzie za powieść. Przyjaciel Jacka, redaktor Swąd, wielokrotnie już nalegał, żeby Jacek ją skończył. Żeby przestał. Gdy będzie tysiąc stron, nikt ci tego nie wyda.

Jacek to rozumie, spina się.

Nie jest lepiej od ostatniej myśli, która zabrała dalej niż dupny ból. Jest gorzej. Do tego korytarz w kiblu ktoś zaczął okupować. Kumple? Gdy zaczną drzeć mordę, Jacek pozna ich. Jeśli to oni, pół biedy, gorzej, jeśli niewystępujące wcześniej pojeby. Ci wydłużą mękę. Albowiem dupa się zawrze. Wstyd ją obejmie. Zablokuje. Kierownik wstydu szlaban spuści, weźmie zabawkę, korek.

Jakby korek mógł pomóc. Analny.

Jacek nie wie, co z korkiem. Jak jest. Może. Taką mu daję samowolę. Ja, kierownik, co słucha innych. Współczuje. Jacek to wie, komunikuje się z tym i przenosi dalej. Sprowadza kolejnych. Nowych. Fajnych ludzi. Pomysłowych.

Jacku, dzięki.

Kamera przenosi się na pobliski plac. Facet parkuje, nie zwracając uwagi na kobietę z psem. Niemal przejeżdża po niej i po psie, który głuchy jest, stary. Kobieta wrzeszczy, facet próbuje ją uspokoić. Próbuje przeprosić, nie działa, sięga po portfel, mówi że da. Kobieta pyta ile, on, że stówkę, kobieta w śmiech. Panie, dwie co najmniej. Facet chrząka, ale się godzi. Załatwione. Inny facet, z rękoma na poduszce, wszystko widzi z okna. Facet w roli baby.

Gdy w pobliskiej Biedronce kolejka, samolot leci, huczy. Boeing. Pył się delikatnie w płucach odkłada. Smog. Ciastka są dobre w cukierniach. Gorsze w piekarniach, spulchnione. Wiele budynków prosi się o remont.

Welur, Franek aka Johny i Murloc. Jacek ma szczęście, to kumple. Warczy z kabiny. – Na chuj wy tu? – A oni, że – Mordo, to ty? – A kto, kurwa? – No i git. – Git. srit, nie mieliście gdzie przyleźć? – Ale Jaca, dali tylko jeden kibel. Czekamy aż skończysz.

Obce pojeby by Jacka zblokowały. A w kiblu jak w życiu, w pisaniu i w drodze do domu, do sklepu, trzeba sobie pomóc, nie wpierdalać się innym i najlepiej, gdyby inni też się w nie wpierdalali.

Co z tego? Taki se, lecz optymizm. Ostatnie lata Jacek bowiem smucił się. Żalił. Tracił. Wyjeżdżał. Chorował. Wracał. Zaczepiał się. Praca była rzadka, biedna, nudna, zła. Dorywcza. Jacek pił, wysyłał listy przez net, nie bardzo wiadomo do kogo. Wieczorami oglądał filmy, nie skupiał się na nich. Rano, przed pracą, siadał do książki. Inne, znane książki obok otwierał i przepisywał. Potem zmieniał na swój styl. Na koniec ze zdań robił miks, przestawiał. Patrzył, czytał, w środku się palił. Skreślał. I znów zaczynał. Chciał w ten sposób zarazić się od innych i jednocześnie podjąć leczenie. Czas zwykle szybko mijał i trzeba było wyjść.

Wspomnienia miały jelito skurczyć. Naturalna historia myśli miała ładunek spuścić, zatopić. – Ale Jaca, kurde, żyjesz, co nie? Robi się późno, chcielibyśmy zdążyć. – Idźcie beze mnie. – Nie no, weź przyj. – Welur zaczął walić w drzwi. Jacek aż unosi się nad kiblem. Ogon moczy. Opadając, czuje drgnięcie. Z dupy ku sercu. Odwrotnie, ale w złudzeniu. Tylko. W istocie bowiem ruch jest ku ziemi. Gdyby tylko Murloc mógł to skumać, Welur poznać, Johny walnąć, przytrzasnąć. Drzwiami.

Plum. Bobek. Czarny, niezdrowy. Krwisty. Podskok nadał mu bieg. Trzeba złapać rytm i pozwolić wydostać się wszystkim. Niech reszta utonie. Drugi podskok jest wtórny. Nieefektywny. W muszli coś chrupie. Chyba się nie zawali, to jest kamień, c’nie? Beton. Trzeci mógłby coś zmienić, skok, ale. Ale, ale, ale. Boli przy czwartym. Piąty skok jest na hajs. Szósty zły. Podobny do drugiego, nie na fali. Siódmy pass, Jacek uznał, że będzie ósmy. Dał znak, że niewiele mogę z tym zrobić. Przyjąłem. Dziewiąty skok mieszka z Lewym. Z Lewą. W wieży. Po dziesiątym – o Maradonie – lecimy od razu na 23.

Fin.

Jacek, cały mokry, drży. Ostro się podciera. Johny ma baton, je. Murloc, mówi, że jeszcze tylko skręci fajkę, zapali. Woli tu, w cieple, tłumaczy, na mrozie wszystko mu drętwieje. Jacek zapina spodnie. Ważne, ok, ale lepsze są dłonie rychło złożone w pacierz. To zen. Bierze oddech.

Na parkingu, w aucie, śpi jeszcze jeden. Bill. Poznany na wachcie. Na jachcie, gdy płynęli. Ależ to był rejs. Daleki. Bill zbudził się tylko na chwilę, gdy babę rozjeżdżali. Prawie. I przy psie. Wyjrzał, sapnął, w kieszeni ścisnął spluwę, lecz bez okoliczności na kill zwolnił uścisk.

Zasnął z powrotem. Teraz wstaje. Ale żeście długo byli, jęczy.

Ziomki wskakują do auta, rozpinają kurtki, usadawiają się. Łagodzą ból w nadgarstkach. W szyjach. Rozciąganiem. Weź włącz radio, posłuchamy.

Wszystkie stacje nadawały jeden news. Że eksperyment zrobili, wrota otworzyli. Johny się zestresował. Welur był. Bill zaciągał się i wydmuchiwał. Dyyyyyyym. Bodziec i Murloc nie mogli uwierzyć.

Sam się dziwiłem, gdy mi żona rzuciła telefon do łóżka. Klika ci, powtarzała, może sprawdzisz. Sceptyczny, leniwy, schowany pod kołdrą, wziąłem go do rąk. Ajfon. Taka prawda, nienawidzę go. Ściąga mi kołdrę. Kradnie uwagę. Chuj nadał paczkę lotem, wsparł emirat, zdarł opuszki z chińskich palców. W fabryce, która była wielka. Duszna. I teraz to, przejście. Że otworzyli drzwi nie wiadomo dokąd.

God damn it.

Żona w kuchni. Je. Chyba się zwrócę do Billa. On najbardziej zachowuje spokój. Lubię Jacka, ale nie ufam mu. Murloc to żart. Welur ma dzieci, trójkę, którą będzie musiał wreszcie odwiedzić. Matka płacze, żeby wrócił do domu, nie psuł ostatecznie wszystkiego. Rodziny. Jesteś John? Chodź. No tu się połóż maleńki, śpij. Patrz, przecież to jeszcze dziecko, mówię do Billa.

Fakt mógł być taki, że rozwalałem się u nich, a oni, banda, mnie odrzucali. Ja, na przykład, wziąłem linę i się do nich z okna spuściłem, a oni wówczas, ostrzeżeni przez instynkt, gaz do dechy. Zniknęli. Pod wpływem Jacka, który ich naprowadził. Sraczka za sraczkę. Ząb za ząb. Mam za swoje. Chciałem dobrze, a oni mnie dojechali. Przechodnie, demony. Kłamcy. W tekście, przez plik. Szemrani szamani. Ale w weekend, ja pierdolę, zwykli ludzie. Wyspani. Wyprostowani, ogoleni. Niezmordowani w kolejnych próbach, aby było dobrze, taniej, żeby spacer wydarzył się długi. Z kimś fajnym.

Możnojebcy, moi ludzie. Że pojedziemy pod wielki magazyn. Śniłem. Splądrujemy go, weźmiemy fanty. Później uciekniemy przed psami. GTA. Kumasz, Ledger?

Stąd sranie. Bo Jacek pękł. Reszta nie, ale czekali na niego, bo im się dobrze kojarzył, bo im kupował. Gdy miał dobry czas i biznes mu hulał jakoby wiatr. Dziś Jacek tylko pisze, nie wydaje. Nie wiem skąd ich przywiązanie.

Myślę.

Starzy kumple. Może to to.

Nałożyliby maski, zatrzasnęli van, ruszyli.

Problem jest.

Bo na co wymienić fanty, skoro wszyscy spierdalają. Podjeżdżasz pod chatę im, z daleka już wrzeszczysz, że taniej nie będzie, a oni do ciebie – typie, się ogarnij. Ty im o pace pełnej, że masz, a oni nie słuchają. Nie wiadomo, w który rulon się zwiniemy, a ty mi sprzedajesz kosiarkę?

I rzeczywiście może tak być, że jestem zdziwiony. Klnę do Billa, reszcie zakreślam kształty, rysunki na ziemi. Kijem. Jacek już wtenczas, z gazową maską na głowie, krzyczy. Murloc jest. Murloca nie ma. Welur kuma już, że to się właśnie tak zaczyna. W Zetce słychać Olejnik. Ogłasza, żebyśmy my, ludzie, lepiej nie czekali, że to dobry czas, aby się modlić. Wspomina papieża i szczeknął jej pies. Ona do niego – „cicho psie”, ale on wtedy jeszcze więcej. Ktoś dzwoni do studio. „Boże coś Polskę” intonuję. Bo jest tak, że Polska musi być. Stany też. Chiny. I Mandżuria wielka jest, tłusta. Indie.

Chaos, słychać wiercenie. Murloc mógłby coś o wiedzieć o wiertle. Glglglrllglg. Murloca nie ma. Welur podbiegł, warknął – patrz! – Gdzie? – Dach! – I popatrzyłem. Z rynny zwisał człowiek. – Ty – ja do Welura – może Bill by za nas wszedł, zdjął? – Wtedy Welur, już z kitą zadartą, mija winkiel. Spierdala.

Where is he? Johny, the shoeless cocksucker.

Masakracja zmysłów. Tromtadracja przestrzeni. Zamiast gówien, rzeka płyną węże, wściekłe żmije. – Ja się Jacek boję, a ty? – Jacek stanął. W kącikach ust miał ślinę. – Nie dam rady ocalić nas obu. Musisz iść, bo nie wiem gdzie dzwonić. Ajfon padł. Człowiek spadł z rynny. Nieliczni przechodnie zrolowali się, sfingowali.

W Biedronce kolejka. Boeing leci, hu. Pył się o. Smog…, yyy, kombinuję. Ciastka w cukierniach, w piekarniach.

Indochiny, głupku!

Co?

Zza winkla wyłonił się chodzik. Człowiek za nim. Pochylony, z brodą, stary. Odziany w kitel pokutny, podchodzi, trzeszczy. Pyta jak mam na imię. Mówię mu prawdę. Wierzy. A co z tamtym? Odpowiadam, że Jackiem tak zawsze. Na co stary – to go zostaw. – Ale dziadku, co ze mną? – Sam głupku chciałeś. Obiecywałeś matce, że gdy se pójdzie, to się wreszcie ogarniesz. Żona, pamiętasz?, prosiła cię, że może się podlecz albo chociaż coś kup. We łzach, podsuwała ci listę, którą zabazgrałeś. No to teraz masz.  

Stary sięga po kij, schyla się z trudem. Nożem, nie wiadomo skąd wyjętym, skrobie kij, zdziera. Zdarłszy sęki, podaje. Masz. Biorę. Zapłacisz później, mówi, teraz skup się na czymś innym. Miałem pomysły, patrzę mu w oczy, próbowałem się opowiadać. Za sprawą…, o tak, fakt spraw podkreślam co najmniej dwukrotnie. Choć przecież więcej chcę. Dużo. Podkreśleń. Stary tylko macha ręką, od czego robię się lekki, w dotyku niemiły. Chmury się rozchodzą, niebo jest szybko niebieskie. Słońce ostre. Razi. Robię się przez biały. Jak śnieg? Ok, i robię się jak śnieg obsikany. Ten pies, mówi dziadek, to Falkor. Jeszcze się złap. Czego? Go, głupku.